Dobrze jest mieć dokąd pójść

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8

W poszukiwaniu Drakuli: podróż Jonathana Harkera

Minąwszy Bystrzycę, gdzie zajrzał do oberży Złota Korona, Jonathan Harker, bohater powieści Brama Stokera, przejeżdża przez most i, jak to powiedziano w filmie Murnaua Nosferatu, „duchy wychodzą mu na spotkanie”. Dyliżans, za którym biegnie wataha wilków, pędzi w piekielnym tempie przez ciemne lasy i zostawia go na przełęczy Borgo, gdzie czeka już woźnica hrabiego Drakuli — w rzeczywistości jest to sam hrabia przebrany za woźnicę — aby go zabrać do pobliskiego zamku.

O dzisiejszej Bystrzycy właściwie trudno powiedzieć coś ciekawego, poza tym, że jej główny hotel nosi nazwę Corona de aura (zapewne po to, by przypodobać się turystom o literackich zainteresowaniach). Miejsce jest wystarczająco zniechęcające, aby pominąć ten etap pielgrzymki, toteż postanowiłem jechać dalej swoją dacią przez nieodmiennie zachwycający krajobraz alpejski, aż do słynnej przełęczy Pasul Tihuţa, gdzie na zakręcie stoi zadziwiająca betonowa budowla, hotel, który przez swą architekturę i wystrój poważnie podważył tezę, którą miałem nadzieję umocnić — że Ceauşescu uważał, iż afrontem dla Rumunii, a w konsekwencji dla niego samego, są wszelkie aluzje do literackiej i filmowej mitologii dyskredytującej Drakulę jako wielkiego narodowego bohatera. Bo o ile nie da się zaprzeczyć, że w 1986 roku oficjalny pisarz Adrian Păunescu potępił wyświetlany w angielskiej telewizji cykl o Drakuli jako „stronę z wielkiej księgi pornografii politycznej stworzonej przez wrogów Rumunii”, o tyle jest też prawdą, że w 1983 roku architekt i dekorator, którzy nie byli chyba szczególnymi dysydentami, wymyślili ten spadzisty gotyk, kazali pomalować wszystkie pokoje na czarno i na kolor byczej krwi, zamówili witraże, a ich pseudośredniowieczne motywy zostały opracowane w stylu paneli z kina Le Brady przy boulevard de Strasbourg, gdzie odbywały się rytualne projekcje podwójnego repertuaru: Le Cauchemar de Dracula i La Vampire nue9. Byłem całkowicie pochłonięty studiowaniem ich szczegółów, kiedy usłyszałem serdeczne zaproszenie, aby się przyłączyć do licznego i głośnego towarzystwa przy stole, któremu przewodził ze szczodrobliwością współczesnego wojewody Marin Soinescu.

Marin Soinescu wygląda jak Charles Bronson, tylko w mniej smukłym wydaniu. W wieku dziewiętnastu lat próbował uciec z Rumunii, został złapany, spędził pięć lat w obozie pracy, skąd znowu uciekł i po wielu peregrynacjach osiadł w Kanadzie. Nauczył się angielskiego najlepiej jak potrafił i, siłą uporu, zrobił godną pozazdroszczenia karierę w dużej firmie wysyłkowej, w której jest obecnie doradcą handlowym na Europę Wschodnią. Właśnie wrócił do kraju po raz pierwszy od piętnastu lat i dokładnie tak samo reaguje — ma poczucie grozy — jak stary dandys z Instytutu Iorga (choć wszystko ich różni). Przewodnicząc zgromadzeniu miejscowych, których spotkał w ciągu tego dnia i w królewskim geście zaprosił na kolację, śmieje się, całuje wszystkich, nalewa i dolewa, ale od czasu do czasu zastyga, potrząsa głową, jakby chciał się obudzić, i mówi do mnie — do mnie, bo znam angielski i pochodzę tak jak on z innego świata — że nie może w to uwierzyć, nie zdawał sobie sprawy z tego, kiedy tu dorastał, starał się przeżyć, ale że z wartościami ludzkimi w tym kraju stało się coś potwornego. Nie ma to nic wspólnego z innymi krajami Wschodu, do których ciągle podróżuje: to jest… to jest potworne i tyle. W porównaniu z Marinem każdy z działaczy Dialogu Społecznego to doktor Pangloss10, a Aleksander Zinowiew zdaje się poetą rozśpiewanego jutra11. Jego zdaniem to właśnie dlatego, że Iliescu wraz ze swoim gangiem są nieudolnie zakamuflowanymi komunistami, wszyscy, a już na pewno jego dzisiejsi goście, głosowali i nadal będą głosować na nich. Kiedy jednak, żeby się popisać, powtarzam epigram o Rumunii jako o jedynym kraju na świecie, który dobrowolnie wybrał komunistów, Marin uciera mi nosa: „Proszę tak nie mówić, to kiepski żart — a fucking joke. Nawet jeśli nie było oszustwa, odrażające jest mówienie o wolnych wyborach, kiedy najskromniejszy rolnik zawsze zależał i nadal zależy od komunistów, żeby wykarmić swoje bydło”.

Aby zmienić temat, ukierunkowuję Marina na Drakulę, żartując na temat otaczającej nas scenerii. To dla turystów — przyznaje — ale prawdziwy zamek Drakuli, a przynajmniej jego ruiny, znajduje się kilka kilometrów stąd; gdyby miał czas, toby mi go pokazał. Dziwię się i powtarzam świeżo zdobyte wiadomości: to są miejsca z powieści, prawdziwy Drakula żył na Wołoszczyźnie, nie dalej jak wczoraj jadłem obiad w restauracji, która mieści się w jego rodzinnym domu w Sighişoarze. Marin nie daje jednak za wygraną: wie, co mówi, mogę zapytać obsługę hotelu. (Indagowany nazajutrz personel gwałtownie zaprzecza, przez co nawiązuje do opinii autoryzowanej przez profesora Andreescu, ale też do romantycznej tradycji, zgodnie z którą nieprzytomni ze strachu wieśniacy zawsze mają dla nazbyt ciekawskich podróżnych jedną odpowiedź: nie ma i nigdy nie było zamku w okolicy, wszystkie te warkocze czosnku wiszą dla ozdoby, a przy okazji oczyszczają powietrze).

Marinowi zawdzięczam jeszcze inny moment intensywnie unheimlich. Pod koniec kolacji wszyscy zaczęli śpiewać. Ja zaśpiewałem La Javanaise, co rozbawiło biesiadników do łez. Sam także się uśmiałem, Marin również. Białe wino lało się strumieniami, byliśmy szczęśliwi, będąc razem w tej właśnie chwili. Potem Marin coś zanucił — jedną z tych melodii, które każdy kiedyś słyszał, ale niekoniecznie potrafi je zidentyfikować, i które mgliście kojarzą się z ogniskiem i z obozem harcerskim. Ponieważ zwrócił się w moją stronę, zrozumiałem, że piosenka, zapewne francuska, jest przeznaczona dla mnie osobiście, więc przybrałem porozumiewawczy i jednocześnie zachwycony wyraz twarzy, aż do zakończenia, kiedy Marin z przyjaznym uśmiechem oznajmił rzecz, która mnie zmroziła: „L’Eau vive… You know?… Guy Béart”.

9

Prawda przedostatnia

Podczas gdy włóczyłem się po Bukowinie, wiedziony nieomylnym instynktem, za którego sprawą zawsze omijałem wszelkie wydarzenia ważne dla zbiorowości, w jakie ewentualnie mógłbym być zaangażowany, Bukareszt mierzył się z widmami o wiele bardziej namacalnymi. Widząc w telewizorze ustawionym w hotelowym holu powtarzane ciągle obrazy spalonych ciężarówek, potłuczonych szyb, jednym słowem wandalizmu, że użyję jedynego wyrażenia, które mogłem bez trudu wyłowić z komentarzy i które ludzie powtarzali wokół mnie z jednogłośną dezaprobatą, postanowiłem pospieszyć z powrotem. Wypadek samochodowy, w którym nie ucierpiał nikt oprócz samochodu, pokrzyżował mi plany. Moje obawy przed tego rodzaju komplikacjami — wypełnianiem oświadczenia w sprawie kolizji w kraju, w którym nawet najnowsze wydarzenia są przedmiotem głębokich kontrowersji — były na tyle duże, abym czuł się dziś zobowiązany przyznać, że wbrew wszelkim oczekiwaniom sprawa została załatwiona na posterunku policji w Wamie (okolice Suczawy) co prawda powoli, ale spokojnie, uczciwie i prawie że z uśmiechem.

Mimo wszystko dotarcie do Bukaresztu zabrało mi jeszcze dwa dni. W ciągu tych dwóch dni rząd, aby spacyfikować „wandali” (czytaj: demonstrantów), sprowadził kilka pociągów górników uzbrojonych w żelazne pałki, którzy rzeczywiście ich spacyfikowali, urządzając krwawą łaźnię.

Obsypane gorącymi gratulacjami przez prezydenta Iliescu „czarne twarze” zaczynały się rozjeżdżać w momencie, gdy się zjawiłem, a wraz ze mną wielu dziennikarzy, którzy przypuścili szturm na hotel Intercontinental. Spędziłem w nim kolejne trzy dni, czekając, aż coś się zdarzy, wyglądając na placu Uniwersyteckim zalążków zgromadzeń, które natychmiast się rozchodziły, i nasłuchując niezliczonych pogłosek, jakie ten hotel przyciąga. Zastanawiałem się jak wszyscy — mówię o zagranicznych obserwatorach — czy lepiej byłoby wyjechać, ryzykując, że znów ucieknie mi ważne wydarzenie, czy też zostać, licząc się z tym, że wkrótce nie znajdę żadnego istotnego powodu do wyjazdu.

Sądzę, że nie ma sensu ponownie wspominać o tych wydarzeniach, o rządowych farsach, które im towarzyszyły i po nich nastąpiły. Nie widziałem górników w akcji (zaledwie jedno pospieszne pranko, na do widzenia), w odróżnieniu od kolegi McPhersona, któremu dosłownie rozkwasili twarz, bo wyszedł na ulicę w niewłaściwym momencie; zamknięty w swoim pokoju w Intercontinentalu, pisał dla czasopisma „Granta” artykuł, do którego odsyłam czytelników zainteresowanych bardziej szczegółowym opisem. Sam chciałbym wspomnieć o czymś innym.

Nie wydaje mi się, abym był jedynym, który uważa amerykańskiego pisarza science fiction Philipa K. Dicka (1928–1982) za Dostojewskiego tego stulecia, to znaczy, ujmując rzecz w dużym skrócie, za człowieka, który wszystko zrozumiał. Każda z jego powieści, które z przerażającą ostrością malują rozpad rzeczywistości, a przede wszystkim postrzegających ją sumień, mogłaby być idealnym wademekum podróży po Rumunii. Jedna z nich, zatytułowana Prawda półostateczna, opowiada historię ludzkości, która w wyniku wojny chemicznej i bakteriologicznej uciekła do podziemnych schronów, gdzie przez całe lata prowadzi upiorne życie. Wie z telewizji, że na powierzchni szaleje wojna, wzrasta zatrucie powietrza i nie ma tygodnia, by jakieś miasto nie uległo zagładzie. Ale pewnego dnia zaczyna krążyć plotka, że działania wojenne już dawno się skończyły. Garstka silnych ludzi, władców sieci telewizyjnej, markuje konflikt, mając na względzie jeden cel: utrzymać pod ziemią zbyt liczną ludność i żyć sobie bez niej spokojnie pod gwiaździstym niebem. Plotka przybiera na sile — najgorsze w książce jest to, że oczywiście jest ona prawdziwa — więc możemy sobie wyobrazić potworną (i usprawiedliwioną) nienawiść ludzi z podziemia, kiedy ruszają do ataku na górę. Wydaje mi się, że tego rodzaju nienawiść dojrzałem w oczach górników przywiezionych do Bukaresztu, aby „ratować demokrację”, i przyznaję, że miałem nadzieję, iż pewnego dnia obróci się ona przeciwko tym, którzy ją podsycali.

 

No i tak. Artykuł, który Państwo właśnie przeczytali, nie zawiera kłamstw w tym sensie, że słyszałem wypowiedzi, widziałem zdarzenia i doświadczyłem wrażeń, które zrelacjonowałem. A jednak jest on prawdopodobnie błędny. Być może pomyliłem się co do wszystkiego: ludzi, ich przeszłości, ich obecnych przekonań i odpowiedzialności za to, co się dzieje. Pewne jest także, że w świecie, w którym ten artykuł się ukaże, ludzie ci zdążą się zmienić — przeszłość, w której ich spotkałem, będzie czymś zamkniętym, odwołanym i niezrozumiałym nawet dla nich. Może się zdarzyć, że utalentowany arywista Nedelciu będzie wtrąconym do więzienia bohaterem, dyletant Boia skorumpowanym ministrem, a Teodorescu silnym przywódcą potężnej komunistyczno-nacjonalistyczno-chłopskiej partii. Idea, że wszystko może się zdarzyć, niesie z sobą pozytywną treść: dwa tygodnie w Rumunii przekonały mnie, że to coś okropnego.

„La Règle du jeu”, czerwiec 1990

MOLL FLANDERS DANIELA DEFOE

Daniel Defoe był za życia uważany za człowieka nikczemnego i pozbawionego honoru. Niewykluczone, że on sam też tak siebie widział, choć przestrzegał nakazów religii i wyznawał zasady moralne, zgodnie z którymi wymyślanie historii uważał za grzech ciężki. Napisać powieść dla tego purytanina z jednej strony oznaczało tyle, co oddalić się od prawdy, udawać, że się poprawia dzieło Boże i drwić z czytelnika, który, jeśli nie jest głupcem albo dzieckiem, czyta po to, aby się kształcić, a nie zabawiać jakimiś wymysłami. Z drugiej strony trzydzieści lat żurnalistycznego rzemiosła nauczyło go, że nie zawsze ma się materiał na tekst i czasami trzeba podrasować fakty, a nawet coś zmyślić. Jego etyka zawodowa potępiała fikcję, lecz tolerowała to, co w żargonie prasowym nazywa się sztukowaniem. Temu kompromisowi zawdzięczamy kilka książek, których komercyjny sukces przyniósł mu sporo zadowolenia. Wieczna chwała co najmniej dwóch spośród nich z pewnością by go ucieszyła, tak jak cieszą ryzykowne inwestycje, które okazują się nadspodziewanie opłacalne. Trudno mi jednak wyobrazić sobie, że nawet pośmiertne losy jego książek mogłyby go napełnić dumą literata.

Ten pisarz, który spędził życie usmarowany farbą drukarską i którego najnowsza bibliografia zawiera aż 557 wpisów, nie był literatem, a rozumiem przez to człowieka uzależniającego swoje zbawienie od doskonałości swoich pism, z kolei życiowy sukces lub porażkę od ich szans na przejście do potomności. Przeciwnie, Daniel Defoe uważał, że „ważną sprawą na tej ziemi jest zarabiać pieniądze”. Właśnie tą miarą mierzył zarówno swoje zasługi, jak i notowania u Stwórcy, zgodnie z często omawianą przez historyków tezą o związku reformacji z rozwojem kapitalizmu.

Zdolność wielu powieściopisarzy do tworzenia z wyobraźni zmniejsza się z wiekiem, co skłania ich do pisania wspomnień, biografii lub kronik. Defoe podążał odwrotną drogą. Zbliżając się do sześćdziesiątki, pozwolił rozhulać się swej wyobraźni, bo też nie miał nic lepszego do roboty. Niestrudzony człowiek był zmęczony. Brakowało mu odwagi, aby ruszyć w teren po informacje i grzebać w śmietnikach, jak to długo miał w zwyczaju. Z zazdrością patrzył na gorące tematy trafiające się innym, jak historia Aleksandra Selkirka, rozbitka odnalezionego na bezludnej wyspie, którą pasjonowała się cała Anglia. I tak oto — w celu oszukańczego wykorzystania potencjału handlowego, który przeczuwał — napisał pamiętniki Robinsona Crusoe.

Ideałem literackim Daniela Defoe był Papillon: prawdziwa historia, ilustrująca odwagę człowieka i wrogość świata, opowiedziana z werwą przez głównego bohatera. Jako że receptura się sprawdziła, po Robinsonie… wyprodukował Memoirs of a Cavalier — książkę, w której zabrał czytelnika na spacer po Europie w czasach wojny trzydziestoletniej, wspomnienia kapitana Singletona dające mu możność zapoznania się z funkcjonowaniem społeczności piratów, wspomnienia londyńskiej córy Koryntu Moll Flanders, jak też wielkiej awanturnicy lady Roxany, potem jeszcze londyńskiego mieszczanina podczas epidemii dżumy i inne.

Żaden z tych utworów nie ukazał się pod jego nazwiskiem. Bałby się odebrać im w ten sposób szanse powodzenia. Bardziej fałszerz niż mistyfikator, nie chciał być odkryty i podziwiany — wolał oszukiwać czytelnika na towarze. Stąd być może bierze się niezwykły realizm jego książek, a w szczególności Moll Flanders. Kiedy czytamy powieść napisaną w pierwszej osobie, dobrze wiemy, że za fikcyjnym „ja” kryje się powieściopisarz, on zaś z kolei wie, że my to wiemy, i o ile domaga się od nas owego willing suspension of disbelief12, zdaniem Coleridge’a warunku wszelkiej lektury, o tyle nie próbuje nas oszukiwać i nie czuje się zobowiązany do ciągłego utrzymywania prawdopodobieństwa. Nie waha się użyczyć swego talentu pisarskiego postaciom, które normalnie byłyby go pozbawione, ani odtworzyć w pełnym ozdobników stylu, na setkach stron, historii, jaka rzekomo została opowiedziana na żywo, jednym ciągiem. Defoe przeciwnie — nie kieruje się poczuciem miłości własnej artysty, lecz obawami niezbyt uczciwego kupca, toteż chce, abyśmy naprawdę wierzyli, że czytamy wspomnienia napisane przez niewykształconą staruszkę (raczej podyktowane niż napisane, tak bardzo styl jego narracji jest nacechowany przekazem ustnym). Defoe bez wątpienia wolałby sam zarejestrować to świadectwo, które musiał wymyślić, tak jak dziś zapisuje się na magnetofonie wspomnienia jakiejś gwiazdy, słynnego gangstera czy pasterza, pamiętającego, jak to drzewiej bywało. To, co jest niezwykłe w Moll Flanders i co przekład Marcela Schwoba oddaje doskonale, to moim zdaniem głos. Na czterystu stronach słyszymy opowieść starej kobiety, przyzwyczajamy się do monotonii jej głosu, do wyrażeń, które jak się domyślamy, są przestarzałe, a także do powtórzeń: często ględzi, ale czasami zdarzają się jej nadzwyczaj żywe uwagi i kpiny. Defoe używa prostych, lecz skutecznych trików, by narzucić nam jej obecność: Moll narzeka mimochodem, że zapomniała jakiegoś szczegółu, daty, nazwy miejsca, wtedy zaś autor bardzo się pilnuje, żeby niczego nie zmyślić, bo jest świadom, że tego rodzaju zabiegi ogromnie mu pomagają schować się za narratorką. Nie wiem, czy w literaturze istnieje wiele książek równie wiernych czyjemuś głosowi, od początku do końca wpisanych w jego ton. Denis Marion, który napisał jedyną książkę poświęconą Defoe w języku francuskim, przywołuje przy tej okazji Śmierć na kredyt i po przeprowadzeniu weryfikacji (czytałem na zmianę po dwie, trzy strony obu książek) uznałem to a priori dziwaczne porównanie za genialne. Poza tym Śmierć na kredyt jest jedną z nie tak znowu wielu książek, które wychodzą obronną ręką z zestawienia z Moll Flanders — nie są one sztuczne, pozerskie, estetyzujące. A przecież bezsprzecznie jest to książka estetyzująca, pozerska i podobnie jak Moll Flanders spreparowana.

Céline był wykwintnym furiatem, Defoe żurnalistą szachrajem: prawda, ta prawda, którą literatura może nam powiedzieć o ludzkim życiu i losie, musiała przejść przez ręce tych dwóch szemranych typów, co nawiasem mówiąc, jest dość zniechęcające dla nas, grzecznych młodych ludzi o dobrych intencjach, których rodzice literatury, gdyby takowych miała, niewątpliwie uznaliby za idealnych kandydatów na zięcia.

Jest jednak pewna różnica. Niezapomniane słowa, które chwytają nas i już nie puszczają od pierwszych zdań Śmierci na kredyt, rozpoznajemy jako głos Céline’a. Ale ten z Moll Flanders? Skąd go wziął zgorzkniały, zmęczony człowiek, który w 1721 roku, spekulując na modzie żywotów słynnych rzezimieszków i nie mając siły poszukać dokumentacji dla jeszcze jednego Cartouche’a czy Rob Roya, uznał, że łatwiej mu będzie wymyślić starą złodziejkę?

Rok wcześniej pewien pamflecista zazdrosny o sukces Robinsona Crusoe, myśląc, iż zaszkodzi Defoe insynuacją, że książka jest dziełem jego wyobraźni, opublikował druk zatytułowany Życie i Przygody Pana D… De F…, pończosznika z Londynu, który przeżył ponad pięćdziesiąt lat całkiem sam w królestwach północnej i południowej Bretanii. Ten denuncjator był znakomitym krytykiem literackim. Defoe dobrze zresztą zrozumiał, o co chodzi, i we wstępie do trzeciego tomu Robinsona… (tak, były dwa kolejne tomy, których nikt nie czyta i nic w tym dziwnego) poszedł na ustępstwa: „Ta powieść, choć alegoryczna, jest również historyczna. Co więcej, istnieje znany człowiek, którego życie i czyny dostarczyły tematu do niniejszego tomu, i do którego odnoszą się bezpośrednio wszystkie części opowieści. Nie ma takich okoliczności wyimaginowanej historii, które nie wzorowałyby się na historii rzeczywistej: dwadzieścia osiem lat spędzonych w warunkach największego zbłąkania, smutku i opuszczenia, jakich kiedykolwiek zaznał człowiek; gdzie żyłem wśród ciągłych burz; gdzie walczyłem z dzikusami i kanibalami najgorszego autoramentu; gdzie byłem karmiony przez cuda większe niż kruki; gdzie musiałem ścierpieć wszelką przemoc i opresję, zniewagi, wyrzuty, pogardę od ludzi, ataki demonów, kary z nieba i przeszkody na ziemi…”.

Wystarczy przekartkować biografię Defoe — co dziwne, nie ma wiele książek — aby się upewnić, że nie przesadza. Syn drobnych kupców, najpierw próbował zrobić fortunę w pończosznictwie, lecz źle przysłużyła mu się śmiałość granicząca z nieuczciwością. W wieku trzydziestu dwóch lat, jako człowiek żonaty i ojciec trojga dzieci, otrzymał orzeczenie o upadłości, przy czym jego długi były na tyle duże, że w zasadzie mógł zostać skazany na dożywotnie więzienie. Wierzyciele dali mu szansę w nadziei, że spłaci ich pewnego dnia. Prowadził cegielnię, w imieniu państwa został poborcą nowego podatku od szkła i zaczął pisać w gazetach, z talentem i złą wiarą, które szybko zauważono. Od tego momentu wydarzenia jego życia — jak też dziewięć dziesiątych jego twórczości — można zrozumieć jedynie pod warunkiem, że się dobrze zna historię polityczną Anglii za panowania Wilhelma III Orańskiego, a następnie królowej Anny. Historię przeraźliwie skomplikowaną, gdzie torysi i wigowie, Kościół anglikański i sekty dysydenckie, dynastie Stuartów i Welfów ścierają się wzdłuż nieustannie zmieniających się linii, zajmują kolejno te same stanowiska i walczą o pióra wpływowych dziennikarzy, a są to czasy, kiedy opinia publiczna zaczyna mieć znaczenie. Tak oto Defoe zostaje najemnikiem, zmiennym jak chorągiewka na dachu, którym szczerze pogardzali pisarze z pozycją, na przykład Swift. Kiedy władzę przejmowało stronnictwo rywalizujące z tym, które wspierał, lub gdy w ramach tej samej frakcji rywalizujący ze swoim przełożonym urzędnik zabierał miejsce tamtego, zaczynało się od wtrącenia Defoe do lochu lub postawienia go pod pręgierzem, co z jednej strony od razu budziło w nim ochotę do współpracy, z drugiej umacniało czytelników w przekonaniu o jego niezależności — następnie zaś dostawał ponowne zatrudnienie. Przez dziewięć lat kierował tygodnikiem, właściwie samemu go redagując. Pismo ukazywało się następnie dwa, wreszcie trzy razy w tygodniu. Żaden numer nigdy nie wyszedł z opóźnieniem, mimo że Defoe podróżował dużo po kraju i po kontynencie, czego wymagało jego dodatkowe zajęcie szpiega. Praktykował wszelkie formy dziennikarstwa: informacyjne i dezinformacyjne, śledcze, ujawniające nieprawidłowości, doradcze; na każdy temat miał swoje zdanie lub takie, za które mu płacono. Ta przytłaczająca, a czasami hańbiąca aktywność nie wystarczała jednak, aby zapewnić mu fortunę, do której dążył. W najlepszym razie w różnych okresach życia zaznał wygodnego dostatku. Nigdy nie trwało to jednak długo. Za każdym razem jakiś proces, skandal lub niełaska wypędzały go z miejsca, w którym przebywał. Utyskujący na reumatyzm notabl kolejny raz stawał się banitą, błąkał się po gościńcach, ukrywał w wiejskich karczmach. Takie było jego przeznaczenie, wykazujące na pierwszy rzut oka wyraźne podobieństwo do losów Moll Flanders (bardziej niż do Robinsona). Istnieją jednak głębsze i bardziej osobiste podobieństwa. Denis Marion przenikliwie zauważa, że Moll staje się złodziejką i traci szacunek dla siebie dopiero w wieku pięćdziesięciu lat. To właśnie w tym wieku, zaszachowany przez kolejne, pełne sprzeczności zmiany obozów, Defoe musiał zacząć prowadzić podwójną, a nawet potrójną grę i uznać się za zdrajcę. Na jeszcze głębszym poziomie obarczył Moll, jak wszystkich swoich bohaterów, dwoma ciężarami, które ciągnął przez całe życie: brakiem poczucia bezpieczeństwa materialnego i samotnością.

Wszystkie powieści Defoe są na ten sam temat, sprowadzając życie człowieka do trudności przetrwania. To może sprawić, że na początku Moll Flanders wyda się nudna. Przeciwności natury i jakże budujący triumf Robinsona nad nią nie należą do tematów poruszonych w tej książce, gdzie chodzi wyłącznie o pieniądze. Bohaterka nie myśli o niczym innym, stale tylko liczy, ile ma. Nie jest skąpa, chciwa, nie marzy o wielkim bogactwie: nie, chciałaby tylko, by nie zabrakło jej chleba powszedniego i nie zestarzeć się w nędzy. U Balzaka obsesja na punkcie pieniędzy jest namiętnością, porównywalną, a nawet możliwą do pogodzenia z innymi namiętnościami: miłością i ambicją. Światem, jaki maluje Defoe, nie rządzą namiętności, tylko bieda. Jego bohaterowie, podobnie jak on sam, nie znają rozrywek ani subtelnych lub rozbuchanych uczuć, którym sprzyjają rozrywki. Ich jedyny plan na życie to pozostać przy życiu. Znam tylko jedną fikcję literacką, która jeszcze bardziej człowieka zubaża i sprowadza do jeszcze bardziej elementarnej kondycji, mianowicie Głód Knuta Hamsuna. Ale są książki, które nie są fikcją, a tytuły dwóch, słusznie najsłynniejszych, mówią nam o tym, czego chcą nas nauczyć: L’Espèce humaine13 i Czy to jest człowiek. Czytamy je jak sprawozdania ze straszliwego eksperymentu, który miał na celu zmienić więźniów obozów w maszyny do przetrwania, metodycznie pozbawiając ich wszelkich atrybutów człowieczeństwa. Robert Antelme i Primo Levi pokazują nam to, co pozostaje, czyni człowieka i co można zniszczyć jedynie wtedy, kiedy się go zabije. Jakkolwiek Defoe w swoich powieściach mówi o mniej radykalnym doświadczeniu, one także, sondując człowieka, dochodzą aż do kości i przedstawiają to, co z niego zostaje, inaczej mówiąc „resztę” — w takim sensie, w jakim Biblia nieustannie mówi o „reszcie” Izraela: tej części ludu wybranego, która, choć nieustannie kurczy się z powodu ciężkich prób, pokus i zbrodni popełnianych lub doświadczanych, pozostaje wierna wybraństwu i uparcie oraz świadomie stara się przetrwać, aby służyć Przedwiecznemu.

 

(Nieraz zastanawiałem się, jaka byłaby moja reakcja, gdybym dowiedział się, że jedna z tych książek, których warunkiem istnienia jest autentyczność zawartego w nich świadectwa — od wspomnień obozowych do pamiętników z powolnego umierania Fritza Zorna czy Hervé Guiberta — jest fałszywką skonstruowaną przez zręcznego pisarza. Pisanie o Defoe nagle ożywia tę literacką fantazję. Był tak nieuczciwy i utalentowany, że jak sądzę, spośród wszystkich pisarzy jedynie on byłby zdolny udatnie sfabrykować nie tylko Papillona lub dokument z serii Terre humaine14, ale także Dziennik Anny Frank. Celowo wybrałem ten przykład, aby pokazać, że małe oszukaństwo, któremu zawdzięczamy książkę taką jak Moll Flanders, nie jest w gruncie rzeczy tak niewinne, jak jesteśmy skłonni twierdzić, i Defoe być może słusznie obawiał się, że zostanie zdemaskowany i miał poczucie winy).

W jeszcze innej kwestii: zacytowany przeze mnie wcześniej anonimowy denuncjator miał rację, twierdząc, że Defoe przez całe życie mieszkał w Anglii równie samotny jak Robinson na swojej wyspie. Prawda, że prowadził niezwykle aktywne życie zawodowe, co zawsze wiąże się z wieloma kontaktami, lecz wyłączając wyjątki, o których nic nam nie wiadomo, zdaje się, że był powszechnie znienawidzony, pogardzany i z nawiązką to ludziom oddawał. Prawda, że żona powiła mu sześcioro dzieci, prawda, że je wychował i zaopatrzył, lecz pozostał po nim dziwny tekst, łakomy kąsek dla biografów, gdzie opowiada o człowieku, którego dobrze znał (zawsze w ten sposób pisze o sobie), który z powodu mizantropii pewnego pięknego dnia postanowił nie odezwać się już do swojej rodziny ani słowem. Poza domem praca zmuszała go do mówienia, lecz żadna z osób mieszkających z nim pod jednym dachem nie usłyszała jego głosu przez dwadzieścia dziewięć lat — co tworzyło, wyjaśnia z niejaką satysfakcją, dość ciężką atmosferę. Ryzykowne byłoby wnioskować, że jest to wyznanie czysto autobiograficzne, ale… Powiedzmy tylko, że w życiu prywatnym nie był chyba o wiele bardziej otwarty i ufny niż w publicznym. Jego bohaterowie żyją jak on w skrajnej samotności. Bezsprzecznie aż do pojawienia się Piętaszka sam temat narzuca ją Robinsonowi Crusoe, tak jak strach przed zakażeniem rymarzowi, którego Dziennik pisany w roku zarazy jest też dziełem Defoe. Nie widać jednak za bardzo, co takiego nie pozwala Moll Flanders zadzierzgnąć więzów przyjaźni, a przynajmniej koleżeństwa w różnych kręgach, w których się obraca. Ze stosunków międzyludzkich zna ona jedynie przypadkowe wspólnictwo usankcjonowane małżeństwem (stąd przemożna obawa, że może zostać wykorzystana w tej kwestii, i chęć, aby raczej wykorzystać innych) i za każdym razem, gdy wspólnictwo się kończy, znowu jest sama i podkreśla fakt, że nikogo nie zna, a jej ciało, jedyny kapitał, jaki posiada, z każdym rokiem niestety traci na wartości.

Niedostatek i samotność były przeznaczeniem Defoe, który obdzielił nimi swoich bohaterów. Realizm tych pseudopamiętników nie pozwalał na to, by opowiedzieli nam swoją śmierć, jako że przecież rzekomo trzymali w ręku pióro. O tym, jak umarli niektórzy z nich, wiemy dzięki wybiegowi mającemu za zadanie wzmóc jeszcze wrażenie autentyczności: Defoe oddaje nam wspomnienia bandyty Jeana Shepparda, precyzując, że przekazał mu je on przed wejściem na szafot. Ale już Moll Flanders porzucamy, a raczej ona nas porzuca, u progu starości, która zapowiada się całkiem spokojnie. Czas przygód minął, udało się zapobiec nędzy: pozostaje już tylko powoli gasnąć, prosząc Boga o przebaczenie za grzechy. Takiej starości pewnie życzył sobie sam Defoe, który osiągnął wiek swojej bohaterki. Los okazał się dla niego mniej miłosierny niż on dla Moll Flanders. W wieku siedemdziesięciu lat w wyniku ostatniego procesu sądowego zmuszony został do kolejnej ucieczki, wskutek czego światowej sławy autor Robinsona Crusoe odszedł z tego świata w nędznej norze na obrzeżach Londynu, nie odważywszy się już dołączyć do rodziny. Umarł w samotności i biedzie, tak jak żył, i zgodnie ze swoim przekonaniem, że ludzie muszą tak żyć.

Koniec to smutny i gorzki. Ale choć może nie sposób czegoś się dowiedzieć o ostatnich chwilach kogoś, kto umiera, nie sądzę, aby ten koniec był zupełnie beznadziejny. Jako zaprzysięgły realista, a więc i pesymista, Defoe był człowiekiem wiary i nadziei, jeśli nie miłosierdzia. Wychowany na doktrynie kalwinistycznej, wierzył w predestynację i nigdy nie wątpił, że należy do wybranych. To przekonanie potrafi czasem mieć szaleńczą siłę, a wtedy przekształca się w demoniczną gwarancję bezkarności — jak ta, którą się upaja Usprawiedliwiony grzesznik we wspaniałej powieści szkockiego pisarza Jamesa Hogga — lecz w przypadku Defoe pozostało ono tyleż pokorne, co niewzruszone. Przeciwności losu, których mu życie nie szczędziło i, co trudniejsze, a może nawet bardziej godne podziwu, również swoje własne grzechy, uważał za p r ó b y, jakie Pan rozsiał dla niego na drodze prowadzącej do zbawienia, więc nigdy nie dał się pokonać niepowodzeniom i nie stracił ducha. Ta niestrudzona nadzieja, która dodaje mocy jego monotonnym i pozbawionym złudzeń powieściom, jest także, patrząc z innej perspektywy, „resztą” człowieka, kiedy życie sprowadza się dla niego do walki o przetrwanie, samotności i śmierci. Chcę wierzyć, że ta reszta jest czymś nieredukowalnym i że wydając ostatnie tchnienie, Moll Flanders i Daniel Defoe mogli to sprawdzić.

P.O.L., 1994