Przerwana wędrówka

Tekst
Z serii: Sfora #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: The Broken Path

Copyright © 2014 by Working Partners Limited

Series Created by Working Partners Limited

Tłumaczenie © Wydawnictwo Nowa Baśń 2020

Wszystkie prawa zastrzeżone

Redaktor prowadząca: Marta Ziegler

Redakcja: Małgorzata Korbiel

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich.

Wydanie I

ISBN 978-83-8203-031-0


Wydawnictwo Nowa Baśń

ul. Czechowska 10, 60-447 Poznań

tel. 881 000 125

www.nowabasn.com

Dla Rachel Mansfield i Lucy Philip

Dziękuję Gillian Philip

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Bohaterowie tomu czwartego cyklu

DZIKA SFORA (W KOLEJNOŚCI OKREŚLONEJ PRZEZ RANGĘ)

Alfa — wielki półwilk o żółtych oczach i szaro-białej sierści

Beta — mała, zwinna suczka o krótkiej, szarej sierści (znana też pod imieniem Słodka)

MYŚLIWI

Ognisty — masywny, brązowy, kudłaty pies z długimi uszami

Werwa — mała suczka z biało-brązową sierścią

Wiosna — suczka z ciemną sierścią w czarne łatki

Fuks — biało-złoty pies o gęstej sierści

Bruno — duży, waleczny pies o gęstej, brązowej sierści i zawadiackim spojrzeniu

Bella — biało-złota suczka o gęstej sierści

Miki — smukły, czarno-biały pies

PSY PATROLOWE

Luna — czarno-biała suczka

Strzała — szczupła, brązowo-biała suczka myśliwska

Marta — gigantyczna suczka o szerokim pysku, a także gęstej i grubej sierści

Stokrotka — mała suczka o białej sierści z brązowym ogonem

Maruda — mały, czarny i dziwnie zbudowany pies z maleńkimi uszami i pomarszczonym pyskiem

Omega — drobna suczka z długą, białą sierścią (znana też jako Promyk)

SZCZENIĘTA

Kręcioł — czarno-biały kudłaty pies (szczenię Ognistego oraz Luny)

Kichawa — czarna, kędzierzawa suczka (szczenię Ognistego oraz Luny)

Liza — brązowo-płowa suczka bojowa

PSY BOJOWE (W KOLEJNOŚCI OKREŚLONEJ PRZEZ RANGĘ)

Alfa — smukła, czarno-brązowa suczka z białym znamieniem w kształcie kła pod uchem (znana też jako Kosa)

Beta — ogromny, czarno-brązowy pies (znany też jako Młot)

Rapier — brązowo-płowy pies z krótkim pyskiem

Strzelba — czarno-brązowa suczka

Brutal — czarno-brązowy pies

Rozpruwacz — czarno-brązowy pies

Rewoler — czarno-brązowy pies

Topór — wielki, czarno-brązowy pies

Maczuga — wielka, czarno-brązowa suczka

Cios — mocarny, czarno-brązowy pies

Muszkiet — czarno-brązowy pies

Berta — brązowo-płowa suczka

Harpun — czarno-brązowy pies

Grot — młody, czarno-brązowy pies

Omega — drobny, czarno-brązowy pies (znany też jako Pocisk)

SZCZENIĘTA

Kieł — brązowo-płowy pies (znany wcześniej jako Mruk)

SAMOTNE PSY

Stary Łowca — duży i dobrze zbudowany pies z płaskim pyskiem

Tik — brązowy pies myśliwski w czarne łatki, który utyka

Prolog

— Poddaj się, Japo! Jestem twoją alfą!

Kwik szczeknęła i przetoczyła się po Japie, wzbijając wokół nich kłęby kurzu. Po długich, gorących dniach pod Psem Słońcem schludnie przycięta trawa była wyschnięta, a oba szczeniaki przeturlały się w stronę rządka kolorowych kwiatów posadzonych przez Długonogich. Niewielka przestrzeń wydzielona płotem była uporządkowana oraz bezpieczna. Idealna na bałagan i bijatykę!

Przebierając krótkimi nóżkami, Japa wygramolił się spod swojej siostry z miotu i rzucił się na nią.

— Wcale że nie. To ja jestem alfą!

Kwik kichnęła, oczyszczając nozdrza z suchej ziemi, i zawarczała piskliwie:

— Popamiętasz mnie, Japo.

Niezdarnie rzuciła mu się na kark, Japa jednak przeturlał się do tyłu, tak by na niego wpadła, i złapał ją za tylne łapy swoimi mleczakami.

— Au, au! — zaskomlała Kwik.

— Boli cię? — wydusił Japa, nadal trzymając jej łapę w zębach.

— Ha! — Suczka wykorzystała jego zaskoczenie oraz poczucie winy, obróciła się i wyrwała mu nogę. — Nabrałam cię! — szczeknęła do niego.

— Ale jesteś… — Szczeniak zerwał się na równe łapy i zaczął ją gonić. — Dorwę cię, omego…

Nagle stanął jak wryty. Nozdrza mu zadrgały. Co to za zapach? — zdziwił się.

Kwik zniknęła za rogiem domu Długonogich, a jej skowyt ucichł, Japy jednak już to nie interesowało. Osobliwa woń drażniła nieprzyjemnie jego nos, aż zaczął kaszleć. Trzepnął się łapami po pysku i pokręcił głową, mrużąc oczy. W końcu kichnął. Brakowało mu tchu, więc chcąc nie chcąc musiał głęboko zaczerpnąć skażonego powietrza. Zaskomlał boleśnie.

To było okropne. Co to takiego? I gdzie jego Psia Mama? Japa przysiadł smętnie i zadygotał.

Chwileczkę — pomyślał. — Przecież jestem już dużym szczeniakiem.

Podniósł się i otrzepał. Woń była bardzo silna, a on był świetnym tropicielem — kiedyś będzie najlepszy na świecie! Sam to zbadam — postanowił i zaczął węszyć w powietrzu i podążać za smrodem, starając się więcej nie kichać ani nie kaszleć. Od tego powietrza piekło go w gardle…

Jest! Drzwi do domu Długonogich były uchylone, więc Japa otworzył je szerzej, popychając je nosem. Tutaj zapach był szczególnie silny, aż oczy zaczęły mu łzawić.

Przecież badam teren. Nie mogę się cofnąć…

Zakradał się do środka niepewnie, stukając pazurami o twardą podłogę. Przed nim znajdowało się najmniejsze szczenię Długonogich — to, które miało długie, żółte włosy, splecione w taki jakby ogon. Japa lubił ją. Często do niego szczekała, zapraszając go do zabawy, ale teraz tego nie robiła.

Pochłonęła ją nowa zabawa. Wdrapała się na pudło do siedzenia i pochylała się nad tą błyszczącą, metalową wieżą, na której Długonodzy przypalali sobie jedzenie. Japa zmarszczył nos i przekrzywił łebek ze zdziwieniem.

Młoda Długonogich trzymała coś w rękach. Kiedy potrząsnęła tym czymś i wyjęła ze środka patyczek, Japa dosłyszał głuche grzechotanie. Może to taka zabawa? — pomyślał. — Bawi się nową zabawką. Ja też chcę!

Ten patyczek jednak miał dziwny zapach. Japa wyczuwał jego woń nawet z tej odległości. Drewienko miało czerwoną końcówkę, jak gdyby zanurzono je we krwi i wydzielało przykry odór. W dodatku coś zaczęło przerażająco syczeć, zupełnie jak wąż…

Coś tu nie tak… — zaczął się zastanawiać.

Niespodziewanie Japa przestał się martwić, że Długonodzy się na niego pogniewają. Nie mógł znieść tego zapachu, hałasu, dziwnego patyczka. Przestań się tak bawić, mała Długonoga, przestań! — krzyczał w myślach, po czym zadarł głowę do tyłu i rozszczekał się najgłośniej, jak umiał.

Zaskoczona Długonoga z żółtymi włosami upuściła zabawkę. Kiedy pudełeczko upadło, rozsypało się z niego bezładnie więcej tych patyczków. Japa znowu zaszczekał i zaczął drapać pazurami o lśniącą podłogę. Tak bardzo się bał tych małych patyczków o przenikliwej woni, że nawet nie dałby rady odwrócić się do nich tyłem. W dodatku z każdą chwilą coś syczało coraz głośniej.

Mała Długonoga wykrzywiła buzię z zaskoczenia i rozczarowania, ale Japa tym bardziej gorączkowo ujadał. Nie wiedział, co się dzieje, ale musiał wezwać swoją Psią Mamę.

Jednak to nie ona przyszła. W pomieszczeniu zaroiło się nagle od większych Długonogich, którzy skowyczeli i krztusili się. Jedna z nich, samica, krzyknęła przeszywająco i porwała żółtowłosą na ręce. Zaczęła ją besztać i Japa na chwilę przestał szczekać, zastanawiając się, czy napytał sobie okropnej biedy.

Ale duzi Długonodzy zupełnie nie zwracali na niego uwagi. Samiec pognał do przeźroczystego kamienia w ścianie i otworzył go, tak żeby potworny, dławiący zapach uleciał. Natomiast inny samiec, mniejszy od dorosłych Długonogich, lecz wyższy od małej samiczki, rzucił się na kolana obok Japy i wziął go na ręce.

Japa zadygotał z przerażenia, ale mały Długonogi chyba się nie złościł. Wydawał kojące odgłosy, przytulał szczeniaka do piersi i łaskotał go pod brodą.

— Grzeczny piesek — powtarzał coś takiego w kółko, wynosząc go na zewnątrz. — Grzeczny piesek!

Znajdowali się już na świeżym powietrzu i nieprzyjemna woń zanikała. Inni Długonodzy otoczyli Japę, głaskali go po głowie i gilgotali po uszach. Starsza samica mocno ściskała mniejszą, mimo że szczekała do niej ostre słowa, a w oczach miała wodę.

 

Zwierzak spoglądał na Długonogich z podwiniętym mocno ogonem, ale żadne z nich nie łajało go za niedawny wyskok.

— Grzeczny piesek — warczeli raz po razie, dodając potem: — Fuks. Co za fuks. Fuks…

Tego było za wiele. Japa wpadł w panikę i zaczął się wiercić, aż młody samiec Długonogich odłożył go na ziemię. Jak tylko odzyskał wolność, popędził do stodoły, nie oglądając się.

Psia Mama wyszła mu naprzeciw. Merdała ogonem i patrzyła na niego błyszczącymi z dumy oczami. Japa dał nura między jej przednie łapy i tam się zatrzymał. Polizała go czule po głowie.

— Dobra robota, Japo — zamruczała. — Zwróciłeś Długonogim uwagę na coś bardzo ważnego.

— Aha — zaskomlał. — Myślałem, że będą się na mnie złościć za szczekanie, tak jak wcześniej. Teraz nie musieli?

— Nie — potwierdziła Psia Mama i obmyła mu uszy językiem. — Wydaje mi się też, że znaleźli dla ciebie imię, kiedy będziesz już dorosłym psem. Fuks.

Japa zmarszczył nos. Chociaż nie chciał, oprócz dumy z siebie poczuł lekki zawód.

— Myślałem, że sam sobie wybiorę imię.

— Cóż, tak robią dzikie psy — stwierdziła z pewną dezaprobatą Psia Mama. — A niektóre Psy w Obrożach nie akceptują imion nadanych im przez Długonogich. Ale tobie nadali piękne imię. Powinieneś być z niego dumny.

— Fuks — mruknął Japa do siebie. Obrzucił Długonogich ostatnim spojrzeniem, ale wchodzili już do domu i zamykali za sobą drzwi. Powtórzył nieco głośniej: — Fuks.

Psia Mama trąciła go nosem delikatnie.

— To dobre imię, Japo. Piorun miał fuksa, kiedy Psy Nieba go uratowały, poza tym Psu Lasu też ponoć zawsze sprzyja szczęście. — W jej głosie pobrzmiewało rozbawienie. — Dzięki takiemu imieniu nie będziesz się pakował w tarapaty, maluszku. A mam wrażenie, że przyda ci się taka pomoc. Popatrz na to jak na dar od Psa Lasu.

Drobna pierś Japy wezbrała dumą.

— Fuks. — Oblizał się, jakby chciał posmakować swoje nowe imię. — Tak. To na pewno wspaniałe imię, skoro dał mi je Pies Lasu.

Psia Mama powstrzymała śmiech i szturchnęła Japę lekko w kierunku szopy, gdzie sypiali razem z resztą miotu. Nisko wiszące słońce jaśniało na ścianach budynku. Japa czuł już narastającą senność. Miał za sobą długi, męczący dzień i marzył o miękkich futrach do spania, które dali im Długonodzy.

Dom, ciepło — a teraz obdarowali Japę również jego psim mianem. Długonodzy byli dobrzy. Zawsze odnosili się do niego życzliwie. Tak, wiedział, że może im zaufać.

Jestem Fuks, bo mam fuksa — myślał Japa sennie, wtulając się w Psią Mamę, która umościła się w cienistym chłodku szopy. — Mam nadzieję, że zawsze tak będzie…

Rozdział 1

Fuks biegł, a jego łapy chrzęściły na leśnym podszyciu. Rdzawe cętki światła rozproszonego w gałęziach nad jego głową rozświetlały opadłe liście leżące na ziemi. Tuż przed sobą widział potężne łapy Ognistego, które wielkimi susami przemierzały las.

Fuks przyspieszył, wytężając mięśnie, by dotrzymać tempa. Gdzieś za nim biegła też młoda Liza. Fuks musiał wierzyć, że Liza nie będzie odstawać od grupy, bo nie chciał zwalniać. Serce waliło mu mocno, a na wywieszonym języku czuł smak zimnego powietrza rudoliścia. Od wielu podróży Psa Księżyca nie czuł się tak silny i szybki. Miał wrażenie, że mógłby biec bez końca.

Dobrze być w dziczy — pomyślał, patrząc, jak promienie słońca migoczą na nierównym szlaku. — Takie to inne od mojego dawnego życia, kiedy to grzebałem w śmieciach na ulicach, ale podoba mi się tutaj…

Kiedyś warknąłby z niedowierzania, widząc w sobie taką wewnętrzną przemianę. Uwielbiał być samotnym psem, przemierzać ulice miasta i szperać w poszukiwaniu resztek wyrzuconych przez Długonogich. Pękałby z dumy, wykradając starego, nadjedzonego kurczaka ze śmietnika w Domu z Jedzeniem.

A teraz jestem tu, z dala od ulic, pod okiem Psa Lasu, i używam wszystkich swoich zmysłów, by upolować nawet najszybszą zwierzynę.

Fuks przeskoczył powalony pień i wezbrała w nim dzika duma. Nie tak dawno temu narzucono mu rolę omegi. Była to kara za to, że wstąpił do sfory w charakterze szpiega dla siostry z miotu, Belli, oraz Psów w Obrożach, które wywiodła ze zniszczonego miasta Długonogich. Nie cierpiał być omegą, ale musiał przyznać, że dzięki tej degradacji wiele się nauczył o lojalności, pokorze oraz o tym, jak to jest być na przegranej pozycji. Stał się dzięki temu dzielniejszy jako pies. Przez to tym wyżej cenił swoją obecną rangę. W całej sforze nie było podlejszej funkcji, niż omega. Gwałtowna utrata wcześniejszej roli cenionego myśliwego oraz wartownika wstrząsnęła Fuksem.

Oczywiście w każdej sforze omega był niezbędny — musiał przynosić i dźwigać potrzebne rzeczy oraz spełniać niewdzięczne, nielubiane obowiązki. Fuks rozumiał, że to ważna funkcja.

Wiedział też, że on sam już nigdy nie będzie jej pełnił.

W trakcie podróży psy patrolowe były mniej potrzebne, ważniejsi stali się myśliwi, którzy żywili sforę. Fuks napracował się, walcząc o powrót na wyższe miejsce w hierarchii, ale nie opuszczała go determinacja. Wykonał każdą najpodlejszą robotę, jaką mu powierzono, ale czujnie wypatrywał okazji i zażądał, by dano mu szansę wykazać się w rytualnych pojedynkach z innymi psami. Fuks nie przebolał jeszcze swojej pierwszej porażki z łap brązowo-białej myśliwej Werwy, ostatecznie jednak udało mu się ją pokonać. Teraz i on był myśliwym, psem o wysokiej randze, cenionym i szanowanym przez całą sforę. Znów szukał zwierzyny, aby zadbać o sforę, która czekała w tymczasowym obozowisku w lesie.

Wąski wąwóz nie był tak doskonałą siedzibą, jak ich dawny obóz, który znajdował się daleko stąd, po przeciwnej stronie jasnej grani, pomiędzy zacisznym zboczem niskiego wzgórza a usianą kwiatami łąką. Ale na razie w leśnej dolinie znaleźli bezpieczne schronienie, gdzie mogli przerwać na krótko podróż i odetchnąć od niebezpieczeństwa, które groziło im ze strony Sfory Psów Bojowych.

Las był obcy, ale Fuks całkowicie polegał na swoim wyostrzonym instynkcie i pokładał wiarę w Psie Lasu. Bolało go, że atak Kosy zmusił sforę, by kolejny raz ruszyła w drogę, ale jednocześnie się z tego cieszył. W ciągu kilku ostatnich podróży Psa Słońca życie było dobre. Fuks chciał, by jak najdłużej tak właśnie było.

— Fuksie! — Ognisty obrócił się i szczeknął za siebie. — Pamiętaj, węsz za Kosą i pozostałymi.

— Bez obaw. — Fuks nie zapomniałby o srogiej przywódczyni Psów Bojowych. Poczuł, jak sierść jeży mu się na grzbiecie na myśl o jej aroganckim pysku i obnażonych zębach. Wciągnął w nos chłodne, leśne powietrze, węsząc za nieprzyjaciółmi, ale wyczuł jedynie więdnące liście, płynącą wodę i maleńkie żyjątka zamieszkujące pod ziemią.

Kosa nawet nie zbliży się do sfory, póki ja mogę ją powstrzymać…

— Dobrze. Po prostu uważaj i pilnuj, żeby inni też zachowali czujność. — Ognisty pokręcił olbrzymim łbem, by przeczesać wzrokiem las. — Alfa jest pewien, że Kosa wróci się zemścić.

— Myślę, że alfa ma rację. — Fuks przyspieszył, żeby zrównać się z Ognistym. — I słusznie nie pozwala żadnemu psu wychodzić samodzielnie.

Ognisty zwolnił nieco i zaczął biec truchtem, prężąc mięśnie.

— Bądźmy ostrożni — zawarczał. — Już prawie jesteśmy na terenach łownych.

Półwilk alfa nalegał, by na pierwsze polowanie w nowej roli Fuks poszedł wraz z Ognistym. Fuks był prawie pewien, że chodziło o wzajemne wsparcie, a nie o to, że przywódca nadal mu nie dowierzał. Dziwnie było myśleć, że po tym wszystkim, co między nimi zaszło, alfę obchodzi jego los, ale Fuks i półwilk wypracowali sobie chyba swego rodzaju rozejm.

Przynajmniej na razie.

Przypuszczał, że nigdy w pełni nie zaufa alfie, lecz nie mógł się tą myślą podzielić z Ognistym. Był on przecież trzeci w sforze, tuż po becie, Słodkiej, i zawsze był głęboko oddany przywódcy.

— Fuksie! — dobiegło pełne ekscytacji skomlenie z kępki trawy po lewej, a po chwili wypadła z niej Liza.

— Dotrzymałaś nam kroku — szczeknął Fuks z uznaniem. — Brawo.

Młoda suczka bojowa urosła w oczach i uniosła łeb. Fuks był z niej dumny, lecz jednocześnie przeszedł go dreszcz trwogi. Liza była jeszcze młoda, ale jej krzepkie mięsnie, lśniąca sierść i potężna szczęka pełna srogich zębów już teraz zdradzały jej rodowód oraz krew Psów Bojowych. Niektórzy nadal niepewnie się czuli z tym, że do sfory przyjęto takiego psa.

Głupcy. Byle królik jest bardziej brutalny niż Liza.

— Bądź uważna, Lizo — warknął do niej cicho Fuks. — Pamiętaj, szukamy białego królika, a Strzała zarzeka się, że takiego widziała wśród tych nor.

— Dlaczego musi być biały? — Liza zmarszczyła czoło. — Czuję tu tyle zwierzyny.

Serce mu się ścisnęło, ale odparł wesołym tonem:

— Alfa uparł się, że na Ceremonię Nadawania Imienia musi być śnieżnobiały królik.

Liza spuściła głowę i uszła z niej cała energia.

— Ach tak. Dla Kręcioła i Kichawy. Na pewno będzie wspaniale. — Potem warknęła z goryczą: — Oczywiście ja się o tym nie przekonam.

— Ja też nie. — Fuks trącił ją nosem pogodnie. — Nie przeszedłem nigdy Ceremonii Nadawania Imienia, Lizo.

— Naprawdę? — Przekrzywiła łeb, bo słowa Fuksa chyba podniosły ją na duchu.

— Naprawdę. Nie pamiętam nawet, skąd mam moje imię. Niekiedy wraca jakieś mgliste wspomnienie, ale… — Fuks wzruszył ramionami. — Pamiętam młodą Długonogą z żółtymi włosami przypominającymi ogon. Coś jej groziło. Przypominam sobie, że moja Psia Mama była ze mnie dumna. Słyszę, jak jakiś głos mówi „Fuks…”, ale wspomnienie wymyka mi się, kiedy już mam je schwycić, jak jakaś przebiegła zwierzyna.

Liza zaśmiała się głośno i tubalnie, co uświadomiło Fuksowi, jak szybko młoda suczka dorasta.

— Przynajmniej więc nie będę z tym sama.

— Nie wszystkie psy to przeżywają — przypomniał jej Fuks. — Pomyśl o Psach w Obrożach.

Liza pociągnęła nosem cierpko.

— Te to nic nie potrafią porządnie zrobić.

Biedna Liza. Robi dobrą minę do złej gry, ale wiem, że marzy o tym, by zdobyć dorosłe psie imię jak inni — rozgryzł ją Fuks. Nie był za to zły na alfę. Szturchnął przyjaźnie suczkę.

— Jeszcze będziesz miała Ceremonię Nadawania Imienia, nie martw się.

— Mam nadzieję. — Liza wykrzywiła pysk. — Dlaczego alfa mi teraz na nią nie pozwoli?

— Opowiedzieć ci, jak ja znalazłem swoje imię? — Ognisty zwolnił tempo, by znów człapać przy boku Fuksa.

— Mów — powiedział Fuks z ulgą, że historia odwróci uwagę Lizy — nawet jeśli będzie dotyczyć nadawania imienia.

I rzeczywiście, widać było, że młoda suczka jest ciekawa opowieści Ognistego.

— Jak się nazywałeś jako szczeniak? — zapytała.

— Ślimak! — szczeknął Ognisty ze śmiechem.

— Ślimak? — Liza obrzuciła go spojrzeniem pełnym niedowierzania.

— Naprawdę — zapewnił ją Ognisty. — Moja Psia Mama nazywała mnie „Ślimak”, bo tak bardzo lubiłem ślimaki. Calutki czas na nie polowałem, obracałem je i węszyłem w ich skorupach.

— Fuj — rzuciła Liza z obrzydzeniem.

— Cicho, Lizo! — zbeształ ją Fuks, chociaż jemu też się to wydawało obrzydliwe.

— Uwielbiałem ślimaki. Do dziś od czasu do czasu chętnie sobie jakiegoś zjem — dodał Ognisty, warcząc z rozbawieniem. — Oczywiście nie mogłem bez końca nazywać się Ślimak. Zatem niedługo po tym, jak wyrosły mi tylne zęby, moja sfora poprosiła, żebym wybrał sobie prawdziwe imię.

— Jak dokonałeś wyboru? — zapytała Liza z nutką zazdrości w głosie.

— Wiedziałem, że jak na tak dużego psa jestem szybki. Zdawałem sobie z tego sprawę, odkąd nauczyłem się biegać. Potrafiłem biec prawie tak prędko, jak Piorun — zaśmiał się znowu Ognisty — a przynajmniej tak mi się wydawało, kiedy byłem młody i zarozumiały. Przyglądałem się Piorunowi na niebie i pomyślałem, że przypomina mi płomienną smugę. I już wiedziałem. Z miejsca pojąłem, że moje prawdziwe imię to Ognisty. Pasuje, prawda?

Fuks warknął twierdząco, rozbawiony tym, jak dumny jest Ognisty ze swego imienia.

— Owszem. Czyli tak się odbywa Ceremonia Nadawania Imienia? Psy decydują się, kim i czym są?

Ognisty skinął głową.

— Tak. Imię podsumowuje charakter psa. Właśnie dlatego jest takie ważne. Pies koniecznie musi je sobie idealnie dobrać, ponieważ określi go ono na resztę życia.

— To mi się podoba — mruknął Fuks.

— Mnie też — rzuciła Liza smętnie.

Fuks polizał ją po uchu ze współczuciem.

— Zawsze byłem samotnym psem i żadna sfora nie nauczyła mnie, jak wybrać sobie imię. Ale skoro psy muszą należeć do sfory, moim zdaniem powinny móc wybrać, kim w tej sforze są.

 

— Otóż to — przytaknął Ognisty. — Pies zostaje członkiem sfory z prawdziwego zdarzenia, kiedy wybiera sobie imię. Suczki tak samo — dodał, zerkając życzliwie na Lizę.

— To bardziej naturalne, niż gdy Długonodzy nadają nam imiona — mruknął Fuks i ścisnęło go w dołku z żalu.

— Dużo bardziej naturalne — zgodził się Ognisty. — O, patrzcie! Tam!

W podszyciu przed nimi przemknął cień. Zgaszony, brązowy cień, nie biały, lecz na pewno był to…

— Królik! — szczeknęła Liza. Młoda suczka bojowa rzuciła się w pościg za stworzonkiem, ujadając zażarcie.

— Lizo! — Fuks pognał za nią i chwycił zębami jej ogon. — Cicho!

Liza zatrzymała się gwałtownie, a wokół wzbiły się w powietrze złote liście.

— No tak.

Ognisty dogonił ich i warknął:

— Będzie ich dużo więcej, o ile wszystkich nie przepłoszysz.

Liza opuściła łeb oraz ogon i zaskomlała na przeprosiny.

— Przepraszam, Fuksie. Przepraszam, Ognisty.

Fuks lekko ugryzł ją w ucho na znak, że wybacza.

— Nie przejmuj się. Każdy pies popełnia błędy. — Mimo to futro jeżyło mu się niespokojnie na karku. Długonodzy hodowali Psy Bojowe do ataku, a nie do przemyślnego polowania. Liza była psem o tkliwym sercu, ale przezorność oraz przebiegłość nie przychodziły jej naturalnie, a to nie wzmocni jej pozycji w sforze.

Fuks skulił barki i zaczął się ostrożnie przekradać przez plątaninę konarów i gałązek. Ognisty poszedł w jego ślady, odbiwszy w lewo, żeby podejść stado królików od innej strony. Było jasne, że zwierzyna ma się już na baczności. Psy wprawdzie z rozmysłem zbliżały się od nawietrznej, ale część królików i tak czmychnęła do norek. Inne stanęły w słup, prężąc długie uszy, a nozdrza wręcz im trzepotały, gdy podejrzliwie węszyły w rześkim, rudolistnym powietrzu.

Nie było w tym nic niezwykłego — nawet najostrożniejszemu myśliwemu trudno było zaskoczyć króliki. Fuks powtarzał to sobie, kiedy kolejne trzy zwierzątka dały susa do tuneli. Wśród listowia, po drugiej stronie stada, Fuks wyszukał ciemną sylwetkę Ognistego, popatrzył wielkiemu psu w oczy i mrugnął porozumiewawczo. Fuks wiedział, czego chce Ognisty, który z kolei ufał mu, że Fuks zrobi to, o czym myślał. O to właśnie chodzi w sforze… — powiedział sobie w duchu.

Fuks obrócił łeb i zastrzygł uchem na Lizę. Suczka bojowa opuściła kark i podczołgała się w jego stronę. Patrzyła wyczekująco, a ogon tylko trochę jej drżał.

— Lizo, teraz możesz wykorzystać tę swoją energię — mruknął Fuks. — Wciąż jesteś od nas mniejsza, więc możesz się naprawdę przydać. — Z przyjemnością patrzył, jak młoda suczka poweselała. — Widzisz tę norkę? Udawaj, że ją atakujesz. Goń króliki i zacznij kopać.

— Mam tylko udawać? — Przekrzywiła głowę.

— Na razie tak. Do dzieła. — Fuks wskazał odpowiednie wejście do tunelu. — I tym razem możesz robić tyle hałasu, ile chcesz!

Liza szczeknęła radośnie i rzuciła się w stronę dziury. Kilka pozostałych królików rozpierzchło się, błyskając białymi ogonkami, gdy śmigały w głąb bardziej oddalonych nor, lecz Liza skupiła się na tej, którą wskazał jej Fuks. Wściekle ujadając i merdając ogonem, wsparła się na lekko drżących tylnych łapach, wsadziła do środka łeb i zaczęła ryć ziemię przednimi pazurami.

Plan podziałał, jak gdyby sam Pies Lasu go obmyślił. Króliki wypadły z pozostałych norek, rzucając się do panicznej ucieczki. Brązowe futro migało na tle żółknącej trawy na polanie, a Fuks ruszył do akcji, skacząc i kłapiąc zębami, zabijając jak najszybciej oraz jak najczyściej. Łapą walnął kolejnego uciekającego królika i wgryzł mu się w kręgosłup. Potem, łapiąc oddech, spojrzał w stronę Ognistego.

Trzy króliki wyłoniły się niemal tuż pod nosem towarzysza, ale ten nie rzucił się na nie. Choć napięte mięśnie wprost mu dygotały, ogromny pies pozwolił im uciec. Jeden z królików potknął się i przewrócił pod samym jego pyskiem, lecz Ognisty panował nad sobą i tkwił przy ziemi przyczajony.

— Teraz! — szczeknął Fuks, widząc, jak białe futerko wybiega z norki.

Ognisty był jednak krok przed zwierzątkiem. Jeden zwinny skok, chrzęst potężnych zębów, trzask kruchych kości — i z pyska zwisał mu już zwiotczały, biały królik. Przez krótką chwilę Fuks czuł to samo, co zwykle mrowienie rozkoszy, wieńczące udane polowanie.

Nagle jednak przeszył go niespodziewany dreszcz lęku. Wydawało się, że las wokół niego zamarł, a zwłoki białego królika zmąciły mu wzrok, tak że nie mógł się poruszyć. Ognisty przekrzywił łeb i popatrzył na niego pytająco.

Co się ze mną dzieje? Przecież nam się udało!

— Pięknie go złapałeś, Ognisty! — Fuks otrząsnął się i paraliżujące wrażenie przygasło. Podniósł głowę oraz ogon wysoko i przebiegł truchtem przez polanę.

Liza nadal grzebała w norce, ujadając pod ziemią podniesionym z emocji głosem. Fuks zatrzymał się z rozbawieniem i trącił ją w rozedrgany zad.

— Dobrze, już wystarczy, Lizo.

Liza, kręcąc się lekko, wycofała się i wyjęła z jamy brudny łeb. Uszy miała wyprężone, a pysk szeroko otwarty. Wywieszonym językiem zlizywała z niego grudki ziemi.

— Fajnie było! — zapiszczała.

— Cieszę się, że dobrze się bawiłaś — warknął niewyraźnie Ognisty, nie wypuszczając z zębów białego królika. — Nieźle się spisałaś.

Fuks merdał ogonem powoli, obwąchując białe truchło. Znowu zadrżał, ale odwrócił się i pozbierał własną zdobycz.

— Chodź, Lizo. Wprawdzie sama tego nie upolowałaś, ale możesz pomóc zanieść łup do obozu.

— Super! — Lizie wrócił humor i, szczęśliwa jak małe szczenię, porwała w zęby dwa króliki.

Kiedy opuszczali polanę, Fuks obejrzał się i popatrzył na miejsce, gdzie Ognisty zabił białego królika. Na jasnej skale zebrała się ciemnoczerwona krew. Zacisnął mocniej zęby na własnej zwierzynie.

To było zwykłe polowanie. Normalne, jak co dzień, nic więcej. W tym króliku nie ma nic wyjątkowego. Tyle tylko, że ma uderzająco białą sierść.