SiódemkaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 8

Poniedziałek, 8 lipca

Godzina 11:07

Micki przytrzymała Zachowi drzwi. Scena, której przed chwilą była świadkiem, przyprawiła ją o gęsią skórkę i zarazem była fascynująca. To, jak skupił na sobie spojrzenie chłopaka. Kiedy z nim rozmawiał, w jego głosie zaszła zmiana. Nie potrafiła wytłumaczyć, na czym dokładnie polegała różnica – był cichszy i jednocześnie głębszy, cieplejszy i bardziej stanowczy – ale wiedziała, że gdy go usłyszała, zjeżyły jej się włoski na rękach. Miała wrażenie, jakby Zach zastosował na nieszczęs­nym recepcjoniście jakąś zwariowaną metodę kontroli umysłu.

Kiedy oboje znaleźli się w windzie, wcisnęła czwórkę. Drzwi się zasunęły, liny szarpnęły kabiną i winda powoli ruszyła w górę.

– Co to, u diabła, miało być? – zapytała.

– Co takiego?

Poczuła, że na nią patrzy. Sama jednak wbijała spojrzenie w światełko przeskakujące między numerami pięter.

– To hokus-pokus, którym zaczarowałeś chłopaka.

– A, to taka metoda, którą wymyśliłem przed paroma laty.

– Po co?

– Bo mogłem.

Bardzo zabawne.

– Twój kumpel Parker powiedział, że kierujecie się zasadą, według której każdy dysponuje tylko takimi informacjami, jakie są mu potrzebne do działania. No więc ta informacja jest mi potrzebna do działania. Słucham.

Winda się zatrzymała. Wysiedli i skręcili w prawo.

– Miałem trzynaście lat, kiedy odkryłem, że potrafię wydobywać z ludzi odpowiedzi, na których mi zależy. Potrzeba jedynie odrobinę… finezji.

– A jakich to odpowiedzi szukałeś?

– Takich jak wszyscy: brzmiących „tak”.

Zatrzymali się przed drzwiami z numerem czterysta dwanaście. Micki nadal nie patrzyła na Zacha.

– „Tak” na jakie pytanie?

– Dowolne. „Zatańczysz?”. „Umówisz się ze mną?”. „Czy mógłbym dostać piątkę zamiast trójki?”.

Micki musiała zastanowić się nad tym, co to oznaczało – i jakim uczyniło go to człowiekiem.

– To musiała być niemała władza w rękach głupiego dzieciaka.

– Owszem – zgodził się. – Nadal jest.

On z tym walczy, uświadomiła sobie naraz. I wcale nie poczuła się pocieszona.

– Możesz śmiało na mnie patrzeć, wiesz?

– Mój wuj, pijaczyna i ogólnie sukinsyn, mawiał: „Nie ma siły, drapieżnik musi polować”. – Dopiero teraz na niego spojrzała, mrużąc oczy w niemym wyzwaniu. – Zniszczę cię, jeśli spróbujesz wykorzystać na mnie to swoje wudu. Jasne?

– Jasne. – Uśmiechnął się. – Ale wiesz, ono nie zawsze działa. Niektórzy mają zbyt silną wolę. Przypuszczam, że też należysz do tej kategorii.

– Nie radzę ci sprawdzać.

– Rozkaz.

Przez chwilę badała go wzrokiem, nieprzekonana, czy rzeczywiście mu wierzy, a potem pokazała brodą na drzwi.

– Użyjesz karty czy będziemy tak stali?

Kilka sekund później byli w środku. Martina Ritchiego zdecydowanie nie można było nazwać poukładanym człowiekiem. Pokój – a właściwie apartament, bo oprócz sypialni i łazienki był tu niewielki salon oraz barek z małą lodówką i kuchenką mikrofalową – wyglądał bowiem jak chlew.

Po zastanowieniu Micki uznała, że nazwanie pokoju czterysta dwanaście chlewem uwłacza świniom. Wszędzie, dosłownie wszędzie walały się puste opakowania po śmieciowym jedzeniu, papierki, pudełka, kubki. Porcja smażonego kurczaka z niedojedzonym udkiem, karton po pizzy zamieniony w hodowlę czegoś włochatego i zielonego, prawie puste butelki po piwie, których Ritchie używał jako popielniczek. Ohydztwo.

Spojrzała na Harrisa.

– Gdybym zarabiała handlem narkotykami, robiłabym to po to, żeby było mnie stać na lepsze życie. Nie gnieździłabym się w czymś… takim.

– Co ty nie powiesz? Wybierasz łazienkę czy sypialnię?

Skrzywiła się.

– Poproszę inny zestaw.

– Sorry, wyszły.

Zdecydowała się na sypialnię. Przeszukała ją, ale nie znalazła niczego, co miałoby jakąkolwiek wartość dla śledztwa, żadnych narkotyków, broni, czarnego notesika z nazwiskami. Nic.

Zach wystawił głowę z łazienki.

– Spójrz na to.

– O cholera! – zareagowała, kiedy weszła do środka. Łazienka lśniła czystością. Wiszący na relingu ręcznik był złożony w idealny kancik.

– Marty urządził tu sobie gabinet. Zobacz. – Zach otworzył szafkę pod umywalką. Mieścił się w niej niewielki sejf, a w nim zapewne waga, sumator, plastikowa torebka, cały dilerski kram.

Zadzwonił telefon Micki.

– Dare – rzuciła do słuchawki.

– Gdzie was, do cholery, wywiało?

Hollister. Detektyw z biura koronera.

– Też cię pozdrawiam. Jesteśmy kilka przecznic od miejsca zbrodni. W mieszkaniu ofiary.

– To dość nietypowe, pani detektyw.

Zerknęła na Zacha, który wpatrywał się w zawartość sejfu.

– Nie masz pojęcia, jak bardzo. Rób swoje, my zjawimy się jak najprędzej.

Schowała aparat do kabury.

– Człowiek koronera. Czeka na miejscu.

Kucnęła obok Zacha. Sejf miał klasyczny zamek szyfrowy. Wyciąg­nęła rękę.

– Nie dotykaj!

Popatrzyła na Harrisa zaskoczona.

– O co chodzi? Marty nie był bystrzakiem. Wątpię, żeby zainstalował zabezpieczenia. Sejf pewnie nawet nie jest zamknięty.

– Jest.

– No dobrze. – Usiadła na piętach. – To jaki masz plan?

– Otworzyć go – odparł, a widząc, jak Micki marszczy czoło, dodał: – Zamki szyfrowe mają pamięć.

– Pamięć?

– A ja mam wyjątkowo zwinne palce. – Podniósł dłoń i poruszył nimi. – Zobaczysz, to jak magia.

Uniosła brew.

– Nawet w rękawiczkach?

– Cholera, zapomniałem. – Wyjął rękawiczki z kieszeni kurtki i założył je, po czym zgiął palce. – Mam nadzieję, że nadal działają.

– Nie sprawdziłeś tego podczas szkolenia?

– Nie sposób przewidzieć każdą ewentualność.

Micki już miała gotową odpowiedź, ale ugryzła się w język. Palcami prawej dłoni Zach delikatnie dotknął pokrętła. Zamknął oczy i siedział bez ruchu tak długo, że Micki miała ochotę odepchnąć go i sama spróbować otworzyć sejf. Wreszcie, wciąż z zamkniętymi oczami, powoli obrócił pokrętło w prawo. Pełny obrót. Potem kolejny. Zatrzymał się, a następnie obrócił pokrętło w lewo. Znów pełny obrót. I jeszcze jeden w prawo.

Zapadka szczęknęła i drzwi się otworzyły.

– Ja pierdolę, niewiarygodne!

Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Mówił ci ktoś, że nie przebierasz w słowach?

– Owszem. Pracuję nad tym.

– Nie zauważyłem.

– Wal się, Harris. Widzisz?

Zajrzała do sejfu. Znajdowało się tam wszystko, czego się spodziewała: prochy, kasa, spluwa – święta trójca drugorzędnych dilerów – a także kilka zaskakujących przedmiotów: plik kart kredytowych i praw jazdy oraz dowód tożsamości, wystawiony w Luizjanie na nazwisko Angel Gomez.

Rozdział 9

Poniedziałek, 8 lipca

Godzina 16:47

Zanim Micki i Zach zawinęli z powrotem do Ósemki, większość chłopaków zwijała się już z biura, rozprawiając o zimnym piwie i partyjce bilardu w Shannon’s Tavern. Technicy zbadali miejsce zbrodni, zebrali materiał dowodowy we French Quarter Inn oraz uzyskali nagrania z monitoringu zainstalowanego w sklepie Rouses i pobliskich punktach usługowych. Zwłoki Marty’ego zapakowano do plastikowego worka, opisano i przewieziono do kostnicy, gdzie miały zaczekać w kolejce do sekcji. Micki i Zach rozejrzeli się po okolicy, przepytali potencjalnych świadków i zaczęli namierzać znanych wspólników Ritchiego.

Micki padała ze zmęczenia i gorąca, była cała spocona i chętnie oddałaby implant z prawej piersi za zimne piwo i cheeseburgera. Z lewej w sumie też.

Ale nie ma tak łatwo. Technicy dostarczyli do analizy kopie nagrań z monitoringu. Zapowiadała się cholernie długa noc.

– Idę do automatu – powiedziała, odsuwając się od biurka. – Chcesz coś, Hollywood?

Nie odpowiedział. Szukał czegoś w leżącej przed nim książce telefonicznej Nowego Orleanu.

– E, Harris. – Pstryknęła palcami. – Automat. Picie. Jedzenie. Przynieść?

Podniósł głowę.

– Mają coś zdrowego?

Uniosła brew.

– Pytasz poważnie?

– W takim razie poproszę butelkę wody. Dziękuję.

Micki kupiła wodę dla obojga, a dla siebie dodatkowo serowe krakersy.

Włożyła rękę do opakowania i już miała schrupać pierwsze ciastko, kiedy major Nichols wystawił głowę z gabinetu.

– Dare i Harris. Do mnie.

– Uratowana w ostatniej chwili – stwierdził Zach. Wstał od biurka, zabrał Micki krakersa, którego trzymała dwoma palcami, i wrzucił go do kosza.

– Dlaczego to zrobiłeś? To moja kolacja!

– Trucizna, nie kolacja.

Pokręciła głową.

– Boże dopomóż. Jesteś ekoświrem?

– Wolę określenie: zwolennik zdrowego stylu życia.

– Myślałam, że nie możesz być bardziej irytujący. Ale na ciebie, okazuje się, zawsze można liczyć.

Uśmiechnął się.

– Dbam o ciebie.

Nie zdążyła z ripostą przed wejściem do gabinetu szefa, więc ograniczyła się do środkowego palca, który pokazała Zachowi za plecami.

Usłyszała jeszcze, jak zachichotał, zanim Nichols warknął:

– Zamknąć drzwi. Siadać.

Oho, ktoś tu jest nie w sosie.

– Krakersika, majorze?

Podsunęła mu paczkę. Odmówił, więc klapnęła na krzesło, włożyła krakersa do ust i głośno schrupała.

Popatrzył na nią.

– Czyżbym przerwał ci podwieczorek?

Popiła ciastko wodą.

– Kolację. Ale nic nie szkodzi.

Otworzył usta, żeby to skomentować, ale zrezygnował.

 

– Wprowadźcie mnie w sprawę zabójstwa Ritchiego.

– Pojedynczy strzał w głowę – odparła Micki. – Na miejscu przestępstwa znaleźliśmy zarówno pocisk, jak i łuskę. Kaliber czterdzieści pięć. Technicy mają telefon ofiary, czekamy na listę połączeń. Obeszliśmy okolicę. Nikt nic nie widział.

– Jakieś przemyślenia?

– Morderstwo najprawdopodobniej miało związek z narkotykami. Na Rouses jest kilka kamer, jedna skierowana na przejście prowadzące na zaplecze, druga na tylne wejście do budynku. Mamy nagrania, spędzimy z nimi upojną noc.

– Coś jeszcze?

– Przypuszczam, że do rana ustalimy podejrzanego. A jeśli wszystko dobrze pójdzie, do południa go zgarniemy.

Nichols złożył wyprostowane palce pod podbródkiem i zaczął nimi przebierać.

Micki znała ten gest – oznaczał złość.

Cholera. Czyli dowiedział się o jej i Zacha wypadzie do obskurnego hotelu.

– Chcę wyjaśnić jedną rzecz. – Stalowe spojrzenie majora spoczęło na Micki. – Sprawujesz nadzór nad śledztwem w sprawie śmierci Ritchiego, zgadza się?

– Tak, panie majorze.

– A jakie są obowiązki policjanta sprawującego nadzór nad śledztwem?

Zaczyna się.

– Wiem, o co chodzi, panie majorze. Proszę mi pozwolić…

– Jakie obowiązki, Dare?

– Do obowiązków policjanta sprawującego nadzór nad śledztwem należy zabezpieczenie miejsca zbrodni.

– Czy potraktowałaś te obowiązki poważnie?

– Bardzo, majorze. Mogę wyjaśnić…

– Zatem kiedy dostanę raport, z którego będzie wynikało, że ty i Harris pozostawiliście miejsce przestępstwa bez nadzoru na trzy kwadranse, mam przyjąć, że jest nieprawdziwy?

Miała ochotę wepchnąć Houdiniego z Hollywood pod autobus, ale niestety, czy jej się to podoba, czy nie, byli partnerami.

– Miejsce było zabezpieczone – powiedziała. – Pracowali technicy…

– A więc naprawdę je opuściliście?

– Tak, panie majorze.

Jego twarz niebezpiecznie poczerwieniała.

– Mógłbym zrozumieć, gdyby taki błąd popełnił jakiś żółtodziób. Ale nie ty!

– To ja jestem żółtodziobem – odezwał się Zach. – To moja wina. Micki poszła za mną.

Nichols przeniósł spojrzenie na Zacha.

– A dokąd to cię poniosło?

– Szedłem za tropem.

– Za podejrzanym?

– Nie, panie majorze. Za przeczuciem.

Nichols zrobił minę, w której OMG połączyło się z LOL i kilkoma innymi akronimami. Gdyby tę scenę wrzucić na YouTube, zebrałaby milion odsłon. Micki poważnie obawiała się, czy przełożonemu nie pęknie żyłka, choćby pierdząca.

– Przeczuciem?

– Właściwie to za energią.

Nichols aż zacharczał. Micki z trudem stłumiła śmiech.

– Czy ty sobie ze mnie, Harris, jaja robisz?

– Skąd, panie majorze. Moje zadanie polega na podążaniu za tym, co nieuchwytne. Po to tu przyszedłem i za to mi płacą, całkiem zresztą niemało.

Powiedział to lekkim tonem, z delikatną, ledwo wyczuwalną nutą arogancji. Ani jednego, ani drugiego Nichols łatwo nie trawił. Chwilowo skupił się na Harrisie, ale jeszcze do mnie wróci, pomyślała Micki.

– Mamy procedury, Harris. Chłopcy w Quantico na pewno wyjaśnili ci, na czym polegają.

– Oczywiście, ale nie miałem wyjścia.

– Czemuż to?

– Energia szybko ulatuje. Gdybym zaczekał, zgubiłbym trop.

Major Nichols przyłożył palce do nasady nosa i zaczął go masować.

– Dobrze, wysłucham do końca. I dokąd doprowadziła cię ta… energia?

– Do nory Ritchiego. We French Quarter Inn.

– Znaleźliśmy narkotyki – wtrąciła Micki. – Sprzęt do dystrybucji. Ponadto skradzione karty kredytowe i prawa jazdy. Wszystko figuruje jako materiał dowodowy.

– Ale nie namierzyliście sprawcy? Ani nawet nie wpadliście na jego trop?

– To jeszcze niepewne – odezwał się Zach. – Pracuję nad tym.

Przez kilka długich chwil major Nichols nic nie mówił. Micki wyczuwała, że szef próbuje nad sobą zapanować.

– Słuchaj, Harris, powiem wprost. Doceniam twoje szczególne zdolności. Popieram program Szóstek i tak dalej. Ale przysłano cię tu po to, żebyś nam pomagał – ty nam, nie my tobie. Twoje zadanie polega na rozwiązywaniu zagadek kryminalnych i posyłaniu sprawców za kratki. Mick prowadzi śledztwa. Ty jej podlegasz. Robisz, co ona każe. Czy to dla ciebie zrozumiałe?

– Pewnie.

Major spiorunował go wzrokiem.

– Bardzo dobrze. A teraz wynocha.

Przeniósł uwagę na Micki.

– Ty zostajesz – rzucił.

– Chętnie się dowiem, jak to wyglądało z twojego punktu widzenia – powiedział, kiedy za Zachem zamknęły się drzwi.

– Ten facet to koszmar! – odparła i wstała z krzesła. – Jak można się spodziewać, że zacznie łapać przestępców, skoro ugania się za przeczuciami? Łazi za energią, na litość boską! Co to ma być?

Oparła się o biurko Nicholsa i zmierzyła go wzrokiem.

– Daliście mi zadanie nie do wykonania: mam robić, co do mnie należy, a oprócz tego niańczyć magika. Tak, wiem, powinnam była zostać na miejscu przestępstwa. Opuszczając je, ryzykowałam, że zostanie zanieczyszczone. Ale przecież mam też ochraniać tę nową „tajną broń” FBI. Zgadza się?

– Zgadza.

– Właśnie. – Walnęła pięścią w blat i się wyprostowała. – Nie pozwalał przemówić sobie do rozsądku, dlatego musiałam coś postanowić. Jeśli to się panu nie podoba, szefie, niech mnie pan skieruje do innych zadań. Proszę to zrobić, błagam.

– Zapomnij, Micki. Rób wszystko, żeby skupiał się na celu. I nie schrzań tego. – Pokazał na drzwi. – A teraz spadaj i pilnuj, żeby nie wpakował się w tarapaty.

Rozdział 10

Poniedziałek, 8 lipca

Godzina 17:35

Zach siedział przy biurku i oglądał dowód tożsamości, który zabrał z pokoju Martina Ritchiego. Zręczne dłonie: kolejna z jego zdolności, mniej nadnaturalna, za to równie przydatna.

Włożył kartę do plastikowej torebki na dowody rzeczowe. To on, ten laminowany prostokąt, odciągnął go od miejsca zbrodni. Energia psychiczna, która przywarła do hotelowego klucza, była niczym w porównaniu z energią emanującą z karty.

Poczuł to, gdy tylko wszedł do pokoju. Zmarszczył brwi. O co może chodzić?

Czarna jak noc. Ogłuszająca niesłyszalnym dźwiękiem, którego wyraźny pogłos dotarł głęboko do jego jaźni. A wraz z nim dojmujące poczucie strachu.

Nie chciał do tego wracać.

Angel Gomez. Osiemnastolatka, obchodziła urodziny w zeszłą sobotę. Wyglądała młodziej. I zarazem – osobliwe – starzej.

Długie ciemne włosy, skóra w ciepłym kolorze. Twarz, do której jakby jeszcze nie dorosła. Nie latynoska. Raczej środkowoeuropejska. Cygańska – uznał.

Oczy. Co z nimi? Przybliżył wzrok do zdjęcia. Było w nich coś, co go zaniepokoiło. Ciemne.

I jednocześnie – nie ciemne.

Jak to możliwe?

Idzie Mick.

Wsunął kartę pod otwartą książkę telefoniczną.

Mick zatrzymała się za jego plecami i spojrzała mu przez ramię.

– Co nowego? – zapytała.

– Niewiele. Mam listę nazwisk z kart kredytowych i praw jazdy, które znaleźliśmy w sejfie Marty’ego. Zacząłem sprawdzać…

– Doceniam inicjatywę, Hollywood, ale żadna z tych osób nie zabiła Ritchiego.

– Skąd wiesz?

– To się nie klei. Marty wszedł w posiadanie tych kart bez wiedzy ich właścicieli, tak więc…

– Jak?

– Trudno powiedzieć. Pewnie wyciągnął z kieszeni. Są też inne sposoby, ale…

– Jakie sposoby?

Westchnęła poirytowana.

– Nieważne. Liczy się to, że właściciele kart nie wiedzieli, kto je ukradł. Takie rzeczy zdarzają się codziennie, i w Nowym Orleanie, i w miastach na całym świecie. Mało prawdopodobne, by któraś z ofiar kradzieży zamordowała Ritchiego.

– Mało prawdopodobne, ale niewykluczone?

– Wszystko jest możliwe.

– Powiedz, jakie są inne sposoby poza metodą na kieszonkowca?

Przysiadła na brzegu jego biurka.

– Ktoś taki jak Ritchie zapewne dysponuje siecią kontaktów, obejmującą całą dzielnicę. Barmani, kelnerzy, boye hotelowi, pokojowi, sprzątaczki. Wszyscy oni żerują na turystach. Dostają od Ritchiego po kilka dolarów za każdą zwędzoną kartę albo prawo jazdy.

Zach pokiwał głową.

– A on zarabia więcej na sprzedaży informacji.

– Właśnie tak.

Zach wszystko to rozumiał. Tylko w jaki sposób Ritchie wszedł w posiadanie dowodu tożsamości Angel Gomez?

– Czas nas goni. – Micki wstała. – Możemy to zostawić i wziąć się do konkretnej pracy?

– Pewnie.

Zrobiła zdziwioną minę.

– Mówisz poważnie? Zgadzasz się ze mną?

– Ty tu dowodzisz. Major Nichols wyraził się jasno.

Spojrzała na niego podejrzliwie.

– Ciekawe, dlaczego jakoś trudno mi uwierzyć w twoją spolegliwość?

– Nie potrafisz zaufać?

Zauważył, że stłumiła uśmiech.

– Wal się, partnerze. Za tę uwagę skazuję cię na upojny wieczór z ziarnistymi nagraniami z monitoringu.

Nie miał na to czasu. Musiał porozmawiać z Parkerem.

– Przygotuj wszystko – powiedział. – Zaraz wracam. Skoczę tylko coś zjeść.

– Automat stoi na parterze.

– Wolę normalne jedzenie. Polecasz coś dobrego w okolicy?

– Café Beignet, dwa kroki stąd. Mają ciasta, paszteciki i takie tam. I kanapkarnia, Monster Po-Boys, po drugiej stronie ulicy. – Zerknęła na zegarek. – Ale pewnie mają już zamknięte.

– Pozwolisz, że przejdę się i sprawdzę?

– Śmiało. Aha, posłuchaj, nie musisz szukać tych wszystkich nazwisk w książce telefonicznej. Do takich celów stworzono komputerowe bazy danych, wiesz?

Zmarszczył czoło. Myślami był już przy Angel Gomez, paskudnej energii, która przykleiła się do jej dowodu tożsamości, i tym, co Parker będzie miał do powiedzenia.

– Co?

– Twoje poszukiwania. Lista nazwisk.

– A, tak. – Wstał i sięgnął po kurtkę. – Chyba będę musiał się nauczyć, jak korzystać z tych baz.

Roześmiała się.

– No, na pewno. Dzięki, tak przy okazji.

– Za co?

– Że wziąłeś winę na siebie. Podczas rozmowy z Nicholsem.

– Wziąłem ją, bo była moja.

Popatrzyła na niego, jakby był nową, dziwną formą życia. W sumie był nią. Chyba.

Po chwili skinęła głową.

– Spoko. – Zaczęła odchodzić, ale zatrzymała się i odwróciła. – Jeśli Monster ma otwarte, weź mi kanapkę z indykiem i serem. Przybraną.

– Przybraną?

– Z sałatą, pomidorem, majonezem.

Gdy tylko wyszedł z Ósemki, wybrał numer Parkera.

– To ja. Musimy się spotkać.

Rozdział 11

Poniedziałek, 8 lipca

Godzina 18:20

Parker podał Zachowi adres przy ulicy Frenchmen w dzielnicy Marigny, sąsiadującej z Dzielnicą Francuską. Skierował go też do stojącego na policyjnym parkingu poobijanego forda taurusa, do którego kluczyki były ukryte w nadkolu po stronie kierowcy. Co ciekawe, nawigacja w samochodzie miała wprowadzone namiary na adres przy Frenchmen.

Przy tętniącej życiem ulicy panowała niezwykła atmosfera. Stały tam, tak jak prawie w całym Nowym Orleanie, cudownie niepowtarzalne, choć stare i niszczejące, budynki. Na parterze działały restauracje, bary i sklepy, a na wyższych kondygnacjach urządzono mieszkania i lofty. Klimat zdecydowanie bardziej europejski niż amerykański – i zupełnie nieprzystający do aury Hollywood.

Pierwszą rzeczą, jaką usłyszał, gdy zaparkował i wysiadł z samochodu, była próba jakiejś kapeli. Miejsce spotkania, lokal numer sześćset dziesięć, znajdował się nad antykwariatem. Znalazł drzwi na prawo od wejścia do księgarni i zadzwonił.

– Wchodź – odezwał się Parker przez domofon.

Kiedy stanął przed drzwiami do mieszkania, dobiegły go dźwięki Vivaldiego. Parker miał fioła na punkcie muzyki klasycznej, ten zaś barokowy kompozytor był jego ulubionym.

– Otwarte! – zawołał Parker, zanim Zach zdążył zapukać.

Otwarty plan. Mieszkanie schludne, urządzone z dbałością o szczegóły. Modne i wygodne.

– Nie pasuje do ciebie – powiedział do Parkera, który siedział na stołku przy barze w kuchni.

– A do ciebie?

Zach rozejrzał się raz jeszcze i pokiwał głową.

– Do mnie owszem.

– To dobrze. Bo będziesz tu mieszkał. – Parker sięgnął do kieszeni, wyjął pęk kluczy i rzucił go Zachowi.

– Wymeldowaliśmy cię z hotelu i przenieśliśmy tu twoje rzeczy. Pozwoliłem sobie dodać kilka osobistych akcentów.

 

Zach podszedł do komody. Ramki ze zdjęciami: on z rodzicami, grupa przyjaciół z liceum na plaży, on i dumni rodzice podczas uroczystości wręczenia dyplomów ukończenia akademii policyjnej – zrobił wielkie oczy, widząc tę ostatnią fotografię. Podniósł ją i zwrócił się do Parkera:

– A to co?

– Photoshop. W mieszkaniu znajdziesz więcej takich „nostalgicznych” szczegółów. Radzę, żebyś się z nimi zapoznał i je oswoił.

Następnie Zach przejrzał zawartość wbudowanych półek na książki. Przesunął wzrokiem po grzbietach. Niezła reprezentacja jego ulubionych gatunków, czyli science fiction i fantasy. Wiele z tych książek już czytał. Opracowania na temat przestępczości i profilowania kryminalnego, coś o surfingu, parę tytułów o klasycznych amerykańskich samochodach. Obejrzał się przez ramię.

– Brakuje tylko Biblii, którą dostałem na bierzmowanie.

– Leży w szufladzie w szafce nocnej.

– Przerażacie mnie.

Przez twarz Parkera przemknął cień uśmiechu.

– W szafce pod telewizorem znajdziesz wszystkie części Harry’ego Pottera, Władcy Pierścieni i Szklanej pułapki na DVD.

Zach uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Bruce Willis. Największy heros kina akcji.

– Taurus, dodam, też jest do twojej dyspozycji.

– A ja tak liczyłem na astona martina albo bmw.

– Nie jesteś 007.

– Pomarzyć nie zaszkodzi – odparł lekkim tonem, dodając kluczyki do forda do zestawu, który rzucił mu Parker. – No dobrze, mam mało czasu. Musimy pogadać.

– Prowadzisz śledztwo w sprawie zabójstwa.

Nie zabrzmiało to jak pytanie, ale i tak odpowiedział.

– Tak. Zabito pośledniego przestępcę, Martina Ritchiego. Sądzimy, że poszło o narkotyki.

– To nas nie interesuje.

– Tak myślałem. Natrafiłem przy nim na energię, jakiej nigdy wcześ­niej nie czułem. Doprowadziła mnie do pokoju hotelowego, w którym mieszkał Ritchie.

Zaciekawił Parkera na tyle, że ten wyjął długopis i notatnik.

– Nazwa i adres hotelu.

– French Quarter Inn. Ulica North Rampart, numer 1120. Pokój czterysta dwanaście. Na miejscu znalazłem to. – Z kieszeni kurtki wyjął plastikową torebkę i podał ją Parkerowi.

– Czy to było źródłem energii?

– Nie, ale skupiła się wokół tego przedmiotu. – Zawahał się. – Muszę ją odnaleźć, tę dziewczynę. Myślę, że coś jej grozi.

– Być może nie żyje.

– Żyje.

– Wiedza o tym wykracza poza twoje zdolności.

– Żyje – powtórzył Zach z naciskiem. Nie wiedział, skąd wzięła się ta pewność, ale czuł ją wyraźnie.

Parker spojrzał na niego krzywo, ale w końcu wyjął kartę z torebki i zaczął nią obracać, trzymając dwoma palcami za brzeg. Podniósł ją do światła.

– Wygląda na prawdziwy.

– Co to oznacza?

– Nic. Nieważne.

– Nieważne? Życie tej dziewczyny…

– …to nie twoja sprawa. Twoja praca polega na pomaganiu policji w znajdowaniu przestępców.

– A gdybym mógł zapobiec zbrodni? Powstrzymać sprawcę, zanim dopuści się morderstwa?

– Nie możesz – odparł prosto Parker. – Myślisz, że nie próbowaliśmy?

Parker odnalazł Zacha, ponieważ byli braćmi. Łączyły ich jednak nie więzy krwi, lecz natura, prawdziwa natura. Parker również był Szóstką, jedną z pierwszych. Zwerbowano go i przeszkolono w FBI ponad dwadzieścia lat wcześniej. To dwadzieścia lat poznawania tego, co możliwe i niemożliwe. Upajających sukcesów i dotkliwych porażek.

Znał umiejętności Zacha równie dobrze, jak on sam, a może nawet lepiej.

Położył torebkę i kartę na blacie.

– Mamy mało czasu na to, by dowieść swojej wartości. Jeśli się nie sprawdzimy, program Szóstek zostanie zakończony. Sprawdzę tę Angel Gomez w naszych bazach. Jeżeli okaże się, że dowód jest fałszywy, nazwisko pewnie też będzie nieprawdziwe. W takim razie spróbujemy przepuścić zdjęcie przez program do rozpoznawania twarzy.

– Kiedy coś będziesz dla mnie miał?

– Rano.

Zach pokiwał głową.

– W porządku.

– Opowiedz mi o tej energii – poprosił Parker. – Opisz ją.

– Ciemna. Bardzo silna. – Zamilkł, szukając odpowiednich słów na to, co poczuł. Naraz spojrzał Parkerowi w oczy. – Nie bierna.

– Wyjaśnij.

– Zwykle odbieram szum, zakłócenia. Coś jak chwilę zatrzymaną w czasie. Albo przelotne wrażenie, że coś się wydarzyło. Tymczasem ta energia była… dynamiczna. Zdecydowanie agresywna.

Parker znieruchomiał.

– Agresywna, mówisz?

– Tak. Co to oznacza?

– Sprawdźmy, czy da się ją przekazać.

Parker wstał, podszedł do Zacha i zatrzymał się tuż przed nim. Uniósł lewą dłoń i rozczapierzył palce. Zach przyłożył do niej prawą dłoń tak, by nasada i koniuszki palców dokładnie przylegały. Zamknął oczy; zawsze tak robił, w przeciwnym razie transfer wytrącał go z równowagi.

Kiedy robili to po raz pierwszy, Zach stracił przytomność. Za drugim razem zwymiotował. Metodą prób i błędów nauczył się w końcu panować nad przepływem informacji zmysłowych.

Spokojnie. Oddychaj głęboko. Otwórz połączenie. Był przekaźnikiem, Parker – odbiornikiem. Cały proces był na tyle dziwny i upiorny, że żaden z kolegów Zacha z roku nie potrafił go powtórzyć. On jeden mógł się tak łączyć.

Silne mrowienie u podstawy czaszki oznaczało nawiązanie połączenia. Zaczęło się rozchodzić, aż objęło cały organizm. Punkty na ciele, w których sprawdza się tętno, rozgrzały się tak, jakby krew krążąca w żyłach Zacha zmieniła się w lawę. Dłonie wybuchły gorącem, stopiły się jedna z drugą.

Zach poczuł dreszcz, który przeszedł Parkera. Potem kolejny. I następne. Pieczenie nabrało intensywności.

Oddychaj, Zach. Nie walcz z tym. Poddaj się temu.

Gorąco stawało się nieznośne.

– Muszę przerwać – powiedział Zach.

– Jeszcze… chwilę – odparł Parker i nagle odskoczył, zrywając połączenie. Chwycił się blatu, żeby nie upaść. Zrobił się biały jak kreda.

– Wszystko w porządku?

– Oczywiście. Nic mi nie jest. – Agent, którego w normalnych okolicznościach nic nie było w stanie wyprowadzić z równowagi, przeczesał włosy palcami. Zach zwrócił uwagę na jego drżącą dłoń. – Teraz rozumiem, o co ci chodziło z tą energią. Cholera…

Zach rozmasował na udzie piekącą dłoń.

– Chyba nie spodobało jej się to, że się nią podzieliliśmy.

– Nie, Harris, nie przypisuj jej ludzkich cech. To tylko wyjątkowo silna pamięć kinetyczna, nic więcej.

Parkerowi wróciły kolory. I powrócił opryskliwy, urzędowy ton.

– Miałeś kiedykolwiek do czynienia z czymś takim? – spytał Zach.

– Nie.

– Ale masz pomysł, co to może być – raczej stwierdził, niż zapytał Zach.

– Najmniejszego.

Zach wyczuł kłamstwo.

– Ukrywasz coś przede mną?

– Niby dlaczego miałbym to robić?

– Bo jesteś z FBI – dlatego.

– Ty też, Harris, podlegasz FBI. Lepiej o tym nie zapominaj.

– Nie zapominam. Przecież przyszedłem z tym do ciebie, prawda? – Spojrzał na zegarek i obliczył, że jego nieobecność w Ósemce przeciągnęła się prawie do godziny. – Muszę wracać.

Parker tylko skinął głową. Kiedy wyszli z mieszkania, Zach zamknął drzwi na klucz. Zeszli wąskimi schodami na dół, a potem na ulicę. Powietrze było wilgotne.

– Rozumiem, że rano odezwiesz się w sprawie Gomez?

– Tak.

– Świetnie. To do usłyszenia. – Zach ruszył do samochodu. Kiedy do niego dotarł, spojrzał przez ramię, ale po Parkerze nie było już śladu.