SiódemkaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Poniedziałek, 8 lipca

Godzina 7:40

Kiedy wychodzili z sali, Micki zatrzymała majora Nicholsa.

– Szefie, możemy porozmawiać?

W swoich najlepszych latach Frank Nichols musiał robić onieśmielające wrażenie. Miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu i bary zawodowego futbolisty. I choć dziś niewiele brakowało, aby potknął się o własny brzuch, to jednak jego postura nadal budziła respekt.

Do diabła z tym wszystkim. Micki czuła, że krew ją zalewa. A kiedy detektyw Dare wpadała w furię, schodził jej z drogi każdy, kto miał choć trochę oleju w głowie.

– To jakieś pieprzone brednie! – wybuchła, kiedy zamknęły się drzwi. – Naprawdę pan sądzi, że na to pójdę?

– Myślę, że powinnaś się cofnąć. I to już.

Zawahała się, po czym zrobiła krok do tyłu, nie spuszczając oka z majora.

– Tajniak na naszej komendzie? Nie. Absolutnie nie.

– Przecież słyszałaś: to rozkaz.

Powiedział to lekko rozbawionym tonem, co doprowadziło ją do wściekłości.

– To uderza nie tylko we mnie, lecz także w innych. Wie pan, że traktuję Ósemkę jak rodzinę.

– Micki, jestem po twojej stronie, naprawdę. Ale mam związane ręce. Ta sprawa wykracza poza twoje i moje kompetencje. Chcą ciebie – będą cię mieli. Tyle.

– Do ciężkiej cholery! Dlaczego ja?

– Nie jestem pewien. Z tego co wiem, przeanalizowali przebieg służby wszystkich detektywów Ósemki.

– Czy istnieje jakieś wyjście z tej sytuacji?

– Przecież wiesz.

No tak: tańczyć, jak zagrają, albo ponieść konsekwencje. Degradacja. Zesłanie do najgorszej jednostki. Zadania jak dla pospolitego krawężnika. Micki stała nieruchomo, uświadamiając sobie swoje położenie i trzęsąc się z oburzenia i złości: na arogancję Federalnych, na nielojalność komendanta Howarda, na własną bezradność.

Nie mogła tego znieść. Przyszło jej nawet do głowy, że powinna odejść, tu i teraz oddać Nicholsowi broń i odznakę, a potem, opuszczając biuro, pokazać tym zarozumialcom środkowy palec.

Ale dokąd miałaby pójść? Nic innego nie potrafiła robić. Służba była całym jej życiem.

– A Carmine? – zapytała.

– Nie przejmuj się Angelem, trafił do sekcji spraw przedawnionych. To jego wymarzone zajęcie.

– Super. Zajebiście. – Wzruszyła ramionami. – Farciara ze mnie. Micki na doczepkę.

– Bywa.

– Nadal nie rozumiem. Czemu właśnie ja? Bez sensu.

Ściszył głos.

– Myślę, że ważniejsze pytanie brzmi: dlaczego tutaj? Dlaczego w Nowym Orleanie?

– Można jaśniej?

– Jeśli program okaże się fiaskiem, wina spadnie na nas, nie na nich – oni powiedzą, że przecież mieli genialny pomysł. Spójrzmy prawdzie w oczy: po Katrinie policja nowoorleańska nadal źle się kojarzy ludziom w całym kraju. Strzelanina na moście Danzigera. Chaos w Centrum Kongresowym Moriala. Pogłoski o scenach, do których dochodziło na terenie Superdome[1]. Mnóstwo ludzi postrzega Nowy Orlean jako brudne miasto pijaków, braku norm moralnych i o jednym z najwyższych wskaźników przestępczości w kraju. Takie, które można odwiedzić, ale w którym nikt nie chciałby zamieszkać.

Pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Góra zakłada, że i tak damy ciała.

– Tak sądzę. Biuro o wszystkim pomyślało, ale nie oczekuje po nas zbyt wiele.

To ją zabolało. Co prawda, Nowy Orlean ma mnóstwo wad, jednak jest też jej domem; z tutejszą policją nie łączą jej więzy krwi, ale Micki nie ma innej rodziny.

– Aha, czyli nawet nie aktorka drugoplanowa, tylko kozioł ofiarny…

– Niekoniecznie. Oczywiście nie zawahają się i poświęcą cię, jeśli będą musieli, ale też zależy im na powodzeniu programu. Z jakiegoś powodu uznali, że dzięki tobie może się udać.

Micki sapnęła. No dobrze. Niech będzie. Przyłoży się i postara, żeby Szóstka świeciła, aż oczy będą bolały.

Przyłapała szefa na próbie opanowania uśmiechu i posłała mu gniewne spojrzenie.

– Wiedział pan, że tak zareaguję.

– A-ha. I sądzę, że oni też wiedzieli – w końcu czytali twoje akta.

Myśli o tym, że jest przewidywalna, nie znosiła prawie tak bardzo, jak świadomości bezsilności.

– Żeby była jasność: jestem niezadowolona.

– Przyjmuję do wiadomości.

Zawibrował telefon, który nosiła w kaburze przy pasku. Zerknęła na wyświetlacz: Jacqui. Odebrała, ale zanim zdążyła się odezwać do słuchawki, usłyszała Nicholsa, który zatrzymał się i odwrócił.

– Nie będziesz stratna, Micki. Widziałem zdjęcie twojego nowego partnera. Chłopak wpada w oko. I to bardzo.

– Super – mruknęła. – Piękniś obdarzony mocami. Boże, dopomóż.

– Micki? Jesteś tam?

Telefon. Jacqui.

– Przepraszam – rzuciła sfrustrowanym tonem do słuchawki.

– Dzwonię nie w porę?

– Sporo się tu dzieje. Wszystko gra?

– Tak, w porządku.

Zmarszczyła czoło. Cztery lata wcześniej nakryła siedemnastoletnią wówczas Jacqui – w dodatku w zaawansowanej ciąży – jak ta włamywała się do domu sąsiadów Micki w poszukiwaniu jedzenia. Dziewczyna skojarzyła się Micki z nią samą w podobnym wieku – też była samotna, głodna i zdesperowana.

Wtedy tym, który ją przyłapał, był Hank. Jej anioł stróż.

Micki zaskoczyła samą siebie i zamiast zakuć nastolatkę w kajdanki, zaproponowała posiłek i miejsce do spania.

– Na pewno? – odezwała się zaniepokojona Micki do słuchawki. – Wszystko dobrze z Alexandrem?

– Zander – tak pieszczotliwie Jacqui nazywała swojego synka – ma się świetnie.

– W takim razie po co dzwonisz?

Jacqui wydała odgłos świadczący o poirytowaniu.

– Nie wiem. Żeby się przywitać? Żeby usłyszeć twój głos? Poza tym myślałam, że będziesz już w domu. Ale chyba się pomyliłam.

Micki się roześmiała, choć był to śmiech świadczący bardziej o zażenowaniu niż o rozbawieniu.

– Przepraszam. Tak jak mówiłam: sporo się wydarzyło. Obiecuję, że odezwę się do ciebie, jak tylko się uspokoi.

Jednocześnie przyznała przed samą sobą, że nie ma pojęcia, kiedy to nastąpi. Nie potrzebowała szklanej kuli, by wiedzieć, że przynajmniej przez pewien czas nie zazna zbyt wiele spokoju.

Rozdział 3

Poniedziałek, 8 lipca

Godzina 8:05

Zach Harris stał przy oknie w pokoju hotelowym na dwudziestym czwartym piętrze. Patrzył na biegnącą dołem ulicę Canal, pełną samochodów i palm rosnących na pasie zieleni między jezdniami. Dalej, u jej wylotu, znajdowała się piękna w swym upadku Dzielnica Francuska. Rzeka Missisipi obejmowała miasto od południa, tworząc półksiężycowate zakole, od którego Nowy Orlean wziął swój przydomek: Crescent City. Zach widział parowiec przycumowany do kei przy ulicy Toulouse.

Nowy Jork się uwija, Los Angeles dokazuje, a Nowy Orlean – jak przekonał się Zach – kołysze się.

Tak można by zacząć romans.

Uśmiechnął się do siebie. Irytowanie ludzi wychodzi mu koncertowo – udowodnił, że jest w tym mistrzem, zmieniając rezerwację tak, że przyleciał do miasta dwa dni przed terminem wyznaczonym przez FBI. Parker, opiekun Zacha w Szóstkach, wściekł się, kiedy się o tym dowiedział.

Och, to straszne… Ale cóż, Zach nie przybył do Nowego Orleanu dla Parkera, tylko dla siebie.

Parker wyłowił go w klubie i złożył intrygującą propozycję: będziesz członkiem elitarnego oddziału do zwalczania przestępczości, jednego z takich zespołów, jakie ogląda się na filmach. Zostaniesz swego rodzaju… superbohaterem. Zdobędziesz sławę i wszystko, co się z tym wiąże.

Który facet nie marzy o czymś takim?

Tłumaczył sobie, że jeśli mu się nie spodoba, powie sayonara i odejdzie w swoją stronę.

Tak jak miał w zwyczaju.

Tym razem jednak niełatwo będzie się wykpić. Uświadomił to sobie w chwili, gdy wyszedł z terminala nowoorleańskiego lotniska prosto na wilgotne nocne powietrze. Usłyszał szum w głowie. I buczenie, jak w radiu pomiędzy stacjami. Im bliżej śródmieścia, tym stawało się głośniejsze i bardziej uporczywe.

To miasto – miasto z nim rozmawia.

Nic nowego. Znał to uczucie. Ale nigdy nie doświadczył go na taką skalę. Był zdezorientowany, wytrącony z równowagi. Poczuł się upojony, jak po alkoholu. Nie na wesoło – przynajmniej z początku – lecz upodlająco: jakby chodził, trzymając się ścian, i klęczał z głową w sedesie.

Nie próbował jednak stłumić tego wrażenia – ani nie wsiadł do najbliższego samolotu, który zabrałby go z powrotem na Zachodnie Wybrzeże – tylko stawił mu czoła.

Na kaca klin. Niech zapiecze w gardle.

Przy okazji zadurzył się w mieście. Magiczne miejsce, pełne cieni, szeptów, obrzędów, rozpaczy…

…i wielu ludzi takich jak on. Bardzo wielu. Z taką liczbą jeszcze nie miał do czynienia. Odwrócił się od okna. Czy wiedzą, czym są?, zadał sobie pytanie. Czy nauczyli się korzystać ze swoich umiejętności? A może postanowili je ukryć?

Parker przyjechał.

Ułamek sekundy po tym, gdy to pomyślał, telefon poinformował go o nadejściu wiadomości.

Czekam w holu. Jesteśmy spóźnieni.

Typowe dla Parkera. Mało słów, wszystkie na temat. Było w nim coś, co sprawiało, że Zach miał ochotę namieszać mu w głowie. Powstrzymał się jednak, biorąc poprawkę na nieznaczną grubość lodu, po którym właśnie stąpał. Powstrzymał się… na razie.

Wziął kurtkę i zjechał na dół. Spotkał się z Parkerem przy wejściu do hotelu, razem wyszli przed budynek i podeszli do stojącego tam czarnego lśniącego SUV-a. Agent, który siedział za kierownicą, miał na nosie prawie identyczne ciemne okulary jak te, które nosił Parker. Zach zachichotał i wsiadł do auta.

 

– Coś cię śmieszy? – spytał Parker.

– Wóz. Twoje okulary. Jego okulary. – Pokazał na kierowcę. – To takie oklepane.

Parker zdjął okulary i przeszył Zacha lodowatym spojrzeniem.

– Dla ciebie to zabawa?

Zach umościł się na tylnym siedzeniu.

– Zdefiniuj słowo „zabawa”.

– Po numerze z rezerwacją powinienem cię odwołać.

– Śmiało.

Przez chwilę miał wrażenie, że Parker rzeczywiście to zrobi. Ale ten tylko pochylił się i powiedział:

– Słuchaj no, Harris. To my dyktujemy warunki, nie ty. Mówimy: siódmego o czternastej wsiądź do samolotu, to wsiadasz, kurwa, siódmego o czternastej do samolotu. Nie dzień wcześniej. Nie dzień później.

Zach wiedział, że powinien ustąpić. Odpuścić, popłynąć z prądem. Ale głos, który podpowiadał mu rozsądek, nie mógł się mierzyć siłą z głosem, który przez całe życie zmuszał go do balansowania na krawędzi.

– To ty posłuchaj, Parker. Nie jestem twoją własnością. Ani programu. W tej chwili potrzebujecie mnie bardziej niż ja was. Owszem, to się może zmienić, ale na razie… możecie mi naskoczyć.

– Inni patrzą. Oceniają. Ciebie oraz mnie. – Parker zawiesił głos. – Jeśli się nie uda, dostanę po dupie.

To jasne. Zach pokiwał głową.

– W porządku. Skoro chodzi o twoje dupsko, postaram się być delikatniejszy.

Brak reakcji – zero uśmiechu, zero uznania ustępstwa. Tylko gest: wręczenie szarej koperty.

– Tu znajdziesz wszystko, czego potrzebujesz.

Zach wyjął zawartość koperty i zaczął przeglądać dokumenty. Zatrzymał się na fotografii blondynki w mundurze policjantki. Patrzyła prosto w obiektyw. Lekko uniesiony podbródek – arogancja albo przewrażliwienie; zaciśnięte usta – poważnie traktuje swoje obowiązki. Przekrzywił głowę. Gdyby lekko rozchyliła te piękne usta, wyglądałaby trochę jak blond wersja Angeliny Jolie.

Stuknął palcem w zdjęcie i zerknął na Parkera.

– Zakładam, że to moja nowa partnerka.

– Detektyw Michaela Dare. Nazywają ją „Micki” albo „Mick”. Czasem też „Podwójne De” albo „Wściekły Pies”.

– „Wściekły Pies”?

– Ma niezły charakterek i nie kryje się z nim.

Zach się roześmiał.

– Atrakcyjna kobieta – zauważył.

– Ma cię chronić, a nie być twoją zabawką.

– Chodząca z ciebie powaga. – Zach ponownie postukał palcem w fotografię. – Czemu ona?

– Zatwardziała glina. Ostra. Lojalna. Musiała walczyć o swoje – dodał Parker.

– Czyli o co?

– O wszystko.

Zach przyjął to do wiadomości, zastanowił się i porównał ze swoim życiem – życiem, w którym wszystko zostało mu podane na tacy.

Prawie wszystko.

– Opowiedz mi o niej – poprosił.

– Nieprzekupna.

– Każdego można przekupić.

– Nie ją.

Zach wbił spojrzenie w zdjęcie. Z prostych brązowych oczu detektyw Dare biła uczciwość. Lojalność, o której wspomniał Parker.

– Dlaczego?

– Żyje pracą. Życie uczuciowe – nie istnieje. Życie towarzyskie – też prawie nie. Rodzina – nie jest z nią blisko, zastępują ją nowoorleańscy policjanci. Jeśli Dare uzna cię za członka rodziny, odda za ciebie życie.

– Poświęci się dla mnie.

– Tak.

Szum w głowie ucichł. Zach schował dokumenty.

– Niezbyt to bohaterskie z mojej strony.

– Bohaterstwo to jej działka. Ona nie zastąpi cię w tym, co ty po­trafisz.

– A co, jeśli uzna, że nie nadaję się na członka jej „rodziny”?

– Dla was obojga będzie lepiej, jeżeli jednak uzna.

– Czy to groźba?

Na ustach Parkera, jak rzadko kiedy, pojawił się cień uśmiechu.

– Ależ skąd, Zach. Po prostu mówię, jak jest.

Rozdział 4

Poniedziałek, 8 lipca

Godzina 8:35

„Wpada w oko” to mało powiedziane, stwierdziła w myślach Micki, kiedy jej nowy partner wszedł do sali konferencyjnej. „Piękniś” też nie pasowało.

Zach Harris był bowiem powalająco przystojny. Brązowe włosy z przebarwieniami od słońca, lekko pofalowane. Intensywnie niebieskie oczy, jakich jeszcze nigdy nie widziała. Lśniący uśmiech, jak z reklamy gabinetu dentystycznego.

Zupełnie jakby miała przed oczami tego aktora, Bradleya Coopera. Chociaż nie – nawet on nie umywał się do Zacha Harrisa. Jak to możliwe?, pomyślała.

Czy naprawdę nie mógł wyglądać gorzej, na przykład jak troll?

Towarzyszył mu ciemnowłosy mężczyzna w garniturze. Elegancki, przylizany. Chodził, jakby połknął kij od szczotki. Albo jakby ktoś mu wsadził w tyłek kolbę kukurydzy.

Pewnie agent FBI albo wojskowy. Raczej to pierwsze.

Harris podszedł do kapitan O’Shay.

– Ciociu Patti – odezwał się serdecznym tonem i uściskał ją. – Jakże się cieszę, że wreszcie mogę cię poznać.

Ależ z niego aktor!, pomyślała Micki. Nie uszło jej uwadze, że O’Shay też wyglądała na zaskoczoną jego umiejętnościami. No po prostu geniusz.

Jeśli uda mu się nie wypaść z roli, być może niańczenie go nie będzie aż tak straszne, jak przypuszczała.

Harris odwrócił się i spojrzał prosto na nią. Zobaczyła rozbawienie w jego oczach i wyprostowała się. A niech sobie odgrywa tę swoją maskaradę – Szóstki, czary-mary i tak dalej – ona nie zamierza brać w tym udziału.

Przykleiła do ust uśmiech, mający świadczyć o pewności siebie, i podeszła do niego, wyciągając rękę.

Poczuła, że jego palce nieco zbyt mocno oplotły jej dłoń. Tak samo spojrzenie – wniknęło nieco zbyt głęboko, było zbyt intymne, choć bez podtekstu seksualnego. Tak jakby naprawdę dobrze się znali – znali swoje tajemnice, a także przeszłe i obecne lęki oraz nadzieje na przyszłość.

Tak jakby zaglądał prosto do jej duszy.

Micki, na miłość boską! Weź się w garść!, pomyślała.

– Michaelo – odezwał się. – Miło mi cię wreszcie poznać.

Zirytowana uwolniła dłoń.

– Nie nazywaj mnie tak. Jeśli zrobisz to przy moich kolegach, zdemaskujesz się. A jeśli zrobisz to przy mnie, gorzko pożałujesz.

Roześmiał się cicho.

– Podoba mi się pani, pani detektyw. Będzie zabawnie.

– Wiesz w ogóle, Szóstko, czym się tu zajmujemy? Wydaje ci się, że to jakaś gra?

– No jasne, że nie. Zajmujecie się poważnymi, bardzo poważnymi sprawami. – W kącikach jego oczu pojawiły się zmarszczki. – Jestem do usług… Mick. Gotowy do pomocy w łapaniu przestępców.

– Zostałeś źle poinformowany. Nie potrzebuję niczyjej pomocy w tym zakresie.

Znów się uśmiechnął z niewymuszoną swobodą. Nosi kolorowe soczewki, uznała, nie ma innego wytłumaczenia. Próżność i tandeta.

– Niektórzy mają co do tego inne zdanie.

Widział, że jest wkurzona, i czerpał z tego przyjemność. Sukinsyn pogrywał z nią. Celowo się z nią drażnił. Obserwował jej reakcje.

Przyszła jej do głowy wściekła riposta, ale komendant Howard uciął tę jakże miłą wymianę uprzejmości.

– Usiądźmy – zarządził.

Podeszli do stołu. Harris podsunął jej krzesło.

– Skończ już z tym – wycedziła. – Jasne?

– Jak sobie życzysz, kochanie – odparł i sam zajął miejsce, które jej zaproponował.

– Pani detektyw?

Cholera. Uświadomiła sobie, że wszyscy poza nią już siedzą. Rozejrzała się i usiadła po drugiej stronie stołu na jedynym wolnym krześle.

– Witamy pana na pokładzie, detektywie Harris – zaczął komendant, po czym zwrócił się do ciemnowłosego mężczyzny, który towarzyszył Harrisowi. – Witamy również agenta Parkera.

Usta Micki drgnęły. Kolba kukurydzy na swoim miejscu?

– Będę się streszczał. Każdy z nas wie, na czym polega jego rola. Pamiętajmy, że program jest ściśle tajny i jakikolwiek wyciek informacji poskutkuje natychmiastowym zwolnieniem tego, kto do niego dopuści. Pani detektyw Dare, jeśli zdemaskuje pani detektywa Harrisa, pożegna się pani z pracą.

Jej przepustka do wolności.

Spoczął na niej wzrok agenta. Zwróciła uwagę na jego oczy, równie lśniące jak Harrisa, tyle że zielone. Co jest z tą modą na kolorowe soczewki u facetów?

– Agencie Parker, oddaję panu głos.

– Dzień dobry – zaczął, nie odwracając wzroku od Micki. – Witam państwa w programie Szóstek. Rola każdego z was jest oczywiście bardzo istotna, ale najważniejsza przypadła w udziale pani detektyw Dare.

Przerwał na chwilę, aby Micki poczuła wagę słów. Niepotrzebnie. Doskonale wiedziała, że ma przechlapane.

– Ten program to znacząca inwestycja dla Biura. Pani zadaniem, pani detektyw, jest zagwarantowanie bezpieczeństwa naszemu człowiekowi. Za wszelką cenę. Powodzenie tego projektu może zaważyć na przyszłości służb ochrony porządku publicznego.

Wytrzymała jego spojrzenie.

– „Za wszelką cenę”. Co to dokładnie oznacza?

– Myślę, że pani wie.

– Proszę powiedzieć, agencie Parker. Jestem dziewczyną z Południa. Wierzę w Boga, mój kraj i mówienie prosto z mostu.

– Ma go pani ochraniać w każdej sytuacji.

– Czyli jeśli on da ciała, to ja mam oberwać po dupie?

– Tak.

– Albo przyjąć kulkę?

– Liczymy, że do tego nie dojdzie.

– Codziennie do tego dochodzi, agencie Parker. Czy mogę o coś zapytać?

– Naturalnie.

– Skąd ta atmosfera tajemnicy?

– Sądzę, że również na to pytanie zna pani odpowiedź. Opinia publiczna nie jest jeszcze gotowa na poznanie prawdy o Szóstkach. Zainteresowanie mediów uniemożliwiłoby działanie naszym agentom, my zaś nie bylibyśmy w stanie ocenić tego, jak sobie radzą.

– Poza tym – dodała łagodnym tonem – jeśli program okaże się fiaskiem, nikt się o niczym nie dowie.

– Kontrola szkód to kosztowy i kłopotliwy proces.

– Dlaczego policja miejska? Nie lepiej trzymać swoich ludzi blisko siebie?

Nie mrugał – dopiero teraz to sobie uzmysłowiła; nie mrugnął ani razu od chwili, w której nawiązali kontakt wzrokowy.

– Szóstki pracują w strukturach wewnętrznych Biura już od kilku lat. Pora wysłać je na ulice i sprawdzić ich skuteczność z walce z powszednią przestępczością.

– Czyli zmierzacie do tego, żebym… – zrobiła gest, którym omiotła osoby siedzące przy stole – …żebyśmy zostali bez pracy.

Roześmiał się aksamitnym, przesłodzonym śmiechem. „Mężczyźni sączący słodkie słówka to węże – mawiała babcia Roberta. – Takie jak ten, który skusił Ewę w raju”.

Micki powinna wiedzieć, uległa niejednemu takiemu facetowi.

– Skądże, pani detektyw. Harris ma wam pomóc.

– Aha, znaczy się Harris wykorzysta swoje „supermoce” i wskaże nam sprawcę, którego my następnie przyskrzynimy, wykorzystując do tego legalne instrumenty.

– Dokładnie tak, pani detektyw. Ściganie przestępców na miarę dwudziestego pierwszego wieku. – Potoczył wzrokiem po zebranych i znów spojrzał na Micki. – Każda Szóstka ma inne mocne strony i słabe punkty. To one zadecydowały o takim, a nie innym przydziale.

– Można jaśniej? Co to za cechy?

– Kierujemy się zasadą, według której każdy dysponuje tylko takimi informacjami, jakie są mu potrzebne do działania. Wkrótce przekona się pani, jak sprawdzają się umiejętności Zacha w praktyce.

Popatrzyła na nowego partnera.

– O czym myślę? – spytała.

– Detektyw Harris nie czyta w myślach – zauważył łagodnie Parker. – Postrzega wydarzenia z przeszłości i przyszłości. Odbiera echo uczynków i uczuć. Urywki myśli z przeszłości i teraźniejszości.

– Czasem obrazy – wtrącił Zach. – Migawki, przeważnie spłowiałe, od czasu do czasu bardziej jaskrawe i szczegółowe. Nigdy nie wiadomo, czego się można spodziewać.

– „Nie wiadomo, czego się spodziewać” – powtórzyła. – Dziękuję, teraz na pewno będę spała spokojniej.

Agent Parker uniósł brew.

– Pani zajęcie też jest niebezpieczne i nieprzewidywalne. Co takiego sprawia, że jednak sypia pani spokojnie?

Parker złożył dłonie, które trzymał na blacie. Odczytała ten gest jako oznakę rozbawienia, a nawet arogancji. I wkurzyło ją to.

Wyjęła służbową broń z kabury i położyła ją na stole.

– Półautomatyczny glock kaliber czterdzieści. Pełny magazynek, nabój w komorze. Do tego partner, któremu mogę zaufać. Z którym pracowałam, na którym mogę polegać i który przeszedł takie samo szkolenie jak ja. Partner, co do którego nie mam wątpliwości, że mnie osłoni.

Major Nichols odchrząknął i zabrzmiało to tak, jakby próbował zamaskować rechot, ale po komendancie było wyraźnie widać, że bynajmniej nie jest zadowolony.

– Wystarczy, pani detektyw.

 

– Nic nie szkodzi – odezwał się Harris. – Podoba mi się jej szczerość. Nie mam też pretensji, że nie jest szczególnie zadowolona z obrotu spraw. Nie zna mnie i nie wie, co potrafię. – Odwrócił się do niej. – Dlatego postanowiłem, że też będę szczery. – Wyciągnął rękę ponad stołem. – Proszę podać mi dłoń, pani detektyw.

Zawahała się, ale podała. Oplótł jej palce swoimi. Poczuła delikatne mrowienie, jakby przeszedł ją prąd.

Wyraz twarzy Harrisa nie zmienił się na jotę.

– Jesteś wściekła na zaistniałą sytuację. Uważasz Szóstki za stek bzdur i wnerwia cię, że padło akurat na ciebie…

– To chyba oczywiste – ucięła lekceważąco. – Nie trzeba być jasnowidzem, żeby…

– …mimo że niezłe ze mnie ciacho. – Lekko uniósł kąciki ust. – Wolałabyś, żebym wyglądał jak troll.

– To jakiś absurd!

Chciała cofnąć dłoń, ale nie pozwolił jej. Ścisnął mocniej.

– I na twoim miejscu nie korzystałbym z tej przepustki do wolności. – Zniżył głos. – To nie przejdzie. Oni grają według innych reguł.

Puścił dłoń Micki. Na chwilę zrobiło jej się słabo. Miała wrażenie, jakby kontakt z Zachem pozbawił ją energii.

W sali zapanowała cisza. Wszyscy wbili spojrzenie w Micki. Niedoczekanie, jeśli spodziewają się, że zacznie wychwalać Harrisa i jego dar. Wyprostowała się.

– Poważnie? To wszystko, co potrafisz?

Harris się roześmiał.

– Podobasz mi się, Mick. Dogadamy się.

Komendant wstał.

– Pani detektyw, uda się teraz pani do swojej komendy. Będzie pani mogła pożegnać się z detektywem Angelo, następnie pani i detektyw Harris zostaniecie sobie oficjalnie przedstawieni.

– Co mam odpowiedzieć, kiedy spytają, co o nim wiem?

– Że prawie nic. Został do nas przeniesiony. Ze służbą łączą go koneksje rodzinne. Proszę grać według jego scenariusza. Czy to jasne?

Według jego scenariusza? Jeszcze czego! Nie powiedziała tego głośno, tylko pokiwała głową i odparła:

– Tak jest, panie komendancie.

Kiedy wyszli, Harris dogonił ją na korytarzu.

– Na przyszłość, Mick: owszem, jestem.

Rozdrażniona zmarszczyła brwi.

– Co jesteś?

– Dobry w łóżku.

Już chciał odejść, ale go zatrzymała.

– Jeżeli to kolejna żałosna próba czytania w moich myślach, to przykro mi, ale grubo się mylisz. Nawet przez chwilę nie zastanawiałam się, jak sobie radzisz w sypialni.

– Wiem – odparł i uśmiechnął się, powoli i zalotnie. – Dopiero będziesz.