Joga

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis rozdziałów

Karta redakcyjna

Motto

I. ZAGRODA

Przyjazd

Kwestionariusz

Inni

Teleportacja do Tiruvannamalai

Mój pokój

Korea Północna?

Zafu w Bretanii

Tai chi „Na Górze”

To skomplikowane

To proste

Medytowanie na rauszu

Wybawiony z tarapatów?

Cielęta, krowy, świnie

Rzeczy takie, jakie są

Krowia górka

Czego oczekujemy?

Czwarta strona okładki

Przemowa powitalna

Granie w tę grę

Głębia strategiczna

Gong

Hangar

Pozycja

Regulamin zajęć praktycznych

Głos

Inhale, exhale

Bardo

Uważność

Przyjaźń nozdrzy

Bracia Wnątrz

Wydech

Patańdźali w Café de l’Église

Yogas citta vritti nirodha

Vritti

Spacer

Najdłuższa droga między dwoma punktami

Forma

Tai chi w metrze

Ręce jak chmury

Szybko i powoli

Ale jednocześnie

Cofnij stopy do przodu!

Głos francuskiego tłumacza

Przemowa wieczorna

Wiercę się

Nie ma ludzi nadzwyczajnych

Przytulanie drzew

Ujarzmić bawoły

Gzić się w lesie

Zła droga

Płacz

Pod figowcem

Jest nam dobrze

Wielka zasada naprzemienności

Oba są prawdziwe

Na nasypie

Words, words, words...

William Hurt

Złodziej

Wilk

II. TYSIĄC OSIEMSET DWADZIEŚCIA PIĘĆ DNI

„Doszło w naszym kraju do dramatycznych wydarzeń”

Noc w górach Morvan

Hélène i Bernard

Siła wyższa

Ajurwedycy

Płaszcz rosyjskiego alfonsa

Jestem w kłopocie

Niezbyt przyjemna przypowieść o ascecie Sangamajim

„Cycki! Cycki!”

III. OPOWIEŚĆ O MOIM SZALEŃSTWIE

Sekretny pokój

Miejsce, w którym się nie kłamie

Tachypsychia

Typu drugiego

Joga dla dwubiegunowych

„A rankiem wilk ją zjadł”

Rozdzielone bliźnięta

Artykuł Wyatta Masona

Zamurowany chłopczyk

Ostatnia rada, jaką dał mi François Roustang

Koran z krwi

Pacjent w chwili przyjęcia

Protokół

„Pani brat wyraził prośbę o eutanazję. Co robimy?”

Oddział zamknięty

Zaczarowany ogród

Zgubiony pokój

„Ciągle trwam w nieumieraniu”

Plakat wystawy Dufy’ego

ECT

Narastające zaburzenia pamięci

Uczę się wierszy

„Odpowiednia efektywność krótkotrwała...”

 

„... i szybkie nawroty”

IV. CHŁOPCY

Frederica

W Pikpie

„The night before I left”

Michael Haneke

Moje zdjęcie profilowe

Toksyczna medytacja

Puste szafki

„A subtle flavour of asshole”

Polonez Heroiczny

Na dwa spusty

Opowiadanie George’a Langelaana

Joga molekularna

Samsung galaxy

Cień

Atiq podróżuje

Niedobra drzemka

Kotielnicz

Doświadczenie odejścia i straty

Szybko i powoli

Królewska zabawa

Molenbeek

Molo

Martha

To, co po lewej stronie

Martwa odnoga życia

Z lotu ptaka

Najstarszy rezydent placówki

Hamid naucza

Trzydzieści lat na marne?

Stare dobre psy

Sikanie i sranie

V. CIĄGLE TRWAM W NIEUMIERANIU

Paul w Guadalajarze

„Najważniejszy gest w twoim życiu”

O tym, jak błyszczały jego oczy

Dziesięcioma palcami

„Ja nie piszę, przyjaciele – ja wykonuję ćwiczenia z maszynopisania”

„All work and no play make Jack a dull boy”

Niedźwiedź

Przez chwilę posiedzieć w milczeniu

Odrobina soli

Terminal

Cytat

„Nikt nie mógłby mi zaufać i ja nie mógłbym zaufać nikomu”

Grzeczna woda

Przypisy

Tytuł oryginału: Yoga

Opieka redakcyjna: ANDRZEJ STAŃCZYK

Redakcja: MARIA ROLA

Korekta: ANNA RUDNICKA, JUSTYNA TECHMAŃSKA, MAŁGORZATA WÓJCIK

Projekt okładki i stron tytułowych: ANNA POL-PAWROWSKA

Ilustracja na okładce: © duncan1890/DigitalVision Vectors/Getty Images

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Emmanuel Carrère and P.O.L éditeur, 2020

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2021

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07289-9

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Gdy pozwolicie powstać tamtemu, co jest w was,

wtedy to, co macie, uratuje was.

Jeśli nie istnieje tamto, co jest w was,

wtedy to, czego nie macie w sobie, uśmierci was.

Ewangelia według św. Tomasza Apostoła (apokryf)

I

ZAGRODA

.

Przyjazd

Skoro trzeba gdzieś zacząć opowieść o tych czterech latach, w ciągu których próbowałem napisać pogodną i subtelną książeczkę o jodze, starłem się z rzeczami tak mało pogodnymi i mało subtelnymi, jak terroryzm dżihadystyczny i kryzys migracyjny, pogrążyłem się w tak ciężkiej depresji melancholicznej, że zamknięto mnie na cztery miesiące w Szpitalu Świętej Anny, wreszcie – straciłem swojego wydawcę, który po raz pierwszy od trzydziestu pięciu lat nie przeczyta napisanej przeze mnie książki; skoro trzeba gdzieś zacząć, wybieram styczeń dwa tysiące piętnastego roku, kiedy to, domykając walizkę, zastanawiałem się, czy wziąć telefon, który i tak tam, dokąd jadę, będę musiał oddać, czy też lepiej zostawić go w domu. Wybrałem opcję radykalną i zaraz po wyjściu z naszej kamienicy poczułem ekscytację, że znalazłem się poza zasięgiem. Robiąc kolejny krok w bok, wsiadłem do pociągu na dworcu Bercy, satelicie Gare de Lyon, skromnym i już małomiasteczkowym, obsługującym francuską prowincję. Przestarzałe wagony, przedziały w dawnym stylu, sześć miejsc w pierwszej klasie, osiem w drugiej, brązy i grynszpany, przywodzące na myśl pociągi z odległego dzieciństwa w latach sześćdziesiątych. Szeregowcy spali wyciągnięci na siedzeniach, bo chyba nikt im nie powiedział, że nie ma już czegoś takiego jak zasadnicza służba wojskowa. Jedyna pasażerka jadąca ze mną w przedziale siedziała odwrócona w kierunku zakurzonej szyby i patrzyła na przesuwające się w szarej mżawce otagowane budynki przy wyjeździe z Paryża, a potem na jego wschodnich przedmieściach. Była to młoda kobieta o wyglądzie i w stroju pieszej turystki; miała ze sobą olbrzymi plecak. Zastanawiałem się, czy jedzie wędrować po górach Morvan, jak to zdarzało się dawniej i mnie, gdy wyruszałem z Vézelay przy wcale nie lepszej pogodzie, albo czy – kto wie? – udaje się w to samo miejsce co ja. Rozmyślnie nie wziąłem ze sobą książki i przez całą drogę – półtorej godziny – pozwalałem wzrokowi i myślom błądzić w czymś w rodzaju spokojnej niecierpliwości. Nie wiedząc dokładnie, czego się spodziewać, spodziewałem się wiele po tych dziesięciu dniach, które miałem spędzić w odcięciu od świata, nieosiągalny i nieuchwytny. Obserwowałem swoje czekanie, obserwowałem spokojną niecierpliwość. Było to interesujące. Gdy pociąg zatrzymał się w Laroche-Migennes, młoda kobieta z wielkim plecakiem wysiadła w tym samym momencie, co ja, i jak ja, jak dwadzieścia innych osób, skierowała się w stronę parkingu, skąd miał nas zabrać autokar. Czekaliśmy w milczeniu, nikt nikogo nie znał. Każdy przyglądał się towarzyszom, zastanawiając się, czy wyglądają na normalnych. Powiedziałbym, że tak, raczej tak. Gdy przyjechał autokar, niektórzy usiedli parami, ja – sam, ale tuż przed odjazdem wsiadła kobieta koło pięćdziesiątki, o pięknej, poważnej, kanciastej twarzy, i zajęła miejsce obok mnie. Pozdrowiła mnie krótko półgłosem, następnie zamknęła oczy, dając mi pozbawiony niechęci sygnał, że nie ma ochoty zaczynać rozmowy. Nikt się nie odzywał. Autokar szybko opuścił miasto i jechał po bardzo wąskich drogach, mijając osady, w których wszystko było zamknięte, nawet okiennice. Po półgodzinie znalazł się na ubitej drodze obsadzonej dębami i zatrzymał na żwirowanym placyku przed niską gospodarczą zabudową. Wysiedliśmy i wzięliśmy bagaże, a potem weszliśmy do budynku osobnymi drzwiami: jedne były dla mężczyzn, a drugie dla kobiet. My, mężczyźni, znaleźliśmy się w dużej sali, urządzonej jak szkolna stołówka, oświetlonej jarzeniówkami, o ścianach pomalowanych na bladą żółcień i ozdobionych plakacikami, na których wykaligrafowano buddyjskie sentencje. Były wśród nas nowe twarze, osoby, które nie jechały autokarem i zapewne dotarły tu samochodami. Za stołem z laminatu siedział młodzieniec o otwartym, sympatycznym obliczu, ubrany w koszulkę z krótkim rękawem, choć wszyscy inni byli w swetrach lub w polarach, i przyjmował kolejno nowo przybyłych. Przed podejściem do niego należało wypełnić kwestionariusz.

Kwestionariusz

Wziąłem stołówkową szklankę, nalałem sobie herbaty z dużego cynowego samowara i usiadłem nad kwestionariuszem. Cztery zadrukowane obustronnie kartki. Pierwsze pytania nie wymagały długiego namysłu: stan cywilny, osoby, które należy poinformować w nagłych przypadkach, problemy zdrowotne, przyjmowane leki. Napisałem, że jestem zdrowy, ale kilka razy cierpiałem na depresję. Następnie proszono nas, byśmy napisali: 1) skąd wiemy o vipassanie; 2) jakie mamy doświadczenie w medytacji; 3) w jakim momencie życia się znajdujemy; 4) czego oczekujemy po tej sesji. Miejsca na odpowiedź nie przekraczały jednej trzeciej strony; pomyślałem, że gdybym chciał poważnie zająć się choćby drugim pytaniem, musiałbym napisać książkę, i po to właśnie, by tę książkę napisać, przyjechałem tutaj – ale o tym nie miałem zamiaru informować. Powściągliwie ograniczyłem się do napisania, że praktykuję medytację od około dwudziestu lat, że było to przez długi czas związane z ćwiczeniem tai chi chuan (i uściśliłem w nawiasie „mała cyrkulacja”, by dać do zrozumienia, że nie jestem tak całkiem początkujący), a obecnie z praktyką jogi. Jednak stosowałem ją nieregularnie i miałem nadzieję, że bardziej się w niej umocnię; był to powód, dla którego zapisałem się na intensywną sesję. Co do „momentu życia, w jakim się znajdowałem”, prawda jest taka, że był to dobry moment, niezwykle sprzyjający cykl, który trwał już blisko dekadę. Było wręcz zadziwiające, że po tylu latach, kiedy to za każdym razem odpowiedziałbym, że mam się źle, bardzo źle, i że moment życia, w jakim się znajduję, jest wyjątkowo fatalny, teraz mogłem, nie kłamiąc, a nawet umniejszając nieco swój szczęśliwy los, odpowiedzieć, że naprawdę jest dobrze, że dawno nie przeżyłem epizodu depresyjnego, że nie mam kłopotów – ani sercowych, ani rodzinnych, ani zawodowych, ani materialnych – a moim jedynym prawdziwym problemem, bo owszem, jest to problem, lecz dotyczący bogaczy, stanowi nadmiernie wybujałe despotyczne ego, którego panowanie miałem nadzieję ograniczyć, a medytacja właśnie temu służy.

Inni

Wokół mnie jest trzydziestu mężczyzn, to w ich towarzystwie będę siedział i milczał przez dziesięć dni. Przyglądam się im dyskretnie. Zastanawiam się, który spośród nich przeżywa kryzys. Który, tak jak ja, ma rodzinę. Który jest sam, opuszczony, biedny, nieszczęśliwy. Który jest mięczakiem, a który twardzielem. Który mógłby w upojeniu milczeniem stracić grunt. Przedział wiekowy jest spory, od dwudziestu do, powiedziałbym, siedemdziesięciu lat. Przekrój społeczny również jest zróżnicowany. Kilka łatwych do zidentyfikowania typów: nauczyciel liceum, amator biwaków, wegetarianin, przyjaciel wschodnich mistyków, młodziak w dredach i peruwiańskiej czapce, jeden z tych, których można spotkać wśród aktywistów No Border w Calais, gdzie niedawno robiłem reportaż, fizjoterapeuta lub kręgarz, adept sztuk walki i inni, którzy równie dobrze mogliby być skrzypkami, jak kasjerami na dworcu. Krótko mówiąc, rodzaj dość wymieszanej klienteli, spotykanej zarówno w dojo, jak i w schroniskach znaczących drogę do Santiago de Compostela. „Szlachetna Cisza”, jak to nazywają, jeszcze nie zaczęła obowiązywać, można gawędzić; przysłuchuję się rozmowom grupek, które tworzą się, gdy zapada bardzo wczesna noc, bardzo ciemna, za zaparowanymi szybami małych okien. Wszyscy rozmawiają o tym, co czeka nas jutro rano. Powraca jedno pytanie: To twój pierwszy raz? Połowa to, rzekłbym, neofici, a połowa weterani. Ci pierwsi są zaciekawieni, podekscytowani, zaniepokojeni, ci drudzy opromienieni nimbem doświadczenia, a wśród nich jest niziutki facecik, który przypomina mi kogoś, lecz nie wiem kogo, i na którego w swojej zawziętości natychmiast zaginam parol: spiczasta bródka, żakardowy sweter z przewagą bordo i odgrywanie z męczącą zarozumiałością roli uśmiechniętego i łagodnego mędrca obficie rzucającego uwagi na temat linii czakr i dobrodziejstw odpuszczania sobie.

 

Teleportacja do Tiruvannamalai

Po raz pierwszy usłyszałem o vipassanie w Indiach wiosną dwa tysiące jedenastego roku. Aby dokończyć książkę, wynająłem dom w Puducherry, gdzie spędziłem dwa miesiące, nie rozmawiając prawie z nikim. Moje uregulowane jak w zegarku dni zaczynały się od lektury „The Times of India” w jedynej według mojej wiedzy kawiarni, w której podawano espresso. Później wracałem w zamyśleniu wśród kolonialnych obłuszczonych kamienic ulicami, które krzyżują się pod kątem prostym i noszą nazwy takie jak avenue Aristide-Briand, rue Pierre-Loti czy boulevard Maréchal-Foch, i siadałem do pracy nad rosyjską powieścią przygodową Limonow. Kładłem się bardzo wcześnie, w porze, w której niezliczone bezpańskie psy z Puducherry zaczynały koncert ujadania – nauczyłem się nawet rozróżniać kilka głosów – i również wcześnie wstawałem, budzony o brzasku przez skrzeki gekonów. Ta domowa rutyna, bez zwiedzania muzeów czy zabytków, bez turystycznego przymusu, to mój ideał pobytu za granicą. Mimo to raz jeden wybrałem się do Tiruvannamalai, miejsca świętego dla indyjskiej duchowości, ponieważ to właśnie tam żył i nauczał wielki mistyk Ramana Maharishi i to tam nadal znajduje się jego aśrama. Święte miejsce zrobiło na mnie bardzo złe wrażenie: targowisko różnorakich guru i warsztatów duchowych, przyciągających stada podrabianych zachodnich ascetów, wychudzonych, wynędzniałych, brudnych, emanujących pretensjonalnością i cierpiętnictwem – i właśnie o tym myślę zawsze, gdy adepci jogi mówią mi o odosobnieniach w Indiach, gdzie mają nadzieję dostąpić uświęconego nauczania wielkich mistrzów. Tiruvannamalai oraz Rishikesh, uznawany za kolebkę jogi, to moim zdaniem dwa miejsca na świecie, w których mamy najmniej szans na dostąpienie nauki wielkiego mistrza, równie mało, jak na natknięcie się na prawdziwego malarza na place du Tertre w Paryżu. Bertrand i Sandra, jedyne osoby, z jakimi zaprzyjaźniłem się w Puducherry, skierowali mnie do żyjącego tam Francuza. Ubrany w liliową szatę Francuz miał na imię Didier, ale kazał na siebie mówić Bismillah. Gdy wypytałem go o jego duchową drogę, Bismillah zwierzył mi się, że ważnym dla niego etapem był kurs vipassany: dziesięć dni intensywnej medytacji, robiącej, jak to określił, generalne porządki w głowie. Ponieważ praktykowałem medytację na niewielką skalę i z założenia nie byłem wrogiem generalnych porządków w głowie, miałem ochotę dowiedzieć się więcej. Mój zapał nieco jednak ostygł, gdy usłyszałem, że Bismillah w ramach kolejnego etapu swojej duchowej drogi znalazł się w Tiruvannamalai skuszony perspektywą warsztatów teleportacji (które, jak przyznał, zawiodły go). To dało mi do myślenia. Teleportacja polega na momentalnym przenoszeniu się z jednego miejsca w drugie wyłącznie siłą umysłu. Znikamy w Madrasie i chwilę później pojawiamy się w Bombaju. Jego wariantem jest bilokacja: znajdujemy się w dwóch miejscach n a r a z. Wiele tradycji przypisuje takie wyczyny tylko wybranym, największym świętym, na przykład Józefowi z Kupertynu, ale władze kościelne podchodzą do tematu ostrożnie, nie mówiąc już o naukowcach. Zastanawiałem się, czy facet, który ma nadzieję na przeżycie takiego doświadczenia, wysyła mejlowo zgłoszenie na otwarte dla wszystkich warsztaty trochę tak, jakby zapisując się na jednodniowy kurs nurkowania, miał nadzieję, że zobaczy diabły morskie, daje dowód wzorcowej otwartości umysłu, czy też – by łyknąć taką bzdurę, a po wszystkim mówić o rozczarowaniu – jest trochę kretynem.

Mój pokój

Niepokoi mnie kwestia zakwaterowania. Są pokoje jednoosobowe i dormitoria, oczywiście więc wolałbym pokój jednoosobowy, ale przypuszczam, że wszyscy taki wolą, i nie mam sposobu, by ustalić, czy potrzebuję go bardziej niż ktokolwiek inny. W normalnych okolicznościach sprawę załatwiłyby pieniądze: najlepsze miejsca przypadłyby najbogatszym i nie musiałbym się martwić. Ale tu jesteśmy goszczeni bezpłatnie. Nauki, nocleg, wyżywienie, wszystko jest za darmo. Zasugerowano nam tylko, by na koniec zostawić datek, wedle swoich możliwości i tak, by inni uczestnicy nie poznali sumy. Musi być jakieś inne kryterium. Może zależy to od kolejności przybycia? Może rządzi tym przypadek? A może losują? Oddając wypełniony kwestionariusz sympatycznemu młodzieńcowi, który odgrywa rolę hotelarza, zadaję mu to pytanie z porozumiewawczym uśmieszkiem mającym wyrażać rozbawione zaciekawienie, na wypadek gdyby – choć uważam, że to raczej niemożliwe – zależało to tylko od jego dobrej woli. On odpowiada mi, również z uśmiechem, że nie, nie losują: miejsca przyznawane są według wieku, a pokoje jednoosobowe przypadają najstarszym. Nie mam zatem czym się martwić. Sympatyczny młodzieniec daje mi klucz, z którym wychodzę do mokrego ogrodu rozciągającego się na tyłach głównego budynku. Po lewej stoi duży hangar, w którym przez najbliższe dziesięć dni będziemy spędzać po dziesięć godzin dziennie, po prawej trzy rzędy bungalowów z prefabrykatów. Mój znajduje się w pierwszym z nich. Dziesięć metrów kwadratowych, linoleum na podłodze, pojedyncze łóżko, pod łóżkiem plastikowy pojemnik z kompletem pościeli, kołdrą i poduszką, prysznic, umywalka i toaleta, mała szafka – niezbędne, idealnie czyste minimum. I porządnie ogrzewane, co ma znaczenie zimą w Morvan. Jedynym źródłem światła, poza oszklonym, zasłanianym zasłonką impostem nad drzwiami, jest kulisty, matowy klosz pod sufitem. Niezbyt to sympatyczne, wolałbym lampkę nocną, ale ponieważ mamy nie czytać... Ścielę łóżko, wkładam do szafy swoje rzeczy: ciepłe, wygodne ubrania – grube swetry, dresowe spodnie, kapcie – to nie jest czas na kokieterię. Matę do jogi. Terakotową figurkę wyobrażającą bliźnięta. Dwanaście centymetrów wysokości, pełne, zaokrąglone kształty; ukochana kobieta podarowała mi ten dyskretny fetysz, a ja wszędzie go ze sobą zabieram. Zatem – ani książki, ani telefonu, ani tabletu, ani żadnej pasującej do nich ładowarki. Sympatyczny młodzieniec spytał mnie przy powitaniu, czy mam któryś z tych przedmiotów, bo trzeba zostawić je w depozycie – jest przeznaczona do tego przechowalnia. Z dumą odpowiedziałem, że nie, że pozbyłem się wszystkiego przed przyjazdem. Czy wszyscy równie skrupulatnie stosują się do instrukcji, które poznałem przy zgłoszeniu dwa miesiące wcześniej? Owszem, zobowiązaliśmy się spędzić dziesięć dni bez tych rozrywek, nie komunikować się ze światem zewnętrznym, ale kto sprawdzi, jeśli będziemy oszukiwać? Zdziwiłbym się, gdyby robili niespodziewane naloty na pokoje i dormitoria, by konfiskować przemycone po kryjomu książki i komórki.

A może jednak?

Korea Północna?

Kurs vipassany to trening komanda medytacji. Dziesięć dni, dziesięć godzin dziennie w milczeniu, w odcięciu od wszystkiego. Level hard. Na forach internetowych wielu uczestników deklaruje, że czują się usatysfakcjonowani i w pewnym sensie odmienieni przez to wymagające doświadczenie, są też tacy, którzy krytykują je jako formę sekciarskiego werbunku. Przedstawiają miejsce jako obóz koncentracyjny, codzienne wykłady jako pranie mózgu niepozostawiające przestrzeni na rozmowę, a co dopiero na sprzeciw. To Korea Północna. Obowiązek milczenia, izolacja, niedostateczne wyżywienie obniżają odporność uczestników i zamieniają ich w zombie. Nawet jeśli ktoś czuje się źle, nie może wyjechać. Nie – ripostują obrońcy – jeśli ktoś chce wyjechać, wyjeżdża, nikt go nie zatrzymuje, ale jest to stanowczo odradzane, a przede wszystkim sami uczestnicy zobowiązują się tego nie robić. Te wpisy zaintrygowały mnie, lecz nie wzbudziły mojego niepokoju: uważam, że nie jestem podatny na sekciarski werbunek, ciekawi mnie, jak to wygląda. „Chodźcie, a zobaczycie”, mówi Chrystus do ludzi, którzy słyszeli na jego temat różne sprzeczne plotki, i to wydaje mi się zawsze najlepszą polityką: przyjść i zobaczyć, z jak najmniejszą liczbą uprzedzeń albo przynajmniej ze świadomością tychże.

Zafu w Bretanii

Ożeniłem się dwa razy i stworzyłem dwa albumy zdjęć rodzinnych. Nie wiadomo, po której stronie zostaną takie albumy po rozwodzie. Dzieci oglądają je z nostalgią, bo ukazują czasy, kiedy były małe, kiedy rodzice kochali się tak, jak powinni, kiedy nic jeszcze się nie zepsuło. Z pierwszą żoną Anne spędzaliśmy letnie wakacje w Bretanii, na przylądku Arcouest, gdzie wynajmowaliśmy zaniedbany dom, źle utrzymany, ale cudowny – był współwłasnością i żaden z właścicieli nie widział powodów, dlaczego to właśnie on, a nie jego rodzeństwo, ma wymienić żarówkę. Dom stał naprzeciw wyspy Bréhat, górując nad oceanem, do którego prowadziła leśna droga, tak stroma i tak rzadko uczęszczana, że za każdym razem trzeba ją było karczować sierpakiem. Anne była wyjątkowo ładna, nosiła marynarskie bluzy i żółtą kurtkę przeciwdeszczową, ja miałem grzywkę i okrągłe okularki – chciałem wyglądać jak dojrzały mężczyzna, wyglądałem jak nastolatek. Rano chodziliśmy do wioskowej piekarni po naleśniki, wieczorem nad stawy rybne po kraby. Wśród wielu zdjęć naszych synków w moim albumie widać Gabriela w wieku trzech lub czterech lat, który ćwiczy ze mną na plaży kanoniczną sekwencję pozycji jogi, nazywaną powitaniem słońca, i Jeana-Baptiste’a – radośnie roześmianego, tak jak śmieją się szczęśliwe dzieci, siedzącego na zafu. Te zdjęcia datują praktyki, o których tutaj opowiadam. Potwierdzają, że w początkach lat osiemdziesiątych miałem już zafu. Że już na nim siadałem o świcie, że starałem się wstawać wcześniej niż reszta rodziny, by obserwować swój oddech i przepływ myśli. Zafu, jeśli tego nie wiecie, to japońska poduszka, okrągła i zbita, specjalnie pomyślana, by sprzyjać siedzeniu w pionie podczas medytacji. To czarne zafu nasi synowie nazywali w żartach Zafu, jakby chodziło o znajome zwierzę, drugiego psa w domu – pierwszym był jednooki, świerzbowaty kundel, który mieszkał gdzieś w sąsiedztwie i codziennie nas odwiedzał; nazywaliśmy go „biednym staruszkiem”. Wiem, że te wspomnienia mają znaczenie tylko dla mnie, dla Anne i dla chłopców, że jesteśmy jedynymi czterema osobami na świecie, u których mogą wywołać uśmiech lub łzę, ale trudno, trudno, Czytelniku, trzeba się pogodzić z tym, że autorzy opowiadają takie rzeczy i nie usuwają ich przy drugim czytaniu, choć powinni to zrobić, są one dla nich cenne i piszą je również po to, by je ocalić.

Tai chi „Na Górze”

Tak jak napisałem w kwestionariuszu, zacząłem medytować dzięki tai chi. Wiecie, co to tai chi? To te powolne ruchy wykonywane w parkach zwykle przez starszych ludzi ubranych w chińskie bluzy. Czy to taniec? Gimnastyka? Sztuka walki? Pierwotnie sztuka walki, lecz niestety często uczy się jej, pomijając ten wymiar. Błogosławię sąsiada, dzięki któremu wylądowałem w dojo „Na Górze”, przy rue Montagne-Sainte-Geneviève, a nie w jednej z tych mnożących się wówczas newage’owych grup, w których namawiano ludzi na otwieranie czakr, paląc kadzidełka. Kadzidełka nie były w stylu najstarszego karateckiego dojo w Paryżu, założonego w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku przez pioniera Henry’ego Pléego i prowadzonego w czasach, gdy się tam zjawiłem, przez jego syna Pascala. Pascal dostał biały pas na trzecie urodziny i wyszkolił później całe pokolenie karateków, ale z czasem zorientował się, że intensywny trening niszczy kręgosłup, kolana i stawy, i zaczął szukać technik delikatniejszych, mniej kanciastych, wyrabiających nie tyle siłę, ile gibkość. W ten sposób rozpoczął naukę tai chi pod okiem chińskiego mistrza Yang Jin-Minga, d o k t o r a Yang Jin-Minga, który był nie tylko praktykiem, lecz wybitnym badaczem niemal niemożliwej do zgłębienia dziedziny sztuk walki zwanych „wewnętrznymi”. Mam jeszcze kilka jego książek, które w tamtych czasach żarliwie studiowałem. Bo po kilku miesiącach spędzonych w dojo „Na Górze” wkręciłem się w to i byłem wkręcony przez prawie dziesięć lat. Spędziłem blisko dekadę, trenując trzy lub cztery razy w tygodniu, nie licząc dorocznych warsztatów doktora Yanga, w tej dziwnej społeczności, jaka tam się zbierała. Od kolacyjek i imprez wolałem zawsze spotkania, które nie służą wyłącznie gawędzeniu i, jak to mówią, w i d y w a n i u s i ę, lecz temu, by coś razem robić. Nieważne co – wspinać się po górach, grać w piłkę, jeździć na motocyklu; moim towarzyskim ideałem byłoby wykonywanie z kilkorgiem przyjaciół muzyki kameralnej. Granie na altówce w amatorskim kwartecie smyczkowym – zbieramy się u jednego lub drugiego, zamieniamy grzecznościowo parę słów, od razu rozkładamy pulpity, otwieramy nuty i zaczynamy od szesnastego taktu andante con moto. Zazdroszczę swojemu koledze po fachu, Pascalowi Quignardowi, że zaznał tych przyjemności, ja, niestety, kocham muzykę, lecz nie potrafię jej grać ani czytać nut. Ale praktyka tai chi bardzo przypomina grę na instrumencie lub śpiew. Wymaga takiej samej wytrwałości, tego samego połączenia dyscypliny i oddania, i serdecznie myślę o przedstawicielach różnych środowisk o rozmaitych temperamentach, z którymi spędziłem tak wiele godzin na powtarzaniu i sublimowaniu nieskończenie powolnych ruchów, niczym pianista, który powtarza i sublimuje pianissimo, które jest odpowiednikiem tej nieskończonej powolności na klawiaturze. Miałem powiedzieć, że wszyscy przychodziliśmy w tym samym celu, że łączyło nas to samo pragnienie, ale nie, nie całkiem. Były dwa założycielskie rody: z jednej strony weterani, gwardia przyboczna Pascala, krzepcy karatecy, którzy przecież przychodzili tam po to, by nauczyć się młócić bliźniego, z drugiej ci, których w odróżnieniu od młockarzy nazwałbym uduchowionymi, nie newage’owe gaduły – tych szybko zniechęciłyby wymagania dojo – ale nareszcie ludzie, którzy interesowali się zen, tao, medytacją. I piękne było to, że pod podwójną egidą, Pascala i doktora Yanga, te dwa rody nie tylko pokojowo koegzystowały, ale również wymieniały się swoimi zainteresowaniami. W sposób naturalny – choć zapewne przerazilibyśmy niejednego, gdybyśmy przepowiadali podobną ewolucję – uduchowieni zaczynali, tak jak ja, ćwiczyć karate, by dodać tai chi waleczności, a młockarze ze swej strony obserwowali oddech, siedząc bez ruchu na poduszeczkach.

To skomplikowane

Obserwowanie swojego oddechu, gdy się siedzi na poduszeczce, jest właśnie tym, co nazywamy medytacją, coraz popularniejszą praktyką, która powinna być jedynym tematem tej opowieści, gdyby życie nie zaciągnęło jej, jak się przekonacie, w bardziej burzliwe okolice. Doktor Yang nauczał jej powściągliwie. Był Chińczykiem, lubił technikę – niech go Bóg błogosławi – nie lubił rzeczy robionych na chybcika i uznawał medytację za zwieńczenie sztuk walki, ale także za praktykę niebezpieczną, z powodu niezwykle potężnych sił, które budzi. Ostrzegał nas przed tymi niebezpieczeństwami, których, jak się zdaje, ja nigdy nie doświadczyłem, albo – co jeszcze bardziej prawdopodobne – nigdy nie osiągnąłem i nie osiągnę poziomu, na którym zaczynają one zagrażać. Ponieważ nie chciał, byśmy błądzili po zgubnych ścieżkach, które prowadzą w dół i rozwidlają się, i wiodą do wewnętrznych rozpadlin, doktor Yang, trochę tak jakby dawał nowicjuszom przedsmak czekających ich uniesień, uczył nas podstaw medytacji, skupiając się na licznych diagramach, meridianach, oddychaniu normalnym (buddyjskim) i oddychaniu odwróconym (taoistycznym), małej i dużej cyrkulacji – i tak jak napisałem w kwestionariuszu przy pytaniu o poziom praktyki, znam się trochę na małej cyrkulacji. Następnie miałem kontakt z innym mistrzem, Faekiem Birią, który głęboką znajomość jogi Iyengara zawdzięcza samemu jej twórcy, B.K.S. Iyengarowi; Faeq Biria idzie dalej niż doktor Yang. Mówi, że aby zacząć medytować, potrzeba co najmniej dziesięciu lat zawziętej praktyki. Trzeba najpierw otworzyć miednicę, otworzyć pierś, otworzyć ramiona, wyrównać bandhy, wyrównać czakry, opanować wszystkie techniki pranayamy, a dopiero potem przychodzi ta wielka i tajemnicza przemiana, i przychodzi ona sama z siebie. Wszystko, co robiliśmy wcześniej, miało ją umożliwić. Na każdego, kto odwiedza szkołę jogi Iyengara i pyta naiwnie, czy oprócz asan będzie czasem medytował, patrzy się z wyrozumiałością, ale jednak troszeczkę jak na idiotę. Wyjaśnia się mu grzecznie, że to, co modni guru i książki o rozwoju osobistym nazywają medytacją, jest właściwie niczym: jeśli nie wykonaliśmy długiej pracy przygotowawczej, możemy spędzić tysiące godzin na zafu, skupiając się na oddechu czy miejscu między brwiami, i da to mniej więcej taki rezultat jak popołudniowa drzemka.