Dobrze jest mieć dokąd pójść

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

List do matki młodego zabójcy

„Z drżeniem przystępuje Pani do czytania tego artykułu. Skończywszy go, pomyśli Pani może, że lepiej wyraziłbym to współczucie, którym Panią dobijam, gdybym je uciszył i powstrzymał się od obnażania Pani nieszczęścia na łamach gazety. Proszę o wybaczenie.

Nasze spojrzenia skrzyżowały się kilkakrotnie podczas tych dwóch strasznych dni w sądzie w Châteauroux. Sporo się Pani przyglądałem: ukradkiem, nie mając dość odwagi podczas przerw w rozprawie, aby podejść i powiedzieć to, co próbuję teraz napisać. Siedziałem na ławce dla prasy jako kronikarz sądowy amator, swoisty rodzaj turysty, którego przyciągnęły sława adwokata i dziwaczność zbrodni: czterdziestopięcioletni rolnik został zmasakrowany we własnym łóżku, najpierw z użyciem butelki, potem noża, wreszcie karabinu, a na koniec podpalony — na pół zwęglone ciało znaleziono w zrujnowanej fermie…

Można sobie wyobrażać, że przyczyną jego śmierci były mroczne wiejskie tajemnice — rywalizacja klanów, rodzinne kłębowisko żmij, historia Atrydów z Koziej Wólki. Otóż nie: mordercy, syna paryskiej rodziny, która spędzała wakacje w sąsiedniej wiosce, nie łączyły z ofiarą ani więzy pokrewieństwa, ani wspólne interesy, ani konflikt. Żadnych pretensji, żadnego motywu. A zatem zbrodnia bez powodu, czyli morderca to postać mniej lub bardziej monstrualna. Jeżeli od wielu tygodni nawiedza Pani wraz z mężem budynek sądu — tak jak kiedyś jako studentka przychodziła Pani na egzaminy kolegów, aby się zorientować, jak to będzie wyglądało, kiedy przyjdzie Pani kolej — jeżeli pewnego dnia znaleźliście się oboje, uczepieni jedno drugiego, w pierwszym rzędzie ławek dla publiczności, stało się tak dlatego, że zbrodniarz, który, jak mówi żandarm, nie wywinie się od dożywocia, to Wasz syn.

Wydaje mi się, że człowiek naprawdę się czegoś uczy za każdym razem, kiedy doświadcza prawdziwości stereotypów. Patrzyłem na Panią patrzącą na tego dwudziestopięcioletniego chłopca, który wygląda jeszcze młodziej, naprawdę jak dziecko, z tą swoją miną upartego lesera, którego nauczyciele już dawno przestali odpytywać, w marynarce z herbem kupionej przez Panią, aby sprawiał lepsze wrażenie. Widziałem, jak Pani patrzy na niego, choć on nie patrzył na Panią ani na nikogo innego, i zaczynałem lepiej rozumieć, co oznaczają te określenia rodem z melodramatu: «miejsce hańby», «wykluczenie ze społeczności ludzkiej». Przypominałem sobie również inne słowa, których często słuchałem z roztargnieniem, zwracając uwagę jedynie na muzykę, w jaką oblekli je Pergolesi lub Scarlatti: słowa ze Stabat Mater. Stosowały się do Pani.

Przez dwa dni, które nastąpiły po dwóch latach koszmaru i bezsenności, musiała Pani słuchać bez chwili przerwy podejmowanej ciągle na nowo opowieści o tamtym wieczorze, podczas którego Pani syn, bez powodu, świadomy lub nieświadomy swoich czynów — nikt nigdy tego się nie dowie, nawet on — brutalnie zabił nieszczęsnego rolnika, choć ledwie go znał i ten nic złego mu nie zrobił. Musiała Pani wysłuchać przerażających opisów zwłok przypomnianych przez protokolantkę na początku rozprawy, choć pewnie już ze sto razy czytała je Pani w aktach lub jedynie przeskakiwała wzrokiem, co wychodzi na jedno; musiała też później wysłuchać ich szczegółowego omówienia przez lekarzy patomorfologów oraz prokuratora, który przecież wykonywał jedynie swoją pracę, kiedy prosił o powtórzenie najstraszniejszych fragmentów, aby przysięgli nasiąkli tym horrorem i zastosowali wobec Pani syna możliwie najwyższy wymiar kary.

Zbrodnia może nie mieć motywu, ale ma przeszłość — przeszłość sprawcy, którego całe życie staje się wówczas wyjaśnieniem, preludium, przyczyną tego gestu. Im młodszy sprawca, tym łatwiej stawia się jego rodziców w ogniu krytyki. Tylko o to Wam chodziło — żeby uznać Waszą odpowiedzialność, a zmniejszyć trochę odpowiedzialność syna; byliście gotowi wziąć na siebie cały ciężar, jaki tylko zechciano by na Was zrzucić. Byliście gotowi zapłacić za okrutną paradoksalność systemu sądu przysięgłych, w którym prokurator dowodzi, że Wasze dziecko miało przykładnych rodziców po to tylko, aby łatwiej doprowadzić je do zguby, a z kolei adwokat, któremu płacicie, aby bronił tego dziecka, składa na Wasze barki jego nerwice i zbrodnię. Talent i serce mecenasa Pelletiera pozwoliły mu uniknąć tej retorycznej pułapki, uczyniły jego klienta ludzkim i żałosnym, nie czyniąc z rodziców potworów, głupców czy indyferentów, którymi najwyraźniej nie byli. Ale wystarczyło posłuchać Pani zeznań jako świadka, by zrozumieć, że nikt nigdy nie oskarży Pani tak bardzo, jak robiła to Pani sama wobec siebie, słusznie lub niesłusznie, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę od ponad dwóch lat.

Oczywiście, jeśli chciałoby się za wszelką cenę wytłumaczyć niewytłumaczalne, popełniła Pani błąd, powierzając swojego syna niani, a potem swojej matce chrzestnej przez pierwszych pięć lat jego życia; to wtedy wszystko się rozgrywa, powtarzają psycholodzy, ale Wy o tym nie wiedzieliście, dla Was też wszystko się rozgrywało: Wasza przyszłość — Was jako pary, Waszego dziecka, tak myśleliście. Oczywiście nie należało zakładać, że dzięki ciężkiej pracy powinien odnieść sukces tak jak Pani i mąż, skoro widzieliście jego niechęć do nauki. Oczywiście należało zapobiec lub próbować zapobiec schodzeniu po równi pochyłej wrażliwego, kłamliwego dziecka, które przeistoczyło się w niedojrzałego nastolatka pełnego lęków i fobii, wyciągającego pieniądze od Was i od pobłażliwej chrzestnej z Sologne. Nastolatek ten oddawał się pisaniu grafomańskich powieści science fiction, oglądał kasety X i każdego wieczoru, aby powstrzymać panikę, która na niego czyhała, połykał po dziesięć tabletek témesty i jeszcze dopychał laroxylem.

Nie byliście ślepi i się martwiliście. Ale myśleliście, że to po prostu zły okres, że z czasem miłość, jaką otaczaliście syna, i praca, którą w końcu znajdzie, zakończy ten wydłużony kryzys wieku dojrzewania i wszystko wróci do normy. Tak zazwyczaj rzeczywiście bywa i trudne nastolatki nie stają się przestępcami. Wasz syn, niestety, owszem: nikt się nie dowie dlaczego. Dlaczego któregoś dnia odbiła mu szajba. Dlaczego on. Dlaczego Wy.

Bo w rzeczywistości to o Was chodziło; nie jestem jedyną osobą na tej sali, która widziała tylko Was i myślała o Was, o okrutnej niesprawiedliwości, jaka Was dotknęła — aż do tego stopnia, że zapominałem o ofierze i jej rodzinie. Mecenas Pelletier przez dwie godziny urabiał sumienia przysięgłych, powtarzając im, że jedynie szczęściu zawdzięczają to, iż nie znaleźli się na Waszym miejscu. Że naprawdę niewiele potrzeba, by od kłopotów, jakie sprawiają wszystkie dzieci, przejść do koszmaru — i jeśli jest coś gorszego, niż mieć dziecko, które ktoś nam zabija, to prawdopodobnie tą rzeczą jest mieć dziecko zabójcę. Okropnie to brzmi, ale fakt, że jesteście przyzwoitymi ludźmi, ludźmi, którym normalnie taka rzecz nie powinna się przydarzyć, bardzo pomógł adwokatowi. Wszyscy przestępcy mają rodziców, którzy martwią się o ich los, ale z niektórymi identyfikujemy się chętniej niż z innymi.

Wasz syn został oskarżony o morderstwo, co zakładało premedytację. Został wybielony i uznany jedynie za zabójcę. Prokurator żądał dwudziestu lat więzienia, sąd zadowolił się piętnastoma. To był dla Was nieoczekiwany werdykt, ulga, która początkowo wydawała mi się absurdalna i w związku z którą przypomniał mi się pewien dowcip: astrofizyk wyjaśnia, że za miliard lat skończy się życie na Ziemi; przerywa mu facet, bardzo zmartwiony, i prosi, żeby powtórzył, po czym siada z ulgą, mówiąc: «Przestraszył mnie pan. Wydawało mi się, że słyszę: za milion lat!». Zrozumiałem, że aby zagospodarować nieszczęście, potrzebna jest jakaś skala, a ta ćwiartka wytargowana z wieczności oraz dyplom l i t y l k o mordercy były Waszym pierwszym momentem radości od dwóch lat, pierwszym krokiem na długiej drodze wiodącej od miejsca hańby z powrotem do społeczeństwa ludzi. Proszę wybaczyć moją emfazę i niedyskrecję, ale celem tego artykułu było przekazać Pani i mężowi wypowiedziane z głębi serca życzenia szczęścia, odwagi i nadziei na tej ścieżce, na której będziecie teraz synowi towarzyszyć”.

„L’Événement du jeudi”, marzec 1990

RUMUNIA WIOSNĄ 1990 ROKU

Powyższe kroniki sądowe mają wydźwięk, jak powiedziałaby moja żona Hélène, „odrobinę katolski”, i nie bez powodu: powstały w szczytowym momencie kryzysu religijnego, który opisałem dwadzieścia pięć lat później w swojej książce Królestwo. Interesowało mnie wtedy głównie zbawienie mojej duszy, toteż z dość dużym dystansem patrzyłem na donośne wydarzenia polityczne z początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku: koniec Związku Radzieckiego, jak też pożary, które wybuchały na gruzach komunizmu. Mimo to zaintrygowała mnie opowieść przyjaciela, który znalazł się w Rumunii tuż po upadku Ceauşescu. Kierując się niejasnym przeczuciem, że zawiera ona coś, co może mnie dotyczyć i, niewykluczone, nawet wydobyć z niemożności pisania, w której tkwiłem od trzech lat, postanowiłem tam pojechać. Można powiedzieć, że się nie zawiodłem. Wróciłem z Rumunii niezwykle wzburzony i przekonany, że najlepszym sposobem, aby o tym opowiedzieć, będzie opisanie życia Philipa K. Dicka.

1

W pałacu albo o tym, jak się go pozbyć

Dom Republiki, lepiej znany jako Pałac Ceauşescu, zaskakuje pewnym szczegółem, który turysta odkrywa dopiero po pewnym czasie, i to nie bez powodu, mianowicie nie ma wejścia. Można by się spodziewać, że znajduje się ono u wylotu triumfalnej i zawsze pustej alei, podobno szerszej o cały metr od Pól Elizejskich, która zastąpiła jedną z najelegantszych części Bukaresztu. Ale nie. Ten, kto tak jak ja popełni błąd i zacznie iść w prawo, wzdłuż murku, który otacza budowlę, straci dobry kwadrans na błądzenie między kawałkami gruzu i dziurami zmienionymi w kałuże, nim się zorientuje, że wyłom po lewej stronie otwiera dostęp do bocznych drzwi — zgoda, że nie takich znów małych, bo nic nie jest tu małe, lecz niemal schowanych, sekretnych, ukradkiem strzeżonych przez dwóch bardzo młodych żołnierzy i bardzo starą Cygankę, na zaimprowizowanym straganie sprzedającą pocztówki z podobizną prezydenta Iona Iliescu i premiera Petre Romana.

 

Osobliwość tej architektury, która potwierdza się podczas zwiedzania wnętrza, przekonuje nas, że mamy do czynienia z konstrukcją utopijną, z mauzoleum stawiającym wyzwanie upływowi czasu, rozkładowi stanowiącemu nieodłączną część życia organicznego, chaosowi początków i brudnym łapom ludzkości. Ideał, którego nie pozwoliły osiągnąć zmienne i jakże przerażające koleje Historii, polegałby na tym, że nie dałoby się tam wejść ani stamtąd wyjść — można by tylko krążyć zgodnie z zasadami drobiazgowej instrukcji, jakiej doskonałym rozszerzeniem jest ceremonia zwiedzania z przewodnikiem. Otóż zwiedzanie jest dozwolone (przynajmniej do 18 czerwca, jak wynika z ogłoszenia, na którym nie napisano, co będzie później), a Rumuni korzystają z tego, przemieszczając się w zwartych grupach, tworzonych spontanicznie lub pod egidą jakiegoś komitetu, i przemierzają w pełnym niedowierzania oczarowaniu przestrzeń, z założenia wykluczającą ich obecność. Jakby chcąc ją uzasadnić i usprawiedliwić tę aberrację, monotonnie przeskalowane wnętrze ukazuje swój niedokończony charakter: kolumny czekają na marmurową okładzinę, w wielu pomieszczeniach na podłogach brakuje parkietu, a w czasie gdy przewodnicy z niejakim szacunkiem trąbią, że dywan w którejś z sal waży ponad tonę, a marmury, kute żelazo i w sumie wszystkie materiały są pochodzenia krajowego, mijamy robotnika z kielnią w ręku, zajętego rozrabianiem gipsu; wygląda, co nas wcale nie dziwi, na zagubionego z powodu ogromu zadania, zatem dość dobrze symbolizuje gorączkową bezczynność kraju, gdzie każdy powtarza, że trzeba zakasać rękawy, krzyżując przy tym ramiona lub opuszczając je bezradnie.

Ukończenie robót, to oczywiste, będzie kosztować miliardy, w jakiejkolwiek byśmy liczyli walucie. Czy doprowadzi się je do końca? Pytanie to wykracza daleko poza sferę urbanistyki i odsyła do bardziej skomplikowanej kwestii pozbycia się wyjątkowo kłopotliwej spuścizny. W końcu pałac wznosi się w samym środku miasta, jak nos pośrodku twarzy i jak przyzwyczajenie do czterdziestu lat komunizmu w zwojach mózgowych dwudziestu milionów Rumunów, z których cztery były członkami partii, a pozostali ich klientami. Więc co — zburzyć? Z nadzieją, że się zmieni przeszłość w czystą kartę? Byłoby to zastosowaniem na polu architektury radykalizmu politycznego słynnego punktu nr 8 Deklaracji z Timişoary, który zamierzał zakazać działalności w nowym ustroju wszystkim osobom powiązanym ze starym. Spotkałem tylko jednego zwolennika tego rozwiązania, studenta, który natychmiast przyznał, że jest ono niewykonalne. Pałac zatem stoi, trzeba coś z nim zrobić, ale co? „Proszę zajrzeć do złotej księgi”, sugeruje mój towarzysz zwiedzania, Lucian Boia, który proponuje, że przetłumaczy mi jej fragmenty.

Jeśli nie liczyć redaktora belgijskiego katolickiego pisma „Toujours joyeux”3, którego miejsce to natchnęło do budującego rozróżnienia pomiędzy władzą człowieka i władzą Najwyższego, zdecydowana większość komentarzy wyszła spod piór krajowych gości. Z uszczypliwością, którą nauczę się rozpoznawać i odnajdywać u wielu intelektualistów, kiedy tylko będzie mowa o ich współobywatelach, Boia podkreśla, że na ogół uważają oni pałac za coś pięknego i choć uznają potrzebę przekształcenia go na potrzeby demokracji, byłoby dla nich nie do zniesienia, gdyby przehandlować za bezcen krew, łzy i leje, jakimi go opłacono, czyli trybut już w pewnym sensie zapłacony na poczet dobrej sprawy. Niektórzy żartownisie proponują, by zrobić z niego kasyno, europejską replikę Taj Mahal Donalda Trumpa; ludzie poważniejsi byliby za muzeum — muzeum powszechnej tyranii — a najwięksi realiści widzieliby w tym miejscu siedzibę jakiejś organizacji międzynarodowej. „Ale zobaczy pan — prorokuje szyderczo Boia — za jakiś czas, kiedy przestanie się o tym mówić, zajmie go rząd. Tak jak przedtem, lepiej niż przedtem, bo taki jest porządek rzeczy…”

Lepiej od razu to powiem: Lucian Boia odgrywa na tych stronach rolę pozytywnego bohatera, którą zapewne by odrzucił. Nie dlatego, żeby był bohaterem, wręcz przeciwnie, ale w bagnie kłamstw, samochwalstwa i wzajemnych kalumnii, w którym nieustannie się gubiłem, ten samotny, flegmatyczny i pełen ironii historyk jawił mi się jako ostoja zdrowego rozsądku i uczciwości — nie wiem, czy słusznie, czy nie, może po prostu dlatego, że połączyła nas przyjaźń. Ponieważ ma dużo wolnego czasu („Wie pan, każdy pretekst jest dla mnie dobry, żeby nie pracować: rewolucja, przyjaciel, którego trzeba oprowadzić, wiza do odebrania…” — przynajmniej jeśli chodzi o wizę, to wcale nie jest drobnostka), odbywaliśmy długie spacery po Bukareszcie, który zna dogłębnie i że tak powiem na pamięć, jako że już w kołysce słuchał opowieści swojej matki i wyrósł w pieczołowicie przekazywanych tradycjach mieszczańskiej, katolickiej rodziny o włoskich korzeniach, zatem trochę nietypowej, do której przynależność jest dla niego powodem do dumy — lecz jego rumuńskość przejawia się w trosce o to, by ta przynależność była jak najmniej widoczna. Jako że kulturowo, społecznie i genetycznie jest reliktem i zdarzają mu się anachroniczne uwagi o klasowym charakterze — kiedy banda rozbawionych kolesiów zagarnia dla siebie restaurację, gdzie jemy obiad: „Już po ich gębach widać — wzdycha Boia — że są z Frontu…” — obcuje z widmami, które kiedyś były żywymi ludźmi, o jakich mówi Paul Morand w Bukareszcie, choć dzisiejsze miasto przeczy ich istnieniu swoim brudem, gburowatą apatią, ludnością ni to wiejską, ni to miejską, łachmaniarską i ogłupiałą.

Dla większego bezpieczeństwa Boia, kiedy dorósł, schronił się w pracy badawczej nad historią wyobrażeń, pisząc swe rozprawy naukowe po francusku, i nawet przez sekundę nie liczył się z tym, że jego dwie książki, z których jedna dotyczy końca świata, druga zaś poznania przestrzeni przez wyobraźnię4, mogłyby ukazać się w języku rumuńskim. Umościwszy się w kokonie wspomnień z drugiej ręki, erudycji i marzeń, przyznaje bez wstydu, że zrobił, co należało, aby nie mieć innych zmartwień oprócz braku pieniędzy i szarej codzienności: zapisał się do partii, aby wykładać na uniwersytecie, był przewodniczącym komisji historiograficznej, aby mieć prawo raz w roku wyjechać do Francji, darzył podziwem znanych dysydentów, takich jak Ana Blandiana, Doina Cornea czy Mircea Dinescu, ale do głowy mu nie przyszło ich naśladować, i przyznaje sobie prawo do tytułu „wewnętrznego opozycjonisty” (wkrótce będzie mnie nim zanudzał pewien pisarz kolekcjonujący od dwudziestu lat nagrody i oficjalne funkcje) za to, że w całej swojej karierze nigdy nie napisał nazwiska Ceauşescu. „To niewiele — przyznaje — ale czego wymagać, nie jestem odważny”. Takich, którzy mają odwagę się do tego przyznać, nie jest zbyt wielu.

Tak jak wszyscy Boia nienawidzi Frontu Ocalenia Narodowego. Mówię „jak wszyscy”, choć to stwierdzenie na wyrost w kraju, który w wyborach po upadku Ceauşescu udzielił masowego poparcia tej partii i prezydentowi Ionowi Iliescu. Ale w końcu w ciągu dwóch tygodni przeprowadziłem rozmowy z dobrze ponad czterdziestoma osobami — prawda, że głównie byli to intelektualiści — i nie spotkałem nikogo, kto nie sarkałby na Front i nie zrzucałby odpowiedzialności za jego wybór na głupi, wynaturzony naród. Każdy mówi tu o swoim kraju z przerażającą pogardą, tak jak my mówilibyśmy o naszym, gdyby liczył on osiemdziesiąt pięć procent zwolenników Le Pena, w dodatku wstydzących się tego, którzy ujawnialiby się tylko w zaciszu kabiny do głosowania — ale za to wtedy z przytupem, wywołując ogólną konsternację. Musiałem poczekać na górników, którzy pojawili się dziesięć dni później, żeby w końcu zobaczyć zaprzysięgłych zwolenników Iliescu i usłyszeć wiwaty na jego cześć.

2

Śladami Drakuli: w Instytucie Iorga

W XV wieku wołoski książę Wład Drakula walczył o niepodległość swego ludu, wciśniętego pomiędzy Węgry panujące nad północnym Siedmiogrodem a imperium osmańskie, którego inwazję udało mu się powstrzymać. Jego okrucieństwo przyniosło mu szacunek Mohammeda II („Jak się obronić przed takim człowiekiem?”, zawołał podobno przerażony sułtan na widok miasta Girgoviste najeżonego istnym lasem pali, na które nabici byli Turcy, ale też i bojarzy niechętni udzieleniu poparcia Drakuli), przydomek Wład Tepes („Wład Palownik”) oraz trwałą sławę literacką. Saskie i madziarskie pamflety jeszcze za życia Drakuli piętnowały jego okrutne czyny; odtąd rozpowszechniano je z powodzeniem między Renem a Uralem przez następne cztery wieki.

W 1897 roku irlandzki pisarz Bram Stoker, w poszukiwaniu imienia i prawdopodobnego pochodzenia dla wampira, którego historię miał zamiar opowiedzieć, idąc za wskazówkami obieżyświata oraz znawcy folkloru Arminiusa Vámbéryego, zainteresował się tym zbiorem ludowych opowieści i pewne jego elementy włączył do swojego nieśmiertelnego Draculi.

W 1972 roku dwaj amerykańscy uczeni, Raymond McNally i Radu Florescu, opublikowali książkę In search of Dracula. Przebadali w niej luźny, nieomal przypadkowy związek między bohaterem Stokera, który stał się mitem, a okrutnym rumuńskim wojewodą. Mimo że napisali poważne studium, ich analizy zaszczepiły w mało dociekliwych czytelnikach przekonanie, że istniał kiedyś p r a w d z i w y Drakula, który był wampirem, bo dlaczego niby miałby nie istnieć. Biura turystyczne dojrzały w tym szansę na oryginalne wycieczki tematyczne, przy czym skojarzenie Rumunia — Drakula osiągnęło punkt kulminacyjny dopiero w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku, kiedy notowania Ceauşescu na Zachodzie zaczęły spadać i łączenie imienia wampira z despotą zyskało wymiar rytualny.

W końcu wiosną 1990 roku, szukając pretekstu lub nici przewodniej dla podróży po kraju, który nagle znalazł się w centrum uwagi mediów, postanowiłem zbadać, co kryje się za tym skojarzeniem, a także za wątpliwą przyjemnością, jaką zapewne budziło ono w Ceauşescu, choć niewykluczone, że dawało mu większą legitymizację jako zapowiedź jego pośmiertnych losów. Czyż w końcu nie jest pocieszające, że kiedy zaczynają was przedstawiać pod postacią potwora, możecie zareplikować, że ów potwór, obiekt kampanii oszczerstw sterowanej z zagranicy, był w rzeczywistości wielkim człowiekiem, niezrozumianym bohaterem niepodległości narodowej?

Mój przyjaciel Boia jak zawsze przyjął ze zrozumieniem dziwaczny temat moich poszukiwań i wysłał mnie do kolegi, Stefana Andreescu, specjalisty z interesującej mnie dziedziny, z którym poszedłem się spotkać w Instytucie im. Nicolae Iorga. Ten ładny budynek na skraju parku związany jest z postacią wybitnego rumuńskiego historyka zamordowanego w 1940 roku przez Żelazną Gwardię po napisaniu tysiąc czterystu tomów i dwudziestu tysięcy artykułów na najróżniejsze tematy, między innymi historii powszechnej, tragedii wierszowanych, metodologii nauczania języków obcych — podobno nauczył się tureckiego w pociągu z Bukaresztu do Istambułu i przybywając na miejsce, w miarę dobrze się tym językiem posługiwał.

Kiedy ja dotarłem na miejsce, instytut gościł właśnie dwóch amerykańskich profesorów i jednego Rumuna od trzydziestu lat przebywającego na emigracji we Francji, który okazał się starym, sarkastycznym, rasowym dandysem. Dyrekcja zaprosiła mnie do wzięcia udziału w spotkaniu. Spotkanie polega na tym, że jak wszędzie i o każdej godzinie przy kawie i papierosach dokonuje się „omówienia sytuacji”, czyli wzdycha, wymienia ponure spojrzenia i rozmawia o „bizantyjskich” (czytaj: intryganckich) metodach dyrektora telewizji Teodorescu oraz o intelektualistach z Grupy ds. Dialogu Społecznego, którzy są przedstawicielami wyniosłych i odciętych od mas elit. „A kto nie jest?”, rzuca jeden rozsądny człowiek, któremu żywo potakuje siedząca obok mnie urocza specjalistka od XIX wieku, jak na lokalne standardy względna optymistka: ponieważ wiadomo, że naród jest prymitywny, zacofany, zadowala się ochłapami i chętnie poświęci demokrację, która jest chimerą, na rzecz namacalnych korzyści materialnych, dostępnych za cenę kilku ustępstw, pewnej ilości mięsa i benzyny. „Trzeba go zrozumieć — kontynuuje. — Nas zrozumieć. Jesteśmy jak francuski kardynał La Ballue, zamknięty przez Ludwika XI w klatce, gdzie nie mógł ani stać, ani się położyć. To normalne, że po wypuszczeniu z klatki już nie umiemy trzymać głowy prosto. Ale to wróci, zobaczycie”. To przesłanie ufności, jakże rzadkie, wywołało zgiełk, którego przyczyny nie mogłem pojąć: nagle wszyscy zaczęli potrząsać swoimi dowodami osobistymi, jedne z nich były opatrzone pieczątką „Votat” (głosował), a inne nie. Każdy głosował, ale nikt nie zauważył ewentualnych nieprawidłowości podczas wyborów — ich wyniki okazały się tym bardziej przygnębiające, że najwyraźniej były uczciwe, co uzasadnia ponury żart, że Rumunia to jedyny kraj w historii, który z własnej woli wybrał komunistów.

 

Spotkanie dobiega końca i stary dandys, zjawa z innego świata, mówi mi sotto voce, że jest zdruzgotany, przerażony. Ubóstwo, brud, to jeszcze można wytrzymać, ale ta zawzięta nieufność, to prostactwo wymalowane na gębach przechodniów: „Widział pan te gęby? Co za gęby! — powtarza. — Mój naród nigdy taki nie był, to nie jest mój naród. Nie rozumiem. K i m s ą c i l u d z i e ?”. W jego głosie drży przerażenie bohatera Inwazji porywaczy ciał, starego filmu science fiction, który odkrywa, że ludzie zostali stopniowo zastąpieni przez kosmitów i że każdy z jego krewnych, na pozór niezmieniony, jest teraz złośliwym mutantem.

W porównaniu do tego horroru strach, który wzbudza Drakula, działa uspokajająco i z ulgą rozmawiamy o tym z profesorem Andreescu. Przynajmniej ja czuję ulgę, bo pomimo swojej uprzejmości profesor nie ukrywa, że ma już trochę dosyć odpowiadania od dwudziestu lat na te same banalne pytania, zadawane przez dziennikarzy takich jak ja, którzy naiwnie sądzą, że złapali dobry temat. Jednego dnia zjeżdża tu francuska telewizja z Alainem Decaux, zdecydowana poświęcić cały program temu jednemu zagadnieniu, drugiego zaś ekipa amerykańska z synem Ronalda Reagana, która kończy serię zatytułowaną Haunted Europa: pięć minut o potworze z Loch Ness, potem pięć o Drakuli i tak dalej. Wszystkim trzeba uprzejmie powiedzieć, że stopa prawdziwego Włada Drakuli nigdy nie postała w regionie Bystrzycy, gdzie Bram Stoker sytuuje jego zamek, i że prawdziwy zamek znajduje się niedaleko miejscowości Bran, nagrobek w klasztorze Snagov, a rodzinny dom w Sighişoarze. Przyznaje, że jest nieco rozdrażniony powodzeniem powieści, która nigdy nie została przetłumaczona na język rumuński, oraz odrzuca nieprzemyślaną i tendencyjną paralelę z Ceauşescu. Podaje ciekawy powód: jego zdaniem Wład Drakula ze swoim szaleństwem i okrucieństwem, które zresztą nie odstawało od zwyczajów epoki, tworzył historię. Ceauşescu tworzył antyhistorię. Ludzie bardzo szybko go zapomną, już zapominają; nic po nim nie zostanie.

W historiografii rumuńskiej żywa jest idea, którą Lucian Blaga sformułował w latach trzydziestych XX wieku: Rumunia boi się historii i dlatego nigdy nie odpowiada na jej zew. Ilekroć była blisko wejścia do historii i na przykład mogła wypracować liczącą się kulturę, jak choćby podczas Reformacji, zawsze w końcu dezerterowała, strachliwie wycofywała się w swój autarchiczny świat, skupiając się na życiu organicznym, folklorze, zagonie, czyli krainie bez perspektyw, której szczytowym osiągnięciem jest słynna i tak często opiewana wieś rumuńska. W tym sensie całe dzieło Ceauşescu, jego długo wychwalane dążenie do niezależności, miało na celu uchronić kraj przed wirami historii. Wydaje się, że od sześciu miesięcy nieodparcie wciągają one Rumunię, która niechętnie się temu poddaje. Nie będzie zatem przesadą stwierdzenie, że zadziwiające wpadki, które seryjnie zdarzają się nowej władzy, stanowią desperacką i na pewno nieświadomą próbę przeciwstawienia się temu prądowi, niezmieniania stylu życia i trwania na Tratwie Meduzy, czyli postawy typu może i zatoniemy, ale za to między swymi. Jeśli to konieczne, nie cofniemy się przed kanibalizmem, w nadziei, że to zniechęci statki ratunkowe, które zewsząd spieszą z pomocą, i zniesmaczy ostatecznie świat zewnętrzny. Poślemy górników: ale tutaj wybiegam myślą naprzód.