Dobrze jest mieć dokąd pójść

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jedzie samochodem do Paryża, gdzie od dawna jest umówiony z Chantal, aby ją zabrać na kolację do swego przyjaciela Bernarda Kouchnera w Fontainebleau. Jest to epizod zarazem koszmarny i absurdalny: nie zna Bernarda Kouchnera, który nie mieszka w Fontainebleau, więc godzinami krążą po lesie w poszukiwaniu adresu, którego oczywiście nie można znaleźć, aż Chantal wpada w gniew, a on próbuje ją zabić. Ale Chantal stawia opór i wtedy on prawdopodobnie jakoś przekonuje sam siebie, że to nie takie ważne, będzie mogła z powodzeniem żyć, znając prawdę o nim, on zaś zdoła umrzeć ze świadomością, że ona wie. Tak więc daje spokój, mówi, że miał chwilę zaćmienia, jest chory. Przeprasza, odwozi ją, i jedzie autostradą w przeciwnym kierunku. Wraca w niedzielę rano, zamyka się w domu z ciałami żony i dzieci. Popada w prostrację na prawie dwadzieścia cztery godziny, a następnie, nocą z niedzieli na poniedziałek, uznaje, że nadszedł czas, przygotowuje koktajl z barbituranów, rozlewa benzynę i podkłada ogień.

Trzy i pół roku później nadal żyje. Proces, w którym będzie go bronił mecenas Jean-Louis Abad z lyońskiej adwokatury, rozpocznie się 24 czerwca przed sądem przysięgłych w l’Ain. Fakty są ustalone i potwierdzone. Wyrok będzie bardzo ciężki. Pozostaje osiem dni narady, aby spróbować nie tyle go usprawiedliwić, co zrozumieć historię człowieka, który tak długo błądził między dwiema rzeczywistościami, a teraz żyje w jednej, nienadającej się do zamieszkania.

„Le Nouvel Observateur”, 20 czerwca 1996

2

Przed sądem przysięgłych w l’Ain

Widzi siebie w piątek wieczorem, siedzącego na kanapie w salonie obok żony, jak próbuje ją pocieszyć po nieprzyjemnej rozmowie telefonicznej z matką. Potem jest dziura w pamięci. Zawsze można sobie wyobrażać, że się pokłócili, że odgadła prawdę o nim i zażądała wyjaśnień. Nie mówi „nie”: to możliwe, wszystko jest możliwe, ale niczego sobie nie przypomina. Następny obraz to splamiony krwią wałek do ciasta w dłoniach w sobotę rano i martwe ciało Florence na łóżku. Dzieci się budzą i strzela do nich z karabinu, to pamięta, podaje nawet szczegóły, zanim z rykiem osunie się na siedzenie w sądowym boksie.

Idzie po gazety — „Le Dauphiné libéré” i „L’Équipe”17 według kioskarki, ale on łagodnie koryguje: „Na pewno nie «L’Équipe», nigdy nie kupowałem tej gazety”. Wyjmuje listy ze skrzynki pocztowej, wsiada do samochodu i jedzie do swoich rodziców, sześćdziesiąt kilometrów, do Jury. Ma przed oczami ojca, który otwiera mu bramę, a potem znowu ma lukę w pamięci, aż do momentu, kiedy zabije ojca, a po nim matkę. Następnie jedzie do Paryża, spotyka się z byłą kochanką, którą ma zabrać na kolację do swego przyjaciela Bernarda Kouchnera — kolejna konfabulacja. I kiedy tak absurdalnie kluczyli po lesie w okolicach Fontainebleau, nie wie, czy zdawał sobie sprawę z tego, że przed kilkoma godzinami zabił swoją żonę, dzieci i rodziców, czy też udało mu się wymazać tę rzeczywistość nie do zniesienia i czuć tak, jakby to była nieprawda.

Tak czy inaczej, w niedzielę rano jest z powrotem w domu i dopiero o świcie w poniedziałek próbuje się otruć oraz podpala dom. Czy podczas tej ostatniej luki, trwającej około dwudziestu godzin, coś jadł, czy spał, czy płakał nad ciałami najbliższych? Nikt się tego nigdy nie dowie, bo on sam nie ma pojęcia. W trakcie śledztwa ustalono jednak, że oglądał telewizję, a nawet wsunął do odtwarzacza taśmę, na której nagrał dwieście czterdzieści minut byle czego: kawałki programów rozrywkowych, jakie w niedzielę po południu nadaje każda stacja — przerywane gorączkowym skakaniem z kanału na kanał, sekunda tu, dwie sekundy tam — składają się na zestaw migawek bez tematu przewodniego, ponury kalejdoskop nie do oglądania. Kaseta nie była nowa, można założyć — jak zwykle nie zaprzecza — że nagrał to wszystko, aby wymazać wcześniejszą zawartość: zabawy dzieci, urodziny, wycieczki w góry, wspomnienia szczęścia rodzinnego, o którym tylko on, od samego początku, wiedział, że jest zbudowane na kłamstwie.

W sądzie w Bourg-en-Bresse myślimy o dwóch warstwach kasety wideo, patrząc na Jean-Claude’a Romanda i słuchając człowieka, który przez osiemnaście lat podawał się za lekarza i wymordował swoją rodzinę, kiedy stało się jasne, że jego oszustwo wyjdzie na jaw. Przez większość czasu ubrany na czarno, bardzo chudy mężczyzna stojący w boksie dla oskarżonych wciąż jeszcze przypomina wyglądem doktora Jean-Claude’a Romanda, a przynajmniej wyobrażenie o tym, jak powinien wyglądać. Podobnie jak on wyraża się elegancko, starannie i precyzyjnie dobiera słowa; raczej rozumuje, niż odczuwa; zna swoje akta, wyjaśnia, wprowadza sprostowania, co sprawia, iż tak opanowanemu mordercy jesteśmy gotowi uwierzyć, że jest panem swojego umysłu, a zatem odpowiada za swoje czyny.

Ale zdarzają się chwile, niekoniecznie spektakularne, w których dobra kaseta się rwie, wymazuje, a w jej miejsce pojawia się chaos niespójnych odruchów, nigdy niewykrzyczanych skarg, spustoszonych zasobów pamięci. Nagle człowiek pęka i mamy wrażenie, że otwiera się przed nami otchłań. Wiemy z całą pewnością, że ta cisza, która nieustannie pęczniała w nim od dzieciństwa, to właśnie było piekło. Trwa to trochę, po czym otchłań się zamyka, Jean-Claude Romand zaczyna argumentować, ale my mieliśmy dość czasu, by z wyżyn naszej klinicznej ignorancji i wbrew opiniom czterech biegłych psychiatrów zadać sobie pytanie, czy naprawdę jego miejsce jest tutaj, przed sądem przysięgłych, i czy dreszcz, który przebiegł nam po plecach, nie był lodowatym powiewem psychozy.

Sprawiedliwość w takim przypadku szuka motywów. Dlaczego nie poszedł na egzamin, co do którego miał właściwie pewność, że go zda? Po co mówił, że zdał? Dlaczego ożenił się z kobietą, którą kochał, i nigdy potem nie próbował wyznać jej prawdy? Dlaczego oszukiwał tych, którzy mu zaufali? Tylko on może odpowiedzieć na te pytania, ale słyszymy od niego jedynie to, że również je sobie stawia. Że stawiał je nieustannie przez wszystkie lata oszustwa, i dzisiaj nadal obraca je na wszystkie strony, na próżno. Na pewno chciałby zrozumieć tak samo jak my, lecz jest to dla niego możliwe w jeszcze mniejszym stopniu niż dla nas, tak bardzo wydaje się pozbawiony dostępu do znacznej części samego siebie — tej, która kłamała, zabiła i która jawi mu się jako równie obca i monstrualna, jak nam.

Ostatecznie zadowalamy się pytaniem o to, jak doszło do tej tragedii, bo przynajmniej możemy zwrócić się z nim do innych. Dlaczego kłamał, tylko on mógłby powiedzieć, a tego nie wie. Jak to się stało, że ludzie mu wierzyli. Żona, której ślepota jest najbardziej bulwersująca, już nie żyje, ale przyjaciele, wszyscy lekarze, farmaceuci lub dentyści, mieszkali pięć kilometrów od WHO, gdzie jakoby pracował, i najwyraźniej nigdy nie zadali sobie żadnych pytań. Podobnie jak wydział medycyny, gdzie przez dwanaście kolejnych lat był zapisany jako student drugiego roku, ani urząd podatkowy, w którym przez prawie czterdzieści lat deklarował zerowe dochody.

A jednak znalazła się jedna osoba — ten, którego Romand uważał za swego najlepszego przyjaciela, także lekarz, zaczął mieć wątpliwości. Oczywiście nie posunął się aż do wniosku, że Jean-Claude jest oszustem, lecz mimo wszystko w jego życiu zawodowym dostrzegł coś dziwacznego. Pewnego dnia przyszło mu na myśl, by wyszukać go w spisie telefonów WHO, który położył na swoim biurku. Zrobił taki gest, jakby miał go otworzyć, i gdyby kontynuował ten zamiar, zapoczątkowałby dochodzenie, które być może uratowałoby pięć ludzkich istnień. Ale nagle zawstydził się, że ma takie podejrzenia wobec starego kumpla, i odłożył spis na półkę. A teraz, na rozprawie, mówi, że od trzech lat ta historia strasznie go dręczy i zmusza do zastanowienia; nadal nie rozumie, ale przecież są w życiu inne rzeczy, których się nie rozumie, więc postanowił się z tym pogodzić, bo tak to już jest. Romand, za szybą, słucha z miną, która nie wyraża niczego. Nie wiemy, co myśli, ani czy sam o tym wie.

„Le Nouvel Observateur”, 4 czerwca 1996

DWA MIESIĄCE CZYTANIA BALZAKA

W wieku trzynastu, czternastu lat przeczytałem mniej więcej jedną trzecią Komedii ludzkiej. Dostałem w prezencie trzy pierwsze tomy serii L’Intégrale, którą wówczas opublikowało wydawnictwo Seuil i która, jak zapowiadano, miała zawierać ich osiem. Zacząłem od Domu pod kotem z rakietką, pierwszej ze Scen z życia prywatnego, i doszedłem aż do Straconych złudzeń, które stanowią zakończenie Scen z życia prowincji i zarazem trzeciego tomu. Kiedy wracam dziś do tych książek, trafiam na małe zagadki. Po pierwsze, powieści, które opuściłem, o czym świadczą krzyżyki stawiane przeze mnie w spisie treści: dlaczego akurat te, co takiego mogło mnie z góry zniechęcić do Mszy ateusza albo Massimili Doni? A przede wszystkim: dlaczego nie kontynuować tych lektur? Dlaczego nie dojść przynajmniej do Blasków i nędz życia kurtyzany, gdzie — musiałem to wiedzieć — przypieczętowany zostaje los Luciena de Rubempré? Kochałem i pożerałem te powieści. Moja pasja dla Balzaka stała się nawet małą rodzinną legendą, do której mój ojciec odwoływał się z dumą zabarwioną czułością. Pewnego dnia się skończyła, nie wiem jak, zostawiając Luciena w ręku fałszywego hiszpańskiego księdza Carlosa Herrery, który uratował go od samobójstwa i zaproponował mu szatański pakt, choć przecież właśnie on powinien wzbudzić moje szczególne zainteresowanie (czytelnik, który wychodzi po angielsku, ot tak, w samym środku najbardziej ekscytującego fragmentu, co za koszmar dla autora, tym bardziej o zacięciu felietonisty! To przywodzi na myśl przerażenie aktora, który gra Hamleta w filmie Lubitscha i za każdym razem, kiedy zaczyna tyradę „To be or not to be…” widzi, jak ktoś z widowni wstaje i wychodzi).

 

Przez jakieś dwadzieścia pięć lat ani nie czytałem więcej Balzaka, ani o nim nie myślałem. Raz, owszem, kiedy pojawił się projekt adaptacji filmowej i szukano scenarzysty (wielu bardziej znanych ode mnie zrezygnowało), wróciłem do Ferragusa i popadłem w konsternację. Ubogi kuzyn Paula Févala, a napisane to językiem Pana Fenouillarda18 („Życie jest materią z ran kłutych, które musimy pić kropla po kropli”). Do tego pośpiesznego powrotu doszło rok temu. Potem, tej zimy, znowu to samo lub prawie: znajoma pracująca w telewizji mówi, że jej firma wyprodukowała, z rozmachem inscenizacyjnym, nową adaptację Czerwonego i czarnego, z której wszyscy są bardzo zadowoleni, i byłoby dobrze znaleźć coś innego w podobnym gatunku z francuskiej klasyki dziewiętnastowiecznej. Należę do czytelników do tego stopnia bulimicznych, że aż tym zawstydzonych, których cieszy każdy zacny pretekst, na przykład profesjonalny, aby zaspokoić ich żądze. Postanowiłem więc z powrotem pogrążyć się w Balzaku, na początek w Blaskach i nędzach…, by potem z rozkoszą kontynuować lekturę.

Co podobało mi się jako nastolatkowi, potem przestało, a teraz znowu mi się podoba? Nie wiem, ale próbuję znaleźć odpowiedź, pisząc te słowa. Wydaje mi się, że fluktuacje mojego gustu nie są całkowicie indywidualne i odzwierciedlają, na przykładzie ćwierćwiecza, to, jak Balzak był postrzegany przez krytykę przez ponad sto pięćdziesiąt lat. W skrócie: entuzjazm niewinnej lektury, oczywistość geniuszu, następnie porzucenie zarazem z powodu estetyki i nieprzystawania do współczesności, a teraz powrót do łask. Nie wiem, ile jest warta ta statystyka, ale mam nieomal pewność, że dzisiaj znalazłoby się o wiele więcej francuskich pisarzy, którzy by wymienili Balzaka wśród autorów swoich ulubionych powieści niż dwadzieścia lat temu.

(W „Le Monde des livres” Héctor Bianciotti w omówieniu książki Pietro Citatiego o Prouście ironizuje, zresztą bez złośliwości, za to z rozbawieniem zblazowanego świadka, który widział, jak wiele mód minęło, a potem powróciło, na temat entuzjastów Prousta, Joyce’a i Pounda, którzy ostatnio porzucają swoich idoli i ogłaszają wszem wobec, że koniec końców prawdę znajdzie się tylko u Balzaka. Uśmiecham się, gdy to czytam, ale trochę kwaśno, z lekkim zdenerwowaniem, jak facet, który myślał, że podąża wydeptaną przez kozy ścieżynką w głuszy, a nagle dochodzi do autostrady w weekend 15 sierpnia).

Fakty są takie: jeszcze kilka lat temu przygniatająca obecność Balzaka w jego książkach i komentarzach, jego opinie na każdy temat — nieraz dziwne, a czasami głupie — i jego podobieństwo do Serafina Lampiona19 odbierałem jako przejaw niewybaczalnej wulgarności, absolutnie pozbawionej uroku. Teraz (szala jednak może znów przechylić się na drugą stronę) to raczej dystyngowani pisarze obediencji flaubertowskiej ze swoją obsesją bezosobowości, formalnej perfekcji, z książkami, które istnieją tylko poprzez styl, wydają mi się pozbawieni uroku i, na swój sposób, bardziej dyskretny, a co za tym idzie — bardziej niewybaczalny, wulgarni.

Jest też prawdą, że bardzo łatwo ulegam sugestii. Posiadam Pierwsze kroki wydane z przedmową Pierre’a Michona w martwej już serii dzieł klasyków rozpoczętej przez P.O.L., mojego wydawcę. Nie wiem, dlaczego Michon wybrał Pierwsze kroki, bo ani razu nie odnosi się do tej powieści, ale jego tekst, ogólnie poświęcony Balzakowi, jest wspaniały i napisany z pasją, którą ma się ochotę dzielić. Tym, którzy chcieliby kupić ów tom — łatwo go znaleźć w sklepach z tanią książką — polecam w szczególności piękny i pełen goryczy fragment o „prywatnych pokojach”.

O czym marzą uczeni? Kieszonkowe wydanie Blasków… zostało przygotowane do druku przez profesora Pierre’a Barbérisa z uniwersytetu w Caen. Przypisy końcowe są liczne, pouczające, czasami urocze. Zaskakująco wiele z nich służy podkreśleniu tego, iż Lucien, mimo że bezwolny i mięczak, jest nadzwyczajnym kochankiem. Trzeba było widzieć, do jakiego stanu doprowadził panie de Maufrigneuse i de Sérizy i do napisania jakich listów zainspirował te damy: Balzak nie daje nam ich do czytania, ale nie przepuszcza żadnej okazji, by powtórzyć, że są smakowite, i przemawia frywolnym tonem do profesora, który, jak się wydaje, poprzez całą swą pracę chce udowodnić, że Lucien nie tylko umie używać swojego ptaka, ale że jest on bardzo duży (pisze: „nadmiernie rozwinięty organ”). Można by pomyśleć, że się naśmiewam, ale nie: nie jest to wyłącznie fantazja profesora Barbérisa — to również fantazja Balzaka i nasza. A także każdego pisarza, który czyta Balzaka ze specyficzną zazdrością, jaką budzi w nim facet, który być może nie jest bardzo dystyngowany ani bystry, ale za to bezsprzecznie ma duży interes. A wzruszającym czyni go fakt, że próbuje przekonać o tym samego siebie — robi to, bo nie ma do końca pewności, że jest takim godnym zazdrości facetem.

Tym razem nie będę się trzymał kolejności publikacji. Klasyfikacja społeczno-tematyczna wyznaczona przez Balzaka nie sugeruje wskazówek dla czytelnika. Z jednej książki, z Komedii ludzkiej, możemy przerzucić się (z wyłączeniem serii takich jak Stracone złudzenia oraz Blaski…) na każdą inną — ale właśnie ta swoboda budzi chęć wymyślenia jakiejś logiki, zbudowania mostów, a jeśli o mnie chodzi, kiedy czytam jakąś powieść Balzaka, czerpię wielką przyjemność z zastanawiania się, na którą będę miał ochotę później. Rozwiązanie systemowe polegałoby na przestrzeganiu chronologii: pisania (od Szuanów w 1828 do Chłopów w 1850 roku) lub Historii przez duże „h” (z grubsza biorąc, od I Cesarstwa do 1848 roku). W ten sposób można patrzeć, jak się starzeje autor albo jego bohaterowie. Inne rozwiązanie: podążanie za taką lub inną postacią, w przeszłości lub w przyszłości — odnajdujemy jako protagonistę tego, którego poznaliśmy, gdy był płotką, lub odwrotnie. Dochodząc do końca Blasków…, mam w czym wybierać. Jedyna ślepa uliczka: Lucien popełnia samobójstwo, natomiast wcześniej nie pojawia się w ogóle w Straconych złudzeniach, od których przychodzę. Trakt królewski: powrót do Ojca Goriot, do pierwszego wcielenia Vautrina, w czasach gdy Rastignac był młody, biedny i miał już skłonność do chodzenia na pogrzeby. Boczne dróżki: okolice Banku Nucingena… Jeden szlak szczególnie mnie kusi: odnaleźć księżnę Maufrigneuse w Sekretach księżnej Cadignan — bo dowiaduję się z przypisów końcowych, że to o nią chodzi. W nieco niższych sferach mógłbym dokształcić się na temat tego, jak początkowo radzili sobie w Alençon małżonkowie Camusot w Gabinecie starożytności albo Corentinowie podczas wojen wandejskich, albo podwójna rodzina pana de Grandville; mógłbym też znaleźć Jacqueline Collin alias Asie z Kuzynki Bietki. W końcu wybieram kontrast: po Paryżu — wieś; po zepsuciu — nieskazitelność; po pożodze rzeczy, które się wypalają, a potem gniją — młodzieńczy poryw: chwytam za Lilię w dolinie. I od razu znajduję starych znajomych, ludzi, których poznałem — a raczej, prawdę mówiąc — o których się otarłem, w znacznie późniejszym okresie ich życia. Tak oto nie mogę się powstrzymać, by przeżywając razem z Feliksem o czułym sercu rozmaite wzruszenia, nie wyobrażać go sobie piętnaście lat później we foyer opery jako dandysa o sercu z kamienia pośród stada lwów. A mała, chorowita i nieugięta Madeleine de Mortsauf nie domyśla się jeszcze, że przypadnie jej rola przyzwoitki u boku panny de Grandlieu.

„Któż mógłby oprzeć się pożądliwemu duchowi Ludwika XVIII, który mawiał, że prawdziwe namiętności są możliwe tylko w dojrzałym wieku, ponieważ namiętność jest piękna i gwałtowna tylko wtedy, gdy miesza się z niemocą?” (Lilia w dolinie)20.

Mimo że jako nastolatek byłem stałym bywalcem Komedii ludzkiej, dziś czuję się tu całkiem obco. Nikt mnie nie pamięta ani, co dziwniejsze, ja nikogo sobie nie przypominam. Na szczęście są przypisy, dzięki którym mogę udawać, że jestem dobrze zorientowany i wiem, z kim i kiedy sypia oraz będzie sypiać Diane de Maufrigneuse (d’Arthez, coś takiego, nigdy bym nie pomyślał). Ledwie tu wylądowałem, znalazłem sobie mentora z gatunku tych, którzy sporo przeżyli, bywają w świecie i są skłonni podzielić się wiedzą z młodszymi. Kupiłem książkę Balzac et son monde Féliciena Marceau, który jest kopalnią wiedzy i źródłem radości i dzięki któremu orientuję się, gdzie się ładuję. Marceau wie wszystko o wszystkich w Komedii ludzkiej — w której zresztą, jak skromnie zauważa, jakby chciał umniejszyć swoją zasługę, wszystko jest wiadome: kochankowie to prostacy, potrafią wszystko wypaplać, kochanki są gorsze (Rastignac interesuje się w Jaszczurze pewną alzacką dziewczyną, dopóki się nie dowie, że ma ona sześć palców u lewej stopy. Natychmiast się wycofuje: „Nie mogę żyć z kobietą, która ma sześć palców! Wszyscy by o tym wiedzieli, ośmieszyłbym się”).

Niemiecki akcent barona de Nucingen denerwuje nawet najbardziej doświadczonych miłośników Balzaka. Być może wykazuję przesadną gorliwość konwertyty, ale mnie on nie przeszkadza. Patrzę na nadchodzące strony wypełnione kursywą, która wprowadza ten szwargot, z łakomym i czułym uśmieszkiem. Jestem pewien, że Balzak też się uśmiechał, że była to dla niego rozrywka. Poza tym, gdyby mu to nie sprawiało przyjemności, toby tego nie robił. Przeciwny przykład: hiszpańskiego akcentu nie znał albo go nudził: „Należy tu zauważyć, że Jacques Collin (przebrany za Carlosa Herrerę) mówił po francusku jak hiszpańska krowa, bełkocząc tak, że jego odpowiedzi były prawie niezrozumiałe. Germanizmy pana de Nucingen już nadto upstrzyły tę scenę, aby wprowadzać do niej inne mało czytelne zdania, które spowolniłyby tempo rozwiązania” (Blaski…).

No i tak. Złota zasada dla autorów fikcji literackiej: jeżeli coś ci przeszkadza, nie czuj się do tego zobowiązany.

W tej chwili wyobrażam sobie Balzaka — jestem z nim i czytam to, co wychodzi spod jego pióra, w miarę jak pisze. Nie ma w tym nic trudnego, tekst nie wymaga również żadnych szczególnych talentów od czytelnika; trudność polegałaby na tym, aby pisać zupełnie inaczej, i sądzę, że to właśnie kiedyś mi się nie podobało, a teraz mnie zachwyca: obecność Balzaka, niedyskretne i zaczarowane ciało Balzaka, który pławi się w każdej ze swoich stron, w swoim świecie. Tak, to o to chodzi, o ciało „grubasa”.

Michon tak go właśnie nazywa — „grubas”; mówi o „grubym, samotnym, groteskowym ciele, które gorączkowo porusza się za ekranem tej prozy, szprycuje się brakiem snu, kawą i sławą i samo przed sobą odgrywa wyczerpujące kino geniuszu” — robi to z czułością wzruszającą do łez. Nikt nie oczekuje od Marceau tego rodzaju wylewności godnej powieści rosyjskiej, jest przecież człowiekiem światowym i reprezentantem Ancien Régime’u, a wyczuwamy w nim tę samą czułość dla grubego, próżnego i uroczego dziecka. Żaden z autorów, którzy piszą o Balzaku, w tym ani jeden profesor, nie zadowala się podziwianiem go (co na przykład z powodzeniem wystarcza w przypadku Flauberta): oni go kochają miłością niemalże macierzyńską. Patrzą na niego oczami pani de Berny.

„Rozmowa była tak krótka, że ledwie potrwała tyle czasu, ile trzeba, żeby ją przeczytać” (Blaski…). Sformułowań tego rodzaju jest mnóstwo. Balzak i jego czytelnik żyją w jednym czasie, czytasz go tak, jakbyś czekał, aż przekaże ci następną kartkę. (Być może dlatego, kiedy tylko przestaje ci je przekazywać i podtrzymywać napięcie nerwowe, tak łatwo się z nim rozstać).

Balzak spotyka przyjaciela: „Czy wiesz, kto poślubia Félixa de Vandenesse? Pewna panna z Grandville. Świetny ożenek dla niego”.

Oscar Wilde zwykł mówić, że śmierć Luciena de Rubempré była jednym z najsmutniejszych wydarzeń w jego życiu (nie dziwi mnie to w jego przypadku, ale sam nie posunę się tak daleko).

Nie jestem pewien, czy mój entuzjazm dla Balzaka, przynajmniej w obecnej fazie, ma tak żywy i bliski związek z jego postaciami. Coś takiego czuję, kiedy czytam Tołstoja. W zeszłym roku przeczytałem Wojnę i pokój wybiórczo, to znaczy zajmując się tylko losem Piotra Bezuchowa, dokładnie tak, jakby był przyjacielem, z którym postanowiłem spędzić tydzień. Ten krótki wspólny pobyt potwierdził mi, że Piotr Bezuchow rzeczywiście jest jednym z moich dwóch lub trzech najlepszych przyjaciół na ziemi, kimś, kogo będę kochał do śmierci, z kim będę regularnie się spotykał, aby porównać nasze życie, przebytą drogę, i będzie mnie to napełniało szczęściem. Z kolei choć z pasją czytam biografie Tołstoja, nawet przez sekundę nie wyobrażam sobie takiego związku z nim. W przypadku Balzaka jest odwrotnie: to przede wszystkim jego kocham i chcę ponownie spotkać — niekoniecznie Félixa czy nawet panią de Mortsauf — otwierając jedną z jego książek.

(Kiedy czytam to, co napisałem, spostrzegam, że mógłbym powiedzieć — i zresztą mówię w obrębie zaledwie kilku linijek — dokładnie coś przeciwnego. Trudno, takie jest prawo dziennika jako gatunku, a Balzak bez wątpienia zasługuje na to, aby mówić o nim, że jest jakiś i zarazem zupełnie inny).

 

Lilia w dolinie ma formę listu Félixa de Vandenesse do jego narzeczonej, Nathalie de Manerville. Aby zaspokoić ciekawość, którą jakoby okazała, postanawia opowiedzieć jej o swoim życiu miłosnym sprzed ich spotkania. Tak oto odkrywamy cnotliwą, tragiczną, a mimo wszystko cudowną namiętność, jaką przeżył z panią de Mortsauf, potem zaś niemający już nic wspólnego z cnotą związek z istnym wulkanem, czyli Lady Dudley. List zajmuje trzysta stron, a Balzak, aby zakończyć książkę, załącza do niego odpowiedź Nathalie. List to chłoszczący i okrutny. Zgadujemy, że Félix nastawiał się na związek dusz, czułe i szlachetne współczucie, wdzięczność za zwierzenia. Nic z tych rzeczy, Nathalie drwi z niego, nazywa płaksą i grubianinem: jak można obnosić na tacy ciastka z lukrem zmoczone łzami, które się uroniło nad wspomnieniami dawnych romansów, niby to dla zbudowania ukochanej kobiety, nawet jeśli ona o to zapytała? Oto próbka reakcji Nathalie: „Prosi pan, abym go kochała z chrześcijańskiego miłosierdzia. Przyznaję, mogę uczynić nieskończenie wiele z miłosierdzia, ba, wszystko, ale nie kochać”.

List ten pozostawia dziwne wrażenie, a to właśnie po przeczytaniu go zamykamy książkę. Nie wiadomo, co o nim myśleć. Gdybym był nauczycielem, z ciekawości poprosiłbym uczniów, żeby przeanalizowali argumenty każdej ze stron i opowiedzieli się po którejś (jak sądzę, stanowiska rozłożyłyby się mniej więcej tak, jak w wiecznym pojedynku między Voltaire’em i Rousseau), tak bardzo jestem rozdarty między przekonaniem, że Nathalie jest równie małostkowa jak inteligentna, bezduszna, w sumie wredna, a myślą, że Félix ma, na co zasłużył. Co myślał Balzak? Pewnie jedno i drugie, to jeden z przywilejów pisarza. To zwłaszcza jego przywilej, bo potrafił tworzyć bohaterów, którzy mają tak bogatą przeszłość.

Odkładam Lilię… i biorę Córkę Ewy, powieść, która nie wydaje mi się szczególnie natchniona. Psychologiczna, światowa, umiarkowana. Ale rolę dobrze wychowanego i wyrozumiałego męża odgrywa Félix de Vandenesse. Znałem go jako nieszczęśliwe dziecko, romantycznego młodzieńca, gadatliwego epistolografa — aż do dnia, tak to sobie wyobrażam, kiedy otrzymał słynny list, który chyba wyleczył go z gadatliwości na całe życie. A teraz Nathalie spiskuje z Lady Dudley — w ramach klubu urażonych ekskochanek — aby rzucić młodą żonę Félixa w ramiona błyskotliwego pisarza, niedomytego bałaganiarza. Zawsze tak jest: kiedy znamy ludzi, ich sprawy stają się o wiele bardziej interesujące.

Aby uwiarygodnić fikcyjnego bohatera, porównuje się go niekiedy do postaci rzeczywistej. Balzak często tak robi, ale za rzeczywiste postaci uważa bohaterów Komedii ludzkiej.

„Widziałem wiele spośród ofiar, które są czytelnikowi równie dobrze znane jak mnie: umierającą panią de Beauséant, która wyjechała do Normandii kilka dni przed moim wyjazdem! Skompromitowaną księżnę Langeais! Lady Brandon przybyłą do Touraine, by umrzeć w skromnym domu, w którym Lady Dudley spędziła dwa tygodnie i została zabita w jakim to strasznym epilogu? Wiesz to, czytelniku! Nasza epoka obfituje w tego rodzaju wydarzenia. Kto nie znał biednej młodej dziewczyny, która się otruła, pokonana przez zazdrość, być może zżerającą panią de Mortsauf? Kto nie drżał w obliczu losu rozkosznego dziewczęcia, usychającego, jak kwiat użądlony przez bąka, przez dwa lata w małżeństwie, ofiary nędznika, któremu Ronquerolles, Montriveau i de Marsay podają rękę, ponieważ służy on ich politycznym projektom? Komu nie zabiło serce, gdy słuchał opowieści o ostatnich chwilach kobiety, która nie ugięła się przed żadną prośbą i nigdy więcej nie chciała zobaczyć swego męża, po tym jak szlachetnie spłaciła jego długi? Czy pani d’Aiglemont nie stanęła nad grobem i czy bez opieki brata byłaby jeszcze wśród żywych?”

(Balzak, jak dowiaduję się z przypisów do mojego wydania Lilii…, odsyła tu czytelnika do Kobiety porzuconej, Ojca Goriot, Księżnej de Langeais, Granatki, do samobójstwa córki marszałka Victora, które było rzeczywistym wydarzeniem, do Kontraktu ślubnego i Kobiety trzydziestoletniej).

Czasami Balzak ucieka się do triku pisarskiego, jak na przykład w Córce Ewy. Czujemy, że jest zmęczony, nie w formie i ma świadomość, że w jego tekście brakuje napięcia. I wtedy, żeby trochę go odświeżyć, ukazuje ludzi, których już znamy jako protagonistów, a nawet statystów. Od razu fragment, który się rozłaził, nabiera kolorów, życie przeszczepione z innej powieści użyźnia go. Zaczynamy interesować się nowo przybyłym jak niewidzianym od dawna przyjacielem, którego spotkalibyśmy na ulicy i który by nam powiedział, że zmienił żonę lub zawód. W żaden sposób nie odciągnęłoby to naszej uwagi od zasadniczej intrygi, ale by ją doładowało, ożywiło jak transfuzja krwi. Coś takiego sprawdza się zawsze; Balzak wie to z doświadczenia i korzysta z tego do woli, a tym, co mnie się najbardziej podoba w tym wszystkim, w życiu, którym przepełnia aż po brzegi swoje wytwory, jest jego obecność; wciąga nas do uczestnictwa w organicznych aspektach swojej twórczości, trochę tak, jakby nas przyjmował na sedesie i bezceremonialnie informował o pracy swojego układu trawiennego.

U wezgłowia umierającej pani de Mortsauf ksiądz Birotteau robi na Féliksie de Vandenesse wrażenie świętego, „jednego z tych ludzi, których Bóg naznaczył jako swoich, oblekając ich w łagodność i prostotę, dając cierpliwość i miłosierdzie”. Kiedy zabiera głos, to jakby mówił sam Fénélon (prawda, że w Lilii… wszyscy mówią mniej więcej jak Fénélon). Mamy rok 1823. Trzy lata później temu samemu księdzu przypada główna rola w Proboszczu z Tours, którego akurat teraz czytam, i Balzak bez skrupułów mówi nam, że to imbecyl. Niewątpliwie dobry człowiek, którego rozczarowania życiowe wzbudzają współczucie, lecz jego głupoty nie sposób uznać za formę ewangelicznej prostoty, tak bardzo jest ciasna, uparta i nawet egoistyczna. Nie ma już mowy o łaskach Bożych, a duchownego przedstawia się nam jako zwykłą odmianę starego kawalera (tekst stał się zresztą częścią tryptyku pod tytułem Célibataires21). Jaki z tego wniosek? Że Balzak jest mniej pobłażliwy i bardziej świadomy niż Félix? (Félix z Lilii…, czyli ten z Córki Ewy, który przetrawił okropny list Nathalie, zachował pobłażliwość, lecz zyskał trzeźwe spojrzenie na świat). Że w ciągu trzech lat dusza księdza się skurczyła? Że bohater literacki i nasze wyobrażenie o nim zmieniają się z książki na książkę, podobnie jak zmieniają się w życiu, i w zależności od tego, kto go obserwuje i z jakiej odległości, okazuje się tłem dla innych postaci bądź protagonistą?

Jest jeszcze coś bardziej zastanawiającego: również trzy lata dzielą czas powstania obu powieści, ale zarówno ich chronologia, jak i cała wymowa są odwrotne. Proboszcz z Tours pochodzi z 1832, Lilia w dolinie z 1835 roku. Pierwsza, gorzka, smutna, cechująca się owym „wzruszającym wyczuciem detalu”, za które Beckett, jeśli się nie mylę, chwalił Emmanuela Bove’a, przywodzi na myśl Czechowa; druga, młodzieńcza i empatyczna aż do delirium, kojarzy się z Lamartine’em po wzięciu ecstasy. Zwykle pisarze najpierw piszą pochwałę niewinności, a potem doświadczenia. Ale Balzak nie jest zwykły.

„Stronice wracające do nas, gdy ich nie czytamy, zdania i słowa innych ludzi, które zjawiają się nieproszone jak następny dzień, nie należą już tylko do literatury. Są one częścią nas samych w równym stopniu co nastroje. Wygląda to tak, jakby ich autorzy byli w posiadaniu indywidualnej dokumentacji na nasz temat, więc zaczynamy zaglądać do niej chętniej niż do horoskopu lub do wróżki. Staramy się zgadnąć, dlaczego uparcie wyciągają nam stale te same karty”. Florence Delay, La Séduction brève, Gallimard.