Wojownicy. Ucieczka w dzicz. Wersja ilustrowanaTekst

Z serii: Wojownicy #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Into the Wild

Text and series concept © Working Partners Limited 2001

Tłumaczenie © Wydawnictwo Nowa Baśń 2019

Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Aleksandra Kubisiak

Konsultacja merytoryczna: Dominika Kuc

Projekt graficzny okładki: Jędrzej Chełmiński

Ilustracje wewnątrz książki: Joanna Mosińska

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich.

Wydanie I

ISBN 978-83-65122-94-0


Wydawnictwo Nowa Baśń

ul. Czechowska 10, 60-447 Poznań

telefon 881 000 125

www.nowabasn.com

Dla Billy’ego — który opuścił dom Dwunożnych,

by stać się wojownikiem.

Wciąż za nim tęsknimy.

I dla Benjamina, jego brata, który dołączył do

niego w Klanie Gwiazd.

Wyjątkowe podziękowania dla Kate Cary.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

KLANY

KLAN PIORUNA

PRZYWÓDCZYNI

Błękitna Gwiazda — niebieskoszara kocica ze srebrnym połyskiem wokół nozdrzy

ZASTĘPCA

Rudy Ogon — mały, szylkretowy kocur z charakterystycznym rudym ogonem

Uczeń: Zakurzona Łapa

MEDYCZKA

Nakrapiany Liść — piękna, ciemna, szylkretowa kotka o niezwykłej nakrapianej sierści

WOJOWNICY

(koty i kotki bez młodych)

Lwie Serce — wspaniały, złocisty, pręgowany kocur z sierścią gęstą jak lwia grzywa

Uczeń: Szara Łapa

Tygrysi Pazur — duży, ciemnobrązowy, pręgowany kocur o niezwykle długich pazurach przednich łap

Uczeń: Krucza Łapa

Biała Burza — duży, biały kot

Uczennica: Piaskowa Łapa

Ciemna Pręga — czarno-szary, pręgowany kocur krótkowłosy

Długi Ogon — jasny kot z ciemnymi pręgami

Szybki Wiatr — szybki, pręgowany kot

Wierzbowa Skóra — bardzo jasna, szara kotka o niezwykle niebieskich oczach

Mysie Futro — mała ciemnobrązowa kotka

UCZNIOWIE

(koty, które skończyły sześć księżyców, szkolące się na wojowników)

Zakurzona Łapa — ciemnobrązowy, pręgowany kot

Szara Łapa — postawny, szary kot o długiej sierści

Krucza Łapa — mały, chudy, czarny kot z białą plamką na piersi i białym koniuszkiem ogona

Piaskowa Łapa — jasnoruda kotka

KARMICIELKI

(kotki oczekujące młodych lub opiekujące się nimi)

Oszronione Futro — piękna, biała kotka o niebieskich oczach

Brązowy Pysk — ładna, pręgowana kotka

Złoty Kwiat — kotka o jasnorudej sierści

Nakrapiany Ogon — jasno pręgowana kotka, najstarsza karmicielka

STARSZYZNA

(byli wojownicy i karmicielki)

Różany Ogon — szara, pręgowana kocica z puszystym, rudawym ogonem

Obcięty Ogon — duży, ciemnobrązowy kocur z brakującą częścią ogona

Małe Ucho — szary kocur o bardzo małych uszach, najstarszy w Klanie Pioruna

Łaciata Skóra — mały, czarno-biały kocur

Jedno Oko — jasnoszara kocica, najstarsza samica w Klanie Pioruna; właściwie nie widzi i nie słyszy

Pstrokaty Ogon — niegdyś ładna, szylkretowa kocica o pięknej, cętkowanej sierści

KLAN CIENIA

PRZYWÓDCA

Złamana Gwiazda — długowłosy, ciemno pręgowany kocur

ZASTĘPCA

Czarna Stopa — duży, biały kocur o wielkich atramentowoczarnych łapach

MEDYK

Cieknący Nos — mały, szaro-biały kocur

WOJOWNICY

Gruby Ogon — brązowy, pręgowany kot

Uczeń: Brązowa Łapa

Głaz — srebrny, pręgowany kot

Uczeń: Mokra Łapa

Podrapany Pysk — brązowy kocur poznaczony bliznami po bitwach

Uczeń: Mała Łapa

KARMICIELKI

Poranna Chmura — mała, pręgowana kotka

Jasny Kwiat — ruda, pręgowana kotka

STARSZYZNA

Jesionowe Futro — chudy, szary kocur

Nocna Skóra — czarny kot

KLAN WIATRU

PRZYWÓDCA

Wysoka Gwiazda — czarno-biały kocur o bardzo długim ogonie

KLAN RZEKI

PRZYWÓDCA

Krzywa Gwiazda — wielki, jasno pręgowany kocur z krzywą szczęką

ZASTĘPCA

Dębowe Serce — rudawobrązowy kocur

KOTY NIENALEŻĄCE DO KLANÓW

Rdzawy — ładny, rudy kot

Żółty Kieł — stara, ciemnoszara kocica o szerokim, spłaszczonym pysku

Łatek — pulchny, przyjazny, czarno-biały kociak mieszkający w domu na skraju lasu

Jęczmień — czarno-biały kot mieszkający na farmie niedaleko lasu

Prolog


Blask księżyca odbijał się na granitowych skałach, barwiąc je srebrzyście. Ciszę przerywał tylko szum bystrej, ciemnej rzeki i delikatny szelest liści w pobliskim lesie.

W cieniu coś się poruszyło, a na skały zaczęły wpełzać zwinne, czarne sylwetki. Wysunięte pazury błyskały w świetle księżyca, czujne oczy lśniły bursztynowo. I nagle, jakby na sygnał, zwierzęta rzuciły się na siebie, a skały zaroiły się walczącymi, prychającymi kotami.

W samym środku kłębowiska sierści i pazurów potężny, ciemno pręgowany kot przyszpilił brązoworudego rywala do ziemi i z triumfem uniósł głowę.

— Dębowe Serce! — warknął pręgowany. — Jak śmiesz polować na naszym terytorium? Słoneczne Skały należą do Klanu Pioruna!

— Dzisiaj przyłączymy je do terytorium Klanu Rzeki, Tygrysi Pazurze! — parsknął brązowy kocur.

Od strony brzegu dobiegł przenikliwy ostrzegawczy pisk.

— Uważaj! Nadchodzą wojownicy Klanu Rzeki!

Tygrysi Pazur odwrócił się; z wody u stóp skał wynurzały się kolejne koty. Przemoczeni wojownicy Klanu Rzeki wyskakiwali bezszelestnie na brzeg i nawet nie otrząsając futra z wody, rzucali się do bitwy.

Ciemno pręgowany kocur obrzucił Dębowe Serce wściekłym spojrzeniem.

— Pływacie jak wydry, ale w lesie nie macie czego szukać! — uniósł wargę i wyszczerzył kły na wijącego się w jego pazurach kota.

Nad zgiełk bitwy wybił się rozpaczliwy wrzask kotki z Klanu Pioruna, rozpłaszczonej na brzuchu i przyciśniętej do ziemi przez żylastego, brązowego wojownika z Klanu Rzeki, który nagle sięgnął do jej szyi szczękami wciąż jeszcze ociekającymi wodą po przepłynięciu rzeki.

Usłyszawszy jej krzyk, Tygrysi Pazur puścił Dębowe Serce. Jednym energicznym skokiem zrzucił wojownika z pleców kotki.

— Uciekaj, Mysie Futro! — rozkazał i odwrócił się do wojownika Klanu Rzeki, który napadł kotkę. Mysie Futro podniosła się niepewnie, krzywiąc się z bólu od głębokiego cięcia na łopatce, i rzuciła się do ucieczki.

Za jej plecami Tygrysi Pazur prychał z wściekłości, gdyż kocur z Klanu Rzeki rozciął mu nos. Nie zważając na zalewającą oczy krew, rzucił się do przodu i zatopił zęby w tylnej łapie wroga. Kocur z Klanu Rzeki wrzasnął i wyszarpnął łapę.

— Tygrysi Pazurze! — rozległ się wrzask wojownika z ogonem rudym jak lisia kita. — To nie ma sensu! Tych z Klanu Rzeki jest zbyt wielu!

— Nie, Rudy Ogonie! Nikt nie pokona Klanu Pioruna! — odkrzyknął Tygrysi Pazur, jednym skokiem stając u boku wojownika. — To nasze terytorium! — Krew spływała mu po ciemnych nozdrzach; strząsnął ją niecierpliwie, opryskując skały ciemnymi kroplami.

 

— Klan Pioruna doceni twoją odwagę, Tygrysi Pazurze, ale nie możemy już stracić ani jednego wojownika — nalegał Rudy Ogon. — Błękitna Gwiazda nigdy nie oczekuje od wojowników niemożliwego. Znajdziemy jeszcze okazję do pomsty za tę porażkę. — Nie spuścił oczu pod spojrzeniem Tygrysiego Pazura, potem wycofał się i wskoczył na głaz na skraju lasu.

— Odwrót! Klan Pioruna! Odwrót! — wrzasnął. Jego wojownicy zaczęli wyślizgiwać się i wywijać spod pazurów przeciwników. Prychając i sycząc, wycofywali się w stronę Rudego Ogona. Przez krótką chwilę wojownicy Klanu Rzeki wydawali się zdezorientowani. Czyżby zwycięstwo przyszło im aż tak łatwo? Dębowe Serce wydał okrzyk bojowy. Wojownicy Klanu Rzeki natychmiast dołączyli do swojego zastępcy i zaczęli wielogłosową pieśń zwycięstwa.

Rudy Ogon rozejrzał się po swoich wojownikach. Poruszył ogonem, dając sygnał do odwrotu. Członkowie Klanu Pioruna pobiegli na odległy skraj Słonecznych Skał, zeskoczyli w cień i zniknęli w lesie.

Tygrysi Pazur biegł na końcu. Na skraju lasu zawahał się na moment i odwrócił, by spojrzeć na zalane krwią pole bitwy. Oczy miał zmrużone w szparki, minę ponurą. Potem skoczył za swoim klanem w cichy las.

*

Na pustej polanie siedziała samotnie stara siwa kocica, wpatrzona w czyste nocne niebo. Wokół słyszała oddechy i poruszenia pogrążonych we śnie kotów.

Z ciemnego zakątka wynurzyła się kotka o szylkretowej sierści; szła szybkim, bezszelestnym krokiem.

Szara kocica pochyliła głowę w pozdrowieniu.

— Jak się ma Mysie Futro? — miauknęła.

— Jej rany są głębokie, Błękitna Gwiazdo — odparła szylkretka, sadowiąc się na chłodnej nocnej trawie. — Ale jest młoda i szybko dojdzie do siebie.

— A co z innymi?

— Również wyzdrowieją.

Błękitna Gwiazda westchnęła.

— Mamy szczęście, że tym razem nie straciliśmy żadnego z wojowników. Zdolna z ciebie medyczka, Nakrapiany Liściu. — Znów uniosła głowę ku gwiazdom. — Niepokoi mnie dzisiejsza porażka. Odkąd zostałam przywódczynią, Klan Pioruna nie dał się pokonać na swoim terytorium — wymruczała. — Dla klanu nastały trudne czasy. Pąki na drzewach pojawiają się późno, rodzi się mniej młodych. Jeśli Klan Pioruna ma przetrwać, potrzebuje więcej wojowników.

— Ale rok dopiero się zaczyna — zauważyła spokojnie Nakrapiany Liść. — Będzie ich więcej w porze zielonych liści.

Szara kocica poruszyła szerokimi barkami.

— Być może. Ale wyszkolenie kociąt na wojowników wymaga czasu. Jeśli Klan Pioruna ma bronić swojego terytorium, musi jak najszybciej znaleźć sobie nowych wojowników.

— Chcesz zapytać o radę Klan Gwiazdy? — miauknęła cicho Nakrapiany Liść, podążając za wzrokiem Błękitnej Gwiazdy i unosząc spojrzenie na rój gwiazd migoczących na ciemnym niebie.

— W takich czasach potrzebujemy słów starożytnych wojowników. Czy Klan Gwiazdy przemówił do ciebie? — zapytała Błękitna Gwiazda.

— Od kilku księżyców milczą, Błękitna Gwiazdo.

Nagle nad czubkami drzew przemknęła spadająca gwiazda. Nakrapiany Liść poruszyła ogonem i nastroszyła sierść.

Błękitna Gwiazda postawiła uszy, lecz zachowała milczenie, podczas gdy Nakrapiany Liść nadal wpatrywała się w niebo.

Po kilku chwilach Nakrapiany Liść opuściła głowę i spojrzała na Błękitną Gwiazdę.

— To była wiadomość z Klanu Gwiazdy — wymruczała, a jej spojrzenie zamgliło się. — Tylko ogień ocali nasz klan.

— Ogień? — powtórzyła Błękitna Gwiazda. — Ale przecież ogień wywołuje trwogę u wszystkich klanów! Jakże zdoła nas ocalić?

Nakrapiany Liść pokręciła głową.

— Nie wiem — przyznała. — Ale taką wiadomość przesłał mi Klan Gwiazdy.

Przywódczyni Klanu Pioruna wbiła wzrok w medyczkę.

— Nigdy dotąd się nie pomyliłaś, Nakrapiany Liściu — miauknęła. — Jeśli Klan Gwiazdy przemówił, to musi być prawda. Ogień ocali nasz klan.

Rozdział 1


Panowała zupełna ciemność. Rdzawy czuł coś w pobliżu. Młody kot otworzył szeroko oczy, wpatrując się w gęste poszycie lasu. Miejsce było mu nieznane, lecz nowe zapachy przyciągały go głębiej w mrok. W brzuchu mu burczało, przypominając o głodzie. Lekko otworzył pysk, by ciepłe zapachy lasu dotarły do kubków smakowych na podniebieniu. Zatęchłe zapachy gnijących liści zmieszane z kuszącym aromatem małego, pokrytego sierścią zwierzęcia.

Nagle obok przemknęła szara błyskawica. Rdzawy przystanął, nasłuchując. Zwierzę przyczaiło się mniej niż dwie długości ogona od niego. Wiedział, że to mysz, w głębi ucha słyszał szybkie bicie malutkiego serca. Przełknął, tłumiąc burczenie w żołądku. Niedługo zaspokoi głód.

Powoli przyczaił się i przygotował do ataku. Stał pod wiatr od myszy, wiedział, że ta go nie poczuje. Ostatni raz sprawdził położenie ofiary, wybił się mocno na tylnych łapach i skoczył, kopnięciem wyrzucając w górę opadłe liście.

Mysz pomknęła w stronę kryjówki w dziurze w ziemi. Rdzawy jednak już ją dopadł. Chwycił bezbronne stworzenie w ostre jak brzytwa pazury, uniósł i podrzucił wysoko nad zasłaną liśćmi ziemię. Mysz wylądowała oszołomiona, lecz żywa. Próbowała uciekać, ale Rdzawy znów ją złapał. Podrzucił mysz jeszcze raz, nieco wyżej. Mysz zdołała przebiec kilka kroków, lecz szybko ją dogonił.

Nagle w pobliżu rozległ się brzęk. Rdzawy rozejrzał się, a mysz, korzystając z okazji, zdołała wyrwać mu się z pazurów. Kiedy się odwrócił, zobaczył, jak znika w ciemnej plątaninie korzeni drzew.

Rozzłoszczony zrezygnował z polowania. Zawirował w miejscu, rozjarzonymi zielonymi oczami szukając źródła hałasu, który pozbawił go kolacji. Dźwięk nie zamilkł, stawał się coraz bardziej znajomy. Rdzawy zamrugał i otworzył oczy.

Las zniknął, a Rdzawy leżał skulony na swoim posłaniu w gorącej i dusznej kuchni. Przez okno wpadało światło księżyca, rzucając cienie na gładką, twardą podłogę. Hałasem okazał się brzęk suchych kawałków karmy wsypywanych do miski, polowanie zaś było tylko snem.

Uniósł głowę i oparł podbródek na brzegu posłania. Obroża uwierała go w szyję. We śnie czuł świeże powietrze pieszczące mu miękkie futro w miejscu zwykle uciskanym przez pasek. Rdzawy przetoczył się na plecy, przez kilka chwil jeszcze napawając się wspomnieniem. Nadal czuł zapach myszy. Już trzeci raz od pełni księżyca przyśnił mu się ten sen i za każdym razem mysz mu uciekała.

Oblizał wargi. Ze swego posłania czuł zapach karmy. Jego domownicy zawsze wieczorem napełniali mu miskę. Zapach kurzu przepłoszył ciepłe aromaty ze snu, lecz w brzuchu wciąż mu burczało. Rdzawy rozciągnął łapy, żeby się dobudzić, i podreptał przez kuchnię na kolację. Karma była sucha i nie miała smaku. Niechętnie przełknął jeszcze jeden kęs, potem odwrócił się od miski i przecisnął przez klapkę w drzwiach w nadziei, że zapach ogrodu pozwoli mu odtworzyć nastrój snu.

Księżyc świecił jasno, padał lekki deszcz. Rdzawy maszerował przez niewielki ogródek po oświetlonej blas­kiem, żwirowej alejce, czując pod łapami zimne i ostre kamyki. Załatwił swoje potrzeby pod dużym krzewem o lśniących, zielonych liściach i ciężkich, czerwonych kwiatach. Ich mdląco słodki zapach dominował pośród świeżego aromatu wilgotnego powietrza, więc kot zmarszczył pysk, by nie dopuścić go do nozdrzy.

Następnie usadowił się na szczycie słupka ogrodzenia wytyczającego granice jego ogrodu. Było to jego ulubione miejsce, gdyż sięgał stąd wzrokiem zarówno na podwórka sąsiadów, jak i do gęstego, zielonego lasu po drugiej stronie ogrodzenia.

Deszcz ustał. Nisko przycięty trawnik za jego plecami skąpany był w księżycowej poświacie, lecz za ogrodzeniem między drzewami czaiły się cienie. Rdzawy uniósł nieco głowę i zaczął niuchać w wilgotnym powietrzu. Pod grubym futrem jego skóra była sucha i ciepła, lecz czuł ciężar kropel deszczu, które skrzyły się na jego rudej sierści.

Słyszał, jak domownicy wołają go po raz ostatni, a ich głos dobiega spod drzwi kuchennych. Gdyby poszedł teraz do domu, przyjęliby go dobrym słowem i pieszczotami, a potem wpuścili do łóżka, w którym mógłby się zwinąć w kłębek i mrucząc, grzać się w zagięciu kolan.

Tym razem jednak Rdzawy zignorował wołanie domowników i zwrócił spojrzenie z powrotem na las. Po deszczu orzeźwiający zapach drzew jeszcze nabrał świeżości.

Nagle poczuł, że na karku jeży mu się sierść. Czy coś się poruszyło? Czy ktoś go obserwuje? Rdzawy wlepił wzrok w przestrzeń przed sobą, lecz w przesyconej zapachem drzew ciemności nie dało się niczego dostrzec ani wywąchać. Z nową odwagą uniósł głowę, wstał i przeciągnął się, łapami chwytając za słupki przy furtce, prostując nogi i wyginając grzbiet. Zamknął oczy i znów wciągnął w nozdrza zapachy lasu. Zdawały się coś obiecywać, kusić, by ruszył przed siebie w rozszeptane cienie. Sprężył mięśnie i przysiadł na chwilę, potem lekko zeskoczył na drugą stronę płotu, na szorstką trawę. Przy lądowaniu w nocnej ciszy zabrzęczał przymocowany do obroży dzwoneczek.

— Dokąd się wybierasz, Rdzawy? — zamiauczał znajomy głos za plecami.

Rdzawy uniósł wzrok. Na ogrodzeniu balansował niezgrabnie czarno-biały kociak.

— Cześć, Łatek — odparł Rdzawy.

— Chyba nie zamierzasz wyjść do lasu? — Bursztynowe oczy Łatka miały wielkość spodków.

— Tylko zerknę — obiecał Rdzawy, z zakłopotaniem przestępując z łapy na łapę.

— Ja bym tam nie poszedł za nic. To niebezpieczne! — Łatek z niesmakiem zmarszczył nos. — Henryk mówił, że raz poszedł do lasu — uniósł głowę nad rząd ogrodzeń i nosem wskazał ogród, w którym mieszkał Henryk.

— Ten pręgowany spaślak nigdy nie postawił łapy w lesie! — parsknął z pogardą Rdzawy. — Od czasu wyjazdu do weterynarza prawie nie wychyla nosa poza swój ogród. Tylko by jadł i spał.

— Nie tylko. Złapał tam rudzika! — przekonywał Łatek.

— Jeśli nawet, to zrobił to przed weterynarzem. A teraz narzeka na ptaki, bo zakłócają mu sen!

— W każdym razie — ciągnął Łatek, nie zwracając uwagi na pogardę w głosie Rdzawego — Henryk mówił, że żyje tam mnóstwo groźnych zwierząt. Olbrzymie dzikie koty, które na śniadanie pożerają żywcem króliki, a na starych kościach ostrzą sobie pazury!

— Idę tylko się rozejrzeć — miauknął Rdzawy. — Niedługo wracam.

— Nie mów, że cię nie ostrzegałem! — zakończył czarno-biały kociak, odwrócił się i zeskoczył z płotu do własnego ogrodu.

Rdzawy przysiadł na ostrej trawie za ogrodowym płotem. Nerwowo polizał sobie bark, zastanawiając się, ile prawdy kryją w sobie rewelacje Łatka.

Nagle kątem oka dostrzegł jakieś poruszenie. Patrzył, jak drobnym krokiem coś niewielkiego przemyka pod gałązkami jeżyn.

Instynktownie rozpłaszczył się na ziemi. Powolutku stawiając łapę za łapą, przesuwał się w stronę krzaków. Z postawionymi wysoko uszami i rozdętymi nozdrzami, nie mrugając, zbliżał się do zwierzątka. Widział je teraz wyraźnie: przycupnięte między kolczastymi gałązkami, obgryzało duże ziarenko, trzymając je w łapkach. Była to mysz.

Rdzawy zakołysał się lekko, gotów do skoku. Wstrzymał oddech, by dzwonek znów się nie odezwał. Krew w nim zagrała, serce biło mocno. To jeszcze lepsze od tamtego snu! Znienacka podskoczył na nagły trzask łamanych gałązek i deptanych liści. Dzwonek zadźwięczał zdradliwie, mysz czmychnęła w największą gęstwinę jeżyn.

Rdzawy stał jak wmurowany, rozglądając się wokół. Dojrzał biały koniuszek kity, przesuwający się między wysokimi paprociami. Dobiegł go mocny, dziwny zapach. Zdecydowanie mięsożerca, ale ani kot, ani pies. Zdezorientowany Rdzawy zapomniał o myszy i z ciekawością śledził poruszenia ogona. Chętnie przyjrzałby mu się ­bliżej.

Ruszył przyczajony do przodu, wyostrzonymi zmysłami badał okolicę. Nagle doszedł go kolejny dźwięk. Dobiegał z tyłu, lecz wydawał się odległy i stłumiony. Rdzawy zastrzygł uszami, by lepiej słyszeć. „Odgłos łap?” — zastanawiał się, nie odrywając spojrzenia od rudego ogona przed sobą i dalej skradając się w jego kierunku. Dopiero kiedy lekki szelest za plecami zamienił się w głośny, szybko przybliżający się trzask, kociak zdał sobie sprawę z zagrożenia.

Zwierzę spadło na niego jak grom z jasnego nieba i siłą rozpędu odrzuciło na kępę pokrzyw. Wijąc się i sycząc, próbował zrzucić wczepionego w grzbiet napastnika, trzymającego go w uścisku niezwykle ostrych pazurów. Rdzawy poczuł też ostre kły wbijające mu się w kark. Wił się i wykręcał całe ciało, lecz nie mógł się uwolnić. Przez moment czuł się bezbronny, nagle zastygł w bezruchu. W mgnieniu oka ułożył plan i rzucił się na plecy. Instynkt podpowiadał, że odsłanianie miękkiego brzucha jest niezwykle niebezpieczne, lecz była to jedyna szansa.

 

Szczęście mu sprzyjało — podstęp wydawał się działać. Spod spodu rozległo się pufnięcie, świadczące o tym, że napastnik stracił dech. Miotając się dziko, Rdzawy w końcu się wyswobodził i nie oglądając się za siebie, pognał do domu.

Tupot łap wskazywał, że napastnik rzucił się w pogoń. Mimo palącego bólu zadrapań pod sierścią, Rdzawy postanowił raczej stanąć do otwartej walki, niż dać się zaskoczyć od tyłu.

Zatrzymał się gwałtownie, błyskawicznie odwrócił i stanął na wprost prześladowcy.

Był to także kot — o gęstej, zmierzwionej, szarej sierści, mocnych nogach i szerokim pysku. Rdzawy od razu wyczuł, że to samiec, i poczuł siłę mięśni ukrytych pod miękkim futerkiem. W następnej chwili kot pędem wpadł na Rdzawego, a zaskoczony jego nagłym przystanięciem, odbił się od niego i przewrócił.

Rdzawy stracił dech od uderzenia i zatoczył się do tyłu. Szybko jednak odzyskał równowagę, wygiął grzbiet i nastroszył rudawe futerko, gotów skoczyć na przeciwnika. Jednak napastnik tylko usiadł i zaczął lizać łapę, już bez śladu agresji.

Rdzawy poczuł dziwne rozczarowanie. Całe ciało miał sprężone, gotowe do bitwy.

— Hej, koteczku! — zawołał szary kot pogodnie. — Jak na oswojonego pieszczocha całkiem nieźle się bronisz!

Rdzawy jeszcze przez sekundę stał spięty, zastanawiając się, czy nie zaatakować. Szybko przypomniał sobie jednak siłę łap, które przyszpiliły go do ziemi. Schował pazury, rozluźnił mięśnie i rozprostował grzbiet.

— I jeśli trzeba, znów będę się bronił — warknął.

— A przy okazji, mam na imię Szara Łapa — ciągnął szary kot, ignorując groźbę. — Szkolę się na wojownika Klanu Pioruna.

Rdzawy nie odezwał się. Nie rozumiał znaczenia słów Szarej Łapy, lecz wyczuł, iż zagrożenie minęło. Ukrył zdziwienie, pochylając głowę i liżąc sobie zmierzwione futro na piersi.

— Co taki domowy kociak jak ty robi w lesie? Nie wiesz, że tu jest niebezpiecznie? — zapytał Szara Łapa.

— Jeśli to ty jesteś największym niebezpieczeństwem w tym lesie, to chyba jakoś sobie z nim poradzę — odparł zuchwale Rdzawy.

Szara Łapa zmierzył go spojrzeniem zmrużonych, żółtych oczu.

— Och, zdecydowanie nie jestem największym niebezpieczeństwem. Gdybym był chociaż w połowie wojownikiem, takiemu intruzowi zostawiłbym na pamiątkę kilka prawdziwych ran.

Rdzawy, słysząc te pogróżki, poczuł dreszcz strachu. Co miał na myśli obcy, mówiąc o intruzie?

— Zresztą — miauczał dalej Szara Łapa, ostrymi zębami wyciągając sobie źdźbła trawy spomiędzy pazurów — nie chciało mi się zadawać ci ran. Widać od razu, że nie należysz do żadnego z innych klanów.

— Innych klanów? — powtórzył oszołomiony Rdzawy.

Szara Łapa syknął zniecierpliwiony.

— Na pewno słyszałeś o czterech klanach wojowników, które polują w okolicy! Ja należę do Klanu Pioruna. Inne klany wciąż próbują podkradać nam zwierzynę z terytorium, a celuje w tym Klan Cienia. Oni na pewno rozerwaliby cię na kawałki bez zadawania pytań, są naprawdę bezwzględni.

Szara Łapa przerwał na chwilę, prychnął z gniewem i ciągnął:

— Zabierają zwierzynę, która wedle prawa należy do nas. Wojownicy Klanu Pioruna mają za zadanie trzymać ich z dala od granic naszego terytorium. Jak skończę szkolenie, będę najgroźniejszy, inne klany będą drżały tak, że z nich pchły pospadają! Nigdy już nie odważą się podejść do naszych granic!

Rdzawy zmrużył oczy. To na pewno jeden z tych dzikich kotów, przed którymi ostrzegał go Łatek! Żyły w lesie, polowały i walczyły między sobą o każdy kęs pożywienia. A jednak Rdzawy nie bał się. Właściwie pewny siebie młodziak wręcz mu zaimponował.

— Tak więc nie jesteś jeszcze wojownikiem? — zapytał.

— Dlaczego? Tak myślałeś? — Szara Łapa zamruczał dumnie, po czym potrząsnął szeroką, puszystą głową. — Jeszcze dużo czasu minie, zanim nim zostanę. Najpierw muszę skończyć szkolenie. Kociaki muszą skończyć sześć księżyców, zanim w ogóle je zaczną. Dzisiaj jest moja pierwsza noc jako ucznia.

— A może zamiast tego znajdziesz sobie domownika z miłym, przytulnym domem? Żyłoby ci się znacznie łatwiej — podsunął Rdzawy. — Mnóstwo ludzi z domów wokół wzięłoby takiego kociaka jak ty. Wystarczy, że przez kilka dni posiedzisz w widocznym miejscu i będziesz wyglądał na głodnego…

— I będą mnie karmić króliczymi bobkami i śmierdzącą breją! — wpadł mu w słowo Szara Łapa. — Nigdy! Nie wyobrażam sobie losu gorszego, niż być domowym kotem! To tylko zabawki Dwunożnych! Jedzą coś, co nawet nie przypomina pożywienia, załatwiają się do pudełka z piaskiem i wysuwają nosy na dwór tylko wtedy, kiedy Dwunożni im pozwolą! To nie życie! Tutaj jest niebezpiecznie, ale jest wolność. Chodzimy, gdzie chcemy — zakończył przemowę dumnym prychnięciem i miauknął psotnie. — Nie znasz życia, dopóki nie spróbujesz świeżo zabitej myszki. Czy kiedykolwiek jadłeś mysz?

— Nie — przyznał z lekkim oporem Rdzawy. — Jeszcze nie.

— No to chyba nie zrozumiesz — westchnął Szara Łapa. — Nie urodziłeś się na wolności, a to wielka różnica. Trzeba mieć w żyłach krew wojownika lub poczuć na wąsach powiew wiatru. Kociaki urodzone w domach Dwunożnych nigdy tego nie zrozumieją.

Rdzawy przypomniał sobie uczucie przepełniające go we śnie.

— Nieprawda! — miauknął z oburzeniem.

Szara Łapa nie odpowiedział. Nagle zesztywniał w połowie lizania, z jedną łapą uniesioną, i zaczął węszyć.

— Czuję koty z mojego klanu — syknął. — Powinieneś iść. Nie ucieszą się, jak cię zastaną na naszym terytorium!

Rdzawy rozejrzał się wokół, zastanawiając się, skąd Szara Łapa wie o zbliżających się kotach. Wyczuł jedynie przepełniony zapachem liści powiew wiatru. Jednak naglący ton Szarej Łapy zjeżył mu sierść.

— Szybko! — syczał Szara Łapa. — Uciekaj!

Rdzawy przygotował się do skoku w krzaki, lecz nie wiedział, w którą stronę uciekać.

Nie zdążył. Za jego plecami ktoś miauknął ostro i groźnie.

— Co się tutaj dzieje?

Rdzawy odwrócił się; na polankę dostojnym krokiem wchodziła duża, szara kocica. Była wspaniała. Białe kosmyki znaczyły jej pysk, na barkach szpetna blizna przecinała sierść, która w świetle księżyca lśniła srebrem.

— Błękitna Gwiazda! — Szara Łapa przywarł do ziemi obok Rdzawego i zmrużył oczy. Rozpłaszczył się jeszcze mocniej, kiedy na polanę wkroczył kolejny złocisty, pręgowany kocur.

— Nie powinieneś zbliżać się do domostwa Dwunożnych, Szara Łapo! — zganił go złocisty, z gniewem mrużąc zielone oczy.

— Wiem, Lwie Serce, przepraszam. — Szara Łapa wbił wzrok w swoje łapy.

Za jego przykładem Rdzawy skulił się nisko przy ziemi, poruszając nerwowo uszami. W tych kotach drzemała siła, jakiej nigdy nie wyczuwał u swoich znajomych z ogrodu. Może ostrzeżenia Łatka jednak kryły w sobie prawdę?

— Kto to jest? — zapytała kocica.

— Nie jest groźny — odparł Szara Łapa szybko. — Nie jest wojownikiem klanów, to tylko pieszczoch Dwunożnych spoza naszych terytoriów.

„Tylko pieszczoch Dwunożnych”! Krew zawrzała Rdzawemu w żyłach, lecz zdołał utrzymać język za zębami. W spojrzeniu Błękitnej Gwiazdy dostrzegł ostrzeżenie — znak, że zauważyła gniew w jego oczach. Odwrócił wzrok.

— To przywódczyni mojego klanu, Błękitna Gwiazda! — syknął do niego Szara Łapa ledwie dosłyszalnie. — I Lwie Serce, mój mentor. To znaczy, że on mnie szkoli na wojownika.

— Dziękuję za przedstawienie nas, Szara Łapo — odezwał się Lwie Serce chłodno.

Błękitna Gwiazda wciąż wpatrywała się w Rdzawego.

— Jak na pieszczocha Dwunożnych dobrze walczysz — miauknęła.

Rdzawy i Szara Łapa wymienili zdezorientowane spojrzenia. Skąd wie?

— Obserwowaliśmy was obu — ciągnęła Błękitna Gwiazda, jakby czytała w ich myślach. — Zastanawialiśmy się, jak sobie poradzisz z intruzem, Szara Łapo. Odważnie go zaatakowałeś.

Szara Łapa rozpromienił się na tę pochwałę.

— Usiądźcie obaj! — Błękitna Gwiazda spojrzała na Rdzawego. — Ty też, kocie domowy.

Natychmiast usiadł i nie opuszczając oczu pod spojrzeniem Błękitnej Gwiazdy, wysłuchał jej słów.

— Dobrze zareagowałeś na atak, kociaku. Szara Łapa jest od ciebie silniejszy, lecz ty broniłeś się, używając głowy. Kiedy cię gonił, stawiłeś mu czoła. Nigdy dotąd nie widziałam, by jakikolwiek piecuch tak się zachował.

Rdzawy z trudem kiwnął głową w podziękowaniu, zaskoczony nieoczekiwaną pochwałą. Jej dalsze słowa zaskoczyły go jeszcze bardziej.

— Zastanawiałam się, jak sobie poradzisz w dziczy, poza domem Dwunożnych. Często patrolujemy tę okolicę, wtedy widuję cię siedzącego na granicy twojego terenu i wpatrzonego w las. Wreszcie zdobyłeś się na odwagę i postawiłeś łapę na nowym lądzie. — Błękitna Gwiazda z namysłem patrzyła na Rdzawego. — Jak się zdaje, masz wrodzony talent do polowania. Dobry wzrok. Gdybyś się tak długo nie zastanawiał, złapałbyś tę mysz.

— Na… naprawdę? — zająknął się Rdzawy.

Lwie Serce wtrącił się tonem pełnym szacunku, lecz i naglącym:

— Błękitna Gwiazdo, to pieszczoch. Nie powinien polować na terenach Klanu Pioruna. Odeślij go do domu, do Dwunożnych!

Rdzawy poczuł swędzenie łap na te pogardliwe słowa.

— Odesłać mnie do domu? — miauknął niecierpliwie. Pochwała Błękitnej Gwiazdy sprawiła, że poczuł dumę z siebie. Zauważyła go, zrobił na niej wrażenie. — Ale przecież chciałem tylko złapać mysz, albo dwie. Na pewno wystarczy ich dla wszystkich.

Błękitna Gwiazda odwróciła się do Lwiego Serca, uznając słuszność słów złotego wojownika. Teraz z powrotem zwróciła szybkie spojrzenie na Rdzawego. Tym razem w błękitnych oczach palił się gniew.

— Nigdy nie wystarcza dla wszystkich — parsknęła ostro. — Gdybyś nie żył sobie wygodnie, przekarmiany przez Dwunożnych, wiedziałbyś o tym!