Wojownicy. Odwet Wysokiej Gwiazdy. SuperedycjaTekst

Z serii: Wojownicy
Z serii: Superedycja #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Kopię tunele! – pisnął.

– Uważaj! – Wraz z ostrzeżeniem ojca na uszy Wyżka spadła lawina sypkiej ziemi. Kichnął, wyprostował się i otrzepał futerko, patrząc zagniewany na pył grzebiący jego wysiłek.

Ojciec powstrzymał łapą zawał.

– To, co usypujesz, jest równie ważne jak to, co pogłębiasz. Przyklepuj z całej siły wszystko, co wydobędziesz, inaczej będziesz musiał powtórzyć każde machnięcie łapką.

Wyżek zmarszczył wąsy. To było trudniejsze, niż sądził. Skupił się, wskoczył do otworu i wznowił pracę. Tym razem przyklepywał starannie glebę, dzięki czemu pozostawała na miejscu, aż w końcu mógł włożyć w dziurę obie łapki i zaczął nimi przebierać, powtarzając poprzednie czynności, jak nauczył go ojciec.

– Bardzo dobrze, Wyżku. – Duma w głosie Piaszczystego Kolca była wyraźnie słyszalna.

Malec stłumił mruczenie i kopał dalej. Dziura była już tak głęboka, że musiał przysiadać na tylnych łapkach, by sięgnąć w głąb.

– Zwolnij.

– Wszystko w po… – Nim zdążył dokończyć, nogi wyślizgnęły się spod niego i runął w otwór pyszczkiem. Ból przeszył jego łapki, które wygięły się pod dziwnym kątem, a pazury się wyciągnęły. Ziemia osypała się na niego, dusząc i spychając jeszcze głębiej.

Pomocy! Zostanę pogrzebany żywcem! – pomyślał jeszcze.

W jego ogonie zatopiły się zęby i poczuł szarpnięcie.

– Wszystko dobrze? – spytał ojciec, wypuszczając malca i przypatrując mu się uważnie.

– Nie! – Bródka Wyżka drżała, a pazurki paliły żywym ogniem. – Nie mogę tego robić! Nie cierpię kopania dołów i nie chcę być podkopkiem! – W jego gardle narastał szloch, a ziemia piekła go w oczy. – Blada Ptaszyno! – Ciężko dysząc, odwrócił się i popędził ku żłobkowi.

Rozdział 2


Piaszczysty Kolec popędził za synem.

– Świetnie sobie radziłeś!

– Wcale nie! – W Wyżku wzbierał gniew. Oczy łzawiły mu z wysiłku. – Wpadłem do środka i zraniłem się w pazurki!

Zatrzymał się przed wejściem do żłobka i wyciągnął demonstracyjnie łapkę.

– Tylko je nadwyrężyłeś, nic ci nie będzie.

Kociak zamrugał.

– Nie możesz tego wiedzieć! – Jak przez mgłę dostrzegł czarno-białą sierść matki.

– Wyżku! – Kotka wypełzła na trawę. – Co się stało?

Malec otarł się o jej miękką sierść.

– Wpadłem do dołu i ziemia dostała mi się do oczu! – Zacisnął powieki, gdy Blada Ptaszyna zaczęła delikatnie je lizać.

– Już lepiej?

Czekała, aż ostrożnie otworzy oczy. Pieczenie ustąpiło. Potrząsnął głową, strącając ziemię z uszu.

– Zraniłem sobie też łapki!

Pochyliła się i je obwąchała.

– Nic im nie jest – miauknęła. – Wejdźmy.

– Wyżku! – Piaszczysty Kolec zrobił krok do przodu. – Nie poddawaj się jeszcze.

– Daj mu spokój – mruknęła Blada Ptaszyna. – Jest przerażony.

Kociak spojrzał za siebie. Bursztynowe oczy ojca zaokrągliły się ze zmartwienia.

– Spróbuję później – miauknął kocurek z wahaniem.

– Zobaczymy. – Matka popchnęła go głową ku wnętrzu żłobka.

– Musi się nauczyć… – zaczął rudy kocur.

Wyżek nie usłyszał reszty zdania. Sierść Bladej Ptaszyny szumiała mu w uszach, gdy kotka prowadziła go ku ich legowisku. Zwinął się w kłębek na wełnianym posłaniu.

– Gdzie jest Orlicowe Skrzydło? – spytał, nie dostrzegłszy matki Kaszelka. – I Mglista Mysz? – Gniazdo brązowej karmicielki było puste; po Żytce, Łańce i Rogatku też nie pozostało ani śladu.

– Orlicowe Skrzydło jest przy stercie zdobyczy – powiedziała matka, moszcząc się obok niego. – Mglista Mysz poszła na łowy.

– Łowy? – powtórzył z niedowierzaniem.

Karmicielki przecież nie polowały, opiekowały się tylko kociakami.

Blada Ptaszyna westchnęła.

– Przez ostatnie kilka księżyców tęskniła za przebywaniem na wrzosowiskach, a jej kocięta już jej nie potrzebują.

U wejścia do żłobka coś zaszeleściło; Orlicowe Skrzydło wcisnęła się do środka. Przyniosła woń świeżego królika.

– Kto tęskni za wrzosowiskami? – Usadowiła się w swoim legowisku.

– Mglista Mysz.

Druga kotka oblizała pyszczek.

– Sama zbyt długo już nie czułam wiatru w sierści – miauknęła rzewnie.

Wyżek odwrócił się do matki, która przed jego narodzinami była podkopkiem.

– A ty? Tęsknisz za przebywaniem pod ziemią? – spytał.

– Oczywiście.

Kociak nie był przekonany. Któż chciałby spędzać cały dzień w ciemnościach?

Orlicowe Skrzydło położyła ogon na łapach.

– Jeszcze trochę potrwa, zanim znów będziesz kopać, Blada Ptaszyno. – Miauknięcie karmicielki zabrzmiało złowróżbnie.

– Dlaczego? – spytał Wyżek, z zaciekawieniem przyglądając się matce.

– Gdy się kociłam, przebiegało to w trudach. Straciłam Ziębkę. – Kotka się wzdrygnęła. – Trochę mi zajmie, nim dojdę do siebie.

Malec odszukał jej wzrok; nigdy nie był w stanie ocenić, czy jego matka była smutna, czy po prostu zmęczona.

– Dlaczego Ziębka zmarła? Czy źle ją urodziłaś?

– Sza! – Ostre miauknięcie Orlicowego Skrzydła go zaskoczyło. Czy powiedział coś złego? Blada Ptaszyna lubiła opowiadać o Ziębce.

– Czy Klan Gwiazd jej potrzebował? – naciskał.

Matka westchnęła.

– Na to wygląda.

A mnie nie chcieli – pomyślał. Dlaczego Klan Gwiazdy zostawił go tutaj? Może pragnęli, by pocieszał matkę?

– Jakiego koloru była jej sierść? – spytał.

Spojrzenie kotki się zamgliło.

– Ruda. Jak twojego ojca.

– Nie wiem, dlaczego nadałaś Ziębce imię – mruknęła druga karmicielka.

– Potrzebowała imienia.

– Żyła tylko przez chwilę. – Orlicowe Skrzydło zastrzygła wąsami. – Klan Gwiazdy nadałby jej imię.

Wyżek poczuł, jak matka drży. Wspominanie Ziębki chyba jej nie rozweselało. Położył delikatnie łapkę na matczynym policzku, starając się odwrócić jej uwagę.

– Mam piasek w uszkach.

– Tak, kochanie? – Blada Ptaszyna pochyliła się i zaczęła czyścić mu futerko.

Rozluźniła się, a Wyżek wtulił się w nią z ulgą. Nawet nie pamiętał Ziębki.

Czy powinienem? – zastanawiał się.

Na wejście do żłobka padł cień.

– Uspokoiłaś go już? – Piaszczysty Kolec wsunął głowę między gałązki janowca. – Im szybciej zacznie ponownie kopać, tym lepiej.

– Ledwie skończyłam go czyścić – zaprotestowała kotka.

– Poćwiczymy jakieś inne zdolności – obiecał kocur.

Wyżek odchylił głowę poza zasięg języka matki.

– Czy to na pewno dobry pomysł? – spytał, patrząc na nią. Nie chciał opuszczać Bladej Ptaszyny, jeśli wciąż była smutna, ale ton głosu ojca był ponaglający.

– Jeśli tylko tego chcesz, kochanie – powiedziała, tracąc ostrość spojrzenia.

Wyżek poczuł rozczarowanie. Nie chciała, żeby z nią został?

Chce, bym trenował! Żebym był równie silny jak Piaszczysty Kolec – pomyślał.

Stoczył się z krawędzi legowiska.

– To do zobaczenia.

Blada Ptaszyna nie odpowiedziała, patrzyła tępo w ścianę żłobka.

– Chodź, Wyżku. – Ojciec cofnął się, robiąc mu przejście.

Malec wypełzł na oszronioną trawę i z radością zauważył, że spojrzenie ojca się rozjaśniło.

– Wiedziałem, że ten jeden upadek cię nie zniechęci. – Kocur pieszczotliwie smagnął syna ogonem. – Poćwiczmy przemieszczanie kamieni. Podkopki muszą się uczyć, jak popychać głazy większe niż one same.

– Naprawdę? – Kociak zrównał z nim krok.

– To bardzo ważna umiejętność. – Piaszczysty Kolec wskazał rząd kamieni obok nory starszyzny. – Spróbujmy z tymi. Zaczniemy od małych.

Małych? – Wyżek gapił się na otoczaki wielkości wróbli.

Kocur zatrzymał się przy najbliższym kamieniu i przywołał syna świśnięciem czubkiem ogona.

– Złap go przednimi łapkami i używaj własnego ciężaru, by toczyć go ku sobie.

Malec przełknął nerwowo.

– Nie zmiażdży mnie?

– Pierwsza zasada kopania tuneli: zawsze jesteś silniejszy, niż sądzisz.

Kątem oka dostrzegł mignięcie brązowej sierści.

– Dotknąłem twojego ogona! Teraz ty jesteś królikiem!

– Wcale nie!

– Wcale tak.

Ryjówek i Kaszelek gonili się wokół Łownych Skałek, a gałązki wrzosów kołysały się za nimi.

Piaszczysty Kolec podsunął kamień Wyżkowi.

– Tocz ten.

Malec skupił na nim wzrok.

– Dlaczego zawsze ja muszę być królikiem?!

– Wcale nie musisz!

Kładąc uszy, by wyciszyć dźwięki zabawy kolegów, Wyżek uniósł łapki i oparł je na kamieniu. Jęknął, próbując go przyciągnąć; brzuszek naprężył mu się z wysiłku, ale kamień ani drgnął.

– Spróbujmy z mniejszym. – Ojciec podsunął nowy obiekt ćwiczeń.

Gdy kociak po niego sięgnął, z legowiska starszyzny wyczłapał Młócąca Stopa. Jego czarna sierść przypominała cień na tle zmarzniętego janowca.

– Coś on za mały na ruszanie kamieni – zawyrokował.

Piaszczysty Kolec pociągnął nosem.

– Nigdy nie jest za wcześnie, żeby zacząć naukę umiejętności podkopków.

Stary kocur przysiadł na łapach.

– Ja nie ruszyłem swojego pierwszego kamienia, nim nie stałem się uczniem.

Wyżek zazgrzytał zębami.

Przesunę go! – postanowił. Zaparł się, ciężko dysząc. Pazurki ześlizgnęły się z kamienia, a tylne łapki wygięły. Z jęknięciem poleciał do tyłu i wylądował na swoim ogonie.

– Ładny manewr, Wijku! – krzyknął Ryjówek zza Łownych Skałek.

Wyżek odwrócił się ku niemu, kładąc po sobie uszy.

– Dopiero się uczę!

– Nie zwracaj na nich uwagi – poradził ojciec. – Ryjówek ma sposób myślenia wrzosowego sprintera. Nie wie, czym jest cierpliwość.

Kociak poczuł ukłucie w sercu. Będzie musiał spędzić cały dzień, próbując poruszyć ten głupi kamień, podczas gdy koledzy bawili się w królika na Łownych Skałkach?

Chłodne powietrze przeszył głos Wrzosowej Gwiazdy:

– Niech wszystkie koty w zdolne łowić zwierzynę zgromadzą się pod Wysmukłym Kamieniem.

 

Wyżek się odwrócił. Przywódczyni Klanu Wiatru stała na szczycie kamienia pośrodku Jaru Spotkań.

– Zaczekaj tutaj – poprosił Piaszczysty Kolec. Potruchtał przez obóz w kierunku piaszczystego jaru.

Młócąca Stopa otarł się o malca.

– Spróbuj zacząć od jeszcze mniejszego – zasugerował, podążając za rudym kocurem.

Kociak przysiadł i przypatrywał się strumieniowi pobratymców, płynącemu ku Wysmukłemu Kamieniowi. Osikowy Zachód i Pochmurny Pęd skoczyli lekko ku przyprószonemu śniegiem punktowi spotkań. Czerwony Pazur i Świtająca Pręga ruszyli w ich ślady. Polny Ślizg i Skowroni Plusk już czekali, przyglądając się Wrzosowej Gwieździe w napięciu. Ustąpili miejsca pozostałym wrzosowym sprinterom.

Piaszczysty Kolec skierował się ku przeciwległemu krańcowi jaru, gdzie przysiadły podkopki. Stanął przy Wełnianym Ogonie i Hikorowym Nosie. Młócąca Stopa zeskoczył nieporadnie obok i skinął Trzcinowemu Pióru. Zastępca przywódczyni klanu skłonił w odpowiedzi głowę.

Kaszelek bryknął ku Wyżkowi; jego oczy lśniły.

– Nie idziesz?

Ryjówek już pędził między kępami trawy.

Kociak zamrugał.

– Przecież nie jesteśmy dość duzi, by coś upolować.

– A skąd to wiesz? – Kaszelek przechylił łepek. – Nigdy nie próbowałeś. Poza tym nie siądziemy między wojownikami. Możemy patrzeć o, stamtąd. – Wskazał nosem punkt, ku któremu kierował się Ryjówek. Był on położony blisko posłań wrzosowych sprinterów. – No chodź!

Gdy pędzili na miejsce, wejście do obozu zaszeleściło. Liliowy Wąs i Biała Jagoda przybyli w pośpiechu.

– Czy już zaczęli? – Liliowy Wąs spytała Młócącą Stopę, kuśtykając.

– Jeszcze nie. – Kocur zbliżył się do krawędzi jaru, by wesprzeć przyjaciółkę, która zsuwała się na trzech sprawnych łapach. Dołączyła do podkopków, Biała Jagoda zaś stanął wśród wrzosowych sprinterów.

Mglista Mysz zeskoczyła, po czym otarła się o swego partnera, Zajęczy Lot. Brązowy kocur pozostawał sztywny niczym pień krzewu janowca, jak gdyby jego pazury zapuściły korzenie. Wyżek zatrzymał wzrok przy posłaniach sprinterów, przypatrując się parze z zaciekawieniem. Ich kocięta – Żytka, Rogatek i Łańka – stały przy dwojgu wojowników.

– Tutaj! – Kaszelek pchnął lekko Wyżka ku kępie trawy koło Ryjówka.

Maluch przebił się przez długie łodygi. Wskazał nosem trójkę kociaków.

– A co one robią w jarze?

– Nie mam pojęcia. – Kaszelek umościł się głębiej w trawie i wysunął łepek.

– Sza! – syknął Ryjówek. – Próbuję coś usłyszeć. – Jego żółte oczy wpatrywały się w koci tłumek w Jarze Spotkań.

Wrzosowa Gwiazda zeskoczyła z Wysmukłego Kamienia i przeszła zygzakiem między członkami klanu, aż dotarła na sam środek. Mglista Mysz zapamiętale wygładzała futerko między uszami Rogatka. Zajęczy Lot pchnął lekko Łańkę i Żytkę ku krawędzi.

– Żytka, Łańka i Rogatek! – zawołała Wrzosowa Gwiazda.

Wyżek poczuł, jak Kaszelek sztywnieje obok niego.

– To ceremonia przyznania rangi ucznia!

Wyżek wychylił się odrobinę.

– Wełniany Ogon dostanie jednego z nich – zgadywał Ryjówek.

– Ale Zajęczy Lot jest wrzosowym sprinterem – przypomniał mu Kaszelek.

– No i? Wełniany Ogon od zawsze narzekał, że Klan Wiatru potrzebuje więcej podkopków. A Mglista Mysz będzie chciała, by przynajmniej jedno z jej kociąt podążyło jej śladem. – Zwrócił się do Wyżka: – Żal mi cię. Bycie podkopkiem musi być okropne.

Kociak spojrzał na niego gniewnie.

– Piaszczysty Kolec mówi, że to najszlachetniejsza z dróg wojownika.

– Wiadomo, że właśnie tak będzie mówił. – Ryjówek prychnął. – Miał już w uszach tyle błota, że pewnie wypełniło mu głowę.

Wyżek wysunął pazurki, czując, jak futerko jeży mu się z gniewu.

– To nieprawda!

Kaszelek trącił go lekko.

– Skup się na ceremonii! – mruknął.

Rogatek prowadził swoje siostry ku jarowi. Łapki Żytki wpadły w poślizg, tak że zjechała po oblodzonym zboczu. Zewsząd otoczyły ją ciepłe pomruki. Wstała i otrzepała swą szarą sierść.

– Żytnia Łapo. – Wrzosowa Gwiazda spojrzała w rozszerzające się źrenice świeżo upieczonej uczennicy. – Twoją mentorką będzie Skowroni Plusk.

Młoda kotka zamruczała głośno, gdy wrzosowa sprinterka, którą jej przydzielono, wystąpiła z szeregu i dotknęła pyszczkiem jej głowy.

Wrzosowa Gwiazda świsnęła ogonem.

– Skowroni Plusku, dziel się swą szybkością i bystrym wzrokiem z Żytnią Łapą, by i ona mogła się stać wojowniczką godną Klanu Wiatru.

Odwróciła się ku Łańce.

– Łania Łapo, twoim mentorem będzie Osikowy Zachód.

Wskazany kocur zastrzygł uszami i zamrugał, najwyraźniej zdumiony.

Bladobrązowe futerko koteczki zafalowało z ekscytacją. Gdy sprinter ruszył ku niej, wypięła dumnie pierś.

– Osikowy Zachodzie, dziel się swą odwagą i siłą z Łanią Łapą.

Kocur pochylił głowę i przyłożył nos do ucha swojej podopiecznej.

Wciąż czekający na swoją kolej Rogatek przypatrywał się członkom klanu.

Pewnie próbuje odgadnąć, komu przypadnie – pomyślał Wyżek, wstrzymując oddech, podekscytowany tak, jakby to była jego własna ceremonia.

– Wygląda na to, że biedny Rogatek przypadnie Wełnianemu Ogonowi – mruknął Ryjówek.

– Rogata Łapo – zaczęła Wrzosowa Gwiazda – twoim mentorem będzie Pochmurny Pęd.

Ryjówek aż się zapowietrzył. Pochmurny Pęd?

– On nie jest podkopkiem! – wysapał Kaszelek.

Wyżek poczuł pewną ulgę na myśl o swoim dawnym kompanie z legowiska.

Rogata Łapa nie będzie musiał ćwiczyć pod ziemią! – pomyślał i poczuł ukłucie winy. Powinien żałować, że druh nigdy nie stanie się najszlachetniejszym z wojowników.

Wrzosowa Gwiazda kontynuowała:

– Pochmurny Pędzie, dziel się swymi umiejętnościami łowcy i zwinnością z uczniem, by mógł karmić swój klan przez liczne księżyce.

Wrzosowi sprinterzy zamiauczeli z aprobatą:

– Rogata Łapa!

– Żytnia Łapa!

– Łania Łapa!

Na krawędzi jaru Mglista Mysz i Zajęczy Lot spletli ogony, a ich oczy lśniły z dumy.

– Pochmurny Pęd? – Pytanie Wełnianego Ogona rozbrzmiało ponad rozentuzjazmowanymi miauknięciami. W jego żółtych oczach widać było zdumienie.

Hikorowy Nos zmrużył ślepia.

– Dlaczego podkopki nie otrzymały żadnego ucznia? – chciał wiedzieć.

– Co się dzieje? – padło pytanie od strony wejścia do obozu. Szara kotka wpatrywała się w pobratymców. Jej sierść była ubrudzona ziemią.

Mglista Mysz odwróciła się ku niej.

– Witaj, Śliwkowy Pazurze. – Przestąpiła z łapy na łapę, patrząc na przybyłą. – Obawiam się, że przegapiłaś ceremonię nadawania imion.

– Czy Wełniany Ogon otrzymał ucznia? – W spojrzeniu kotki lśniła nadzieja.

Kocur pokręcił głową.

– Ćwiczą, by zostać wrzosowymi sprinterami.

– Cała trójka? – Śliwkowy Pazur zrobiła okrągłe oczy.

Wrzosowa Gwiazda postąpiła krok do przodu.

– Osikowy Zachód, Pochmurny Pęd i Skowroni Plusk będą mentorami dla młodych Mglistej Myszy.

Szara kotka patrzyła na matkę kociaków.

– Czy nie pragniesz, aby któreś z nich podążyło twoimi śladami?

Zapytana spuściła wzrok, a Zajęczy Lot przytulił się do partnerki.

– Zdecydowaliśmy, że wszyscy zostaną wrzosowymi sprinterami – powiedział.

– Kopanie jest niebezpieczne – zauważyła Mglista Mysz. – Nasze kocięta są dobrymi biegaczami, tak jak ich ojciec. Lepiej, żeby polowały na wrzosowiskach, niż przebywały w tunelach.

Hikorowy Nos wystąpił do przodu z najeżoną sierścią.

– Ale potrzebujemy więcej uczniów podkopków.

Za nim Piaszczysty Kolec świsnął ogonem.

– Przynajmniej za parę księżyców będziemy mieli Wyżka.

Wspomniany malec poczuł ucisk w żołądku.

– Szczęściarz z tego naszego Wijka – zadrwił Ryjówek.

Wyżek zmierzył go spojrzeniem.

– Zamknij się!

Wrzosowa Gwiazda podeszła do podkopków.

– Wiem, że jesteście rozczarowani, lecz rodzice chcą, by ich kocięta szkoliły się na sprinterów.

Hikorowy Nos zajrzał jej w oczy.

– Klan potrzebuje również podkopków, Wrzosowa Gwiazdo.

– Rozumiem twoje rozczarowanie – odpowiedziała łagodnie. – Strata Liściastego Blasku jest wciąż świeża w naszej pamięci. – Wyżek słyszał, jak Blada Ptaszyna i Orlicowe Skrzydło rozmawiały o podkopce, śmiertelnej ofierze tego samego zawału, który okaleczył Liliowego Wąsa. – Muszę uszanować wolę Mglistej Myszy i Zajęczego Lotu.

Hikorowy Nos spuścił głowę.

– Pewnie tak.

Przywódczyni ciągnęła:

– Gdy nadejdzie pora nowych liści i ziemia przeschnie, tunele będą bezpieczniejsze i lepiej nadadzą się do treningów.

Wełniany Ogon wystąpił przed Hikorowego Nosa.

– Dlaczego nie ostrzegłaś nas, że nie dostaniemy nowego ucznia?

Trzcinowe Pióro zrobił krok w przód.

– Czy gdybyśmy to zrobili, łatwiej przyszłoby wam się z tym pogodzić?

Śliwkowy Pazur krzyknęła ze szczytu jaru:

– Przynajmniej wiedzielibyśmy, że wciąż nas szanujecie!

Wrzosowa Gwiazda uniosła brodę.

– To jasne, że Klan Wiatru szanuje swoich podkopków – rzekła stanowczo. – Gdy pora nagich drzew przynosi nieskończone księżyce śniegu, wy przynosicie zdobycz. Cenimy wasze umiejętności i chcemy wam pomóc w ich podtrzymaniu podczas przyszłych księżyców.

Z gardła Wełnianego Ogona dobył się groźny pomruk.

– Tylko jak, skoro nie pozwalacie nam szkolić nowych uczniów?

– W końcu będziecie mieli nowych adeptów. – Wrzosowa Gwiazda smagnęła powietrze ogonem. – A póki co, ceremonia dobiegła końca. Pokażcie swoim uczniom ich terytorium – rzekła do Pochmurnego Pędu. Skłoniła się przed Osikowym Zachodem i Skowronim Pluskiem. – Wyszkolcie ich dobrze.

Wyżek poczuł ukłucie niepokoju, gdy Pochmurny Pęd wyskoczył z jaru i poprowadził Rogatą Łapę do wyjścia z obozu. Żytnia Łapa i Łania Łapa podążyły ich śladem wraz ze swymi mentorami.

W jaki sposób podkopki znajdą nowych uczniów? – zastanawiał się kociak. Ryjówek i Kaszelek zostaną sprinterami. Czy Wyżek sam będzie musiał na własną łapę kontynuować tradycje podkopków i pielęgnować ich umiejętności?

Kaszelek przywarł do niego.

– Piaszczysty Kolec upewni się, że Wrzosowa Gwiazda przydzieli ci mentora spośród podkopków, gdy dojdzie do twojej ceremonii nadawania imienia.

Wyżek starał się zabrzmieć entuzjastycznie:

– Taaak.

Czy naprawdę chciał spędzić resztę swych księżyców, kopiąc doły i targając kamienie?

– Czerwony Pazurze, Jabłkowy Świcie i Zajęczy Locie! – Trzcinowe Pióro przywołał wrzosowych sprinterów. – Mamy mało zapasów na stercie zdobyczy. Musimy zapolować.

Czerwony Pazur pociągnął nosem i mruknął:

– W taką pogodę łatwo będzie wyczuć królika.

Jabłkowy Świt wyskoczyła z jaru i pomknęła ku wyjściu, a jej kremowa sierść zyskała różowy odcień w blasku zachodzącego słońca.

Zajęczy Lot szybko ją dogonił i rzekł:

– Zapolujmy tam, gdzie wypiętrzają się skały.

Wyżek tęsknie obserwował, jak mięśnie prężyły się pod brązowym futrem sprintera, gdy kocur błyskawicznie przebył drogę do wyjścia.

Też chcę pędzić po wrzosowiskach, chcę być szarpany przez wiatr i gonić króliki pod rozległym błękitnym niebem – pomyślał.

Czy odnajdzie podobną wolność, pomykając w ciemności przez tunele?

Rozdział 3


Gęsty śnieg pokrył wyższe partie wrzosowiska, ale w osłoniętym obozie trawa i inne rośliny gdzieniegdzie się zieleniły, obiecując nastanie pory nowych liści. Biegając między kępami, Wyżek wyczuwał pod łapkami ukłucia świeżych pędów. Kaszelek pędził przed nim i machając ogonkiem, zanurkował w głąb Jaru Spotkań.

Najmłodszy kociak dotarł do krawędzi i skoczył. Z gracją przeleciał spory dystans, po czym umiejętnie wylądował i mknął dalej bez potknięcia. Kaszelek przyspieszył, wzbijając tumany piasku. Łapki Wyżka zapulsowały z ekscytacji – wciąż doganiał kompana.

Jest o trzy księżyce starszy, a i tak jestem szybszy! – cieszył się. Zaczął jeszcze szybciej przebierać łapkami, widząc, że Kaszelek gramoli się na przeciwległą krawędź jaru.

Bez trudu zdobył w podskokach wzniesienie. Dotarł na szczyt w chwili, gdy towarzysz zabaw zanurkował pod gęste krzewy janowca. Zatrzymał się o długość wąsa od ściany cierni. Z falującym futerkiem pognał wzdłuż szeregu krzewów, machając ogonem.

– Wiem, że tam jesteś, myszko! Zaraz pociągnę cię za ogon.

– Nigdy! – padła odpowiedź.

– Wyłaź i staw mi czoła, królicze serce!

– Spróbuj mnie najpierw dogonić, pysku myszołowa!

Janowiec zaszeleścił, gdy Kaszelek schował się jeszcze głębiej.

Wyżek przywarł do ziemi i zajrzał pod gałęzie.

– Nadchodzę!

Czyjaś łapa przycisnęła mu ogon.

– Zabierasz się do kopania tuneli, Wijku? – prychnął Ryjówek.

 

Kociak odwrócił się i nastroszył.

– Skończysz wreszcie z tym głupim przezwiskiem? – spytał, prężąc się.

– Ale przecież pasuje do ciebie – odparł kocurek z błyskiem w oku. – Spędzisz życie, grzebiąc pod ziemią!

– Zignoruj go! – zawołał Kaszelek spod janowca. – Dokończmy naszą zabawę.

Wyżek wciąż patrzył w oczy Ryjówkowi.

– Dlaczego się do nas nie przyłączysz? – spytał; zabawa była lepsza od sporów.

– Jestem za stary na zabawy dla kociąt.

Czarno-biały malec zjeżył się sfrustrowany.

– No to dlaczego nie pójdziesz polować z Czerwonym Pazurem? Och, no tak, zapomniałem, jesteś przecież za młody, by opuścić obóz!

Janowiec zaszeleścił za nim, gdy Kaszelek wypełzł, by do nich dołączyć.

– Przestań się zachowywać, jakbyś już był Łapą – zrugał brata. – Miną jeszcze co najmniej trzy księżyce, nim otrzymasz imię ucznia.

– Nie wiem, dlaczego miałbym czekać. – Ryjówek wyprężył się dumnie. – Jestem już niemal tak duży jak Łania Łapa.

– Żaden kociak poniżej sześciu księżyców nie stał się dotąd uczniem – przypomniał Wyżek. – Nie znasz kodeksu wojownika?

– A czy podkopki mają swój kodeks?

Syn Piaszczystego Kolca wysunął pazurki.

– Też jesteśmy wojownikami! – wybuchnął. – Ćwiczymy, by polować i walczyć, tak samo jak wrzosowi sprinterzy. Po prostu mamy dodatkowe zdolności!

– Mówisz o kopaniu? – padło w odpowiedzi. – Króliki też potrafią kopać. To nie jest nic szczególnego.

– Ależ jest! – Wyżka przepełniła furia. – Mój ojciec pomaga budować tunel zaraz na samym dole parowu. Żaden królik by tego nie zrobił. Żaden królik nawet by o tym nie pomyślał! – Nastroszył futerko. Chciał zamaskować gniewem to, że aż zdrętwiał na myśl o przeciskaniu się przez tak długi podkop.

– Tunele to strata czasu – prychnął Ryjówek. – Dobre tylko do chowania.

– Nieprawda! – Jak śmiał zasugerować, że podkopki to tchórze? Przebywanie pod ziemią było dużo straszniejsze niż bieganie po wrzosowisku. – Każdy nowy wykop oznacza dodatkową zwierzynę i tajną drogę wiodącą poza nasze terytorium, na wypadek gdyby była potrzebna.

– Prawdziwym wojownikom nie potrzeba „tajnych dróg”, bo pozostają na otwartym terenie i walczą.

– A podkopki walczą pod ziemią!

– Chcę tylko powiedzieć, że cieszę się, iż nie będę musiał zostać uczniem podkopka. Nie mów mi, że nie możesz się doczekać spędzenia życia w ciemnościach.

– Z dumą podążę śladami Piaszczystego Kolca – oświadczył Wyżek, przestępując jednocześnie z łapki na łapkę z poczuciem winy.

A w duchu pomyślał: Nie chciałbym tylko tak się tego bać.

Kaszelek wcisnął się między nich.

– Nie rozumiem, dlaczego się kłócicie – miauknął. – Przecież nie ma nic złego w lubieniu różnych rzeczy. Gdybyśmy wszyscy chcieli zostać wrzosowymi sprinterami, nie różnilibyśmy się od Klanu Pioruna, Klanu Rzeki czy Klanu Cienia. Lecz my jesteśmy Klanem Wiatru, przez co potrafimy nie tylko walczyć i polować, ale i kopać.

Wyżek stłumił w sobie frustrację. Jego kompan z legowiska miał słuszność. Koty z jego klanu były wyjątkowe i trzeba mieć mysi móżdżek, by tracić czas na takie spory. Machnąwszy ogonem, odwrócił się i odmaszerował. Nagle poczuł ostry ból w łapce.

– Auć! – Uniósł ją. Poduszka łapki wściekle szczypała.

Kaszelek podszedł do niego.

– Co się stało?

– Nadepnąłem na coś ostrego. – Pokazał mu łapkę.

Drugi kocurek pochylił się i przyjrzał badawczo skaleczeniu.

– To kolec janowca! – miauknął.

Wyżek spojrzał niepewnie w kierunku legowiska medyka.

– Czy powinienem poprosić Jastrzębie Serce, by go wyciągnął?

Jeśli kocur był zajęty, na pewno nie chciał, by ktokolwiek mu przeszkadzał, a już szczególnie zwierzyna myszołowów.

– Nie trzeba. – Kaszelek przyłożył pyszczek do poduszeczki kolegi. Ten poczuł ciepło jego oddechu, a następnie ostre szarpnięcie, po którym ból osłabł. Kociak przysiadł z długim cierniem między zębami. Na jego czubku czerwieniła się kropla krwi. – Poliż mocno swoją łapkę – rozkazał, wypluwając kolec. – To wystarczy, żeby się nie pogorszyło.

Wyżek przyjrzał się łapce i dostrzegł plamkę krwi na poduszeczce. Polizał ją, zdumiony, jak szybko zniknął ból. Krew miała słony smak.

– Dzięki, Kaszelku. Skąd wiedziałeś, co należy robić?

– To było oczywiste.

Ryjówek przewrócił oczami.

– Genialnie! – prychnął. – To nam naprawdę pomoże łapać króliki i walczyć z intruzami.

Jego brat pochylił łepek.

– Życie nie kończy się na polowaniu i walce.

– Czyżby? – Zdumiony kocurek zamrugał. – Nie mów mi, że chcesz zostać podkopkiem.

– Tego nie powiedziałem.

– Kolejny podkopek. – Ryjówek odwrócił się ogonem. Ewidentnie przestał słuchać. – Właśnie tego potrzeba Klanowi Wiatru – stwierdził i odmaszerował.

Wyżek zmrużył oczy, zdumiony.

– Nie chcesz zostać wrzosowym sprinterem?

– Nie. Chcę szkolić się na medyka – wyznał Kaszelek.

– Serio?

– Spytam Wrzosową Gwiazdę, czy mogę zostać uczniem Jastrzębiego Serca.

– Jastrzębiego Serca? – powtórzył wstrząśnięty Wyżek. To już wolę być podkopkiem – pomyślał. – Jesteś tego pewien? – zapytał.

– Tak! – odparł kociak, a jego oczy błyszczały. – Nie mogę się doczekać, aż nauczę się wszystkiego o ziołach i o tym, jak radzić sobie z rozmaitymi dolegliwościami.

– Jakoś nie mogę sobie wyobrazić Jastrzębiego Serca z uczniem.

– Sądzisz, że odmówi szkolenia mnie? – W spojrzeniu Kaszelka pojawił się niepokój. – Może to dlatego nie miał nigdy swego ucznia?

– Nikt chyba nie był dość odważny, by zgłosić się na ochotnika – wymamrotał Wyżek i zamruczał. – Ale twoja odwaga zapewne zrobiłaby na nim wrażenie.

– Jastrzębie Serce jest w porządku. – Niespokojny wzrok Kaszelka omiótł legowisko medyka. – Po prostu nie lubi, jak zadaje mu się głupie pytania jak ostatni królik. I tyle.

– W takim razie jak czegokolwiek się nauczysz?

– Będę obserwował, co robi, i zadawał pytania jedynie wtedy, gdy trudno mi będzie zrozumieć.

Wyżek zamrugał, zaskoczony determinacją kompana. Od dawna musiał układać w głowie plany.

– Nigdy nie będziemy się razem szkolić – powiedział, czując dojmujący smutek.

– Przecież i tak będziesz trenować, by zostać podkopkiem – przypomniał mu Kaszelek.

– Będę musiał nauczyć się polować i walczyć, a i ty poznałbyś podstawowe zdolności tunelowe. – Wyżek spojrzał w kierunku Ryjówka, który podążał za Rogatą Łapą wracającym od sterty zdobyczy. – A teraz jestem skazany na niego.

– Nie przejmuj się jego drwinami. Jeśli przestaniesz reagować, znudzi się i da ci spokój.

– Pewnie tak – odrzekł kociak bez przekonania. – Chodźmy sprawdzić, czy Liliowy Wąs nie potrzebuje pomocy w polowaniu na pchły – rzekł, kierując się ku legowisku starszyzny.

– Dogonię cię – miauknął Kaszelek. – Idę zapytać Wrzosową Gwiazdę, czy będę mógł zostać uczniem Jastrzębiego Serca.

Gdy przyjaciel skierował kroki ku siedzibie przywódczyni, Wyżek poczłapał ku gęstemu janowcowi na skraju polany. Płomienna Skóra stał przed legowiskiem, oparty o tufur, a Liliowy Wąs siedziała obok, czyszcząc bezwładną łapę.

Łania Łapa i Żytnia Łapa przycupnęły w trawie, skupione na słowach starego kocura, który mówił:

– Skręciłem w prawą odnogę tunelu. Było tam ciemniej niż wewnątrz głazu, ale słyszałem królika kilka długości ogona przed sobą. Biegł szybko, roztaczając woń strachu tak silną, że nawet wrzosowy sprinter mógłby ją wyczuć i za nią podążyć…

– Czy polowanie w tunelach nie jest łatwiejsze? – przerwała mu Łania Łapa. – Zdobycz może uciekać tylko w jednym kierunku.

Starszy kot spojrzał jej w oczy.

– Sądzisz, że łatwo jest gnać przed siebie w kompletnej ciemności?

Źrenice młodej kotki się rozszerzyły. Tymczasem Biała Jagoda przyczłapał z janowcowego legowiska, a jego śnieżnobiała sierść lśniła w słońcu.

– Do pomocy masz jedynie uszy, nos i wąsy – wyjaśnił. – Jeden wymach łapą za dużo i możesz wpaść na ścianę.

Płomienna Skóra pochylił się ku słuchaczkom.

– Ślepy zaułek ma inny rodzaj echa niż przejście na wskroś. Doświadczony podkopek słyszy, czy dolne przejście rozszerzy się lub zwęży, i to tylko dzięki temu, że wyczuwa, w jaki sposób powietrze drażni jego futerko w uchu.

Liliowy Wąs uniosła pysk.

– Kiedyś byłam w stanie usłyszeć jaskinię z odległości połowy wrzosowiska, i to tylko dzięki echu własnych kroków – pochwaliła się.

– Ja zaś wyczuwałem zdobycz przez warstwę gleby grubą na długość ogona – stwierdził zaspany Biała Jagoda, wyciągając się obok niej.

Wyżek zamrugał w zdumieniu. On też pewnego dnia nabędzie tych wszystkich zdolności. Wiedział, że powinno go to napawać ekscytacją, ale wyobraźnia podsuwała mu jedynie wizję mroku i błota. Zadrżał, jak gdyby już teraz tkwił gdzieś pod ziemią.

Płomienna Skóra kontynuował opowieść:

– A ten królik dotarł już głęboko pod terytorium Klanu Cienia.

– I podążyłeś za nim? – Żytnia Łapa westchnęła ze zdumienia. – Przecież stał się zdobyczą tamtego klanu, skoro przekroczył granicę!

– Tunele należą do Klanu Wiatru – wychrypiał stary kocur.

Wyżek zbliżył się i odważył spytać:

– Skąd wiedziałeś, że jesteś już pod terenem Klanu Cienia?

– Ziemia tam pachnie sosnowym sokiem – wyjaśnił Płomienna Skóra, po czym ciągnął: – Królik wciąż uciekał. Doganiałem go. I wtedy usłyszałem odgłosy łap w lesie nade mną. Byłem blisko powierzchni.

– Zorientowali się, że tam jesteś? – zaciekawiła się Łania Łapa, machając szybko ogonkiem.