PiątkaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dedykuję wszystkim tym, których blask lśni w ciemności.


Podziękowania

Dziękuję całemu zespołowi Trident Digital Media & Publishing, zwłaszcza Scottowi Millerowi oraz Nicole Robson, których zaangażowanie znacznie ułatwia pracę nad książkę. Dziękuję Hoffman/Miller Advertising za wspaniałą okładkę wydania oryginalnego. Rządzicie! Dziękuję rodzinie, przyjaciołom, a także koleżankom z „babskiego” domu pracy twórczej: Hailey North i Robin Wells; buziaki, uściski i moc wdzięczności za wasze wsparcie.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

Nowy Orlean w stanie Luizjana

Piątek, 9 lutego

Godzina 16:00

Podejrzany przyprawiał ją o dreszcze.

Siedział przy małym, porysowanym drewnianym stole. Wzór pewności siebie i opanowania. Keith Gerard. Dwadzieścia osiem lat. Grafik w największej agencji reklamowej w Nowym Orleanie. Absurdalnie wręcz przystojny i do bólu trendy – od popularnej cieniowanej fryzury po równie modny kilkudniowy zarost.

Zbyt pewny siebie. Zbyt opanowany. Mierzył ją bezdusznym wzrokiem, jakby oceniał próbkę w laboratorium.

Brak emocji – to ją zastanawiało. Tak jakby w atrakcyjnej powłoce nie kryło się nic choć trochę ludzkiego.

Detektyw Micki Dee Dare, funkcjonariuszka policji w Nowym Orleanie, wytrzymała spojrzenie ciemnych oczu i pozwoliła, aby cisza, która zaległa w pomieszczeniu, zrobiła się krępująca. Nie dla niej. Ani dla jej partnera, Zacha Harrisa, który opierał się w swobodnej pozie o drzwi pokoju przesłuchań.

Dla niego, Gerarda. To element sztuki – niech się zastanawia, dlaczego został wezwany na rozmowę, dlaczego policja wiąże go ze śmiercią jego dziewczyny, a także czemu, u diabła, ci dwoje milczą?

Zaczęła się pocić. Przed wejściem do pokoju celowo podkręciła ogrzewanie.

Gerard nerwowo poprawił się na krześle, zerknął przez ramię na Zacha, a potem przeniósł spojrzenie z powrotem na Micki. Westchnął wyraźnie poirytowany.

– Jak mogę wam pomóc?

– Sam pan wie najlepiej, panie Gerard. To przecież pan znalazł swoją dziewczynę, Sarę Stevens, w kałuży krwi.

– To prawda. – Skrzyżował dłonie przed sobą. – Znalazłem ją, po czym was zawiadomiłem. Traumatyczne przeżycie.

Wypowiedział te słowa bez wahania, bez drżenia, bez najmniejszej oznaki emocji.

Micki nawet nie mrugnęła okiem.

– No, na pewno.

– Wątpi pani?

– Tak pan to odebrał? – Zerknęła na Zacha, jakby szukała potwierdzenia, i znów zwróciła się do Gerarda. – Nie miałam nic takiego na myśli. Wie pan, tam było tyle krwi, a osoba, na której ponoć panu zależało…

– Naprawdę mi na niej zależało. I to bardzo.

Micki zerknęła do notatek.

– W jakich okolicznościach „wstąpił” pan do niej dziś rano?

– Rozmawialiśmy wczoraj wieczorem. Była zdenerwowana i…

– Co ją zdenerwowało?

– Cierpiała, miewała ataki depresji. – Rozłożył ręce w geście „niby co ja, facet, miałem na to poradzić?”. – Wzburzenie nie było u niej niczym nadzwyczajnym.

– Jak pan zwykle reagował w takich sytuacjach?

– Rozmawiałem z nią, przekonywałem, żeby zeszła z dachu, że tak to ujmę.

– Nie przyszło panu do głowy pojechać i ją pocieszyć?

– Kiedyś tak robiłem. Na początku naszej znajomości.

– Znudziło się panu.

– No tak. Ale chyba nie można mieć o to do mnie pretensji, prawda? Wciąż przerabialiśmy te same lęki Sary i moje stałe zapewnienia. Nic się nie zmieniało.

– Mimo to spotykał się pan z nią.

Na pewno usłyszał krytyczny ton w jej głosie, ale zignorował go. Rozsunął dłonie i z roztargnieniem zaczął bębnić palcami prawej ręki o blat.

– Lubiłem jej towarzystwo. Poza atakami.

Micki zmrużyła oczy.

– Kapitalny z pana gość, co?

– Właściwie to tak. – Jego palce znieruchomiały. – Skończyliśmy już? Mam sprawy do załatwienia.

– Nie, panie Gerard, nie skończyliśmy. – Znów zajrzała do notatek. – Dlaczego dziś rano pojechał pan do domu Sary Stevens?

– Nie odbierała telefonu. Chciałem się upewnić, czy wszystko u niej w porządku.

– Nagle zaczęło pana interesować jej samopoczucie?

– Ma pani o mnie mylne mniemanie, pani detektyw. Jestem dobrym człowiekiem. Naprawdę.

Dlaczego więc budził w niej tak silną niechęć?

– Dobry człowiek – powtórzyła. – I na pewno świetna partia. Wystarczy na pana spojrzeć. Przystojny, czarujący człowiek sukcesu.

– Dziękuję – odparł z lekkim uśmiechem. – Jednakże zapewniam panią, że wcale tak się nie postrzegam. Zwłaszcza w chwilach takich jak ta.

Bzdura jak mało która – na dwóch nogach i w mokasynach z logo Cole Haan.

– Przejdźmy do rzeczy, panie Gerard. Mamy powody przypuszczać, że jest pan zamieszany w śmierć Sary.

– Ależ ona podcięła sobie żyły, pani detektyw. Od miesięcy groziła, że to zrobi, i w końcu się zdecydowała. Nie rozumiem, co to może mieć wspólnego ze mną.

– Twierdzi pan zatem, że nie nakłaniał jej do samobójstwa?

– Musiałbym być potworem…

– A nie jest pan nim, prawda, panie Gerard?

– Chodzi o jej stukniętą siostrę? Co wam powiedziała?

– Że zamiast przekonać Sarę do „zejścia z dachu”, jak pan to określił, zachęcił ją, by skoczyła. Żeby wreszcie to zrobiła.

– Miałbym ją namówić do tego, żeby się zabiła? Absurd.

– Na pewno? – Micki wytrzymała spojrzenie. – Siostra twierdzi, że Sara zaczęła cierpieć na depresję dopiero, gdy zaczęła się z panem spotykać.

Wzruszył ramionami.

– To tylko jej opinia.

– Nie tylko. Sara kilka razy rozmawiała z nią o tym.

Kąciki ust Gerarda nieznacznie się uniosły.

– Bredzenie kobiety na krawędzi.

Micki pochyliła się w jego stronę.

– Kiedy człowiek stoi na krawędzi, wystarczy jeden ruch ze strony najbliższej osoby, by spadł w przepaść, nie sądzi pan?

– Przemawia przez panią osobiste doświadczenie? – Również się pochylił. Znalazł się tak blisko niej, że poczuła na twarzy jego oddech. – Wie pani, jak to dla mnie brzmi? Jak wyrzuty sumienia. Lepiej zrzucić winę za samobójstwo Sary na jej chłopaka, niż samej wziąć odpowiedzialność. Znałem Sarę od pół roku. Teresa znała ją przez całe życie. Jak pani myśli, które z nas w większym stopniu przyczyniło się do jej śmierci?

– Czy którakolwiek z pańskich wcześniejszych partnerek odebrała sobie życie?

– Żałosne, pani detektyw. – Wstał. – Uznaję rozmowę za zakończoną.

– Niech pan siada, panie Gerard! Jeszcze nie skończyliśmy.

Uśmiechnął się i nałożył płaszcz.

– Bajdurzenie pogrążonej w żalu siostrzyczki. Nic nie macie. Gdybyście jednak czegoś potrzebowali, kontaktujcie się przez mojego adwokata.

Wyjął wizytówkę z wewnętrznej kieszeni marynarki i rzucił ją na stół, po czym ruszył w stronę drzwi.

Zach stanął mu na drodze. Wyciągnął rękę.

– Dziękujemy, że zechciał się pan do nas pofatygować. Jesteśmy panu wdzięczni, a także przykro nam z powodu pańskiej straty.

Gerard zawahał się, nim przyjął wyciągniętą dłoń Zacha. Ten ścisnął ją i przytrzymał nieco zbyt długo, nie odrywając wzroku od Gerarda. Micki zauważyła, że Gerard wzdryga się zażenowany.

Nic jednak nie wskazywało na to, żeby się zorientował, że Zach, jak to mawiała, grzebie mu w głowie – dociera do jego myśli, widzi je i czuje.

Zach należał do Szóstki, tajnej komórki FBI. W jej ramach werbowano i szkolono osoby obdarzone zdolnościami parapsychicznymi, po czym kierowano je do pracy w jednostkach w wybranych miastach, gdzie pomagały w zwalczaniu przestępczości. O projekcie wiedziała garstka wtajemniczonych, nawet w agencji był to wąski krąg. Micki miała to „szczęście”, że wyciągnęła najkrótszą słomkę w swoim wydziale i została sparowana z Szóstką przydzieloną do policji w Nowym Orleanie.

Sztuczki Zacha często ją drażniły, ale nawet ona musiała przyznać, że jego zdolności się przydawały. Zwłaszcza w sytuacjach takich jak ta.

– Winda znajduje się po drugiej stronie korytarza – poinformował Zach Gerarda, puszczając jego rękę. – Trzeba wcisnąć zero.

Mężczyzna czym prędzej cofnął dłoń, a na jego policzkach wykwitły czerwone plamy złości.

– Wiem, jak się korzysta z windy.

Micki podeszła do Zacha i razem przyglądali się, jak drzwi windy zamykają się za Gerardem.

– Nie masz pojęcia, jak cholernie żałuję, że puszczamy tego typa wolno.

– Wiem doskonale, partnerko.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu, a skóra w kącikach jego niezwykłych niebieskich oczu zmarszczyła się. Micki uniosła brew.

– Czytasz mi w myślach, Hollywood?

– Mick, przecież wiesz, że bym się nie ośmielił.

Raz go na tym przyłapała i zapowiedziała, że jeśli się powtórzy, z partnerstwem koniec. Obiecał, że się powstrzyma, i na razie dotrzymywał słowa.

 

– Nie musiałem. Z twojej postawy jasno wynikało, co myślisz o panu Śliskim. Nie trzeba supermocy, żeby to zauważyć.

– Wyczułeś coś?

– Nie znalazłem potwierdzenia naszych przypuszczeń, a jedynie porażający brak reakcji. Żadnego żalu albo szoku, zero poczucia winy czy smutku. Nic poza zwykłą… ciekawością.

– Ciekawością? – powtórzyła. – W jakim sensie?

– Zobaczyłem go, jak stoi przy wannie i zwyczajnie się przygląda. Zafascynowała go krew, to, jak się rozchodziła w wodzie. A także bladość i chłód skóry Sary.

Micki dostała gęsiej skórki.

– Dotknął jej?

– Pogładził po dłoni. Raz. Delikatnie. Potem wyjął komórkę i zgłosił zdarzenie. Rzeczowo.

– Opisujesz myśli i reakcje człowieka o osobowości aspołecznej. Stawiam, że gość jest psychopatą. Zero empatii i wyrzutów sumienia. Żadnego poczucia osobistej odpowiedzialności.

Zach pokiwał głową.

– Typ wyrywający skrzydła motylom. Albo dopuszczający się gorszych, o wiele gorszych czynów.

– Pytanie, czy rzeczywiście zachęcił ją do tego, żeby się zabiła. Jeśli tak było i znajdziemy dowód, który to potwierdzi, będziemy mieli z czym pójść do prokuratora okręgowego.

Ruszyli do pokoju odpraw wydziału dochodzeniowo-śledczego. Komenda Ósmego Rejonu policji w Nowym Orleanie mieściła się w prawie dwustuletnim, od dawna pilnie wymagającym remontu budynku. Podobnie jak większość zabytkowych, tchnących specyficznym urokiem ruiny elementów krajobrazu miasta, siedzibę Ósemki kochało się albo się jej nienawidziło. Micki żywiła do niej zdecydowanie ciepłe uczucia.

– Zaczekaj, muszę zerknąć na swoje cudo – powiedziała i podeszła do okna wychodzącego na Bienville Street. Kiedy otwierała stare, wielkie okno, uchwyciła wzrok siedzącego na parapecie tłustego gołębia.

– Sio – poprosiła grzecznie, gdy nie ruszył się z miejsca. – No już! – Klasnęła w dłonie i dopiero wtedy odleciał. Spojrzała na ulicę, gdzie stało jej cudo: ciemnogranatowy chevrolet nova z 1971 roku z sześcioipółlitrowym silnikiem. Trzy miesiące wcześniej przestępca zabrał go na przejażdżkę, która zakończyła się kąpielą w Bayou St. John. Micki dopiero niedawno odebrała auto, któremu w warsztacie przywrócono dawną świetność.

Wóz przyciągnął uwagę podejrzanego typa w skórzanej kurtce i ciemnych okularach.

– O nie, nie – jęknęła Micki, kiedy facet podszedł do drzwi od strony kierowcy. Wystawiła głowę za okno. – Ej, ty! – krzyknęła. – Baranie w lustrzankach!

Mężczyzna zadarł głowę.

– Tak, do ciebie mówię! – Wychyliła się bardziej. – Odsuń się od auta albo zejdę i osobiście skopię ci dupę!

Odskoczył tak gwałtownie, że stracił równowagę. Kiedy Micki patrzyła, jak odzyskuje namiastkę zimnej krwi i czym prędzej się oddala, jej uwagę zwrócił inny mężczyzna. Szedł szybkim krokiem w przeciwnym kierunku. Wysoki, barczysty, o gęstych, siwych włosach.

Jej serce na moment stanęło, po czym zaczęło bić jak oszalałe. Hank. To przecież Hank.

Micki wychyliła się jeszcze bardziej i zawołała go po imieniu. Nie usłyszał, stanęła więc na palcach i przechyliła się przez parapet. Kawałek ozdobionej sztukaterią cegły odłamał się pod jej ciężarem. Poczuła, że się niebezpiecznie wygina.

– Hola, Mick! – Zach chwycił ją za rękę i odciągnął od okna. – Życie ci zbrzydło?

Micki spojrzała na niego zdumiona. Dotarło do niej, że cała się trzęsie. Jak mogła pomyśleć, że to Hank? Jej przyjaciel i mentor nie żył przecież od sześciu lat.

Zach miał zatroskaną minę.

– Dobrze się czujesz? – spytał. – Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha.

– Nic mi nie jest. Dzięki.

Ściągnął brwi i zamknął okno.

– Zaczęłaś wołać Hanka. Chyba nie tego Hanka?

Micki łypnęła na okno. Gołąb wrócił na miejsce. Miała wrażenie, że śmieje się z niej.

Pomyślała, że traci zmysły.

– No tak… – Pokręciła głową. – Ktoś na ulicy… wyglądał jak Hank i chyba na chwilę zapomniałam, że… jego już nie ma.

– Nie przejmuj się. – Posłał jej uśmiech. – Mnie się wydawało, że widzę matkę, mimo że wtedy jej nawet nie znałem.

Roześmiała się.

– Ty to potrafisz dodać otuchy…

– Angel wspominała, że czasami w środku nocy wykrzykujesz jego imię przez sen.

– Ci młodzi – bąknęła. – Cholerne wampiry, nigdy nie śpią.

– Mick, kiedy wreszcie mi zaufasz?

– Przecież ufam.

Kłamstwo, o czym oboje dobrze wiedzieli. Darzyła go ograniczonym zaufaniem, które nie obejmowało najskrytszych tajemnic – tymi nigdy się nie dzieliła.

– Co chcesz zrobić w sprawie Gerarda?

– Pana Śliskiego? Postarajmy się o pozwolenie na zinfiltrowanie jego telefonu i poczty.

Rozdział drugi

Sobota, 10 lutego

Godzina 22:35

Micki obudziła się tak gwałtownie, że oparcie starego, wytartego fotela, w którym zasnęła, wyprostowało się razem z nią. Zdezorientowana, dopiero po chwili uświadomiła sobie, gdzie jest – i że dzwoni telefon.

Wygrzebała aparat i przyłożyła do ucha.

– Dare.

– Cześć, Mick. To ja.

– Zach. – Potrząsnęła głową, żeby pozbyć się resztek snu. – Która godzina?

– Jakieś wpół do jedenastej. Spałaś?

Odsunęła włosy z twarzy. Śniło jej się, że widzi Hanka na ulicy. Tyle że tym razem to naprawdę był on. Gorzej, że się nie odwrócił, choć wołała jego imię najgłośniej, jak potrafiła.

– Można tak powiedzieć. – Zsunęła się z fotela – Hankowego fotela – i rozprostowała nogi mimo protestu mięśni. – Co jest?

– Włącz telewizor. Lokalne wiadomości. Na którymkolwiek kanale.

Znalazła pilota i nacisnęła guzik. NBC, kanał szósty. Zamieszanie w centrum miasta. Na otwarciu 2 River, hotelu i apartamentowca w jednym. Mnóstwo ludzi, wielu elegancko ubranych, niektórzy zalani łzami, inni z otwartymi ustami, wpatrzeni tępo przed siebie. Syreny, niebiesko-czerwone światła kogutów.

– Co, do jasnej… – Urwała, gdy zobaczyła informację na przewijającym się u dołu ekranu pasku.

Śmiertelny skok dewelopera Thomasa Kinga.

– Ja pierdzielę… – bąknęła. – Co się stało?

– Trwa przyjęcie. King udaje się do apartamentu na dwudziestym piętrze, ponoć po coś, czego zapomniał zabrać. Kilka chwil później zmienia się w naleśnik na tarasie na tyłach budynku.

Tego samego ranka King wystąpił w telewizji śniadaniowej, wychwalając jedzenie w Thirty-Two, restauracji na najwyższym piętrze wieży. Pysznił się, że nawet naleśniki będą tam najlepsze w swojej klasie. „Proszę mi wierzyć”, powiedział. „Obłędnie bezbłędne”.

Micki zrobiło się niedobrze na samą myśl. Skupiła się na faktach.

– Skoczył sam czy ktoś mu pomógł?

– Nie wiem – odparł Zach. – Chyba czekają na to, co powiemy.

Czytaj: co Zach powie. To on był superbohaterem, a ona jego wymachującym bronią, gderliwie upierdliwym pomagierem.

– Chcą nam dać tę sprawę. Lada moment powinni się do ciebie odezwać.

Jak na zawołanie telefon zaczął pikać, sygnalizując drugie połączenie.

– Już się odzywają – powiedziała. – Zaraz, zaraz. W jaki sposób dowiedziałeś się przede mną?

– P.

Parker. No tak, pomyślała. Wtyczka Zacha w FBI – a przy okazji jego wuj. Lecz to zupełnie inna para kaloszy.

– Będę za dwadzieścia minut – rzuciła i odebrała drugi telefon.

Rozdział trzeci

Godzina 23:20

Micki od razu namierzyła Zacha. Wysoki blondyn, niepokojące połączenie Chrisa Pratta z Matthew McConaugheyem. Nie pasował tego chaosu, bardziej przypominał surfera niż gliniarza.

Zobaczył ją, uniósł dłoń w geście powitania i wskazał palcem miejsce parkingowe, które dla niej zaklepał między dwoma nieoznakowanymi radiowozami. A potem posłał jej uśmiech, który stopił niejedno serce. Również w niej trącał właściwą strunę, ale wiedziała, że za nic w świecie nie powie o tym Zachowi.

Wokół miejsca, w którym wylądował King, zebrał się tłum jak na Mardi Gras. I tak jak podczas święta atmosfera łączyła elementy zabawy i niecierpliwego oczekiwania.

Micki wsunęła się chevroletem między krzywo zaparkowane auta; jej cudo zasługiwało na więcej przestrzeni, ale cóż, tak to jest, gdy człowiek przyjeżdża na imprezę jako ostatni.

Kiedy wysiadła, tłum zawył. Rozległy się brawa. Jakby była celebrytką na czerwonym dywanie. Typowy Nowy Orlean – każda okazja jest dobra, żeby poszumieć.

Laissez les bon temps rouler, baby.

– Hej! – zawołała do jednego z policjantów pilnujących miejsca zdarzenia. Kiedy spojrzał w jej stronę, wskazała chevroleta i powiedziała: – To moje cudo. Niech no tylko który rozleje na nie drinka, a nie ręczę za siebie. Jasne?

Funkcjonariusz zrobił minę świadczącą o tym, jak bardzo się przejął, na co Zach zarechotał i dogonił Micki.

– Biedaczyna nie wie, co go czeka.

Posłała mu pytające spojrzenie.

– Że co?

– Klasyczna zagrywka Wściekłego Psa Dare: nie brać żadnych jeńców.

– Cel uświęca środki, Hollywood. Wszystko, byle się trzymali z dala od mojego wozu.

Nie zamierzał się z nią sprzeczać. Micki podniosła głowę i zmierzyła wzrokiem 2 River. Dokonana przez Kinga przebudowa oryginalnej siedziby nowoorleańskiego centrum handlowego połączyła współczesną wrażliwość architektoniczną z postmodernistycznym urokiem starego budynku; rezultat robił ogromne wrażenie.

Trzydzieści dwa piętra czystego luksusu. Na samej górze obrotowa restauracja i bar; dwa piętra niżej – taras widokowy; na parterze – kolejna restauracja, kawiarnia i klub jazzowy.

– Słyszałem, że ceny apartamentów zaczynają się od półtora miliona dolarów – szepnął Zach.

Przeszli pod taśmą policyjną. Młody policjant odpowiedzialny za miejsce zdarzenia sprawdził tożsamość obojga i poprosił o wpisanie się do rejestru.

– Gdzie ofiara? – spytała Micki, składając autograf.

Policjant się skrzywił.

– A gdzie jej nie ma?

Przed oczami stanął jej Wiluś E. Kojot, którego kolejny szczwany plan dorwania Strusia Pędziwiatra spalił na panewce; zwykle wtedy Wiluś spadał z wysoka.

I… plask!

W prawdziwym życiu nie wygląda to bynajmniej zabawnie. Nie każdy powinien oglądać takie rzeczy. Niestety, brzydkie widoki stanowią chleb powszechni w pracy policjanta. A ten zapowiadał się na brzydki do kwadratu.

Funkcjonariusz zerknął do rejestru, a potem przeniósł spojrzenie na Zacha.

– Hollywood Harris, prawda?

Znowu to samo, pomyślała Micki. Obowiązkowy zachwyt fanboya.

– Jedyny i niepowtarzalny – odparł Zach, udając, że nie widzi, jak Micki przewraca oczami. Wyciągnął rękę i posłał chłopakowi jeden ze swoich promiennych, rozbrajających uśmiechów. – Miło mi poznać…

– Ray Jones – pospieszył policjant, ujmując dłoń Zacha i entuzjastycznie nią potrząsając. – Jestem pana wielkim fanem, detektywie Harris. To dla mnie ogromny zaszczyt, naprawdę. Jak pan rozwiązał sprawę tamtych naruszeń miru… po prostu…

– Poezja? – podsunęła Micki.

Chłopak nie wychwycił sarkazmu. Uśmiechnął się od ucha do ucha i jeszcze energiczniej potrząsnął dłonią Zacha.

– Właśnie tak. Czysta poezja.

– Serdecznie dziękuję – odparł Zach. – Ale nie zdołałbym tego zrobić, gdyby nie nieoceniona pomoc detektyw Dare.

Szkoda, że nie dodał: tego wiernego, twardego jak skała, gderliwego pomagiera. Niedobrze się robi. Postanowiła zawrócić żółtodzioba na właściwe tory.

– Którędy do ofiary?

– A, ofiara. – Jones wyglądał na zmieszanego. – Weźcie rękawiczki i ochraniacze na buty. Oświetlonym chodnikiem dotrzecie na tył budynku.

– Miły gość – przyznał Zach. – Potrafi docenić talent.

Micki prychnęła. Do jednej kieszeni schowała rękawiczki, do drugiej ochraniacze.

– Chyba za bardzo zaczyna ci się to podobać.

– Zazdrosna?

– Ani trochę, partnerze. Po prostu trzeźwo patrzę na świat.

Poszli chodnikiem na tyły budynku, znajdujące się od strony rzeki. Gdy skręcili za róg i przeszli za barierkę, poziom hałasu z ulicy znacznie się obniżył. Na rzece jakiś człowiek w ciszy przemieszczał barkę. Teren odgrodzono. Za taśmą znajdowała się garstka funkcjonariuszy, w tym komendant Howard i major Nichols.

Micki rozejrzała się. Kaskady eleganckich, przyciągających tarasów; oświetlenie ogrodowe i nitki migających drobnych białych światełek – mały raj na ziemi.

 

Technicy nie zdążyli jeszcze rozstawić własnego oświetlenia, toteż nie mogła być pewna, ale przypuszczała, że niepasujący tu ciemny kształt na najniższym z tarasów to szczątki nieszczęsnego pana Kinga.

To tyle, jeśli chodzi o rajski klimat…

Zerknęła na Zacha. Stał bez ruchu z odchyloną głową, jakby nasłuchiwał; wiedziała, że usiłuje wchłonąć moment upadku Kinga. A właściwie nie tyle moment, ile towarzyszącą mu energię mentalną. A wraz z nią być może odpowiedzi na pytania, które na pewno się pojawią.

Kolejny z jego darów. W porównaniu z tym jej stara, dobra policyjna robota wydawała się cokolwiek nudna.

Dotknęła ramienia Zacha. Nie przerwał skupienia, by na nią spojrzeć, ale też nie oczekiwała, że to zrobi.

– Czyń swoją magię, partnerze. Ja pogadam z przełożonymi.

Podeszła do komendanta i majora, a Zach ruszył w przeciwnym kierunku.

– Dzięki Bogu, że przyjechaliście z Harrisem – odezwał się Howard. – Mamy niezły bajzel.

Chyba dotarło do niego, jak to zabrzmiało w kontekście widoku czekającego na nich na tarasie, dlatego najpierw się skrzywił, a potem machnął ręką w kierunku Zacha.

– Zakładam, że on… – przerwał, szukając właściwego słowa, ale skapitulował – robi swoje?

„Robi swoje”. Adekwatny eufemizm na określenie tego, czego komendant w żaden sposób nie potrafił opisać, ale co, jak mu się wydawało, rozumie. „Robi swoje” – naprawdę dobrze powiedziane; wszystko i zarazem nic niemówiące.

Ani komendant, ani nawet agenci FBI nie wiedzieli, że Zach jest czymś znacznie więcej niż tylko Szóstką: Pół Blaskiem, niepełnym Strażnikiem Światła, członkiem starożytnej rasy wysłanej na Ziemię do walki z siłami ciemności.

Oswojenie się z tą myślą zajęło Micki naprawdę sporo czasu. Jednak uwierzyła, a nawet – niech Bóg ma ją w opiece – zgodziła się przyłączyć do sprawy.

Jak na ironię, poznając tajemnicę Zacha, dowiedziała się, że sama też nosi w sobie cząstkę Strażnika Światła. Niestety, zbyt małą, by dzięki niej zyskała jakieś fajne, superbohaterskie zdolności.

– Tak jest, szefie – odparła. – Proszę powiedzieć, co się udało ustalić do tej pory.

– Na tym etapie wygląda to na samobójstwo – wtrącił major.

Micki wyobraziła sobie opalonego fanfarona o niemal gwiazdorskim statusie, którego kojarzyła z mediów, i pokręciła głową.

– Nie byłoby to moje pierwsze przypuszczenie.

Howard przesunął dłonią po rzednących włosach – nietypowy gest tego zwykle opanowanego człowieka.

– Zanim to się stało, King brylował w sali balowej.

– W jakim był nastroju?

– Jowialnym. Optymistycznym. Wiem, bo sam z nim rozmawiałem. – Machnął ręką w kierunku budynku. – Jak mogło być inaczej?

No właśnie.

– Cóż więc się stało?

– Jego żona powiedziała, że chciał coś przynieść z apartamentu na górze. Zaproponowała, że może ona pójdzie, ale uparł się sam to zrobić.

– O co chodziło?

– Nie wiadomo. Nie powiedział.

Micki ściągnęła brwi. Spojrzała na komendanta, potem na majora.

– Środek przyjęcia, ważna impreza, gospodarz oznajmia żonie, że „czegoś” zapomniał i musi po to pójść, a ona nawet nie pyta, o co chodzi?

– Może dobrze się bawiła i uznała, że to nic takiego? A może King miał w zwyczaju tak robić? – Wzruszył ramionami. – Kto wie?

– Jakiś list pożegnalny?

Komendant pokręcił głową.

– Funkcjonariusze niczego takiego nie znaleźli.

Spojrzała na niego zaskoczona.

– Nie obejrzał pan miejsca zdarzenia?

– Nie. Uznałem, że będzie lepiej, jeśli pomogę utrzymać spokój w sali balowej.

– Jesteśmy pewni, że był sam?

– Na razie niczego nie jesteśmy pewni. Kiedy przyjechali funkcjonariusze, drzwi do mieszkania były zamknięte; mają automatyczny zamek.

– Co z żoną Kinga?

– Przez cały czas przebywała na dole. Była – odchrząknął – jednym ze świadków.

– Świadków?

– Upadku. Moja żona… – Przerwał z bezradnością w głosie. – Moja żona też tam była.

Micki zerknęła na budynek. W sali balowej na pewno zamontowano wielkie okna, żeby wyeksponować roztaczający się za nimi niezwykły widok.

– Chce pan powiedzieć, że pańska żona i pani King widziały, jak…

– Owszem, razem z dwoma tuzinami innych osób.

To tłumaczyło nietypowy dla komendanta pokaz emocji.

– Dziękuję za zaufanie, szefie. Nie zawiedziemy pana.

Odpowiedział skinieniem głową. W jednej chwili jego twarz odzyskała dawny, zasadniczy wygląd. Przeniósł spojrzenie z Micki na Nicholsa.

– Chcę, żeby pan nadzorował sprawę. Proszę dać Harrisowi wszystko, czego będzie potrzebował. Prasa prędzej czy później będzie się domagała wyjaśnień. Proszę o raporty co godzinę. Zrozumiano?

– Tak jest – odpowiedzieli jednym głosem Micki i major.

Kiedy komendant odszedł, Micki zwróciła się do przełożonego:

– Niech nikt nie wchodzi do apartamentu Kinga, zanim Harris go nie przebada.

– Zajmę się tym.

Ruszyła w stronę tarasu, oświetlonego specjalną sześciusetwatową lampą, ale nagle zatrzymała się i obejrzała. – Będziemy musieli porozmawiać z zarządem budynku i ochroną. Niech się nigdzie nie ruszają. Jedni i drudzy mieli dostęp do mieszkania Kinga.

Przyznał jej rację.

– Wie pan, czy Kingowie mieli dzieci? – dodała.

– Nie mam pojęcia – odparł. – Ale jeśli tak, dopilnuję, żeby były do waszej dyspozycji. Tak samo pozostali członkowie rodziny.

– Świetnie. – Zaczęła się oddalać, ale jeszcze raz zatrzymała się i obejrzała. – Aha, i potrzebuję nagrań z kamery w windzie i w korytarzu na dwudziestym piętrze.

Po czym poszła, żeby obejrzeć to, co zostało z Thomasa Kinga.