Washington BlackTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Washington Black
Washington Black
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Washington Black
Audio
Washington Black
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie ma potrzeby, byś cierpiał w tym skwarze, René – zwrócił się do woźnicy. – Sam powiozę mojego kuzyna.

Potem wkroczył w ludzkie mrowie z lekko uniesionymi łokciami, by łatwiej przepchnąć się w tłumie. Wysiadłem, złożyłem schodki i stanąłem przy drzwiczkach powozu. Lepiej, żeby nikt nie widział, że czekam wewnątrz, rozparty na kanapie niczym młody panicz. Zatrzymaliśmy się przy szerokim drewnianym deptaku. Wzdłuż nabrzeża ciągnęły się mola, rampy i trapy, przy których cumowały wielkie drewniane okręty. Wszędzie wokół słychać było nawoływania; głosy brzmiały wesoło i siarczyście. Na trapach dudniły bagaże. Spoceni czarni tragarze dźwigali na głowach skrzynki z jasnym świeżym drewnem. Wszędzie było mnóstwo kolorów i zamętu.

Czekaliśmy. René stanął obok koni, trzymając rękę na uprzęży. Nie odzywał się do mnie.

W końcu w tłumie pojawił się Tyci. Zmierzał w naszą stronę, obejmując ramieniem ciemnowłosego mężczyznę. Poczułem, jak serce skacze mi do gardła, a kolana dzwonią jedno o drugie. Mimo że ów mężczyzna – podobnie jak Tyci – miał twarz o szlachetnych rysach, identyczne ciemne włosy i oczy w kolorze jaspisu, był dużo grubszy w pasie, a jego wejrzenie też było inne, zimne i nieufne. Z wyglądu nie przypadł mi do gustu.

Za nimi podążali dwaj tragarze, ciągnąc wielkie skórzane walizy naszego gościa. Natychmiast do nich podbiegłem i poinstruowałem, jak i gdzie je ułożyć na dachu powozu. Kuzyn Tyciego nie zwrócił na mnie uwagi. Przeszedł obok i wsiadł do środka, wachlując się kapeluszem, by odegnać upał. Gryzły nas owady. Od razu rzuciło mi się w oczy, że choć tęższy od Tyciego, mężczyzna ów w żadnym razie nie był jakimś monstrum. Z opowieści braci o jego apetycie mogłem wnioskować, że jest gargantuicznych rozmiarów. Tymczasem w obwodzie nawet w połowie nie dorównywał Wielkiej Kit. Jego krępująco szczupłe ramiona nieporadnie odstawały od reszty ciała. Zaiste, dziwna to była postać.

Sprawdziłem węzły, by się upewnić, że bagaże Philipa nie spadną podczas jazdy zakurzonymi drogami, po czym zgramoliłem się na dół i wsiadłem do powozu. Z zadowoleniem trzasnąłem za sobą drzwiczkami.

Pan Philip oniemiał.

– To on jeździ z tobą?

– Wybacz – odparł Tyci, wskazując na mnie. – To Washington, mój asystent.

– Washington? – Pan Philip zdziwił się, lekko zniesmaczony. – Na twoim miejscu, Tyci, przemyślałbym to imię. To drwina z tego nieszczęśnika.

– Nie ja je wybrałem, Philipie. Takie imię nosi.

– To mu je zmień, do licha! Któż je wymyślił?

– Wuj Richard, jak mniemam – odparł Tyci. – Richard Black. Większość niewolników zyskuje raczej niewinne imiona, lecz bywa, że niektórych chrzczą dosyć dziwacznie. René po Kartezjuszu, Immanuel po Kancie, Émilie po Émilie du Châtelet.

Zadrżałem na dźwięk tego imienia. Minęło wiele tygodni, odkąd ją widziałem i dopiero teraz, w ciepłej klatce powozu, dotarło do mnie, że przestałem jej szukać. Najwyraźniej nie przebywała już w Wilde Hall. Dokąd się udała w tak zaawansowanym stanie? Czy już urodziła? Uświadomiłem sobie, że pewnie się tego nie dowiem, bo tych, którzy znikali z Faith Plantation, już nigdy później nie widywano.

– Richard Black – powtórzył pan Philip, kręcąc głową. – Litości. Ten człowiek był szaleńcem. – Skierował swe zielone oczy na przechodzącą obok kobietę, której nagły poryw wiatru zsunął czepek z głowy, po czym wbił wzrok we mnie. – Ależ tu cuchnie.

– Nieprawda. – Tyci się zaperzył.

Pan Philip wzruszył ramionami i skrzyżował nogi, przesuwając się na kanapie.

– Dla mnie ci ludzie, Blackowie, byli zawsze nie do zniesienia. Te ich pieśni i kazania! Wolałbym trafić do kostnicy niż znów zasiąść do kolacji u poczciwej ciotki Felicii.

– Według mnie byli całkiem lotni, najbardziej oczytani spośród nas.

– To ich sobie weź.

– Wziął ich Bóg.

– Jak to Bóg? Jest nadzieja, że lepiej wykorzystają życie po życiu, bo tu je zmarnowali. Cornelius Black zrujnował sobie kolana w tej ich kapliczce.

– Bluźnierca. – Uśmiechnął się Tyci.

– A powinien był kolana małżonki. To byłby raj, czy też świętszy uczynek. Jeśli wiesz, co mam na myśli.

– Dobry boże, człowieku!

– Dajże spokój. Nie zaprzeczysz, że ciotka Amelia miała rumieńce jak róża.

– Owszem, była przystojną kobietą. – Tyci w wielkim skupieniu przyjrzał się zakurzonej szybie powozu.

– A kiedy umarła, wyglądała jak worek cykorii, no tak. Za to w rozkwicie, och! – Pan Philip teatralnie przymknął powieki. – Twoim błędem, miły kuzynie, było zawsze to, że nie doceniałeś urody życia. Wolałeś groteskowo cierpieć, niż osobiście smakować piękno.

– Groteskowo? – Zaśmiał się Tyci.

– Te twoje naukowe brednie! Naprawdę, szkoda.

– Akurat! Ja i mój ojciec jesteśmy kontenci.

– Wiem – przytaknął pan Philip, lecz wyraz jego twarzy się zmienił. Trudno było mieć pewność, ale wyglądał, niemal jakby czuł się winny. – Cóż, tak czy owak, widzę, żeś zdrów. Mam nadzieję, że Erasmus też? Z wielką chęcią znów się z nim spotkam.

– Miał coś do załatwienia na innej plantacji. Zabawi tam cały tydzień, może nawet dwa. Bardzo pragnął cię powitać, ale wnoszę, że sprawa była naprawdę pilna.

– Rozumiem – powiedział pan Philip, lecz zdawało mi się, że w jego swobodnym uśmiechu dojrzałem cień niepokoju. – Cóż. – Zamilkł na chwilę. – Cóż.

Tyci na powrót na niego spojrzał.

– A jak miewa się moja matka?

Philip westchnął.

– Wyczekuje cię z utęsknieniem w Hampshire, Christopherze. Biedaczce wieki zajęło ustalenie, gdzie obecnie przebywasz. Erasmus wysłał jej list. Napisał, że odjęło ci rozum i, wraz ze swymi przyrządami, puściłeś się w pogoń za bratem aż na ten zapomniany przez Boga i ludzi ugór. Nie powiem, że dobrze to zniosła. Sama też niemal straciła zmysły.

– Czyli wszystko w normie – mruknął Tyci, oblewając się przy tym lekkim rumieńcem. – Zatem ogólnie miewa się dobrze?

– Twoja matka wiecznie niedomaga, ale sądzę, że przeżyje nas wszystkich, być może nawet Anglię.

– Ciekawa uwaga w twoich ustach.– Uśmiechnął się Tyci. – Czyżbyś nie dzielił jej obaw przed molekułami?

– Przeszło mi – burknął pan Philip. – Z molekułami.

Powóz wtoczył się na Broad Street. Gdy podniosłem wzrok, ujrzałem ciąg dużych drewnianych rozeschniętych i wyblakłych klatek. Siedzieli w nich, przechadzali się bądź stali, opierając o pręty spalone słońcem twarze, niewolnicy. Na ziemi u ich stóp walały się porzucone buty i odrażające odchody. Gdy mijaliśmy to miejsce, poczuliśmy unoszący się wokół malaryczny fetor.

Pan Philip o nich nie spytał, lecz wiedziałem, że to zbiegowie. Służba domowa z ponurą satysfakcją nieraz napomykała o tym skleconym naprędce ulicznym areszcie. Żaden na nas nie spojrzał, co przyjąłem z ulgą. Zapatrzyłem się na niskiego, krępego mężczyznę, którego mięśnie oblekały brudne łachmany. Miał kamienny wyraz twarzy, jakby jego pragnienia już dawno umarły lub jakby stracił o nich pamięć. Jego pan mógł się jeszcze o niego upomnieć, okaleczyć go i pozwolić mu żyć.

Położyłem dłoń na ogrzanej słońcem szybie niczym czarny chłopiec widmo, przemykający w eleganckiej liberii.

– Cóż za okropne miejsce! – skwitował pan Philip, przesłaniając rozziewane usta. – Nie mam pojęcia, jak ty to znosisz.

*

Wtedy nie byłbym w stanie tak go opisać, ale pan Philip był nikim więcej, tylko typowym przedstawicielem ludzi ze swojej sfery. Jego największe pasje nie były pasjami, tylko rozrywkami; jeden dzień był ledwie pomostem do następnego. Przyjmował świat z lekkim niezadowoleniem, jakby był dla niego nieistotny.

Rzeczywiście często bywał w ponurym nastroju. Mógł wtedy godzinami milczeć, jakby rozstrzygał w głowie jakąś wyjątkowo złożoną kwestię. Podczas naszych wypraw lubił spacerować z Tycim po porośniętych krzakami wzgórzach, zawsze jednak brał ze sobą strzelbę i próbował polować. Tyci droczył się z nim z tego powodu, gdyż pan Philip bardziej dbał o nią niż o własny wygląd. Ubierał się wytwornie, lecz niedbale; zawsze miał jakiś niedopięty guzik bądź zwisający troczek. Jego główną obsesją była broń i żołądek i wręcz fanatycznie o nie dbał. Nie bywał głodny, jednak miał wielki apetyt i zawsze z rozmysłem, acz stanowczo, domagał się pewnych dań. Jadał kilogramami smażone banany i bataty, pogryzał solonego dorsza i gulasz z żółwia. Pożerał surowe ostrygi z maniokiem i oczy marlina z sosem holenderskim. Wlewał w siebie kieliszek za kieliszkiem wino imbirowe i pochłaniał miski budyniu. Ranki przesypiał, a popołudniami zalegał w bujanym trzcinowym fotelu na werandzie ze szklanką cytrynowej lemoniady w dłoni. Ze mną rozmawiał niewiele, jeśli nie liczyć łagodnych poleceń. Jednak któregoś dnia, gdy w towarzystwie Tyciego rysowałem ustawioną na stole misę z małżami semicassis granulata, dostrzegł mój szkic. Pochrząkując, wziął go i ze zdumieniem mu się przyglądał.

– Widziałeś to, kuzynie? – spytał.

Tyci spojrzał na niego z uśmiechem.

– Rzadki talent, nieprawdaż?

Pan Philip pokręcił głową.

– Podsuwasz niewolnikowi pomysły, Christopherze. Więcej ostrożności. Nigdy nie wyszło z tego nic dobrego.

– Mówisz jak Erasmus.

– Czytałem Gibbona. Ty też powinieneś do niego wrócić.

– Cesarstwo Rzymskie nie upadło, dlatego że niewolnicy nauczyli się rysować. – Tyci się skrzywił.

Pan Philip oddał mi rysunek.

– Wszystko ma gdzieś swój początek.

Mimo że był łagodny, to jednak, rzecz jasna, się go bałem. Przechadzał się po korytarzach domu z nieodgadnionym wejrzeniem zjawy, w opiętym na brzuchu, wytwornym surducie i z włosami lepiącymi się z upału do czoła.

– Chłopcze? – przywoływał mnie cicho wieczorami, gdy na klęczkach pastowałem ciemne mahoniowe podłogi wiórami z łupiny kokosa. Zamierałem w smudze światła z pobliskiego okna, czując na deskach podłogi jego dudniące kroki. Nigdy mnie nie uderzył, lecz groźba ta wisiała między nami niczym przygłuszone dźwięki muzyki. – Artystą nie jesteś, jeśli chodzi o jedzenie – wytknął mi łagodnie, niczym zawiedziony ojciec. – Dzisiejszy kurczak nie był dobry. Za dużo soli, za dużo imbiru, no tak. Jutro lepiej się postaraj.

 

Skinąłem głową, choć już się oddalił.

Wraz z upływem dni nabierałem jednak coraz większej pewności, że nie sieknie mnie pięścią, jakby to uczynił mój pan. W istocie zdawał się niekiedy zaskoczony widokiem harujących niewolników, jakby rzucane przez nich cienie raptem przyćmiewały idylliczne wakacje na wyspie, które sobie wyśnił.

– Cóż, pewnie bez krwi nie ma postępu – skwitował któregoś razu bez entuzjazmu i usztywniony odwrócił głowę, jakby nagle poczuł chłód, po czym nieśpiesznie i z rozwagą, jak to on, zawrócił do domu.

Po kilku tygodniach mój lęk przed nim ustąpił, choć pozostałem czujny. Bywało, że po zbyt obfitej kolacji pan Philip oddalał się do bawialni od wschodniej strony domu i opadał na szezlong. Wtedy zakradałem się tam z kredkami i wysłużonym szkicownikiem. Pan Philip leżał z rozwartymi ustami i ciemnoróżowym przełykiem, wydychając słodką woń mleka, a ja go rysowałem. Zaczynałem od przerażających korzenipalców u pozbawionych pończoch stóp, wkręcających się w dywan. Potem sunąłem w górę i kończyłem na bladych kurzych skroniach.

Były to jedne z moich najdelikatniejszych szkiców. Faktem jest, że robiłem lepsze pod względem warsztatu, na których kwiat wyglądał tak krucho, iż zdawało się, że papier rozsypie się przy dotyku. Lecz potajemne portrety owego żarłoka były dziwnie żywe, okraszone czułością, której nie pojmowałem. Nikomu ich nie pokazałem, a już zwłaszcza Tyciemu.

Wieczorem darłem je w swoim pokoju i paliłem kawałek po kawałku w płomieniu świecy.

9

Tygodnie mijały podobnie jak przedtem, tyle że gościliśmy teraz nieustanny głód w ludzkiej postaci. Mój pan wreszcie wrócił z podróży w interesach, lecz chory i z gorączką, więc zamknął się w Wilde Hall. Gdy świeżo przybyły kuzyn oraz jego brat wyprawili się do niego z wizytą, Gaius taktownie ich odprawił. Gruchnęła plotka, że to tyfus i że mój pan pewnie umrze. Modliłem się, by to była prawda.

Moje wieczorne lekcje z Tycim trwały nieprzerwanie, choć niekiedy zakłócała je ponura obecność pana Philipa; nadal z mozołem próbowałem swobodnie odczytywać słowa. Umiałem napisać jedynie najprostsze dyktanda, ale Tyci był zadowolony z czynionych przeze mnie postępów. Uświadomiłem sobie, że postawił na mnie z ledwie tlącą się nadzieją na końcowy sukces i teraz, gdy dostrzegł moje zdolności, cieszył się, utwierdzony w swym wyborze.

Nasi robotnicy nie ustawali w wysiłkach, wciągając na szczyt, po osypującym się zboczu, skrzynie, drewno i liny. Codziennie doglądaliśmy ich pracę. Tyci z przerzuconym przez ramię workiem z przyrządami, a ja za nim z prowiantem; czasami podążał z nami w upale pan Philip. W końcu, pewnego piekielnie skwarnego popołudnia wszystkie elementy urządzenia wniesiono na Corvus Peak, gotowe do montażu.

Tyci był w doskonałym nastroju. Klepał się po karku ręcznikiem zabranym specjalnie w tym celu.

– Musimy to uczcić, kuzynie – rzucił zdyszany do pana Philipa. – Spójrz, co za widok! – Uśmiechnął się do mnie. – Niech no tylko mój ojciec o tym usłyszy! Zarzekał się, że to niewykonalne. – Położył mi na ramieniu spoconą dłoń. – Czeka nas wspaniała wyprawa!

– Wyprawa kompletnych durniów! – wydyszał pan Philip, stanąwszy na grani.

Na szczyt trafiły dziesiątki skrzyń, pudeł i zwojów lin. Była tam jasna trzcinowa rama przypominająca ogromny, obrócony do góry dnem melonik, bele dziwnej beżowej tkaniny i kopy świeżego drewna do budowy gondoli, białego jak odtłuszczone masło. Przykucnąłem na rozgrzanym piachu, zrzuciłem worek z prowiantem i usiłowałem rozmasować sobie bark. Wszystko zostało starannie ułożone półkolem wokół najbardziej płaskiej powierzchni wierzchołka góry, a pośrodku leżała ogromna, impregnowana gumą powłoka aerostatu. W ciągu ostatnich dni przejrzeliśmy ją z Tycim centymetr po centymetrze, sprawdzając, czy nie ma w niej skaz i pęknięć. Rzecz jasna nie do końca ogarniałem istotę Przeszywacza Chmur, ale całkiem dobrze rozumiałem polecenia Tyciego.

Podszedłem do niego i szepnąłem:

– Nie wątpię, że twój ojciec byłby pod wrażeniem.

Pan Philip stanął nieopodal z dłonią na piersi i z umiarkowanym zainteresowaniem rozejrzał się wokół, po czym przetarł spoconą twarz.

– Jak myślisz, co powiedziałby Erasmus, gdyby ujrzał ten bajzel? – Uśmiechnął się blado i oddalił, lekko posapując, by podziwiać widok z zachodniego krańca szczytu.

Tymczasem Tyci przechadzał się nerwowo, mrucząc pod nosem i krzywiąc w zabójczym skwarze. Dzień był bezwietrzny i na górze powietrze zgęstniało niczym dym. Tyci przytknął brudną chusteczkę do spoconego czoła.

– Arktyka jest bardzo daleko stąd? – spytałem.

Zrobił kilka kroków i stanął w pełnym słońcu; jego ciemna sylwetka wyraźnie odcinała się na tle rozpalonego błękitnego nieba.

– Tak, bardzo daleko. – Zakaszlał. – Mój ojciec słynie ze swojej kolekcji okazów. Większość przekazuje do Montagu House[2]. – Dosłyszałem w jego głosie nutę skrywanej dumy. – Jest członkiem Towarzystwa Królewskiego, laureatem medali Copleya i Bakera. To bardzo wysokie odznaczenia. – Przeszedł obok mnie i przyklęknął przy gumowanym płótnie. – Przyczepimy nasz baldachim do tej ramy i powiesimy na niej gondolę wyposażoną w lotki do nawigacji i wiosła.

– Utrzymają ją w powietrzu?

– Nadadzą jej kierunek i umożliwią sterowanie. W powietrzu utrzyma ją gaz. Wodór.

Spojrzałem na niego z zaciekawieniem. Dotąd rzadko wspominał o wodorze.

Przeglądał lekkie drewniane elementy ramy; drążki postukiwały o siebie niczym kłykcie. Przesunąłem palcem po sztywnym brezencie. Bawełnę pokrywała gruba warstwa gumy, co sprawiało wrażenie czegoś, co kiedyś było żywe – martwego ciała.

– To balon, który wypełnimy wodorem. Ma niższy ciężar właściwy niż powietrze, co umożliwi nam wzbicie się ponad ziemię. – Od ciągłego przebywania na słońcu skóra Tyciego tuż pod linią włosów była fioletowa niczym siniak. – Zademonstrować ci? Philipie! – zawołał. Jego kuzyn obrócił się i osłonił oczy przed słońcem. – Zademonstrować ci, jak działa gaz?! – krzyknął Tyci. – Washingtonie, poczekaj tu z nim.

Stanąłem piętnaście kroków dalej obok pana Philipa, a Tyci przyklęknął przy dużym metalowym, wyposażonym w lewarki kanistrze.

Pan Philip obrócił się do mnie powoli, jakby wszelki ruch w upale sprawiał mu ból.

– Gdzie są kanapki, chłopcze?

– Przepraszam, sir?

– Kanapki. Gdzie je zostawiłeś?

Zerknąłem na Tyciego gmerającego przy butli z wodorem. Około półtora metra dalej, w suchej pożółkłej trawie leżała torba. Spojrzałem na pana Philipa. Wpatrywał się we mnie wyczekująco. Przeniosłem wzrok na ciągnące się poniżej pola, zagony tyczek jaskrawej trzciny. W tle pobrzękiwały lewarki niczym kieliszki na tacy. Z tej wysokości drzewa wyglądały jak patyczki, jak cienka nić na horyzoncie. Wspięliśmy się na Corvus Peak już kilkukrotnie, lecz za każdym razem przepełniało mnie zadziwienie. Potruchtałem do torby, pomyślawszy, że zdążę ją zabrać i wrócić do pana Philipa, nim Tyci będzie gotowy do rozpoczęcia pokazu.

Nagle posłyszałem potężny świst i obróciłem się zaskoczony. Przed oczami eksplodowała mi ognista kula, błyszcząca niczym chmara szklanych pszczół. Poczułem płomienie na twarzy; porwał mnie dudniący jaskrawobiały błysk i rzucił głową o ziemię. Uszy przeszył szum, jakby w górze łopotały jakieś wielkie skrzydła.

A potem były już tylko cisza i ciemność.

*

Jak długo leżałem w tym mroku? Niewiele do mnie docierało. Przekręciłem się na prawy bok, bolały mnie żebra. Słyszałem głośny świst własnego oddechu i czułem, jak chłód oplata mi powieki. Nie mogłem ich unieść.

Wtem usłyszałem odgłos kroków i otwieranych drzwi. Obróciłem twarz w jedną i w drugą stronę.

– Czy to Dahomej?! – zawołałem cicho. – Jesteśmy na miejscu, Kit? – Odpowiedzią była długa cisza. – Kit?

– Wash… – powiedział w końcu Tyci i cały zamarłem. Przeraziłem się, że jestem między dwoma światami, że śmierć jeszcze się nie dopełniła i pozostaję w zawieszeniu, nieważki i zagubiony. – Jak się czujesz? – spytał i wtedy już wiedziałem, że niewątpliwie wciąż jestem w Faith, cały, i że nie umarłem. Ugiął się materac, Tyci zmienił pozycję. Nic nie mówił, tylko oddychał w ciemności. Potem, odchrząknąwszy, rzucił: – Niestety, pojawiła się nieprzewidziana komplikacja. Założyłem, że na tej wysokości powietrze jest dostatecznie ubogie w tlen, ale się myliłem.

Później cicho, zacinając się, opowiedział mi, że wypuścił wodór do atmosfery, powietrze zawrzało i silna eksplozja odrzuciła nas obu od miejsca wypadku. Jego surdut się zapalił, ale Tyci zdołał klęknąć i w porę go z siebie zedrzeć, przypłacając to jedynie drobnymi poparzeniami dłoni i nadgarstków. Dzwoniło mu w uszach. Rozejrzał się i wtedy mnie zobaczył. Zaskoczony, obróciłem twarz ku epicentrum wybuchu.

– Szczęśliwie reszta ciała nie ucierpiała – dorzucił cicho.

Próbowałem się odezwać, lecz zamilkłem przerażony. Moje usta były jak zaszyte; nie mogłem poruszyć wargami po prawej stronie. Niepewnie sięgnąłem ręką do owiniętej bandażami twarzy.

– Miałeś sporo szczęścia. Mogłeś zginąć. Dlaczego stanąłeś tak blisko? Prosiłem, żebyś dołączył do Philipa. On wyszedł z tego bez szwanku. Powinieneś był mnie posłuchać.

Nie odpowiedziałem. Przełykanie sprawiało mi ból.

Wtedy przypomniałem sobie o panu Philipie i jego zachciance, być coś przekąsić. Przypomniałem sobie nagły błysk i ból pod czaszką, jakby oślepiło mnie wschodzące słońce.

Nagle poczułem ciężar na karku, jakieś dziwne tępe odrętwienie. Gdy przekręciłem głowę, poczułem wilgotną plamę ropy lub krwi. Próbowałem zwilżyć usta.

– Kanapki – szepnąłem.

– Co takiego? – spytał Tyci. – Co powiedziałeś?

Gdy ponownie spróbowałem oblizać wargi, te zaczęły pulsować.

– Powiedział, żebym przyniósł kanapki.

– Rozumiem. – Tyci popatrzył na mnie zatroskany.

Rozluźniłem usta w nadziei, że ból ustąpi, ale niestety. Z wysiłkiem dorzuciłem:

– Chcę to zobaczyć. Chcę wiedzieć, co tam jest.

Usłyszałem lekkie dyszenie Tyciego; rozważał to w myślach.

– Jeszcze za wcześnie. Cierpliwości. Niech się zagoi.

– Proszę cię, Tyci.

Zasępił się.

– Wash, nie powinienem – odparł cicho.

– Proszę – powtórzyłem łamiącym się głosem.

Co usłyszał wtedy w moim głosie? Znowu zapadła cisza. Raptem poczułem, jak się pochyla i zgrubiałymi palcami odwija bandaż.

Och, jakże mnie to bolało! Do końca życia tego nie zapomnę. Najpierw cichy chrzęst zlepionego ropą opatrunku, potem to, jak ciągnął otwartą ranę, aż wreszcie odpuścił – nagła fala powietrza i światła. Oślepiony tą jasnością, zmrużyłem lewe oko, lecz w prawym widziałem cienie, jakby bandaż tylko się przesunął.

Ujrzałem twarz Tyciego, ogorzałą i pooraną zmarszczkami; nawet jego jasne spojrzenie zdawało się przygaszone i stare. Uśmiechnął się blado.

– Nauka pozostawiła na tobie trwały ślad, Wash. Upomniała się o ciebie.

– Chciałbym się zobaczyć, Tyci.

– Nie będę cię oszukiwał. Zmiany są rozległe.

– Mogę zobaczyć?

– Lepiej poczekać.

– Tyci.

Zawahał się, po czym wyszedł. Wrócił po kilku minutach i przystawił niewielkie kilkunastocentymetrowe lusterko do mojej twarzy. Ujrzałem w nim swoje rozedrgane odbicie.

Zerkała na mnie jakaś groteskowa istota. Uniosłem dłoń i wzdrygnąłem się, dotknąwszy policzka. Był jak surowe mięso. Prawa strona twarzy częściowo zniknęła. Dojrzałem jej wnętrze, dziwną białą łatę z żyłkami różu, niczym tłusty jagnięcy kotlet. Ranę okalały czarne skrzepłe strupy i te nowsze o barwie bladej owsianki. Prawe oko było całe przekrwione. Widziałem przezeń zamazany obraz, ale źrenica jaśniała księżycową niebieskawą bielą. Przywiodła mi na myśl dzikie, klnące oko zjawy.

Tyci odchrząknął.

– Mówią, że się zagoi, że z czasem wydobrzeje. – Wyjął z kieszeni białą chusteczkę i przetarł mi skórę pod okiem.

– Czy ja płaczę? – spytałem. Nawet tego nie czułem.

– Płacze twoja rana – odparł łagodnie. – Nikt więcej.

 

*

Nie raz miewałem rany, choć żadna nie była tak poważna. Poprzednią zadała mi Wielka Kit.

Zdarzyło się to w chłodniejszej porze roku, gdy zaostrzyły się jej krabie narowy i przenieśli ją z brygady silnych, by pracowała z nami, słabszymi. Akurat cięliśmy trzcinę na polu, gdy przypadkowo zahaczyła mnie końcem maczety. Powiedziałem jej, żeby uważała.

Zmrużyła te swoje dziwne pomarańczowe oczy.

– Że niby co?

Przełknąłem ślinę.

– Twoje ostrze, Kit. Drasnęłaś mi nogę.

Pamiętam jej twarz bez wyrazu. Woźnica jechał po lewej, coś tam ochryple wrzeszcząc. W suchym upalnym powietrzu unosiła się woń przypominająca smród spalonego cukru. Kit stała z głową górującą nad tyczkami trzciny, wpatrując się we mnie ze spokojem, cała obłąkana.

Zadrżało mi serce.

Dała krok do przodu; nagle straciłem dech i poczułem rwący ból pod żebrami. Zatoczyłem się, dysząc, i upadłem. Szumiało mi w uszach. Ziemia pachniała skwarem, w ustach poczułem smak krwi. W palącym słońcu widziałem przemykające nade mną cienie nawołujących się kobiet. Bardzo ostrożnie ułożono mnie na drewnianej desce, a później czułem, jak niosą mnie przez zalane światłem pola.

Trzy złamane żebra. Tak mocne i nagłe było to kopnięcie. Nie powiedziałem nadzorcom, kto mi to zrobił i dzięki temu Kit ocalała. Cierpiałem jednak okrutnie, dusząc się z bólu. Kilka dni spędziłem w ambulatorium, nim wróciłem do chaty.

Kit unikała moich spojrzeń, gdy mnie przyprowadzili, wciąż z bandażami na piersi.

Wieczorem, gdy już odpływałem w sen, poczułem czyjś dotyk na twarzy i usłyszałem ciche łkanie. Uświadomiłem sobie z przerażeniem, że to Wielka Kit. Przesuwała chłodną dłonią po moim czole, wciąż szepcząc:

– Synku mój, mój synku.

Wtedy zrozumiałem, że nie chciała tak mocno kopnąć i że moja kilkudniowa nieobecność była dla niej katuszą. Zamknąłem oczy, czując na czole chłód jej dłoni.

2 Montagu House – pierwsza siedziba The British Museum.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?