O sztuce miłościTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Wstęp do wydania polskiego

2  Przedmowa

3  ***

4  I. Czy miłość jest sztuką?

5  II. Teoria miłości

6  III. Miłość i jej rozbicie we współczesnym społeczeństwie zachodnim

7  IV. Praktyka miłości

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp do wyda­nia pol­skiego

Naj­bar­dziej spo­pu­la­ry­zo­wane dzieła Eri­cha Fromma – jak choćby Ucieczka od wol­no­ści – łączą punkt widze­nia uczo­nego teo­re­tyka z posta­wami spo­łecz­nego wizjo­nera mora­li­sty, nauczy­ciela życia, a także leka­rza. W zasa­dzie nie ina­czej jest w przy­padku książki O sztuce miło­ści. Tutaj jed­nak w naj­mniej­szej chyba mie­rze uwzględ­nione zostały naukowe pod­stawy poglą­dów, naj­sil­niej zaś ujaw­nił się zamiar bez­po­śred­niego wycho­waw­czego oddzia­ła­nia na czy­tel­ni­ków.

O sztuce miło­ści nie pre­zen­tuje ani teo­rii oso­bo­wo­ści, ani teo­rii popę­dów, choć nie­wąt­pli­wie wspiera się o wie­lo­let­nią pracę, o roz­le­głe docie­ka­nia autora pro­wa­dzone w tych dzie­dzi­nach. Książka ta ma być przede wszyst­kim doradcą, doradcą bar­dzo oso­bi­stym, pomoc­nym w kwe­stii „jak żyć”.

Wie­lo­krot­nie książka przy­wo­łuje czy­tel­ni­kowi wspo­mnie­nie wizyty u leka­rza, tak bar­dzo ten „seans peda­go­giczny” prze­sy­cony jest pra­gnie­niem autora, żeby zna­leźć radę na każdą oko­licz­ność, tak bar­dzo czuje się tu kon­struk­tywny prak­ty­cyzm gabi­netu psy­cho­ana­li­tyka. Już samo usta­wie­nie pro­blemu zasad­ni­czego nosi w sobie wyraźne ślady takiej postawy. Miłość, jak ją rozu­mie Fromm, to w grun­cie rze­czy nie tyle uczu­cie, ile spo­sób zaan­ga­żo­wa­nia czło­wieka wobec bytu, świata w ogól­no­ści, spo­sób zaan­ga­żo­wa­nia wobec spo­łe­czeń­stwa w dia­logu, jakim jest dzia­ła­nie publiczne, praca, twór­czość. Zwią­zek ero­tyczny, miłość dziecka, miłość bra­ter­ska czy rodzi­ciel­ska, przy­jaźń – byłyby to w tym rozu­mieniu całej sprawy jakby wyspe­cja­li­zo­wane przy­padki o szcze­gól­nych bar­wach i znacz­nej inten­syw­no­ści uczu­cio­wej, przy­padki owej pre­dys­po­zy­cji ogól­niej­szej, owego nie­usta­ją­cego porywu.

Tak rozu­mie­jąc miłość, sta­wia­jąc ją więc w rzę­dzie kate­go­rii, jakimi zaj­mo­wali się filo­zo­fo­wie, zapew­nia Fromm, że jest ona „sztuką”, nadaje on przy tym temu słowu sens téchnē – umie­jęt­no­ści wyćwi­czal­nej, jak wyćwi­czalna jest tech­nika gry for­te­pia­no­wej czy obróbki drewna.

Cóż, oczy­wi­ście wobec wszyst­kiego, co peda­gog chce wpoić, przyj­muje on robo­czo zało­że­nie, że jest to wyuczalne. W prze­ciw­nym razie nie byłoby sensu się tru­dzić. Rzecz jed­nak w tym, że dla przy­swo­je­nia sobie pew­nych postaw, pew­nych rodza­jów zaan­ga­żo­wa­nia total­nych i osta­tecz­nych potrzeba skali prze­żyć i wyobra­żeń, które wyra­stają ponad to, co koja­rzymy z ideą ćwi­cze­nia tech­nik. Nie wyklu­cza to prze­ka­zy­wa­nia takich postaw, takich rodza­jów zaan­ga­żo­wa­nia, wydaje się jed­nak, że udzie­lać się one mogą na dro­dze innego typu kon­taktu i w sfe­rze innych pro­ble­mów, że cho­dzi tu nie o wdra­ża­nie w téchnē, lecz w sophia, nie w umie­jęt­ność, lecz w mądrość. Gdy przy­uczamy kogoś do bie­głego posłu­gi­wa­nia się kla­wia­turą, nie możemy nie wziąć pod uwagę np. nie­wy­dol­no­ści małego palca. Jeśli jed­nak chcemy obu­dzić w kimś zdol­ność prze­ży­wa­nia muzyki, kwe­stie, jakie się tu nastrę­czają, nale­żeć będą do innej sfery. Naby­cie zdol­no­ści prze­ży­wa­nia muzyki może ozna­czać grun­towną odmianę oso­bo­wo­ści. W jed­nym wypadku pro­blemy były na pozio­mie pal­có­wek i bie­gło­ści tech­nicz­nej, w dru­gim obja­wić się mogą czło­wie­kowi aspekty życia, jakich nie prze­czu­wał, otwo­rzyć się może cały nowy świat i jego tra­giczny wymiar. Kiedy Fromm prze­ka­zuje główną swą naukę, kiedy powiada, że należy zatra­cić swój ego­izm wobec czło­wieka, zbio­ro­wo­ści czy sprawy, któ­rym poryw nasz poświę­ci­li­śmy – prze­ma­wia jak mora­li­sta, jak filo­zof. Kiedy nato­miast radzi, aby sobie w tym poma­gać ćwi­cze­niem kon­tem­pla­cyj­nym trwa­ją­cym około dwu­dzie­stu minut, apli­ko­wa­nym przed uda­niem się na nocny spo­czy­nek – zacho­wuje się jak lekarz, który jest prze­ko­nany, że pacjen­towi za nie­po­kój, jaki prze­żył, należy się przy­naj­mniej recepta na pigułki do zaży­wa­nia trzy razy dzien­nie przed jedze­niem.

Pro­szę, niech się żaden lekarz za te słowa nie obraża. Każdy rozu­mie, że pole dzia­ła­nia medycz­nego jest ogra­ni­czone, jest ono wąsko­tech­niczne; zro­zu­miała jest rów­no­cze­śnie potrzeba, wprost koniecz­ność, wla­nia w pacjenta nadziei.

Ale prze­cież wiemy też wszy­scy, że kiedy lekarz opusz­cza swoje pole tech­niczne, kiedy ma prze­ciw sobie całą roz­le­głą zło­żo­ność życia, kiedy mówi pacjen­towi: „Trzeba zacho­wać spo­kój, uni­kać kon­flik­tów”, nie udziela w isto­cie żad­nej rady, wyraża jedy­nie bez­rad­ność medy­cyny.

Nie w tym więc rzecz, że Fromm prze­ja­wia postawę zatro­ska­nego tera­peuty, lecz w tym, że jego apel filo­zofa-mora­li­sty ukrywa wiele z zawar­tych w nim impli­ka­cji.

Fromm jest Euro­pej­czy­kiem, nie­gdyś oby­wa­te­lem nie­miec­kim, który w cza­sach nazi­stow­skich schro­nił się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Nie­raz wystę­po­wał on jako kry­tyk ame­ry­kań­skiego prag­ma­ty­zmu, nie­mniej i coś z niego prze­do­stało się do Sztuki miło­ści, coś, co para­dok­sal­nie przy­po­mina „metodę dok­tora Cue”.

Pewne par­tie tej książki ukła­dają się w „Vade­me­cum czło­wieka miłu­ją­cego” czy w „Vade­me­cum czło­wieka praw­dzi­wie zaan­ga­żo­wa­nego”. Wizja egzy­sten­cji miłu­ją­cej zmie­rza u Fromma do eli­mi­na­cji kon­flik­tów oraz eli­mi­na­cji tra­gi­zmu – atry­bu­tów, które histo­ria upar­cie łączy prze­cież z życiem i ludz­kim losem.

Nasze naj­lep­sze, naj­bar­dziej auten­tyczne porywy anga­żują nas prze­cież nie­raz w kon­flikty ukryte czy otwarte. Autor O sztuce miło­ści chce odda­lić zarzuty, które go mogą spo­tkać z tej racji, że jego model spraw tego nie uwzględ­nia, że nie bie­rze pod uwagę przy­padku „miło­wa­nia prze­ciw komuś”. Tu Fromm powiada, że choć tak jest, strony zaan­ga­żo­wane głę­boko i auten­tycz­nie w taki spór, w „świętą wojnę”, odnaj­dują po cza­sie kon­takt, pojed­na­nie w nad­rzęd­nej praw­dzie, która godzi adwer­sa­rzy. Bar­dzo to piękne i z pew­no­ścią nie­raz praw­dziwe. Ale co z woj­nami mniej świę­tymi? Co począć z roz­dar­ciem pomię­dzy różne lojal­no­ści, różne umiło­wa­nia? Co z kon­flik­tem racji bliż­szych i szcze­gó­łow­szych – jak miłość rodziny czy ojczy­zny – i ogól­niej­szych, z huma­ni­tarną soli­dar­no­ścią na czele? Całe morze anty­no­mii i kon­flik­tów ota­cza egzy­sten­cję zaan­ga­żo­waną i trudno się oprzeć wra­że­niu, że Fromm chciałby przez to morze przejść suchą nogą.

Gene­ra­cje wizjo­ne­rów, przy­wód­ców, filo­zo­fów uczyły nas nie tra­cić z oczu czło­wieka, który np. tkwi we wro­gim mun­du­rze lub który kryje się za rolą, jaką przy­szło nam zwal­czać. Nie chcę prze­cież tutaj pod­wa­żać niczego z tej naj­cen­niej­szej spu­ści­zny. Rzecz jed­nak w tym, że kon­flikty są rów­nie rze­czy­wi­ste jak pojed­na­nia w nad­rzęd­nej praw­dzie, dostrze­ga­nie zaś brata po dru­giej stro­nie frontu nie przy­nosi rado­ści, nie jest unią, przy­nosi gorzki smak tra­ge­dii i una­ocz­nia roz­dar­cie.

Z psy­cho­ana­li­tycz­nego gabi­netu Fromma wyszły słowa pocie­chy nawet dla postaci, o któ­rej autor, prak­ty­ku­jący i u Marksa, wie, że tkwi w środku poważ­nego kon­fliktu spo­łecz­nego – dla biz­nes­mena. Tego nie­wąt­pli­wie zatro­ska­nego o sie­bie czy­tel­nika autor zapew­nia, że i on uczest­ni­czyć może w peł­nej egzy­sten­cji miłu­ją­cej. Fromm nie widzi gro­te­sko­wo­ści tej swo­jej skwa­pli­wej tro­ski, by nikogo nie wypu­ścić bez słowa pocie­chy.

Powie mi ktoś z pew­no­ścią, że tyle zgryź­li­wej iry­ta­cji wyra­zić powi­nie­nem nie we wstę­pie do książki, ale w recen­zji odra­dza­ją­cej wydaw­nic­twu przy­swa­ja­nie jej pol­skiemu ryn­kowi.

Nie zgo­dzę się z tym jed­nak. Uwaga taka byłaby słuszna, gdyby to, co napi­sa­łem, obra­zo­wało w pełni myśl Fromma. Tak jed­nak nie jest.

Naj­wię­cej miej­sca w tej książce zaj­muje ana­liza dwu odmian miło­ści w zna­cze­niu tego słowa naj­pow­szech­niej­szym – miło­ści kobiety i męż­czy­zny oraz miło­ści rodzi­ców i dzieci. Wiele miej­sca zaj­muje także ta sfera prze­żyć, która ogar­nia uczu­cia bra­ter­skie i przy­jaźń. O ile autor źle znosi kon­fron­ta­cję z publiczną płasz­czy­zną egzy­sten­cji i z histo­rią, o tyle w tej sfe­rze naj­ści­ślej mikro­spo­łecz­nej ujaw­nia bar­dzo szczę­śliwe połą­cze­nie idei wysu­nię­tych ze – zre­wi­do­wa­nej zresztą – tra­dy­cji psy­cho­ana­li­tycz­nej z dużą intu­icją psy­cho­lo­giczną, doświad­cze­niem tak badaw­czym, jak bez­po­śred­nio prze­ży­tym.

Wiemy, że miłość łączy czę­sto pary pusto­szącą wewnętrz­nie wię­zią nie­wol­ni­czych zależ­no­ści i tajo­nych satys­fak­cji tyrana. Fromm tłu­ma­czy to i zna­ko­mi­cie una­ocz­nia, wie­rzę nawet, że robiąc tak, działa na rzecz nie­jed­nego wyzwo­le­nia. O ile part­ner­stwo ero­tyczne i grze­chy prze­ciw niemu są bar­dziej znaną dzie­dziną, o tyle do rzad­szych w lite­ra­tu­rze należą ana­lizy part­ner­stwa uczuć łączą­cych rodzi­ców i dzieci. Opis i roz­biór pose­syw­nej postawy rodzi­ców, a szcze­gól­nie zachłan­no­ści macie­rzyń­skiej, może – jak sądzę – nie­jed­nego przy­naj­mniej głę­boko zasta­no­wić. Silne strony książki prze­mó­wią zresztą z pew­no­ścią same.

 

Ogól­niej­sze ramy roz­wa­żań Fromma – mimo zastrze­żeń – wydają mi się także jed­nak atu­tem tej książki. Pro­ble­ma­tyka zaan­ga­żo­wa­nia wobec życia, roz­wa­żana w takim aspek­cie, jak to czyni Fromm, nie jest tema­tem czę­stym, w szcze­gól­no­ści zaś skąpo jest repre­zen­to­wana u nas. Na prze­kór zaś tej wątłej – np. w porów­na­niu z obfi­to­ścią ana­liz spo­łecz­nych – repre­zen­ta­cji, per­spek­tywa spraw ludz­kich kre­ślona przez Fromma ujmuje pro­blemy zasad­ni­cze. To, co sta­nowi wewnętrzny aspekt rze­czy­wi­sto­ści ludz­kiej, jest dziś w jakimś nie­peł­nym kon­tak­cie z myślą reflek­syjną, skłonną do ujęć urze­czo­wia­ją­cych. Choćby nawet w kon­tro­wer­syj­nej postaci, warto więc tę per­spek­tywę uka­zać czy­tel­ni­kowi.

Mar­cin Czer­wiń­ski

Przed­mowa

Książka ta musi roz­cza­ro­wać każ­dego, kto ocze­ki­wałby od niej łatwego wpro­wa­dze­nia w sztukę miło­ści. Tym­cza­sem sprawa wygląda wręcz prze­ciw­nie, książka ta usi­łuje dowieść, że miłość nie jest by­naj­mniej łatwym uczu­ciem, które może się stać udzia­łem każ­dego, nie­za­leż­nie od stop­nia osią­gnię­tej doj­rza­ło­ści. Pra­gnie ona prze­ko­nać czy­tel­nika, że wszyst­kie jego próby miło­ści ska­zane są na nie­po­wo­dze­nie, jeżeli nie będzie zara­zem jak naj­usil­niej sta­rał się roz­wi­nąć całej swo­jej oso­bo­wo­ści, aby zdo­być twór­czą postawę życiową; że powo­dze­nia w miło­ści do poszcze­gól­nej osoby nie można osią­gnąć bez zdol­no­ści kocha­nia bliź­niego, bez praw­dzi­wej pokory, odwagi, wiary i zdy­scy­pli­no­wa­nia. W kul­tu­rze, w któ­rej cechy te należą do rzad­ko­ści, równą rzad­ko­ścią musi być zdol­ność kocha­nia. Każdy z nas zatem może spy­tać, ilu znał ludzi naprawdę kocha­ją­cych.

Jed­nakże trud­no­ści opa­no­wa­nia sztuki miło­ści nie powinny nas powstrzy­my­wać od chęci ich pozna­nia, jak rów­nież warun­ków ich prze­zwy­cię­że­nia. Żeby unik­nąć nie­po­trzeb­nych kom­pli­ka­cji, sta­ra­łem się w miarę moż­li­wo­ści oma­wiać ten pro­blem języ­kiem, który nie zawiera żad­nych ter­mi­nów spe­cja­li­stycz­nych. Z tego samego powodu zre­du­ko­wa­łem do mini­mum cytaty lite­ra­tury zaj­mu­ją­cej się pro­blemem miło­ści.

Nie udało mi się nato­miast zna­leźć w pełni zado­wa­la­ją­cego roz­wią­za­nia innej kwe­stii, a mia­no­wi­cie powta­rza­nia pew­nych pojęć oma­wia­nych w moich poprzed­nich książ­kach. Czy­tel­nik, który zna zwłasz­cza Ucieczkę od wol­no­ści, Niech się sta­nie czło­wiek i Zdrowe spo­łe­czeń­stwo1, znaj­dzie w niniej­szej książce wiele myśli wyra­żo­nych już w tych poprzed­nich pra­cach. Jed­nakże książka O sztuce miło­ści nie jest by­naj­mniej jedy­nie pod­su­mo­wa­niem tam­tych wywo­dów. Zawarte jest w niej wiele myśli nie wyra­żo­nych uprzed­nio i, co jest zupeł­nie oczy­wi­ste, nawet te, które zostały już omó­wione, nabie­rają nie­kiedy nowych aspek­tów dzięki temu, że sku­piają się wokół jed­nego tematu, a mia­no­wi­cie sztuki miło­ści.

Ucieczka od wol­no­ści, przeł. O. i A. Zie­mil­scy, Czy­tel­nik, War­szawa 1971 i n.; Niech sta­nie się czło­wiek. Z psy­cho­lo­gii etyki, przeł. R. Saciuk, Wyd. Nauk. PWN, War­szawa-Wro­cław 1996; Zdrowe spo­łe­czeń­stwo, przeł. A. Tanal­ska-Dulęba, PIW, War­szawa 1996. [wróć]

Ten, kto nic nie wie, nic nie kocha.

Ten, kto nic nie robi, nic nie rozu­mie.

Ten, kto nic nie rozu­mie, jest nic nie wart.

Ale ten, kto rozu­mie, rów­nież kocha,

zauważa, widzi…

Im wię­cej wie­dzy wiąże się z jakimś przed­mio­tem,

tym więk­sza jest miłość…

Kto wyobraża sobie,

że wszyst­kie owoce doj­rze­wają w tym samym cza­sie co poziomki,

nic nie wie o wino­gro­nach.

Para­cel­sus

I. Czy miłość jest sztuką?

Czy miłość jest sztuką? Jeżeli tak, to wymaga wie­dzy i wysiłku. A może miłość jest przy­jem­nym uczu­ciem, któ­rego zazna­nie jest sprawą przy­padku, czymś, co się zda­rza, jeśli czło­wiek ma szczę­ście? Niniej­sza ksią­żeczka opo­wiada się za pierw­szym spo­so­bem jej poj­mo­wa­nia, pod­czas gdy nie­wąt­pli­wie więk­szość ludzi przyj­muje dzi­siaj tę drugą inter­pre­ta­cję.

Dzieje się tak nie dla­tego, by ludzie uwa­żali, że miłość nie jest rze­czą ważną. Nie, ludzie jej pra­gną, oglą­dają nie­zli­czone filmy o szczę­śli­wych i nieszczę­śli­wych pery­pe­tiach miło­snych, słu­chają setek mar­nych prze­bo­jów o miło­ści – ale mało kto pomy­śli, że ist­nieje coś, czego w spra­wie miło­ści trzeba się nauczyć.

Taka szcze­gólna postawa wynika z wielu prze­sła­nek, które każda z osobna i wszyst­kie razem skła­niają do zaję­cia takiego sta­no­wi­ska. Dla więk­szo­ści ludzi pro­blem miło­ści tkwi przede wszyst­kim w tym, żeby być kocha­nym, a nie w tym, by kochać, by umieć kochać. Dla­tego też główną sprawą jest dla nich to, jak zdo­być czy­jąś miłość, co zro­bić, żeby wzbu­dzić uczu­cie. W pogoni za tym celem pró­bują róż­nych metod. Jedną z nich, któ­rej chwy­tają się zwłasz­cza męż­czyźni, jest zdo­by­wa­nie powo­dze­nia, moc­nej pozy­cji życio­wej i pie­nię­dzy w takiej skali, na jaką pozwala spo­łeczna sytu­acja danego czło­wieka. Inna metoda, szcze­gól­nie ulu­biona przez kobiety, to dba­łość o wygląd, która wyraża się w pie­lę­gna­cji ciała, stro­jach itd. Inne spo­soby zdo­by­wa­nia sobie oto­cze­nia, sto­so­wane zarówno przez męż­czyzn, jak i kobiety, to miły spo­sób bycia, umie­jęt­ność pro­wa­dze­nia cie­ka­wej roz­mowy, goto­wość do oka­zy­wa­nia ludziom pomocy, skrom­ność i łagod­ność. Takich samych zabie­gów, jakie mają pro­wa­dzić do zdo­by­cia czy­jejś miło­ści, używa się zresztą, aby osią­gnąć powo­dze­nie w życiu, aby zdo­być sobie przy­ja­ciół i wpły­wo­wych ludzi. W mnie­ma­niu więk­szo­ści ludzi naszego kręgu kul­tu­ro­wego umieć zdo­by­wać miłość, to zna­czy po pro­stu być sym­pa­tycz­nym i pocią­ga­ją­cym fizycz­nie.

Drugą prze­słanką, z któ­rej wynika pogląd, że o miło­ści niczego nie można się nauczyć, jest prze­ko­na­nie, iż pro­blem miło­ści to pro­blem obiektu, a nie pro­blem zdol­no­ści. Ludzie myślą, że kochać to rzecz pro­sta, nato­miast trudne jest zna­le­zie­nie wła­ści­wego obiektu miło­ści, zdo­by­cie czy­je­goś uczu­cia. Na kształ­to­wa­nie takiej postawy wpły­nęło wiele przy­czyn głę­boko zako­rze­nio­nych w roz­woju dzi­siej­szego spo­łe­czeń­stwa. Jedną z nich jest wielka prze­miana, jaka zaszła w dwu­dzie­stym wieku w wybo­rze „obiektu miło­ści”. W epoce wik­to­riań­skiej, tak samo jak w wielu tra­dy­cyj­nych kul­tu­rach, miłość w więk­szo­ści wypad­ków nie była spon­ta­nicz­nym, oso­bi­stym prze­ży­ciem, które następ­nie miało pro­wa­dzić do mał­żeń­stwa. Wprost prze­ciw­nie – mał­żeń­stwo zawie­rano na zasa­dzie umowy mię­dzy zain­te­re­so­wa­nymi rodzi­nami albo aran­żo­wa­nej przez zawo­do­wego swata, albo też bez tego rodzaju pośred­nic­twa; mał­żeń­stwo zawie­rano, opie­ra­jąc się na wzglę­dach natury spo­łecz­nej, zakła­da­jąc, że miłość roz­wi­nie się już w cza­sie jego trwa­nia. Od kilku poko­leń w całym świe­cie zachod­nim panuje jed­nak nie­mal powszech­nie poję­cie miło­ści roman­tycz­nej. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych, choć zawie­ra­nie mał­żeństw na zasa­dzie umowy nie­kiedy się jesz­cze zda­rza, ludzie w ogrom­nej więk­szo­ści szu­kają „miło­ści roman­tycz­nej”, jakie­goś oso­bi­stego uczu­cia, które następ­nie powinno pro­wa­dzić do mał­żeń­stwa. To nowe poję­cie swo­body w miło­ści musiało w znacz­nym stop­niu uwy­pu­klić waż­ność obiektu w sto­sunku do waż­no­ści funk­cji.

Z tym czyn­ni­kiem ści­śle wiąże się inny cha­rak­te­ry­styczny rys współ­cze­snej kul­tury. Cała nasza kul­tura opiera się na żądzy kupna, na idei wymiany korzyst­nej dla obu stron. Szczę­ście współ­cze­snego czło­wieka to ów dresz­czyk, jakiego doznaje, oglą­da­jąc wystawy skle­powe i naby­wa­jąc to wszystko, na co może sobie pozwo­lić, za gotówkę lub na raty. On (lub ona) w podobny spo­sób patrzą na ludzi. Dla męż­czy­zny pocią­ga­jąca kobieta, dla kobiety pocią­ga­jący męż­czy­zna – są zdo­by­czą, któ­rej nawza­jem szu­kają. „Pocią­ga­jący” ozna­cza zazwy­czaj zestaw wła­ści­wo­ści poszu­ki­wa­nych na ludz­kim rynku. „To, co czyni danego czło­wieka pocią­ga­jącym, zależy od mody obo­wią­zu­ją­cej w danym okre­sie, i to zarówno pod wzglę­dem psy­chicz­nym, jak fizycz­nym. W latach dwu­dzie­stych pocią­ga­jąca dziew­czyna piła, paliła, była dzielna i miała sex appeal, dzi­siej­sza moda wymaga od kobiety raczej cnót domo­wych oraz skrom­no­ści”1. U schyłku dzie­więt­na­stego wieku i w począt­kach naszego stu­le­cia męż­czy­zna, aby być pożą­da­nym „towa­rem”, musiał być agre­sywny i ambitny – dzi­siaj wymaga się, by był towa­rzy­ski i tole­ran­cyjny. W każ­dym razie uczu­cia miło­sne kie­ruje się zazwy­czaj jedy­nie ku takiemu ludz­kiemu towa­rowi, jaki można zdo­być, bio­rąc pod uwagę wła­sne moż­li­wo­ści wymienne. Szu­kam korzyst­nego kupna; obiekt powi­nien być pożą­dany z punktu widze­nia jego walo­rów spo­łecz­nych, a rów­no­cze­śnie powi­nien chcieć mnie, cenić nale­ży­cie moje widoczne i ukryte aktywa oraz moż­li­wo­ści. Tak więc dwie osoby zako­chują się w sobie, kiedy czują, że zna­la­zły naj­lep­szy osią­galny na rynku obiekt, uwzględ­nia­jąc przy tym obu­stronne war­to­ści wymienne. Czę­sto, podob­nie jak przy naby­wa­niu nie­ru­cho­mo­ści, przy tych trans­ak­cjach dużą rolę odgry­wają ukryte moż­li­wo­ści, które mogą się w przy­szło­ści zre­ali­zo­wać.

Nie należy się spe­cjal­nie dzi­wić, że w kul­tu­rze, w któ­rej prze­waża orien­ta­cja han­dlowa i w któ­rej suk­ces mate­rialny jest naj­wyż­szą war­to­ścią, sto­sunki w dzie­dzi­nie ludz­kiej miło­ści pod­le­gają temu samemu sche­ma­towi wymiany, który rzą­dzi ryn­kiem towa­ro­wym czy ryn­kiem pracy.

Trze­cim błę­dem pro­wa­dzą­cym do prze­ko­na­nia, że w spra­wach miło­ści nie można się niczego nauczyć, jest pomie­sza­nie począt­ko­wego uczu­cia zako­cha­nia się ze sta­łym sta­nem kocha­nia lub też, jak można by to lepiej wyra­zić, „pozo­sta­wa­nia w miło­ści”. Jeśli dwoje ludzi, zupeł­nie sobie obcych, pozwala nagle, aby dzie­lący ich mur runął, i zaczyna czuć wobec sie­bie bli­skość, to wła­śnie ten moment dozna­nia jed­no­ści jest jed­nym z naj­bar­dziej rado­snych, naj­bar­dziej pod­nie­ca­ją­cych doświad­czeń w życiu. Jest on jesz­cze wspa­nial­szy i cudow­niej­szy dla ludzi, któ­rzy byli dotąd odizo­lo­wani, odcięci, pozba­wieni miło­ści. Temu cudowi nagłego zbli­że­nia dość czę­sto pomaga połą­czony z nim albo też prze­zeń zro­dzony pociąg fizyczny i jego zaspo­ko­je­nie. Jed­nakże tego rodzaju miłość z samej swej natury jest nie­trwała. Dwoje ludzi dobrze się poznaje, ich zaży­łość coraz bar­dziej zatraca swój cudowny cha­rak­ter, aż w końcu anta­go­ni­zmy i roz­cza­ro­wa­nia, wza­jemne znu­dze­nie sobą zabija to, co jesz­cze zostało z począt­ko­wego pod­eks­cy­to­wa­nia. Jed­nak z początku ludzie nie zdają sobie z tego sprawy: inten­syw­ność sza­leń­czej miło­ści, „wario­wa­nie” na swoim punk­cie biorą za dowód potęgi miło­ści, pod­czas gdy może to jedy­nie dowo­dzić, jak bar­dzo byli osa­mot­nieni poprzed­nio.

Prze­ko­na­nie, że nie ma nic łatwiej­szego niż miłość, utrzy­my­wało się jako powszechny pogląd wbrew przy­tła­cza­ją­cym dowo­dom świad­czą­cym o czymś wręcz prze­ciw­nym. Nie ma chyba sprawy, którą byśmy podej­mo­wali z takimi zawrot­nymi nadzie­jami i tak pełni ocze­ki­wa­nia, która by jed­nak zawo­dziła z taką regu­lar­no­ścią jak miłość. Gdyby to doty­czyło jakiej­kol­wiek innej dzia­łal­no­ści, ludzie robi­liby wszystko, aby dowie­dzieć się, jakie są przy­czyny tego nie­po­wo­dze­nia, chcie­liby się nauczyć, jak można postę­po­wać lepiej – lub zanie­cha­liby tego dzia­ła­nia. Ponie­waż ta ostat­nia ewen­tu­al­ność, jeśli cho­dzi o miłość, jest nie­moż­liwa, wydaje się, że ist­nieje tylko jeden sku­teczny spo­sób, by unik­nąć nie­po­wo­dze­nia w miło­ści: zba­dać przy­czyny tego nie­po­wo­dze­nia i zabrać się do stu­dio­wa­nia zna­cze­nia miło­ści.

 

Pierw­szy krok, jaki należy zro­bić, to uświa­do­mić sobie, że miłość jest sztuką, tak samo jak sztuką jest życie; jeżeli chcemy nauczyć się kochać, musimy postę­po­wać w spo­sób iden­tyczny jak wów­czas, gdy chcemy nauczyć się jakiej­kol­wiek innej sztuki, powiedzmy muzyki, malar­stwa, sto­lar­stwa, sztuki medycz­nej czy inży­nie­ryj­nej.

Co należy zro­bić, by nauczyć się jakiejś sztuki?

Pro­ces nauki można z łatwo­ścią podzie­lić na dwa etapy: pierw­szy – opa­no­wa­nie teo­rii; drugi – opa­no­wa­nie prak­tyki. Jeśli chcę się nauczyć sztuki medycz­nej, muszę naj­pierw poznać wszyst­kie fakty doty­czące ludz­kiego ciała i roz­ma­itych cho­rób. Ale jeśli nawet opa­no­wa­łem już tę teo­re­tyczną wie­dzę, to w żad­nym wypadku nie opa­no­wa­łem jesz­cze sztuki medycz­nej. Stanę się mistrzem w tej dzie­dzi­nie dopiero po dłu­giej prak­tyce, dopiero w chwili, kiedy w końcu rezul­taty mojej teo­re­tycz­nej wie­dzy oraz prak­tyki zespolą się w jedną całość – zro­dzą intu­icję, istotę opa­no­wa­nia każ­dej sztuki. Obok jed­nak pozna­nia teo­rii i prak­tyki ist­nieje jesz­cze trzeci nie­zbędny czyn­nik, aby się stać mistrzem w jakiej­kol­wiek dzie­dzi­nie – opa­no­wa­nie sztuki musi być sprawą mak­sy­mal­nego zain­te­re­so­wa­nia; nie może być nic waż­niej­szego na świe­cie od danej sztuki. Prawda ta odnosi się do muzyki, medy­cyny, sto­lar­stwa – i do miło­ści. I tu może wła­śnie leży odpo­wiedź na pyta­nie, dla­czego ludzie naszej kul­tury tak rzadko pró­bują uczyć się tej sztuki mimo tak oczy­wi­stych nie­po­wo­dzeń na tym polu; cho­ciaż pra­gnie­nie miło­ści tkwi w ludziach tak głę­boko, nie­mal wszystko inne uważa się za waż­niej­sze niż miłość: powo­dze­nie, pre­stiż, pie­nią­dze, wła­dzę. Nie­mal całą naszą ener­gię zuży­wamy na to, aby się nauczyć osią­gać te cele, nato­miast pra­wie nic nie robimy, aby nauczyć się sztuki miło­ści.

A może ludzie uwa­żają, że warto się uczyć tylko tych rze­czy, za któ­rych pomocą można zdo­być pie­nią­dze czy pre­stiż, i że miłość, która przy­nosi korzy­ści „jedy­nie” duszy, lecz jest bez­u­ży­teczna w nowo­cze­snym zro­zu­mie­niu, jest luk­su­sem, na który nie mamy prawa poświę­cać dużo ener­gii? Jak­kol­wiek ta sprawa wygląda, w dal­szych roz­wa­ża­niach będę trak­to­wał sztukę miło­ści w duchu uprzed­niego podziału: naj­pierw omó­wię teo­rię miło­ści – i to obej­mie więk­szą część książki; następ­nie zajmę się prak­tyką miło­ści – będzie tego nie­wiele, tyle, ile można powie­dzieć o prak­tyce w tej czy jakiej­kol­wiek innej dzie­dzi­nie.

1 Pisane w USA w 1956 r. – przyp. red. [wróć]

Inne książki tego autora