Washington BlackTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Washington Black
Washington Black
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Washington Black
Audio
Washington Black
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Brat Erasmusa uśmiechnął się poirytowany.

– Prosiłem, byś dał spokój.

Ze zdziwieniem dostrzegłem, że mój pan też nagle się uśmiechnął, po czym zarechotał.

– Czyli jednak ostał się w tobie mężczyzna. Jeszcze wina?

Jego śmiech zdawał się autentyczny. To wtedy zrozumiałem, że nigdy nie rozgryzę swego pana, bo był nieodgadniony.

Gdy wyciągnął rękę z karafką, z naczynia na biały obrus spadła czerwona kropla wina. Patrzyłem, jak rozlewa się wolno na boki niczym krew. Jej kolor – głęboka czerwień – wydał mi się przerażający i piękny jednocześnie. A jednak Wielka Kit, jak ogromny niemy cień, natychmiast osuszyła plamę białą ścierką.

Mój pan nie zwrócił na to uwagi.

Jego brat odchrząknął.

– Jak dotąd, trzy razy zmieniałem dziś koszulę. Diabelski ten klimat.

Pan ledwie wydął policzki, chciał dokończyć wcześniejszą myśl.

– To ciężka harówka. Człowiek może sobie tu wypruć żyły. Ile to lat temu… czternaście, piętnaście… doszło do Rebelii Bussy? Przez czarnuchów cała ta cholerna wyspa stanęła w ogniu. Czujność to podstawa, Tyci. Wybrałem się po południu z Johnem Willardem do Bridge Town, do klubu.

– To ten, który był wtedy na kolacji? Ten pulchny, z czerwoną spoconą twarzą?

– Nie. Ten niższy, blondyn, w okularach. Był kiedyś księgowym na plantacji Draxa, ale się zniechęcił, bo, zdaje się, częściej wyłapywał tam zbiegłych czarnuchów niż prowadził rachunki. Wciąż ostro krytykuje tamtejsze metody zarządzania. Po co karmić pięćdziesięciolatka, który ledwie ustoi na nogach, skoro dziesięciolatek zbierze dwa razy więcej trzciny? Ten Willard myśli bardzo po gospodarsku. Mówi, że to strata i ma rację. Szanowany plantator wychodzi do niewolników z księgą pod pachą i już sam jej widok sprawia, że taki czarnuch robi w gacie. Willard widział to na własne oczy. Chłopcze? Powiedz, zesrałbyś się, gdybyś zobaczył mojego brata z księgą? – Poczułem na sobie blady wzrok mego pana. – Chłopcze! – warknął.

Nie podniosłem głowy.

– Tak, panie – odrzekłem.

Mój pan prychnął poirytowany, jakby nie zadowoliła go moja odpowiedź.

– Chodzi o to, że bez odrobiny przymusu miałbym tu zamęt. Moim zadaniem, Christopherze, jest się do owego przymusu dokładać. Nie obchodzi mnie twoja nauka, o ile nie koliduje z zarządzaniem plantacją.

– Jak daleko stąd do Haiti? – spytał Christopher, z roztargnieniem skrobiąc po talerzu. – Pierwsza lżejsza od powietrza machina latająca wystartowała właśnie stamtąd. To, jak mi się zdaje, był pierwszy taki start na całej zachodniej półkuli.

Mój pan zmarszczył czoło.

– Myślisz, że tak chciałem spędzić życie, uganiając się za czarnuszym smrodem i cuchnąc na okrągło cukrem? Nie szukałem tego, ale i tak samo to do mnie przyszło. Bo, w przeciwieństwie do ciebie, nie jestem pupilkiem ojca i nie mogę rozbijać się po świecie, marząc o niedorzecznych wynalazkach, tylko muszę spełniać swe rodzinne powinności.

– Jesteś starszy – odparł Christopher. – Taki twój los, bracie.

Mój pan zmrużył oczy.

– Przypomniało mi się coś, o czym wspomniałeś przy śniadaniu. Powiedz, czy matka wie, że tu jesteś? – zapytał pan, a Christopher spojrzał na niego z uwagą. – Wiesz, że będzie odchodzić od zmysłów? Jesteśmy tu już tyle czasu razem, a ty słowem się nie zająknąłeś. Nie możesz ciągle tak po prostu znikać jej z oczu. Sądzi, że gdzie jesteś?

– Skąd mam znać myśli tej kobiety? – Brat mojego pana wzruszył ramionami. – W Paryżu czy w Londynie. Chyba wspomniałem jej coś o wizycie u Gubernatora. Przecież by mi truła, gdyby się dowiedziała.

– Czyli postanowiłeś złapać mnie w Liverpoolu i tu przypłynąć? Ot tak? Bez słowa? – Pan lekko pokręcił głową i zaśmiał się z odrazą.

– Czasami potrzebujemy przepaść na trochę. To dobre dla duszy.

– Czyjej?

– Najpewniej mojej.

– Tyle cierpień dla tej przeklętej latającej szmaty!

– To nie szmata, Erasmusie, tylko Przeszywacz Chmur. – Brat mojego pana spojrzał na niego obojętnie.

– Czemu miałby służyć? Uleczy ludzkość z chorób? Uwolni mnie z okowów tej zapomnianej przez Boga i ludzi wyspy? – Teraz mój pan zauważył Wielką Kit, która przezornie spuściwszy wzrok, wciąż osuszała plamę na obrusie. – Zostaw to! – syknął, ale zdenerwowana Kit potarła plamę jeszcze parę razy. – Powiedziałem, zostaw!

Sięgnął po talerz i, poderwawszy się z krzesła, rąbnął ją nim prosto w twarz. Rozległ się straszliwy huk; wszędzie wokół była krew i odłamki porcelany.

Aż zadrżały we mnie kości. Ledwie zdołałem utrzymać w rękach dzbanek z wodą. Wpatrywałem się w dłonie mojego pana, w świeżą ranę na jego kciuku. Chciałem podbiec do Kit, lecz stałem jak skamieniały. Zaciskałem dłonie na dzbanku, w którym jak zęby dzwoniły pestki cytryny.

– Cholera, skaleczyłem się! – zaklął mój pan, wycierając ręce w obrus. Upuścił zbity talerz, obrócił się i wypadł z jadalni. – Maria! Maria! Na litość boską, gdzie jesteś?!

Zapadła przerażająca cisza. Słyszałem, jak krew ścieka spomiędzy palców Wielkiej Kit; twarz zakryła dłońmi.

Ten drugi, brat, zawahał się. W końcu wstał, podszedł do niej i wyciągnął rękę, w której trzymał serwetkę.

– Opuść ręce. Obróć twarz. O, tak.

Wielka Kit zrobiła, co jej kazał.

Był wyższy od wszystkich białych, których widziałem, tak wysoki, jak Kit. Poczułem, jak omiata mnie wzrokiem, ocierając krew z jej twarzy.

– Jak ci na imię? – spytał.

Zerknąłem bezradnie na Kit i napotkałem spojrzenie jej ciemnych oczu. Usłyszałem jakiś szelest przy wejściu. Padłem na kolana i zacząłem zbierać zakrwawione odłamki talerza ze wzrokiem wbitym w zapaprany parkiet.

– Na Boga, Christopherze, zostaw to! – rzucił mój pan. – Nie brudź się. Oni posprzątają, od tego są. – Był niemal zadowolony, odprężony. – Zaraz podadzą budyń z wrotyczem. Liczę, że da się zjeść. No już, stary, siadaj.

*

Wielka Kit miała złamany nos.

Nie płakałem. W milczeniu wytarliśmy krew. Wbiłem wzrok w podłogę, słuchając, jak mój pan trze butami o parkiet, by doprowadzić je do porządku.

Wniesiono roztaczający ciepłą słodką woń budyń. Pan jadł z apetytem, lecz jego brat odsunął talerz i poprosił o kolejny kieliszek wina. Za oknem zapadła już noc. Zerknąłem w szybę, w której ujrzałem nasze odbicia, rozświetlone i wyraźne, jakby jacyś inni nieszczęśni niewolnicy o kamiennych twarzach stali naprzeciwko nas. Wpatrywałem się w swoje oczy, lecz nie mogłem ich rozpoznać u tego chłopca w białych rękawiczkach, który tkwił nieruchomo w miejscu. Gdy wreszcie pan i jego brat udali się na spoczynek, wyszorowaliśmy z podkuchennymi wielkie garnki w pomywalni i ułożyliśmy w stertę parujące talerze, by wyschły. Wtedy Gaius pozwolił nam przebierać w resztkach jedzenia, zrzuconych na duży półmisek. Straciłem na nie ochotę, ale Wielka Kit posłała mi wściekłe spojrzenie i jęła pochłaniać posiłek, nakładając kąski na dwa rozcapierzone palce i wciągając je kątem ust. Przymykała przy tym oczy z bólu, otwierała je ze złością i zdziwieniem i znów się pochylała, by nabrać więcej jedzenia. Ja skubnąłem tylko trochę, wpatrując się w jej nos. Nie chciałem zapomnieć.

Dopiero później, kiedy szliśmy w blasku księżyca w stronę chat, Wielka Kit wreszcie przemówiła.

– Zawsze bierz, co twoje! – syknęła. – Obiecali ci jedzenie, to bierz.

– On nie powinien cię bić.

– O tym mówisz? – Uniosła głowę, bo nos znów krwawił. – Bałam się, że wrzuci nas do pieca w pomywalni za to, że chcemy wrócić do Dahomeju. A to, to nic, chłopcze. Krwi nie widziałeś?

Pewnie, że widziałem. Całe lata żyłem we krwi, od urodzenia. Lecz tamtego wieczoru coś – lśniące piękno domu mojego pana, jego wytworność, leniwa elegancja – sprawiło, że poczułem głęboki niepokój i rozpacz. Nie tylko okaleczenie zwłok Williama, ale i świadomość, że zatknięta na palu głowa niewolnika wpatruje się w pogrążone w mroku pole. Poczułem wtedy – choć nie potrafiłem jeszcze ująć tego w słowa – jakie to wszystko jawnie i brutalnie niesprawiedliwe.

– Czyli to koniec? – spytałem zachrypniętym głosem i spojrzałem na nią w poświacie księżyca. – Nie pojedziemy razem do Dahomeju? – Przystanęła i popatrzyła na mnie znieruchomiała. – Kit? Poddajemy się, tak?

– Tak – potwierdziła. – I zapomnij, że ci o tym mówiłam. Wymaż to z pamięci.

Skonfundowany jej złością skinąłem głową z poczuciem, że zrobiłem coś złego.

– Nasze ubrania wyglądają okropnie – rzuciłem żałośnie. – Napytamy sobie przez to biedy.

W tym momencie usłyszeliśmy z tyłu jakiś szelest na ścieżce. Obróciliśmy się jednocześnie. Wielka Kit wysunęła się lekko przede mnie.

To tylko Gaius, wciąż w pięknej liberii, szedł za nami w ciemnościach sztywno i niepewnie. Ujrzawszy nas, z kamienną twarzą pozdrowił grzecznym skinieniem głowy.

– Gaiusie… – mruknęła Wielka Kit. – Nie mów, że znów szykują się do jedzenia.

Potrząsnął głową.

– Pan udał się na spoczynek. Był nietrzeźwy. – A gdy spojrzeliśmy na niego bezrozumnie, dodał: – Pijany. Pan Erasmus trochę się upił. Jak twój nos, Catherine?

– Jeszcze mi nie odpadł.

– No tak.

Po chwili Wielka Kit oznajmiła:

– Nie przyszedłeś tu pytać o mój nos. Zabłądziłeś? – Przesunęła umęczoną dłonią po karku i ramieniu.

– Nie. Powinnaś się wyspać. Twój wieczór już dobiegł końca.

Właśnie mieliśmy ruszyć w swoją stronę, lecz nagle Kit położyła wielką dłoń na moim ramieniu i spytała:

– Mój wieczór się skończył? A Washa nie?

– Na to wygląda. – Gaius rzucił mi dziwne, chłodne, nieprzeniknione spojrzenie.

– Dlaczegóż to?

– Pan Wilde go wzywa. Chce, żebyś mu usługiwał na pokojach, Washingtonie. Dziś wieczorem, teraz. Rozumiesz?

 

Nie rozumiałem.

– Pan? – Spojrzałem na Gaiusa z lękiem. Czego mógł ode mnie chcieć?

– Nie pan – odparł spokojnie Gaius. – Jego brat, pan Wilde. Ten drugi, który siedział przy stole, ten ciemnowłosy. Życzy sobie, żebyś się u niego stawił.

– Powiedz, że chłopak już śpi! – odparowała ostro Wielka Kit. – Powiedz, że nie mogłeś go znaleźć.

Gaius oblizał usta.

– Nie mogę, Catherine. Przecież wiesz.

Zrobiła krok w jego stronę.

– Nigdzie nie pójdzie.

Wbiła w niego wzrok, ale nawet nie mrugnął, tylko chłodno się w nią wpatrywał i czekał. W końcu powiedział łagodnie:

– Nie nam go powstrzymywać, Catherine. Muszę już wracać. Zadbaj, żeby Washington się tam zjawił. – I wtedy zrobił coś przedziwnego. Podciągnął nogawki eleganckich spodni, przykucnął i spojrzał mi prosto w oczy. – Nie pozwól na siebie czekać, Washingtonie. To brat naszego pana. Lepiej, żeby się na ciebie nie złościł.

– Nie dam mu powodu.

– Świetnie.

– Czego od niego chce? – spytała Kit.

– A czego oni mogą chcieć? – odparł Gaius z goryczą. – Ma robić, co mu każe i nie pytać, dlaczego. – Wyprostował się i ruszył z powrotem, ale spojrzał jeszcze na Kit i rzucił tajemniczo: – To dla niego szansa, Catherine. Chłopak ma szansę znaleźć bezpieczną przystań. Jeśli pan Wilde go polubi…

– Nawet nie kończ – przerwała mu Kit niskim i zachrypniętym głosem.

– To może być szansa – powtórzył Gaius. Jego twarz skrywał mrok, więc pewności mieć nie mogłem, ale głos zabrzmiał raczej smutno.

– Idź już – powiedziała Kit i groźnie ruszyła w stronę lokaja. – No, już.

Gaius zniknął.

Długo stałem obok Wielkiej Kit w blasku księżyca, aż w końcu ruszyliśmy. Zdawała się przygnębiona. Pomyślałem, że jest zła z powodu tego nosa i boi się, że mnie też pobiją. By ukoić jej obawy, powiedziałem:

– Nie martw się, Kit. Jak uderzy mnie w nos, nie będę płakał. Będę jak ty. Zobaczysz.

To jednak najwyraźniej nie pomogło. Ochlapałem twarz, ręce i włosy nad stojącą na tyłach chat beczką, czując na skórze przyjemny chłód wystudzonej wieczornym powietrzem wody. Gdy otworzyłem oczy, dostrzegłem majaczącą w mroku postać Kit. Podeszła do mnie.

– Jeśli spróbuje cię tknąć, Wash, wbij mu go w oko, do samego końca – szepnęła.

Poczułem, że wciska mi coś w dłoń. Spojrzałem. To był gwóźdź. Długi, gruby i ciężki, wykuty przez kowala. Stałem z gwoździem w rozwartej dłoni, ogrzanym przez zaciśniętą pięść Wielkiej Kit. Zerknąłem na nią, ale już się obróciła w stronę chaty.

*

Niosłem gwóźdź w zaciśniętej dłoni jak odłamek mroku. Niosłem go jak tajemnicę, jak szparę, przez którą można wypatrzyć niemożliwą do ziszczenia przyszłość. Niosłem go jak klucz.

Szedłem powoli z gwałtownie bijącym sercem. Pamiętałem, co Wielka Kit kazała mi zrobić i byłem przerażony. Ścieżka wiodła na tyły Wilde Hall przez pogrążony w ciemnościach ugór na skraju lasu. Brat mojego pana zatrzymał się w dawnej kwaterze nadzorców – długim niskim drewnianym budynku z przepastną piwnicą – używanej jako magazyn i od wielu lat niezamieszkanej. Niewolnicy snuli o tym miejscu pełne grozy, stare opowieści. Kilku napomykało o krzykach, które wciąż można było usłyszeć z piwnicy w bezksiężycowe noce.

Cały się trząsłem. Na werandzie wisiały zapalone lampiony. Przystanąłem niepewnie w otwartych drzwiach i zajrzałem do środka, bojąc się zawołać. Żaden służący nie wyszedł mi na spotkanie. Zerknąłem do środka, mocno ściskając gwóźdź. W wielkich pokojach o bielonych ścianach nie było choćby skrawka niezagraconej przestrzeni. Na każdym stole i centymetrze podłogi stały w stertach dziwne patykowate urządzenia, smukłe teleskopy z nogami jak u pasikonika i zwisające na łańcuchach talerze.

W końcu drżącą ręką zapukałem delikatnie. Ciszę mąciła jedynie ćma tłukąca się o jeden z zawieszonych u sufitu lampionów.

– Kto tam? – ozwał się ostry głos. – To ty, chłopcze? Wejdź. Chodź tutaj.

Niepewnie zrobiłem krok naprzód i zobaczyłem pana Wilde’a przy najdalszym oknie podługowatej izby. Nie patrzył w moją stronę. Stał zgięty w pół, przygarbiony. Pozwoliłem oczom chłonąć osobliwości tego domu; parapety obstawione obleczonymi aksamitem pudełkami z otwartymi pokrywami, w których lśniły narzędzia. Były w nich drewniane cylindry z soczewkami na obydwu końcach przypominające lunetę używaną przez dawnego kapitana okrętu, który przez jakiś czas pracował na plantacji jako nadzorca – ale inne od niej i bardziej dziwaczne. Mijając stół, dojrzałem fiolki z nasionami, słoje ze zwyczajnym piachem i pudry rozsypane na mahoniowym blacie. Podłoga, na której wszędzie walały się jakieś papiery, trzeszczała, gdy zbliżałem się do pana.

– Tak, panie.

Mocno zacisnąłem dłoń na żelaznym gwoździu.

Pan Wilde natychmiast to spostrzegł i pochylił się nade mną z wyżyn swego przerażającego wzrostu.

– Co tam masz? Ostrze? Gwóźdź? – Zmarszczył czoło. Zadrżałem. Pewnie, że wiedział. Panowie wiedzą wszystko. – Odłóż to i podejdź. Połóż to tam. – Wskazał na piętrzącą się na podłodze obok mnie stertę papierów.

Cóż miałem począć? Odłożyłem gwóźdź. Wiedziałem, że przez ten dowód, taki niezaprzeczalny, mogę stracić życie.

– Zbliż się – rzucił niecierpliwie brat mojego pana. – Potrzymaj to nieruchomo, o tak. Nie mamy dużo czasu.

„Jeśli spróbuje cię tknąć, Wash… – W uszach znów rozbrzmiały mi słowa Wielkiej Kit. – Wbij mu go w oko, do samego końca”.

Chciałem uciec, lecz pan Wilde już skupił uwagę na czymś, czemu wcześniej się przyglądał.

– Mów szybko! – zawołał. – Oglądałeś kiedy pełnię żniwiarzy przez teleskop, dziecko?

Poczułem, jakby głos przysechł mi do żeber.

Zerknął na mnie, wbijając w podłogę spojrzeniem zielonych oczu.

– Musisz to zobaczyć, żeby uwierzyć. Księżyc nie jest taki, jak nam się wydaje. Spójrz. – Odsunął się. Na złotym podnóżku był długi drewniany cylinder skierowany w okno. Jego bliższy koniec opatrzono szkłem. – Zbliż tu oczy.

Zrobiłem, co kazał i ujrzałem przed sobą przeraźliwą ciemność. Kiedy szykowałem się do wyjścia, Kit opowiedziała mi o przeraźliwych czynach, jakich dopuszczają się nadzorcy wobec chłopców. Gdy się pochyliłem i oparłem oko o zimną mosiężną krawędź instrumentu, poczułem się bezbronny i przerażony. Nie miałem pojęcia, jaki szpetny akt mnie czeka, lecz – w przeciwieństwie do Kit – wiedziałem, że nie pokonam tego wielkiego mężczyzny i że przemoc nie jest moim powołaniem. Zamknąłem oczy i czekałem.

Poczułem na uchu jego delikatny oddech.

– Widzisz, chłopcze? – spytał.

Cóż miałem odpowiedzieć? Nie wiedziałem, co ma na myśli.

– Tak, panie Wilde – odparłem.

– Zachwycające, nieprawdaż?

– O tak, panie.

Sapnął ukontentowany.

– Widzisz te kropki? Kratery? To cała planeta zawieszona w polu grawitacyjnym Ziemi. Wyobraź sobie spacer po tym podłożu, wędrówkę wzdłuż krawędzi kraterów. Nie stanęła tam jeszcze ludzka stopa. To całkowicie dziewiczy teren. – Ów przedziwny człowiek klepnął mnie w ramię, żebym się odsunął i sam przytknął oko do soczewki, po czym się roześmiał. – To jeszcze nic! – oznajmił. Wciąż wpatrzony w soczewkę instrumentu sięgnął po niewielką tarczę i koniuszkami palców ją nastawił. – To teleskop zwierciadlany – wyjaśnił. – Własnego projektu. Oparty, rzecz jasna, na wyśmienitych szesnastowiecznych modelach holenderskich, lecz, jak sądzę, bardziej funkcjonalny ze względu na rozmiar. – Cofnął się o krok. – Spójrz teraz.

Och, cóżem wtedy ujrzał! Ten księżyc był wielki i pomarańczowy, jak żółtko jaja gęsi, z wyraźnie wyrytymi głębokimi kraterami i graniami, tak jak opisał to pan Wilde. Później przyszło mi do głowy, że był jak ląd bez jednego drzewa, krzaka czy jeziora, jak ziemia bez ludzi. Ziemia z czasów, nim dobry Bóg ją zapełnił, ziemia dnia trzeciego.

Nie zdołałem się powstrzymać, by nie jęknąć w zadziwieniu.

Pan Wilde znów się roześmiał, tym razem z zadowoleniem.

– Powiedz mi, chłopcze, dlaczego księżyc w pełni żniwiarzy wschodzi każdego dnia pół godziny później, gdy w innych porach roku ta zwłoka trwa zwykle pięćdziesiąt minut? – Spojrzał na mnie z kamiennym wyrazem twarzy. – Sądzisz, że wynika to z faktu, iż jego orbita o tej porze roku biegnie równolegle względem horyzontu i Ziemia nie musi aż tak daleko się obracać?

Zerknąłem na niego zmieszany. Wyczułem, że drwi ze mnie, delikatnie, tak tylko troszkę.

– To ci dopiero zagadka! – zakończył.

Wciąż staliśmy przy otwartym oknie, lecz teraz się odwrócił i bardzo szybko zanotował coś w wielkim zeszycie leżącym na sięgającym mu do łokci stojaku. Przez chwilę milczał, a potem, nie przerywając pisania, spytał:

– Jak ci na imię, chłopcze?

Spuściłem głowę.

– Wash, panie.

– Wash?

– George Washington Black.

Zerknął znad zeszytu.

– Miałem wuja, którego porwali Amerykanie, kiedy walczyli o własną republikę. Z czasem zaczął ich podziwiać. Cóż, młody Jerzy Waszyngtonie, przekroczymy naszą Delaware?

Wpatrywałem się w niego bez zrozumienia. Kończył notować, chichocząc pod nosem.

– Nasza Delaware! – mruknął radośnie. Sprawdził ustawienie tarczy teleskopu i jeszcze coś zapisał, po czym znów przeniósł na mnie wzrok. – Christopher Wilde – oznajmił, podając, jak się domyśliłem, swoje nazwisko. – Ale będziesz mówił do mnie Tyci, tak jak wszyscy moi bliscy. Chorowałem w dzieciństwie i przez jakiś czas byłem bardzo drobny, ale, tak czy owak, przydomek pozostał. Z czasem dorosłem na tyle, by się z tym pogodzić. Zrazu z pewnością wyda ci się on dziwaczny, lecz jest znacznie bardziej stosowny niż „pan Wilde”. Bo pan Wilde to mój ojciec, a, o czym bezustannie przypominała mi matka, ja to nie on. Przyniosłeś swoje rzeczy? Zostawiłeś na progu? – Nie miałem pojęcia, o czym mówi. – Nie powiedział ci? Cóż… – Uśmiechnął się blado i opuścił ręce znad zeszytu. – Pewnie zachodzisz w głowę, co, u diabła, robisz tu o tej godzinie? Zamieszkasz ze mną, Washingtonie, jako mój służący. Czeka nas mnóstwo roboty, wierz mi. Przekonasz się jednak, że łatwo mnie zadowolić. Twoim głównym zadaniem będzie asystowanie w moich naukowych przedsięwzięciach, ale teraz się tym nie turbuj. Nie dzisiaj. Dziś cię ogacimy, a rano trochę tu wysprzątasz i zabierzemy się do pracy. – Musiałem sprawiać wrażenie całkiem zagubionego, bo nagle urwał. – Chyba nie masz nic przeciwko takiemu rozwiązaniu? – spytał.

Sama myśl, że mógłbym mieć coś przeciwko czemukolwiek, rzecz jasna nigdy nie przyszłaby mi do głowy. Spojrzałem na niego przerażony:

– Nie, panie Tyci, sir – szepnąłem.

– Tyci – poprawił mnie. – Po prostu Tyci.

– Tyci, panie.

– Doskonale. – Szybko otaksował mnie wzrokiem. – Tak. Potrzebuję właśnie kogoś tych rozmiarów. Bo wiedz, że waga to podstawowa kwestia dla Przeszywacza Chmur.

Ledwie śmiałem odetchnąć, rozpaczliwie licząc, że zapomniał o gwoździu. On tymczasem, rzuciwszy tę ostatnią dziwaczną uwagę, od razu tam podszedł i go podniósł.

– Żelazny – mruknął i rzucił mi zagadkowe spojrzenie. – Mówiono mi, że dosyć późno opanowaliśmy technikę kucia wyrobów z żelaza. Mój dobry znajomy z Towarzystwa Królewskiego twierdzi, że najpierw ogarnęliśmy metale szlachetne. To sensowne, nieprawdaż? A jednak nie cenimy żelaza na równi z nimi. – Delikatnie uniósł gwóźdź, by przyjrzeć się mu w świetle świecy. – Z pewnością może się przydać. Choćby po to, żeby przybić mnie nim do mojego krzyża.

Gdy nie odpowiedziałem, uśmiechnął się. Osobliwość tego uśmiechu pozbawionego złośliwości, wprawiła mnie w konfuzję. A ponieważ nic nie rozumiałem, poczułem też przejmujący, lodowaty strach.

– To na razie wszystko, Washingtonie. – Tyci obrócił się z roztargnieniem ku zeszytowi. Nagle jednak przystanął, po czym ruszył ku mnie i ostrożnie wręczył mi gwóźdź. – Łóżko znajdziesz w ostatnim pokoju. Śpij dobrze, wyśpij się – rzucił.