Dom soli i łezTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Co za kobieta! – krzyknęła Hanna, rozpinając malutkie dżetowe guziczki na plecach mojej sukni.

Pomogła mi ją zdjąć, po czym odgarnęła ciemne, przetykane siwizną, kręcone włosy.

– Żeby wykorzystać dzień Eulalie, by ogłosić tak szokujące wieści. Co za bezczelność!

Camille rzuciła się na moje łóżko, obok Ligei. Wyszywana kanapa zgniotła się pod jej ciężarem.

– Nie znoszę jej! – zawołała i piskliwym głosem przedrzeźniła Morellę: – I tak jak bóg światła, Vaipany, i jego słońce, mój syn będzie lśniącym promieniem porannego słońca, mój syn będzie jak słońce.

Zdusiła chichot w poduszce.

– Mogła lepiej wybrać moment – przyznała Rosalie, opierając się o kolumienkę łóżka i bawiąc się końcem rudawego warkocza. Trojaczki, identyczne pod każdym względem, miały kasztanowy odcień włosów, którego strasznie im zazdrościłam, zupełnie inny niż reszta rodziny. Z moich wszystkich sióstr Eulalie miała najjaśniejsze włosy, prawie blond. Moje były najciemniejsze, w tym samym kolorze, co czarny piasek Sallan, tak charakterystyczny dla plaż archipelagu.

Zdjęłam podwiązki i cichym chrząknięciem przyznałam jej rację. Chociaż cieszyłam się szczęściem taty i Morelli, takie wiadomości naprawdę należało zostawić na inną okazję. Zsuwając bure pończochy, zastanawiałam się, z czego składała się wyprawa ślubna mojej macochy. Czy tata uzupełnił ją białymi jedwabnymi pończochami, wstążkami i koronkami, z nadzieją, że nowa żona położy kres jego nieszczęściu? Przełożyłam przez głowę czarną bawełnianą koszulę nocną, porzucając myśli o atłasowych halkach i ozdobionych klejnotami sukniach.

– Jeśli to rzeczywiście syn, to co to będzie dla nas oznaczało? – zapytała Lenore, siedząca przy oknie. – Czy on zostanie dziedzicem?

Camille się poderwała. Twarz miała opuchniętą od płaczu, ale spojrzenie jej bursztynowych oczu był skupione i pełne złości.

– Ja wszystko dziedziczę. A potem Annaleigh, gdy klątwa mnie pochłonie.

– Nic nikogo nie pochłonie – warknęłam. – To bzdury.

– Madame Morella tak nie uważa – powiedziała Hanna, stając na palcach, by powiesić suknię w szafie. Przygnębiał mnie fakt, że wszystkie miały podobny odcień.

– Że jesteśmy przeklęte? – zapytała Rosalie.

– Że wy, dziewczęta, wszystko odziedziczycie. Słyszałam, jak w rozmowie z waszą ciotką Lysbette chwaliła się, że w jej brzuchu rośnie następny książę.

Camille przewróciła oczami.

– Może i tak podchodzą do sprawy na lądzie, ale nie tutaj. Chciałabym zobaczyć jej minę, gdy ojciec jej to wyjaśni.

Usiadłam na szezlongu i okryłam się narzutką. Nie dość, że nie zdołałam się w pełni rozgrzać po wędrówce w deszczu, to wieści Morelli dodatkowo mnie zmroziły.

Ligeia podrzucała poduszkę.

– Więc twój mąż zostanie dwudziestym księciem Salann?

– Jeśli będę chciała – odparła Camille. – Mogę też zostać księżną z pełnią władzy, a on byłby tylko małżonkiem. Jestem pewna, że Berta nauczyła cię tego wszystkiego wieki temu.

Ligeia wzruszyła ramionami.

– Staram się nie pamiętać wszystkiego, co mówią guwernantki. One są takie ponure. Poza tym urodziłam się jako ósma. Nie podejrzewałam, że mam szansę na jakiekolwiek dziedzictwo.

Jako szósta córka doskonale rozumiałam, co czuła. Urodziłam się w środku, a teraz byłam druga w kolejce. W nocy po śmierci Eulalie nie mogłam spać, czując, jak przygniata mnie ciężar nowych obowiązków. Herb Thaumasów – srebrna ośmiornica o rozrzuconych ramionach, trzymająca w nich trójząb, berło i pióro – widniał w każdym pokoju Highmoor. Ten naprzeciwko mojego łóżka nagle nabrał zupełnie nowego znaczenia. Co będzie, jeśli coś się stanie Camille i nagle wszystko spadnie na mnie? Pożałowałam, że nie spędzałam więcej czasu nad lekcjami historii zamiast przy fortepianie.

Camille nauczyła mnie grać. Dzieliła nas najmniejsza różnica wieku spośród nas wszystkich, poza trojaczkami. Urodziłam się dziesięć miesięcy po niej i byłyśmy najbliższymi przyjaciółkami. Zawsze chciałam podążać jej śladem. Kiedy skończyła sześć lat, mama zaczęła ją uczyć gry na starym pianinie stojącym w jej saloniku. Camile była pojętną uczennicą i przekazywała mi wszystko, czego się nauczyła. Mama pokazała nam wersje na cztery ręce jej ulubionych piosenek i szybko doszła do wniosku, że na tyle opanowałyśmy pianino, iż możemy się przenieść na fortepian w Niebieskim Pokoju.

Dom był pełen muzyki i śmiechu, gdy siostry tańczyły do melodii, które im grałyśmy. Ileż popołudni spędziłam na wyściełanej ławce, przytulona bokiem do Camille, a nasze dłonie przesuwały się sprawnie po klawiszach z kości słoniowej. Wciąż wolałam duet z nią niż zagrać nawet najpiękniejsze solo. Bez Camille u mego boku muzyka wydawała mi się o połowę gorsza.

– Panno Annaleigh?

Wyrwana z zamyślenia spojrzałam na wpatrującą się we mnie Hannę.

– Czy powiedziała, który to miesiąc?

– Morella? Uważa, że trzeci. Może trochę później.

– Później? – Camille zachichotała. – Przecież pobrali się cztery miesiące temu.

Lenore porzuciła okno i przysiadła się do mnie.

– Camille, czemu ona ci tak przeszkadza? Ja się cieszę, że tu jest. Gracje są szczęśliwe, że znów mają matkę.

– Ona nie jest ich matką. Ani naszą. W ogóle się nie umywa.

– Stara się – zauważyła Lenore. – Zapytała, czy może pomóc w planowaniu naszego balu. Możemy wykorzystać go na debiut, skoro nie wolno nam podczas żałoby pokazać się na dworze.

– Nie możecie też wyprawić balu – zauważyła Camille.

– Ale to nasze szesnaste urodziny! – Rosalie usiadła nadąsana. – Czemu przez cały rok nie możemy mieć żadnych przyjemności? Zmęczyła mnie już żałoba.

– A twoje siostry pewnie zmęczyła śmierć, ale tak już jest! – wybuchła Camille, podrywając się z łóżka.

Zatrzasnęła za sobą drzwi, nim którakolwiek z nas zdążyła ją powstrzymać.

Rozalie zamrugała.

– Co ją ugryzło?

Przygryzłam wargę, czując, że powinnam za nią iść, ale nie miałam już siły na kłótnię, jaka pewnie by się wywiązała.

– Tęskni za Eulalie.

– Wszystkie tęsknimy – skwitowała Rosalie.

Zapadła cisza, a nasze myśli skupiły się znów na Eulalie. Hanna kręciła się po pokoju, zapalając świece i wygaszając gazowe lampy. Kandelabry rzucały drżące cienie w kątach pokoju.

Lenore podkradła mi część narzutki i schowała się pod nią.

– Myślicie, że to bardzo niestosowne, by zrobić tak, jak mówi Morella? Zorganizować bal? Szesnaście lat kończy się tylko raz… To nie nasza wina, że wciąż ktoś umiera.

– Nie sądzę, by było coś złego w tym, że chcecie świętować, ale pomyśl, co czuje Camille. Żadna z nas nie debiutowała. Elizabeth i Eulalie też nie.

– To świętujcie z nami! – zaproponowała Rosalie. – To może być wielkie przyjęcie, na którym pokażemy wszystkim, że dziewczęta Thaumasów nie są przeklęte i że w naszej rodzinie nie dzieje się nic złego.

– I mamy urodziny dopiero za trzy tygodnie. Do tej pory żałoba może trwać, a potem po prostu… się ją przerwie – zaproponowała Ligeia.

– Nie wiem, czemu próbujecie przekonać mnie. To ojciec musi się na zgodzić na ten plan.

– Zgodzi się, jeśli Morella go poprosi. – Rosalie uśmiechnęła się chytrze. – W łóżku.

Trojaczki zaczęły chichotać. Rozległo się pukanie do drzwi i wszystkie ucichłyśmy, pewne, że to ojciec przyszedł skarcić nas za te hałasy. Okazało się jednak, że to Verity. Stała na środku korytarza, w koszuli nocnej o dwa numery na nią za dużej. Włosy miała potargane, a na twarzy ślady łez.

– Verity?

Nic nie powiedziała, tylko uniosła ręce, prosząc, by ją podnieść. Wzięłam ją w ramiona. Pachniała słodkim ciepłem dzieciństwa. Chociaż była spocona od snu, na gołych ramionach miała gęsią skórkę. Wtuliła się w moją szyję, szukając pocieszenia.

– Co się stało, maleńka? – Głaskałam ją po plecach. Jej włosy były miękkie jak u króliczka.

– Mogę tu zostać na noc? Eulalie jest dla mnie niedobra.

Trojaczki wymieniły zaniepokojone spojrzenia.

– Oczywiście, że możesz, ale pamiętasz, o czym rozmawiałyśmy przed pogrzebem? Wiesz, że Eulalie już z nami nie ma? Jest teraz z mamą i Elizabeth w Głębi.

Poczułam, że kiwa głową.

– Ale nadal ściąga ze mnie kołdrę. – Jej cieniutkie rączki obejmowały mnie za szyję. Trzymała się mocniej niż rozgwiazda w czasie przypływu.

– Lenore, sprawdź, co z Mercy i Honor, dobrze?

Lenore pocałowała Verity w głowę, po czym wyszła.

– Jestem pewna, że tylko się z tobą drażniły. To była zabawa.

– Niezbyt miła.

– Nie – zgodziłam się i zaniosłam ją do łóżka. – Możesz tu dziś zostać. Jesteś bezpieczna. Śpij.

Verity jęknęła cicho, ale zamknęła oczy i wtuliła się w pościel.

– My też już powinnyśmy iść – wyszeptała Rosalie, zsuwając się z łóżka. – Ojciec niedługo będzie sprawdzał, czy śpimy.

– Odprowadzić was na drugie piętro? – zapytała Hanna, wręczając Rosalie i Ligei świece.

Rosalie potrząsnęła głową, ale pozwoliła się przytulić, nim wyszła z pokoju.

– Zastanów się nad tym, o czym mówiłyśmy – dodała Ligeia, całując mnie w policzek. – Koniec żałoby zrobiłby dobrze nam wszystkim.

Przytuliła na dobranoc Hannę i wyszła.

Trojaczki nie chciały oddzielnych pokoi, twierdząc, że lepiej im się śpi razem.

Hanna skupiła na mnie swoją uwagę.

– Panienko Annaleigh, ty także idziesz spać?

Spojrzałam na zakopaną pod kołdrą Verity.

– Jeszcze nie. Zbyt wiele myśli kołacze mi się po głowie.

Hanna podeszła do stolika nocnego, a ja przeniosłam się z powrotem na szezlong. W kółko składałam i rozkładałam narzutkę na kolanach. Niania wzięła filiżanki herbaty cynamonowej i usiadła obok mnie. Coś w jej ruchach przypomniało mi wieczór sprzed sześciu lat, zaraz po pogrzebie mamy.

 

Hanna siedziała wtedy dokładnie tak jak teraz, ale ja zsunęłam się na podłogę, a głowę wtuliłam w jej podołek, podczas gdy ona pocieszała tyle moich sióstr, ile zdołała. Camille siedziała obok mnie, z opuchniętymi od łez oczami. Elizabeth i Eulalie klęczały nieopodal, tuląc łkające trojaczki. Ava i Octavia siedziały po obu stronach Hanny i trzymały w objęciach śpiące Gracje. Nie było z nami tylko Verity, która miała ledwie kilka dni i została z mamką.

Żadna z nas nie chciała być tamtego wieczora sama.

– Piękny pogrzeb – powiedziała Hanna, mieszając herbatę, czym przywołała mnie do teraźniejszości. – Tylu młodych ludzi. Tyle łez. Jestem pewna, że Eulalie byłaby zadowolona.

Pociągnęłam łyk, pozwalając aromatom rozpłynąć się po moim języku, po czym przytaknęłam.

– Niewiele mówisz – odezwała się Hanna, gdy milczenie się przeciągało.

– Wciąż myślę o tym, jaki to dziwny dzień. Wszystko jest dziwne, odkąd… ją znaleźli – zająknęłam się, jakby myśl, którą chciałam wypowiedzieć, była zbyt niezręczna, by ubrać ją w słowa. – Nie sądzisz, że okoliczności jej śmierci są trochę niejasne?

Hanna na mnie spojrzała.

– Śmierć kogoś młodego, zwłaszcza takiego jak Eulalie, pięknej i ze świetlaną przyszłością, zawsze prowokuje pytania.

– To nie to. Rozumiem, co się stało pozostałym. Każda śmierć była okropna i smutna, ale wiem, czemu do nich doszło. Ale Eulalie… Co ona w ogóle tam robiła? Sama w ciemnościach?

– Obie wiemy, że nie zostałaby długo sama.

Pomyślałam o tych wszystkich zapłakanych chłopakach.

– Ale czemu miałaby spotykać się z kimś akurat tam? Nie lubiła chodzić na klify nawet w ciągu dnia. Bała się wysokości. To bez sensu.

Hanna cmoknęła, odstawiła filiżankę i mnie przytuliła. Poczułam zapach jej mleczno-miodowego mydła. Hanna była zbyt praktyczna, by używać perfum i olejków do kąpieli, ale jej ciepły, rozsądny zapach miał na nas wszystkie pocieszający wpływ. Wciągnęłam go w nozdrza, opierając głowę o jej ramię.

Było teraz miększe, a skóra widoczna powyżej kołnierzyka szmizjerki pomarszczyła się i wydawała cienka niczym pergamin. Hanna została nianią w Highmoor po urodzinach Avy, zawsze gotowa opatrywać podrapane kolana i zranione uczucia. Jej syn, Fisher, był trzy lata starszy ode mnie i dorastał razem z nami. Hanna wiązała nam pierwsze gorsety i pomagała upinać włosy, ocierając łzy, gdy nieposłuszne kosmyki nie chciały współpracować. Była przy nas zawsze, gdy potrzebowałyśmy przytulenia czy buziaka na dobranoc.

– Czy szykowałaś ją tamtej nocy do snu? – zapytałam, siadając prościej. Hanna pewnie jako jedna z ostatnich widziała Eulalie żywą. – Nie zauważyłaś niczego podejrzanego?

Potrząsnęła głową.

– Nic sobie nie przypominam. Ale nie siedziałam u niej długo. Mercy bolał brzuch. Przyszła poprosić o herbatę miętową.

– A… później? Pomagałaś przy… jej ciele, prawda?

– Oczywiście. Zajmowałam się wszystkimi twoimi siostrami. I twoją matką.

– Jak wyglądała?

Hanna przełknęła z trudem i wykonała ochronny gest na piersi.

– O takich sprawach nie powinno się rozmawiać.

Skrzywiłam się.

– Wiem, że musiała być… Że to musiało wyglądać strasznie, ale czy coś było… nie tak?

Hanna zmrużyła sceptycznie oczy.

– Spadła z ponad trzydziestu metrów, na skały. Całkiem sporo było nie tak.

– Przepraszam – powiedziałam zawiedziona.

Chciałam zapytać, czy ktoś jeszcze szykował jej ciało przed odesłaniem go w Głębię, ale Hanna miała już dość tego tematu.

– Skarbie, jesteś zmęczona – powiedziała. – Połóż się, a jutro poczujesz się lepiej.

Ucałowała mnie w czoło i wyszła. Drzwi zamknęły się za nią cicho. Sprawdziłam, czy Verity rzeczywiście śpi, po czym podeszłam do okna, czując dziwny niepokój. Z mojej sypialni widać było ogrody z południowej strony domu, trzy piętra niżej. Na środku trawnika stała szeroka marmurowa fontanna w kształcie klipera, a obok rozciągał się ozdobny labirynt z krzewów.

Verity przewróciła się na drugi bok i wymamrotała coś niezrozumiale. Zaczęłam zaciągać ciężkie zasłony, gdy ujrzałam światło. Przestało padać, ale niebo zasnuwały ciemne chmury. Nie było widać gwiazd.

Pomiędzy wystrzyżonymi w kształt skaczących humbaków krzewami migotała latarnia. Gdy światło odsunęło się od drzew, ujrzałam dwie postacie. Mniejsza, niosąca latarnię, odstawiła ją i usiadła na brzegu fontanny. Światło rozświetliło siwy kosmyk we włosach ojca.

Co robił tak późno w ogrodzie, w noc pogrzebu Eulalie? Nas wszystkie wysłał wcześnie spać, nakazując spędzić ten czas na głębokich modłach do Pontusa, podczas których miałyśmy prosić boga morza, by zapewnił naszej siostrze wieczny odpoczynek w Głębi.

Druga postać zsunęła kaptur i zobaczyłam mnóstwo blond loczków. Morella. Poklepała miejsce obok siebie i ojciec usiadł. Po chwili jego ramiona zaczęły drżeć. Płakał.

Morella objęła go i przyciągnęła do siebie. Odwróciłam głowę, gdy wyciągnęła rękę, by pogłaskać go po policzku. Nie musiałam jej słyszeć, by wiedzieć, że wypowiadane słowa koiły uczucia mojego ojca niczym balsam. Może i nie rozumiała naszych wyspiarskich zwyczajów, ale poczułam radość, że jest z nami w Highmoor. Nikt nie powinien mierzyć się z takim bólem sam.

Odwróciłam się od okna, wsunęłam pod kołdrę i przytuliłam do Verity, a jej równy oddech ukołysał mnie do snu.

Rozdział 4

Kiedy zeszłam na śniadanie, ujrzałam Morellę w niebieskiej atłasowej sukni, z marszczoną organdyną przy łokciach i perłami na szyi. Jej widok olśniewał, jakby była błyszczącym kolibrem w pokoju pełnym zasłoniętych portretów i wieńców.

Podniosła głowę znad kredensu, na którym stały tace z jedzeniem. W Highmoor śniadania odbywały się mało formalnie. Każdy przychodził do jadalni i sam się obsługiwał.

– Dzień dobry, Annaleigh. – Morella sięgnęła po imbirową babeczkę i posmarowała ją masłem. – Dobrze spałaś?

Prawda była taka, że nie. Verity bardzo się kręciła i kopała w nocy. Ja wciąż wracałam myślami do Eulalie i jej spaceru po klifie, nie mogąc zasnąć. Udało mi się to dopiero dobrze po północy.

– Witaj, kochanie – zawołał od drzwi ojciec.

Odwróciłyśmy się. Każda z nas sądziła, że ojciec zwraca się do niej, ale on podszedł do Morelli i ucałował ją na dzień dobry. Miał na sobie ciemny surdut, ale w odcieniu ciemnego grafitu, a nie kruczoczarnym, do którego tak się już przyzwyczaiłam.

– Wyglądasz wspaniale – powiedział, obracając ją wokół jej osi, by popatrzeć na ledwo widoczną wypukłość na brzuchu.

– Myślę, że ciąża mi służy.

Rzeczywiście promieniała radością. Ciąże mamy zawsze wiązały się z okropnymi porannymi mdłościami, więc akuszerki nakazywały leżenie o wiele wcześniej niż u większości ciężarnych. Kiedy byłam już wystarczająco duża, Ava i Octavia dopuściły mnie do pomocy i pokazały najlepsze olejki i napary, które miały złagodzić dolegliwości mamy.

– Też tak myślisz, Annaleigh? – zapytała Morella.

Pewnie przez włączenie mnie do rozmowy próbowała być miła.

Spojrzałam na błękitny atłas. Wyglądała ślicznie, ale to nie był odpowiedni kolor na dzień po pogrzebie pasierbicy.

– Suknie Eulalie są już na ciebie za małe?

– Co? A tak, oczywiście. – Wykorzystała tę chwilę, by z zadowoleniem przesunąć dłonią po brzuchu.

– Prawdę mówiąc – wtrącił się ojciec, sięgając po solone śledzie – mamy coś do omówienia w tej kwestii, ze wszystkimi. Annaleigh, mogłabyś zawołać siostry?

– Teraz? – spojrzałam na jaja, które właśnie sobie nałożyłam. Na pewno wystygną.

– Proszę.

Postawiłam ostentacyjnie mój nie w pełni zapełniony talerz na środku stołu i poszłam na górę. Ja byłam rannym ptaszkiem, ale część moich sióstr nie podzielała mojego zamiłowania do poranków. Mercy i Rosalie były prawie niemożliwe do dobudzenia.

Postanowiłam zacząć od Camille.

Odsłoniła już zasłony, a słabe światło oblewało jej pomalowane na śliwkowo meble. Zaskoczyło mnie, że siostra siedzi przy toaletce i upina włosy. Chociaż na ustach i policzkach nie widziałam żadnego koloru, na blacie leżały słoiczki z kosmetykami i buteleczki z rżniętego szkła z perfumami. Czarna krepowa zasłona, taka sama, jak na moim lustrze, leżała zgnieciona u jej stóp. Zastanawiałam się, kiedy zdążyła ją tam rzucić.

– Już skończyłaś śniadanie? – zapytała.

– Ojciec chce, żebyśmy wszystkie zeszły do jadalni. Ma nam coś do powiedzenia.

Dłoń Camille zamarła nad szkatułką z biżuterią, po czym z niechęcią uniosła czarny dżetowy kolczyk.

– Powiedział co?

Usiadłam obok niej i przesunęłam palcami po moim koku. Nie widziałam swojego odbicia od prawie tygodnia.

– Niebieska suknia Morelli wiele mówi. Eulalie dostałaby szału, gdyby zobaczyła, co się dzieje. Pamiętasz, jak po śmierci Octavii chciała zobaczyć… co to było, chyba obwoźny cyrk? A tata nie pozwolił nam wychodzić z domu? Powiedział – obniżyłam głos – „Ból taki jak nasz nie powinien być wystawiany na widok publiczny”. A Octavia nie żyła już od miesięcy!

– Eulalie chodziła naburmuszona przez całe tygodnie.

– A teraz upamiętniamy ją czernią przez ile… pięć dni? Ojciec już jest w szarościach. Tak być nie powinno.

Moja siostra otworzyła słoiczek i przyjrzała się pomadce w kolorze wina.

– Zgadzam się.

– Naprawdę? – zapytałam, patrząc znacząco w lustro.

Zabrałam jej słoiczek, rozlewając trochę pomadki. Gdy spływała po moich palcach, wyglądała jak krew.

Camille poprawiła pukiel włosów.

– Nigdy nie potrafiłam ułożyć fryzury bez lustra.

– Pomogłabym ci. A co, jeśli Eulalie…

Camille przewróciła oczami.

– Duch Eulalie nie zobaczy błyszczącej powierzchni i w niej nie utknie. Ledwie wytrzymywała w domu za życia. Skąd pomysł, że chciałaby tu zostać po śmierci?

Odstawiłam pomadkę. Nie wiedziałam, w co wytrzeć palce.

– Ale masz humorek.

Podała mi chusteczkę.

– Źle spałam. Nie mogłam przestać myśleć o tych głupotach, które wygadywała Ligeia.

Wybrała inny odcień pomadki i rozsmarowała na ustach cieniutką warstwę w brązowym kolorze. Na jej twarzy rysowało się poczucie winy.

– Nigdy nie zdobędę męża, jeśli coś się nie zmieni.

– Nieprawda – zaprotestowałam. – Każdy mężczyzna byłby zaszczycony, gdyby cię miał u swojego boku. Jesteś mądra i równie piękna jak Eulalie.

Camille uśmiechnęła się brzydko.

– Nikt nie jest taki jak Eulalie. Ale jeśli będę się ukrywać w tym ponurym domu, schowana pod warstwami krepy, to nigdy nikogo nie znajdę. Szanuję pamięć Eulalie i wszystkich naszych sióstr, ale jeśli będziemy za każdym razem przechodzić przez wszystkie etapy żałoby, to same umrzemy, nim to się skończy. Jestem gotowa, by zmienić podejście. I twoje spojrzenie zbitego psa tego nie zmieni.

Podniosłam zasłonę z podłogi i zatopiłam w niej palce. Nie byłam zła na Camille. Miała prawo do szczęścia. Wszystkie miałyśmy. Wszystkie marzyłyśmy o czymś więcej. To jasne, że moje siostry wolałyby być na dworze, uczestniczyć w balach i koncertach. Chciały być pannami młodymi, żonami, matkami. Byłabym potworem, gdybym im tego odmawiała. Mimo to ściskałam krepę.

– Ojciec chce, żebyśmy zeszły na dół – zawołała Rosalie, przerywając nam rozważania.

Trojaczki stały w drzwiach i gapiły się do środka. W dziwnym porannym świetle ich odbicie w lustrze wyglądało jak groteskowa zbieranina kończyn i warkoczy. Przez moment wyglądały jak jeden stwór, a nie trzy oddzielne siostry.

Lenore oderwała się od grupy i obraz się rozwiał.

– Zwiążesz mi to? – Wyciągnęła do mnie czarną wstążkę. – Rosalie za mocno zaciska.

Uklękła obok Camille i uniosła ciężki warkocz, ukazując bladą szyję. Trojaczki nosiły wstążki na szyi, jak obroże. Kiedy byłyśmy małe, Octavia uwielbiała opowiadać nam przed snem krwawe, przerażające historie. Wymyślała bajki o pannach, które usychały z tęsknoty za ukochanymi, o duchach i goblinach, zwiastunach i przecherach, z którymi głupi ludzie próbowali się targować. Później, pewna, że wciąż chowamy się z przerażenia pod kołdrami, zakradała się razem z Eulalie do naszych pokoi i ściągała z nas pościel.

Jedną z ich ulubionych opowieści była ta o dziewczynie, która zawsze nosiła zawiązaną na szyi zieloną wstążkę. Nigdy nie widziano jej bez niej, ani w szkole, ani w kościele, miała ją nawet w dniu ślubu. Wszyscy goście uważali, że wyglądała wspaniale, ale nie rozumieli, czemu wybrała tak prostą ozdobę. Podczas miesiąca miodowego jej mąż podarował jej brylantową kolię, która lśniła niczym gwiazdy. Chciał, aby ją założyła i nie miała na sobie nic więcej, gdy wieczorem przyjdzie do łóżka. Odmówiła, a on, odszedł rozzłoszczony. Gdy wrócił później do sypialni, zobaczył ją śpiącą na wielkim łożu, nagą. Miała na sobie tylko kolię i zieloną wstążkę. Przysunął się do niej i delikatnie rozwiązał wstążkę, a w tym momencie jej odcięta głowa odtoczyła się od ciała.

 

Trojaczki uwielbiały tę upiorną opowieść i w kółko prosiły, żeby im ją opowiedzieć. Kiedy Octavia zmarła, z upiorną satysfakcją zaczęły zakładać na szyje czarne wstążki.

Gdy już zawiązałam kokardę, Lenore ułożyła ją bardziej zawadiacko.

– Gracje są już na dole. Je obudziłyśmy pierwsze.

Camille wstała od lustra. Kiedy podałam jej zasłonę, odrzuciła ją. Zwierciadło zostało bez okrycia.

Mercy, Honor i Verity siedziały przy drugim końcu stołu w jadalni. Starsze dziewczęta zajadały jaja i śledzie. Przed Verity stała miska truskawek ze śmietaną, ale mała tylko bawiła się jedzeniem. Zauważyłam, że siedzi tak daleko od Honor i Mercy, jak tylko się da bez zmiany miejsca. Najwyraźniej nie przebaczyła im jeszcze nocnego żartu. My nawet nie sięgnęłyśmy po talerze. Ojciec usiadł u szczytu stołu i czekał, by coś ogłosić.

Zaczął bez wstępów:

– Po śniadaniu czeka was wspaniała niespodzianka w złotym saloniku.

Złoty salonik był niewielki i elegancki, używany tylko dla ważnych gości z królewskiego dworu lub dla Wielkiego Żeglarza. Wiele lat temu król i jego rodzina przyjechali do nas podczas letniego objazdu, a królowa Adelaide korzystała z niego jako swojego dziennego saloniku. Pochwaliła lśniące adamaszkowe zasłony, a mama przysięgła, że nigdy ich nie zmieni.

– O co chodzi, ojcze? – zapytała Camille.

– Po głębokim zastanowieniu postanowiłem, że pora zakończyć ten rodzinny smutek. Highmoor już zbyt długo pogrążone jest w ciemnościach. Kończę z żałobą.

– Eulalie pochowaliśmy ledwie wczoraj. – Skrzyżowałam ramiona na piersi. – Wczoraj.

Noga mi podskoczyła, gdy ktoś kopnął mnie pod stołem. Nie miałam pewności, ale podejrzewałam Rosalie. Ojciec spojrzał na mnie znacząco.

– Wiem, że to się może wydawać przedwczesne, ale…

– Bardzo przedwczesne – przerwałam i znów zostałam kopnięta. Tym razem byłam przekonana, że to Ligeia.

Ojciec ścisnął szczyt nosa, próbując zahamować migrenę.

– Czy chciałabyś coś powiedzieć, Annaleigh?

– Jak w ogóle możesz coś takiego rozważać? Tak nie wolno.

– Już i tak zbyt wiele życia spędziliśmy w żałobie. Teraz pora na nowe, a nie chcę, aby nasze nowe życie rozpoczynało się w smutku.

– Twoje nowe życie. Twoje i Morelli. Nie podjąbyś takiej decyzji, gdyby nie jej ciąża.

Trojaczki jęknęły zszokowane. W oczach Morelli ujrzałam ból, ale brnęłam dalej. Co tam uczucia, to było zbyt ważne.

– Powiedziała, że to chłopiec, a ty już starasz się poruszyć niebo i ziemię, by ją zadowolić. Zgadzasz się nawet zapomnieć o swojej pierwszej rodzinie. Twojej przeklętej rodzinie – wymsknęło mi się to słowo, czarne i brzydkie.

Verity jęknęła, jakby zbierało się jej na płacz.

– Nie ma żadnej klątwy. – Lenore podbiegła do niej. – Powiedz jej, że nie ma klątwy – warknęła do mnie.

– Nie chcę umierać – zaczęła zawodzić Verity i przewróciła miskę ze śmietaną.

– Nie umrzesz – powiedział ojciec, zaciskając palce na podłokietnikach fotela tak mocno, że dziw, iż drewno nie pękło. – Annaleigh, co to za zachowanie? Natychmiast przeproś.

Podeszłam i uklękłam obok Verity. Przytuliłam ją i zaczęłam głaskać delikatne włosy.

– Przepraszam. Nie chciałam cię zdenerwować. Tak naprawdę to nie jest klątwa.

– Nie mówiłem o Verity – odezwał się zimno ojciec.

Zacisnęłam usta w niemym sprzeciwie. Chociaż kolana mi się trzęsły, zmusiłam się, by nie odwracać od niego wzroku.

– Annaleigh – rzucił ostrzegawczo.

Odliczałam sekundy tykające na małym srebrnym zegarze na kominku. Po dwudziestu Camille odchrząknęła, by zwrócić uwagę ojca.

– Mówiłeś, że w saloniku coś na nas czeka?

Ojciec potarł brodę i nagle wydał mi się znacznie starszy.

– Tak. Właściwie to był pomysł Morelli. Coś dla was wszystkich – westchnął. – By uczcić koniec naszej żałoby, wezwałem krawców, by zaprojektowali wam nowe ubrania, a także modystki i szewców.

Wszystkie siostry zaczęły piszczeć z radości. Rosalie podbiegła do ojca i Morelli, zarzucając im ręce na szyje.

– Dziękuję, dziękuję!

Ucałowałam Verity w czubek głowy i wstałam, by wrócić do swojego pokoju. Nie chciałam nowych ubrań. Nie zamierzałam zapominać o starych zwyczajach i dać się przekupić lśniącymi świecidełkami i jedwabiami.

– Annaleigh! – Głos ojca mnie powstrzymał. – Gdzie idziesz?

– Nie potrzebuję nowych ubrań, więc nie będę wam przeszkadzać.

Potrząsnął głową.

– Wszyscy kończymy z żałobą, ty także. Nie będziesz chodzić w burych tweedach, gdy reszta z nas zaczyna nowe życie.

Nabrałam powietrza, ale nie byłam w stanie powstrzymać ciętej riposty.

– Jestem pewna, że Eulalie też chciałaby zacząć nowe życie.

Podszedł do mnie trzema wielkimi krokami. Mój ojciec nie był brutalny, ale w tej chwili naprawdę się bałam, że mnie uderzy. Złapał mnie za łokieć i zaciągnął do korytarza.

– Ten upór ma się skończyć. Natychmiast.

Sięgając po siły, o których istnieniu nie miałam pojęcia, potrząsnęłam głową i otwarcie mu się sprzeciwiłam.

– Idź, rozpoczynaj nowe życie, skoro tak bardzo tego chcesz. Ale zostaw mnie, bym mogła opłakiwać siostry tak, jak uznam za stosowne.

– Nikt z nas nie zdoła zacząć nowego życia, jeśli ty będziesz krążyć po domu cała w czerni i nie dasz nam zapomnieć!

Odwrócił się do okna, przeklinając pod nosem. Kiedy znów na mnie spojrzał, jego czoło orały zmarszczki.

– Nie chcę się kłócić, Annaleigh. Tęsknię za Eulalie tak bardzo, jak i ty. Za Elizabeth, Octavią i Avą także. A szczególnie za twoją matką. Myślisz, że cieszy mnie, iż połowę rodziny oddałem z powrotem do Soli?

Ojciec opadł na niewielką ławeczkę. Była dla niego za niska i kolana podeszły mu pod brodę. Po chwili skinął, bym do niego dołączyła.

– Wiem, że większość mężczyzn pragnie dorodnych synów, którzy pójdą w ich ślady, przejmą ziemie i nazwiska, ale mnie zawsze rozpierała duma, że mam tyle córek. Wiele moich najlepszych wspomnień dotyczy tego, jak cała wasza jedenastka bawi się w przebieranki z waszą matką, jak wybieracie lalki. Uwielbiałem te czasy. A gdy Cecilia zaszła w ciążę z Verity… To była taka wspaniała niespodzianka. Kiedy odeszła, nie sądziłem, że jeszcze kiedyś poczuję taką radość.

Po nosie spłynęła mu łza. Otarł ją ze wzrokiem wbitym w kafelki u naszych stóp. Niewielkie kawałki oszlifowanego przez morze szkła układały się w mozaikę fal przelewających się przez korytarz.

– Po tylu latach tragedii i smutków mam wreszcie szansę znów zaznać radości. Nie będzie idealna, bo jak by mogła być, gdy odeszło tyle osób, które kochałem, ale chcę się nią nacieszyć, póki jeszcze mogę.

Zupełnie już postrzępiłam wstążkę na nadgarstku. Bawiłam się frędzelkami z wrażeniem déjà vu. Czy nie o tym dopiero co rozmawiałam z Camille?

– Myślisz, że ci krawcy mają jakieś jasnoszare jedwabie? – stwierdziłam, ustępując.

– Cecilia uwielbiała cię w zieleni. – Dał mi kuksańca. – To dlatego cały twój pokój jest w jadeitowym kolorze. Mówiła, że twoje oczy kojarzą jej się z morzem tuż przed wielkim sztormem.

– Zobaczę, co mają – odparłam, ujmując rękę, którą mi podał. – Ale na pewno w różu mnie nie zobaczysz.


– Spójrz na ten atłas! To najpiękniejszy odcień różu, jaki kiedykolwiek widziałam! – zawołała Rosalie, podrzucając materiał nad głowę.

Złoty salonik tonął w materiałach i lamówkach. Kuferki z wstążkami i koronkami leżały otwarte niczym skrzynie skarbów, z których wysypuje się zawartość. Wszystkie płaskie powierzchnie były zajęte. Zdążyłam się już potknąć o trzy pudełka z guzikami.

Camille przyłożyła do twarzy próbkę szafranowego koloru.

– Jak ci się podoba ten odcień, Annaleigh?