Dobrze jest mieć dokąd pójść

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Dwie kolacje

Pani Colleu-Dumont, która mimo widocznego wyczerpania wkłada mnóstwo dobrej woli w wykonywanie obowiązków radcy kulturalnego, ma zapewne wiele kłopotów z urządzaniem oficjalnych kolacyjek. Większość intelektualistów, którzy niegdyś spotykali się na nich połączeni wspólnym strachem przed Securitate, jest dziś śmiertelnie skłócona, co zdaje się dowodzić, że pogarda wobec mas łączy ludzi słabiej niż nienawiść do tyrana, a stąd już tylko jeden krok do tęsknoty za tyranem. Niewiele brakuje, aby członkowie Grupy ds. Dialogu Społecznego zrobili ten krok. Niektórzy z nich — to już szczyt wszystkiego — dołączyli do Iliescu, o którym filozof Gabriel Liiceanu i jego przyjaciele mówią bez ogródek, że jest gorszy od Ceauşescu. Ponieważ doszło już oficjalnie do rewolucji, pozostaje tylko strawestować piękne powiedzenie Tristana Bernarda, kiedy przybył do obozu w Drancy: „Żyliśmy w strachu; odtąd będziemy żyć w nadziei”.

„Dialog społeczny? Bardzo dobrze, ale z kim?”, wzdychają humaniści, których nazwiska już za kilka dni zostaną wydane na pastwę górników i typografów. Już teraz, łącząc role Kasandry i Antygony, spodziewają się najgorszego: masy, od czterdziestu lat odmóżdżane i utrzymywane w tym stanie przez telewizję, nadal będą akceptować bez zmrużenia oka reżym narzucany przez jedną partię; Front, który w najlepszym razie zadba o to, aby jakoś to wyglądało z zewnątrz, zacznie tolerować opozycję, pod warunkiem że będzie się ona wywodziła z jego szeregów i podlegała kontroli, a kiedy katastrofa gospodarcza stanie się oczywista, zmniejszy mizerne ustępstwa przyznane kilka miesięcy temu w zamian za demokrację — i właśnie wtedy może dojść do brutalnej reakcji w duchu nacjonalistycznym, populistycznym, prawosławnym i ksenofobicznym. Co więc zrobić? Palić wściekle jednego papierosa za drugim, jak Liiceanu. W nadziei, że się oświeci kilka umysłów, przetłumaczyć i opublikować, jeśli nie odbiorą przydziału na papier, książkę, w której Michel Castex, korespondent AFP, szczegółowo relacjonuje upiorny serial o odkryciu masowych grobów w Timişoarze, które „rewolucjoniści” z wrzaskiem przypisali uciekającej Securitate, zanim się okazało, że to „rewolucjoniści” sami bezwstydnie wykopali zwłoki na cmentarzu, aby uzasadnić przeprowadzone przez siebie czystki i wstrząsnąć Zachodem. I powtarzać sobie aż do mdłości, że iluzja przebudzenia była częścią koszmaru.

Przyznaję, że przez dwa dni od swojego przyjazdu słuchałem tych dywagacji z niejaką irytacją, bo uważałem, że ci przegrani to ponuracy i defetyści, i mówiłem sobie (podobnie jak rząd francuski, gdy go o to zapytać), że do licha, demokracji nie robi się w miesiąc i trochę za wcześnie na rozpacz. Niestety wydaje się, że wszystko świadczy o ich słuszności, a ja ze swojej strony nie spotkałem się wówczas z żadnym przedstawicielem nowej władzy.

Trzy dni później minister informacji Razvan Teodorescu, bezdyskusyjna gwiazda obiadu, podczas którego znalazłem się z nim przy wspólnym stole, miał tylko jedno słowo, aby napiętnować ludzi z Dialogu Społecznego i im podobnych: „Frustraci”. Zgorzknialcy, zazdrośnicy, skarlali zawistnicy, którzy nie mogą znieść tego, że nie są na jego miejscu, nikt więcej. Silny tą filozofią, która wyraźnie obejmuje wszelkie formy opozycji i którą oznajmi światu w niezmienionej postaci już na drugi dzień po łomocie sprawionym opozycji przez górników, minister promienieje dobrym samopoczuciem i serdecznością. Przejawiając karykaturalną wręcz dbałość o swą aparycję (ostrzyżony na zero, ciemne okulary, ciężkawa wykwintność manier), ten nauczyciel sztuki bizantyjskiej postawiony u sterów jedynego kanału telewizyjnego w Rumunii stał się, jak twierdzą jego przeciwnicy, makiawelicznym sprawcą zwycięstwa Frontu. Wśród coraz bardziej gorączkowych pogłosek, które krążą na temat przyszłego rządu, często pada jego nazwisko jako następcy monarchistycznego Paleologa w ambasadzie w Paryżu („Idealnie nadaje się do reweransów”, szydził Liiceanu). On sam, nie bez kokieterii, twierdzi, że złożył dymisję prezydentowi i czeka jedynie, jako oddany sługa, aż ten zgodzi się ją przyjąć. Tymczasem zachwyca się własną werwą, tym, że rozmawia z Murdochem jak równy z równym, i błyskotliwymi paradoksami („Rumunii brakowało prawdziwej partii komunistycznej. Tak, tak, mówię serio…”). Bardziej szczyci się kalumniami, jakie się na niego sypią, niż na nie narzeka, i aby nie pozostać nikomu dłużnym, utrzymuje, że Marian Munteanu, przywódca rebeliantów, którzy zbierają się na placu Uniwersyteckim, dwa lata wcześniej rozpoczął jako działacz partii karierę, wyróżniając się wzorowym służalstwem — co jest całkiem możliwe, lecz zupełnie nie do zweryfikowania, ponieważ nie mamy listy członków partii ani informatorów Securitate, a argument „wszyscy ci to powiedzą”, powszechnie tu używany, również jest bezwartościowy, jako że wszyscy mówią byle co — na przykład że Doina Cornea, dysydentka bez skazy, jest agentem CIA, a prezydent Iliescu pułkownikiem KGB i że górnicy heroicznie zdusili spisek, który jeden i ten sam Petre Roman potrafi przypisać w ciągu dwóch godzin faszystowskiej międzynarodówce oraz bukareszteńskim alfonsom.

Pod koniec obiadu moja sąsiadka przy stole, pani Teodorescu, skarży się zbolałym głosem, że kariera i spory polityczne niszczą najpiękniejsze nawet przyjaźnie, do tego stopnia, że bliscy kiedyś jej mężowi ludzie wychodzą teraz z pokoju, kiedy on do niego wchodzi. Żałuję w jej i swoim imieniu, że nie wiem, jak uroczym człowiekiem był historyk sztuki Teodorescu z d a w n y c h l a t. Nie dowiem się również, jak zachowywaliby się jego przeciwnicy na miejscu, które obecnie zajmuje i którym się tak upaja.

4

Znak nurka autonomicznego

Mircea Nedelciu, przeciwnie, jest wybitnie sympatyczny. Ten czterdziestoletni powieściopisarz jest prawą ręką poety Mircei Dinescu ze Związku Literatów, w którego siedzibie mnie przyjmuje. Wiele osób uważa, że to najlepszy autor nowego pokolenia. Czaruje dezynwolturą wiecznego studenta, przyjemnie przestarzałym francuskim slangiem (Je te taxe une cibiche5), giętką i skłonną do żartów inteligencją, która od razu sprawia, że rozmówca czuje się swobodnie.

Książka, którą by w tej chwili pisał, gdyby miał na to czas, i o której może mi tylko opowiedzieć, prezentowałaby punkt widzenia nurka autonomicznego, poddanego pod wodą silnemu ciśnieniu, co jest oczywistą metaforą. W takim właśnie stanie znajdował się Nedelciu, kiedy do niej zasiadł 26 stycznia 1989 roku — w urodziny Ceauşescu, dodaje z porozumiewawczym mrugnięciem. Ponieważ od samego początku pracy dostawał napadów gwałtownej i niczym niewytłumaczonej gorączki, zdał sobie sprawę, że choruje za każdym razem, kiedy bierze się do pisania. Ta okoliczność, jak też rewolucja, która wkrótce wybuchła, narzuciły mu pomysł książki: najpierw, zgodnie z pierwotnym planem, opis narastającego ciśnienia — na nurka czyha euforia odczuwana na głębinach oraz pokusa, aby ze wszystkim skończyć, potem kronika dziwacznej choroby autora, od 26 stycznia do 21 grudnia 1989 roku, czyli daty obalenia tyrana — „ale — podkreśla z kolejnym mrugnięciem oka — to jeszcze trwa”, wreszcie powinna nastąpić — „ale kiedy?” i tu mamy trzecie mrugnięcie — opowieść o dekompresji i o wynurzeniu się nurka na powierzchnię.

Schemat ten został wzbogacony o sprytny pomysł, którego nie powstydziliby się Italo Calvino albo Marcel Aymé: połączyć w jeden dodatkowy miesiąc wszystkie dni opatrzone datą 29 lutego, a w konsekwencji utworzyć nowy znak zodiaku, zarezerwowany wyłącznie dla Rumunów. Znak nurka autonomicznego (tak brzmi tytuł książki) logicznie sytuuje się między Wodnikiem — znakiem, pod jakim urodził się Ceauşescu — a Rybami, które towarzyszą, cóż za zbieg okoliczności, losom Iliescu.

W tym momencie Nedelciu wybucha szczerym śmiechem, zamiast tylko przymrużyć oko. Ja natomiast — jak ten Bloch z Poszukiwania straconego czasu, wypytujący pana de Norpois w próżnej nadziei, iż się dowie, czy ten ostatni jest zwolennikiem czy przeciwnikiem Dreyfusa — usiłuję z jednej strony zrozumieć te polemiczne aluzje, a z drugiej przynależność mojego nowego przyjaciela do bardzo oficjalnego Związku Literatów, przewodniczy mu bowiem były dysydent, a dziś zdeklarowany zwolennik Frontu Mircea Dinescu, oddycham z ulgą, bo znowu wszystko zaczyna mi pasować: ten Mircea jest dzielnym opozycjonistą, tak jak wszyscy, i jak każdy pisarz, który znalazł sobie słuchacza, zaczyna mi opowiadać o jeszcze jednej ze swoich powieści, napisanej wspólnie z parą krytyków literackich z Timişoary.

Jest to solidnie udokumentowane śledztwo w sprawie Any Cośtam-cośtam, która w przededniu pierwszej wojny światowej opuściła swoje miasto — należące wówczas do cesarstwa austro-węgierskiego — by wyjechać do Stanów Zjednoczonych, gdzie została stręczycielką, kochanką Johna Dillingera, którego w 1934 roku zdradziła w zamian za obietnicę uzyskania pozwolenia na pobyt stały. Sama również została jednak zdradzona i wydalona w 1936 roku, kiedy to otoczona wątpliwą sławą wróciła do kraju, gdzie zmarła dziesięć lat później. W 1986 roku Nedelciu i jego współpracownicy zbadali okoliczności jej śmierci, ekshumując wyraźnie okrojony raport z sekcji zwłok, dzięki czemu odtworzyli dziwaczne pogłoski: podobno Ana umarła ze strachu, bo pokazano jej jakąś zjawę; według innych źródeł doprowadzono ją do śmierci przez łaskotanie… Tak czy inaczej, po zebraniu dokumentacji trzej koledzy po miesiącu gorączkowej zabawy w wybornego trupa6 wyprodukowali pięćsetstronicowe dzieło, skonstruowane na wzór powieści w odcinkach, która, mieszając postaci fikcyjne i historyczne, mówi o zmianach granic, konfrontacji między starą Europą a Ameryką, emigracji, bandytyzmie, a przede wszystkim o fałszerstwach, bo temat ten ewidentnie jest obsesją Nedelciu — zresztą jaki inny temat mógłby dziś obsesyjnie interesować rumuńskiego pisarza, obdarzonego choćby szczątkową świadomością tego, co się dzieje.

 

Słuchając go, chętnie wyobrażam sobie coś, co przypominałoby śledztwa Leonarda Sciascii, The White Hotel, barokowe złudzenia optyczne Danilo Kiša, bo szczerze wierzę w jego talent i nie dziwi mnie, że dwóch francuskich wydawców kłóci się o prawo do jego publikacji, choć nie przeczytali więcej niż ja. Tym bardziej że autor z elegancją miarkuje zainteresowanie, jakie wzbudza, opowiadając o swojej pracy jako o rozrywce, prawie jakby to był dobry żart, w odróżnieniu od swego zniechęcającego kolegi po fachu, wspominanego już „wewnętrznego opozycjonisty”, który długo tłumaczył mi zasady swojej „literatury stwierdzeń”, ubolewając nad tym, że uparcie wracam do szczegółów jego heroicznego oporu; kiedy zapytałem go, czy mimo wszystko, zakładając, że nie rzucam w niego kamieniem i doskonale rozumiem niemal niemożliwość takiej postawy, inni nie sprzeciwiali się trochę mniej wewnętrznie i czy nie mógłby podać mi kilku nazwisk, spojrzał na mnie z powagą, po czym odparł, że woli je zachować dla siebie, przez dyskrecję i miłosierdzie, bo powszechnie wiadomo, że Securitate rekrutowała swoich informatorów właśnie wśród tych domniemanych opozycjonistów. (Najgorsze, jak mówi przyjaciel, któremu relacjonuję tę odpowiedź, że ma rację).

5

Społeczeństwo jutra

Po tym, jak opowiedział mi swoje powieści i poradził, abym nie jechał do Bystrzycy, gdzie jego zdaniem mogłem zostać okradziony, nawet z kilku groszy, albo jeszcze gorzej, i widząc, że trwam przy swoim, Mircea Nedelciu uprzejmie pomógł mi zorganizować podróż. Spytał wtedy, czy interesowałoby mnie zapoznanie się ze społeczeństwem jutra. Początkowo myślałem, że to żart, ale się myliłem: Społeczeństwo Jutra to klub, think tank (podobnie jak Dialog Społeczny), wydawca czasopisma „Avantpost”, którego redaktorem naczelnym jest Nedelciu, a jedną z gwiazd jego szef Dinescu. Wszystko mieści się w eleganckim budynku przy eleganckiej alei Lotników, w północnej, willowej części miasta.

Na wstępie Nedelciu zostawia mnie z triem bezczynnych młodych ludzi, którzy współpracują z magazynem. Jeden z nich ma baki, drugi cienki skórzany krawat, trzeci bransoletkę łańcuchową — razem posiadają wszystkie rekwizyty młodego sutenera, już w połowie niezależnego, ale jeszcze trochę onieśmielonego przez starszych. Rzut oka na czasopismo. Artykuł wstępny nosi tytuł: Kontestacja i niekompetencja. Ponieważ, zaintrygowany, pytam o orientację polityczną ich koła, trzej gamonie parskają jak niegdysiejsze uczniaki, po czym, kiedy już uda się ustalić, że każdy z nich jest wrogo nastawiony do Iliescu, zaczynają wyjaśniać, iż co prawda wiele osób wysoko postawionych w strukturach państwa wypowiada się na łamach „Avantpostu”, lecz robią to w ramach działalności prywatnej, nie politycznej. Jako profesjonaliści. Zauważam, że tak wyraźne rozróżnienie między tym, co polityczne, a tym, co profesjonalne, ma swoje implikacje natury właśnie politycznej, ale patrzą na mnie może nie całkiem jak na idiotę, lecz raczej jak na kolegę, który zadaje nam podchwytliwe pytania, a my jesteśmy dumni, bo potrafimy z nich wybrnąć jak należy, to znaczy powtarzając do znudzenia śpiewkę o profesjonalizmie.

„Cóż, może nie są zbyt mądrzy, ale to przynajmniej zrozumieli”, śmieje się Nedelciu, któremu przerywam rozmowę z brodatym inżynierem. „Popatrz, on jest specjalistą od cukru. U nas cukier jest sztucznie wspierany po to, żeby można było go sprzedawać za w miarę rozsądną cenę. To autentyczny problem, więc przygotowujemy parę kolumn o cukrze i zapraszamy kogoś, kto zna zagadnienie. Zawsze tak postępujemy: żadnych humanistycznych ogólników i pochlipywań, nie, tylko profesjonalna opozycja, krytyka, ale konstruktywna, bo tylko w ten sposób popchniemy sprawy do przodu”.

Według mnie ten punkt widzenia jak najbardziej się broni, choć mam wrażenie, że widzę coś, co bardzo przypomina opozycję koncesjonowaną przez Front, która służy za pretekst do nałożenia kagańca wszystkim pozostałym, zgodnie z ponurą przepowiednią Liiceanu. Nedelciu, wobec którego wysuwam taką sugestię, szydzi: „Oczywiście! Im się nie udało, dlatego o wszelkiej opozycji, jeśli jakoś się wyróżni, chłopaki z Dialogu Społecznego powiedzą, że to fikcja”.

Oczywiście. Co więcej — nawet pomijając trochę małostkowy argument deprecjonowania tego, czego się nie ma; współpracę z rządem tak zdecydowanie większościowym, demokratycznie wybranym i deklarującym, przynajmniej oficjalnie, gotowość do przyjęcia wszystkich ludzi dobrej woli — należałoby to uznać, bez plamy na honorze, za rzecz bardziej konstruktywną niż siedzenie z założonymi rękami i lamentowanie w nieskończoność nad nieudolnością Rumunów. Dlaczego więc przeczyć oczywistości i nawet w oficynie tak wyraźnie subsydiowanej przez rząd deklarować jako naczelną zasadę wrogość wobec tej władzy? Cóż za osobliwe nieczyste sumienie! Cóż za fascynacja symulakrum u człowieka takiego jak Nedelciu, który czyni z niego materię swego dzieła, prawdopodobnie błyskotliwego i krytycznego, lecz również emblemat swojej kariery, i to być może od dawna, czy ja wiem? I jakim prawem podróżny, który ma mało czasu, jest ignorantem i trafia w cały ten mętlik, miałby zarzucać aktorom dramatu ich własne zagubienie i nieodmiennie jadowite uwagi, kiedy przypuszczalnie oni sami wiedzą niewiele więcej, to znaczy wiedzą, co zrobili w tajemnicy swojego sumienia, lecz nie mają pojęcia, albo mają tylko blade pojęcie o tym, co zrobił ich sąsiad?

6

Koszmar

O czwartej nad ranem obudziłem się w swoim pokoju w hotelu Intercontinental z koszmarnego snu: najpierw uczestniczyłem w ogólnym zaskoczeniu i dezaprobacie (nie wiem jednak, w czyim towarzystwie) na widok okładki czasopisma ze zdjęciami ze ślubu piosenkarza Guy Béarta z cygańską karlicą, której jaskrawy strój był przyczyną okrutnie prześmiewczego tytułu. Potem byłem na projekcji filmu. Na ekranie rozgrywały się sceny z prostackiego wodewilu, tym trudniejszego do zniesienia, że każda odstręczająca replika była przyjmowana coraz to głośniejszymi salwami śmiechu. Okazało się, że śmiech ten wydobywał się z sali, w której siedzieli korpulentni inspektorzy policji, zaproszeni na premierę filmu, ponieważ w ramach swoich obowiązków zawodowych zagrali w nim jako statyści. Jeden z nich przerywał co pewien czas projekcję (a wtedy, przy zapalonym świetle, widać było skład publiczności), aby potrząsnąć jak marionetką jakimś nieszczęśnikiem, którego gwałtownie oskarżał o faszyzm, podbudowując swe oskarżenia śmiechem i gadaniną.

W ciemnościach, kiedy wciąż jeszcze byłem pod wpływem snu, z którego nie miałem śmiałości się otrząsnąć, stopniowo zacząłem poddawać się myśli, że moja podróż w Karpaty śladami fikcyjnego Drakuli okaże się bardziej niebezpieczna, niż sądziłem, i że Nedelciu celowo przygotował mnie na to zagrożenie, najpierw mówiąc, że teren jest niepewny, on zaś nie chciałby, aby gość Związku Literatów popadł tam w tarapaty, a następnie opowiadając mi historię swojej bohaterki, która umarła ze strachu, bo zobaczyła symulakrum widma. Zbyt silne jest we mnie przekonanie, że wampiry nie istnieją — i że, jeśli można tak powiedzieć, istnieją t y m m n i e j w regionie, w którym umiejscowiła je błędna tradycja literacka — by nie obawiać się, że uwodzicielski i sprytny pisarz cierpliwie pracuje nad tym, by wyprowadzić mnie z błędu (co fatalnie się dla mnie skończy), to znaczy stara się mnie tam zwabić, okazując pozorną niechęć wobec mojej podróży i opowiadając mi w symbolicznej, przejrzystej formie, z zuchwałością demona perwersji, jak to przygotowuje akt wydania mnie na pastwę ciemnych mocy.

Freud stworzył teorię pojęcia Unheimliche, które tłumaczy się jako „niesamowitość”7. Określa się tym pojęciem wrażenie, jakiego można doznać we śnie, a czasem i na jawie: mamy przed sobą coś, co zdaje się znajome, a w rzeczywistości jest głęboko obce — alien, powiedziałoby się po angielsku. Jakkolwiek relacjonowanie snów to rzecz przysłowiowo wręcz nudna, opowiedziałem powyżej o jednym z nich i o lękach, które po nim nastąpiły, ponieważ dobrze ilustruje przytłaczającą atmosferę Unheimliche, która przenikała tych kilka dni spędzonych na spotkaniach z błyskotliwymi przecież intelektualistami, ludźmi rozmownymi i nieraz emanującymi ciepłem. Co do ludu, którego samo istnienie budzi jakże gorzkie ubolewania, spotyka się go na ulicach, ponieważ jednak nie mówi on po francusku, siłą rzeczy zachowuje się mniej serdecznie. Prawdą jest, że ów lud nie jest już do niczego podobny, jakby coś go zastąpiło — tak twierdzą ci, którzy poznali kiedyś lud autentyczny. N i e w i a d o m o , k i m s ą c i l u d z i e.

W końcu zasnąłem z powrotem, mówiąc sobie, że w tym śnie, który wydaje się mozolnie skonstruowany, choć przysięgam, że nie, jedynym naprawdę niepokojącym szczegółem była okropnie przypadkowa i nieuzasadniona obecność piosenkarza Guy Béarta. Następnego dnia wyjechałem z Bukaresztu.

7

Bill i Emil

W drodze na północ, na zaproszenie uprzejmego Nedelciu, zatrzymałem się w Sinaii, niewysoko położonej stacji u podnóża gór Bucegi. Związek Literatów ma tam hotel. To przybudówka do ładnego zamku Peleş, swego rodzaju pustelnia dla cenionych autorów, która — z wyłączeniem obsługi, nieprofesjonalnej, lecz uprzejmej — bez trudu wytrzymałaby porównanie z najlepszymi spośród naszych Relais et Châteaux8. To właśnie w tym raju dla literackiej nomenklatury spotkałem Billa i Emila.

William McPherson jest amerykańskim pisarzem po pięćdziesiątce, suchym i wąsatym laureatem Nagrody Pulitzera w 1977 roku za eseje krytyczne, jak też autorem dwóch powieści. Ponieważ coś się zacięło, kiedy był w połowie trzeciej, postanowił zmienić otoczenie i wyruszył na początku dziwnego roku 1990 w krótką trasę po Europie Wschodniej. Po dwóch dniach w Timişoarze, wystraszony i niczego nierozumiejący, a jednocześnie ciekaw, jak daleko sięgnie to jego niezrozumienie oraz wrażenie, że wpadł w czarną dziurę, czyli koncentrat wszelkich zboczeń umysłowych i patologii politycznych, swoisty Disneyland niesamowitego, wrócił na tydzień do Waszyngtonu, czyli akurat na tyle czasu, ile potrzebował, aby wyrwać wydawcy zaliczkę na książkę o podróży do porewolucyjnej Rumunii. Od tamtej pory włóczy się po całym kraju, w zależności od tego, dokąd go zawiodą nowe znajomości i humor. Humor i przypadek zostały jednak wyjątkowo mocno ukierunkowane przez spotkanie Emila, studenta chemii z Timişoary, który był jego cicerone przez jedno popołudnie i odtąd już go nie opuszcza, tak że podróżują razem od trzech miesięcy.

Bill i Emil tworzą dziwny duet: ciekawy, ironiczny, nonszalancki Don Kichot oraz sprytny, szybki i przewrażliwiony aż do paranoi Sancho. Emil prowadzi samochód, tłumaczy i dba o zaopatrzenie. Zazdrosny jak tygrys o s w o j e g o Amerykanina, matkuje Billowi, oszukuje go, droczy się z nim bez wytchnienia i jednocześnie obraża się za każdy przejaw inicjatywy. Bill przyjmuje to nękanie z buddyjskim niemal spokojem, wychodząc z założenia, że wszystko, co może go spotkać w Rumunii, łącznie z przykrościami, pogłębia jego wiedzę o tym kraju i wzbogaca notatki, bowiem jedynym prawdziwym dramatem, który mógłby mu się przytrafić, byłoby ich zniknięcie. W związku z tym daje się ponieść prądowi, a ponieważ los chciał, aby Emil przylgnął do niego, niech już będzie i Emil, którego zresztą całkiem lubi. Problem — zwierza mi się, gdy Emil oddala się w celu wykonania jednej z codziennych napraw, jakich wymaga ich dacia — stanowi to, że książka prawdopodobnie zamieni się w kronikę jego relacji z Emilem, co może nie jest najgorszym rozwiązaniem (poznać dogłębnie jakiegoś Rumuna przez codzienny kontakt, nawet jeśli stanowi on przeszkodę w nawiązywaniu stosunków z innymi), lecz kiedy Emil ją przeczyta, będzie mu przykro. Ten przewidywalny konflikt między obowiązkiem prawdy a lojalnością w przyjaźni martwi Billa — podobnie jak i mnie, kiedy piszę ten artykuł.

Emil z kolei ma na głowie inne zmartwienia — niezliczone projekty, które nam z przyjemnością prezentuje podczas obiadu w restauracji dackiej, gdzie nas przyprowadził po zwiedzaniu centrum Braszowa. Jest to miasto ładnie położone w dolinie, ze starymi domami w kolorze brunatnożółtym i żółtozielonym, o spadzistych dachach krytych dachówkami, które trochę się rozłażą i porastają mchem, oraz multum kościołów (zamkniętych niestety w niedzielę) i cmentarzy, gdzie dość makabryczną ozdobę płyt nagrobnych stanowią uchwyty takie jak do walizki. Restauracja dacka, w której niby to naśladuje się sposób mieszkania i zwyczaje słynnych przodków Rumunów („najsprawiedliwszych i najodważniejszych pośród Traków”, jak powiedział Herodot, a za nim Emil), wygląda jak ogromna chata Asteriksa, ozdobiona porożami i syntetycznymi futrami, gdzie kelnerzy w skórzanych fartuchach i paskach nabijanych ćwiekami stawiają na stołach z bali dania, które koneser Emil kwalifikuje jako dzieła autentycznej kuchni Dacji, choć niewiele różnią się od masówki oferowanej zarówno przez rumuńskie bary przydrożne, jak i przez hotelowe pałace w niezmiennej formie i cenie, niezależnie od domniemanego prestiżu lokalu.

 

Codzienne obcowanie z Billem oraz duch współzawodnictwa sprawiły, że Emil umyślił sobie, iż też musi napisać książkę. Albo, jeśli nie napisać, jako że ta formalność wyraźnie go odstręcza, opublikować i zyskać światową sławę. Potrafi w nieskończoność opowiadać o tym, jak to zrobi. Wpadł na przykład na pomysł, aby przekonać pana E.M. Ciorana do przełożenia jej na język francuski. Cioran, to pewne, nie oprze się argumentom Emila, który jest Rumunem jak on i nosi to samo imię, a w razie potrzeby, gdyby słynny rodak wahał się choć przez chwilę, czy udzielić mu pomocy, zagrozi nienapisaniem książki, przez co kultura Dacji poniosłaby niepowetowaną stratę. (Ponieważ lekkomyślnie wspomniałem, że czasami widuję Ciorana, którego nie znam osobiście, w okolicach Ogrodu Luksemburskiego, zyskałem kluczowe znaczenie w planie Emila). Co do wersji amerykańskiej, jest rzeczą oczywistą, że zajmie się nią Bill — w ramach rewanżu, jak szczodrze przyznaje Emil. O ile jednak uważa, że jego przyszłe dzieło wymaga usług najlepszych stylistów w każdym języku, o tyle najwyraźniej sądzi, że w przypadku nieważnych zapisków Billa wystarczy naprędce nagrać tłumaczenie na magnetofon w trakcie jazdy samochodem i powierzyć odszyfrowanie nagrania maszynistce, bo sam niechętnie chwyta za pióro.

Nie chciałbym być niesprawiedliwy: ambicje Emila, niepozbawione zasadności, są zabarwione mitomanią, lecz on sam jest wykształcony, przyjemny, bystry. Potrafi również zbić z tropu, kiedy w ferworze swojego wywodu rzuca, że w historii świata były cztery najważniejsze wydarzenia: Chrystus, 1789, 1917 i Timişoara, a następnie, że Timişoara i rewolucja rumuńska były tylko blefem, inscenizacją i manipulacją KGB. Idzie dalej: wskazuje, jak bardzo wszystko, co się dzieje, potwierdza teorię, że Andropow, chcąc na początku lat osiemdziesiątych XX wieku rozpocząć reformę, bez której blok komunistyczny byłyby skazany na upadek, wybrał, pozyskał do współpracy i przeszkolił w różnych krajach ludzi takich jak Gorbaczow i Iliescu, którzy mieli przejąć pałeczkę. Według niego kilka lat temu tych potajemnych wybrańców sprowadzono do Rumunii po to, by zamanifestowali sprzeciw wobec Ceauşescu, ale w sposób na tyle łagodny, by ich życie nie było w niebezpieczeństwie, i na tyle otwarty, by po upadku despoty zapewnić im bezsporną legitymizację. Jednocześnie wprowadza rozróżnienie na tych, którzy są „czyści” i nie mieli nic wspólnego z żadnymi manewrami, jak Doina Cornea czy Ana Blandiana — ci bardzo szybko zrezygnowali — i na nowych aparatczyków, Front i jego klikę, gdzie dobrym przykładem jest poeta Mircea Dinescu. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że w dzień po ucieczce Ceauşescu wychodzącego z domu Dinescu natychmiast rozpoznano, wiwatowano na jego cześć i poniesiono go na ramionach, choć jego twarz nigdy nie pojawiła się w gazetach ani w telewizji i nikt nie powinien był go zidentyfikować, z wyjątkiem tajniaków odpowiedzialnych za jego inwigilację przez lata koncesjonowanej niełaski, kiedy to w areszcie domowym czekał na swój czas?

Szczerze potwierdzam, że wszystko to brzmi prawdopodobnie — i przyznaję w tym konkretnym przypadku, że wyjaśnienie przyjmuję tym chętniej, iż Mircea Dinescu, obecnie przewodniczący Związku Literatów, podczas kilkuminutowej rozmowy między jednym wystąpieniem a drugim zaskoczył mnie swoją arogancją i brutalnością. Emil nieskromnie triumfuje. Bill niezmordowanie notuje wszystko i nic.