Beach ReadTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Przejażdżka

– Baaaaardzo dziękujemy za zaproszenie, Pat – powiedziałam, obejmując gospodynię przed wyjściem.

Poklepała mnie po plecach.

– Wpadaj, kiedy chcesz. Szczególnie w poniedziałki! Nawet co tydzień. Trzem Kolorom i Rosjaninowi przydałaby się świeża krew. Sama widziałaś, że dusimy się we własnym sosie. Maggie chce sprawić mi przyjemność, ale nie jest wielką fanką beletrystyki, a Lauren przychodzi, mam wrażenie, tylko dla towarzystwa. Jest żoną wykładowcy, jak ja.

– Żoną wykładowcy? – zdziwiłam się.

Pat pokiwała głową.

– Maggie pracuje na uniwersytecie razem z mężem Lauren – wyjaśniła pospiesznie, po czym spytała: – Jak zamierzasz wrócić do domu, kochana?

Czułam się zdecydowanie mniej wstawiona, niż w tym momencie bym chciała, ale wiedziałam, że mimo to nie powinnam ryzykować prowadzenia samochodu.

– Ja ją podwiozę – powiedział Gus surowo i bez rozbawienia.

– Wezmę ubera – powiedziałam.

– Ubera? – powtórzyła Pat. – Nie, w North Bear Shores nie weźmiesz. Mamy tu jednego jedynego kierowcę i wątpię, żeby jeździł po dziesiątej!

Udałam, że patrzę na telefon.

– Właśnie podjeżdża, muszę iść. Jeszcze raz dziękuję, Pat. To było naprawdę… interesujące spotkanie.

Poklepała mnie po ramieniu, a ja wyszłam na deszcz, otwie­rając po drodze aplikację Ubera. Wśród szumu deszczu usłyszałam, jak Gus wymienia z Pat ciche słowa pożegnania na ganku za moimi plecami, a potem drzwi się zamknęły i zostałam z nim sama w ogrodzie.

Ruszyłam pospiesznie w stronę furtki, a potem wzdłuż płotu, wpatrując się cały czas w pustą mapę na ekranie. Zamknęłam aplikację i otworzyłam jeszcze raz.

– Niech zgadnę – powiedział przeciągle Gus. – Jest dokładnie tak, jak mówi osoba, która tu mieszka: nie ma żadnego ubera.

– Przyjedzie za cztery minuty – skłamałam. Naciągnęłam kaptur i się odwróciłam.

– O co chodzi? – spytał. – Boisz się, że jeśli wsiądziesz do mojego samochodu, to nie unikniesz uczestnictwa w moich słynnych na cały kraj libacjach?

Założyłam ramiona na piersi.

– Nie znam cię.

– W odróżnieniu od jedynego kierowcy Ubera z North Bear Shores, z którym to jesteś całkiem blisko.

Nic nie odpowiedziałam, więc po chwili Gus wsiadł do swojego samochodu, rozkrztusił silnik, ale nie odjechał. Zajęłam się swoim telefonem. Dlaczego on nie odjeżdża? Robiłam, co mogłam, żeby nie patrzeć na jego auto, choć z każdą chwilą spędzoną na zimnym deszczu robiło się coraz bardziej pociągające.

Jeszcze raz sprawdziłam aplikację. Nadal nic.

Szyba od strony pasażera zjechała w dół, a Gus przechylił się przez siedzenie, tak żeby mnie widzieć.

– January – westchnął.

– Augustus.

– Cztery minuty już minęły. Żaden uber nie przyjedzie. Czy mogłabyś wsiąść do samochodu?

– Przejdę się.

– Dlaczego?

– Bo potrzebuję ruchu – odparłam.

– Nie mówiąc o zapaleniu płuc.

– Jest prawie dwadzieścia stopni – wyśmiałam go.

– Cała się trzęsiesz.

– Może to dlatego, że już nie mogę się doczekać tego ekscytującego spaceru do domu.

– A może temperatura ciała gwałtownie ci się obniżyła, ciśnienie krwi i czynność serca spadają, a skóra pęka z przemarznięcia.

– Żartujesz? Serce wali mi jak młot. Właśnie wyszłam z trzygodzinnego spotkania klubu książki, poświęconego kryminałom. Muszę wybiegać choć trochę tej adrenaliny.

Ruszyłam chodnikiem.

– Nie w tę stronę – zawołał Gus.

Obróciłam się na pięcie i ruszyłam w przeciwnym kierunku, znowu mijając jego samochód. W słabej poświacie deski rozdzielczej zauważyłam jego wargi wygięte w uśmiechu.

– Zdajesz sobie sprawę, że mieszkamy dziesięć kilometrów stąd? W takim tempie zajdziesz tam mniej więcej… nigdy. Wejdziesz w jakieś krzaki i prawdopodobnie spędzisz tam resztę życia.

– Właśnie tyle czasu potrzebuję, żeby wytrzeźwieć – odparłam. Gus jechał powoli ulicą równolegle do mnie. – Poza tym nie mogę ryzykować, że jutro znowu obudzę się z kacem. Już wolę wpaść pod samochód.

– No tak, boję się tylko, że jedno nie pozwoli ci uniknąć drugiego. Chodź, zawiozę cię do domu.

– Zasnę pijana. A to niedobrze.

– Okej, nie odstawię cię do domu, dopóki nie wytrzeźwiejesz. Znam na to najlepszy sposób, jaki można wymyślić w North Bear Shores.

Stanęłam i obróciłam się przodem do samochodu. On też się zatrzymał, czekał.

– Dla jasności – zaczęłam – nie masz na myśli seksu, prawda?

Uśmiechnął się kpiąco.

– Nie, January, nie mam na myśli seksu.

– Lepiej, żeby to była prawda. – Otworzyłam drzwi od strony pasażera i wsunęłam się na siedzenie, a gdy Gus ruszył, przyłożyłam palce do ciepłego nawiewu. – Bo mam w tej torbie gaz pieprzowy. I pistolet.

– Kurwa mać! – wykrzyknął, hamując gwałtownie. – Chodzisz pijana, a w twojej torbie na wino tłucze się pistolet?

Zapięłam pas.

– Żartowałam. Z pistoletem, nie z tym, że cię zabiję, jeśli będziesz coś kombinował. To akurat mówiłam poważnie.

W jego śmiechu zabrzmiał raczej szok niż podekscytowanie. Nawet w półmroku widziałam, że oczy ma szeroko otwarte, a nieregularne wargi spięte. Pokręcił głową, wierzchem dłoni starł krople deszczu z czoła i znowu ruszył.

– To ma być ten sposób? – spytałam, kiedy wjechaliśmy na parking. Deszcz osłabł, ale kałuże, które utworzyły się w popękanym asfalcie, lśniły od odbijającego się w nich neonowego szyldu umieszczonego na niskim prostokątnym budynku. – Sposób na wytrzeźwienie to… pączki? – Tak głosił szyld. Wszystko wskazywało na to, że tak też brzmiała nazwa tej knajpy.

– A czego się spodziewałaś? – zapytał Gus. – Miałem udawać, że o mały włos nie zjechałem z klifu, czy wynająć kogoś, żeby cię na niby porwał? A, czekaj, może ten tekst o seksie to był sarkazm? Czy ty tak naprawdę chciałaś, żebym cię uwiódł?

– Nie, chodzi mi tylko o to, że następnym razem, jak będziesz chciał mnie przekonać, żebym wsiadła do twojego samochodu, zaoszczędzisz sobie dużo czasu, jeśli od razu powiesz o pączkach.

– Mam nadzieję, że nie będę musiał zbyt często cię do tego nakłaniać – odparł.

– Nie, niezbyt często – zgodziłam się. – Tylko w poniedziałki.

Znowu rozchylił wargi w uśmiechu, ale niewyraźnym, jakby chciał go ukryć. Natychmiast poczułam się tak, jakby samochód był trochę za ciasny, a on odrobinę zbyt blisko. Oderwałam od niego wzrok i wysiadłam, a w głowie natychmiast mi się rozjaśniło. Budynek świecił jak lampa na komary, a przez okna widać było puste boksy, pomarańczowe jak w latach siedemdziesiątych, i akwarium z karpiami koi.

– Wiesz, powinieneś rozważyć jeżdżenie dla Ubera – powiedziałam.

– Tak?

– Tak, ogrzewanie w twoim samochodzie działa świetnie. Założę się, że klimatyzacja też jest sprawna. Nie pachniesz axem i przez całą drogę nie odezwałeś się do mnie ani słowem. Pięć gwiazdek. A nawet sześć. Jesteś lepszy od każdego uberowca, z którym dotąd jeździłam.

– Hmm. – Gus otworzył przede mną zaparowane drzwi, a nad głowami zadźwięczał nam dzwonek. – Może następnym razem, kiedy będziesz wsiadać do ubera, uprzedź kierowcę, że masz w torbie naładowany pistolet. Wtedy możesz zostać lepiej obsłużona.

– Racja.

– A teraz się nie przestrasz – powiedział półgłosem, kiedy go minęłam.

– Co? – Odwróciłam się do niego zdziwiona.

– Dzień dobry! – zawołał ktoś promiennie ponad piosenką zespołu Bee Gees, która rzęziła w tle.

Obróciłam się i zobaczyłam mężczyznę stojącego za podświetloną witryną. Na ladzie stało radio emitujące biały szum o takim natężeniu, jakby za ścianą była dyskoteka.

– Hej – odpowiedziałam.

– Czołem. – Mężczyzna skinął głęboko. Był przynajmniej w wieku moich rodziców, żylasty, a grube okulary przytrzymywał na twarzy jaskrawożółtym paskiem.

– Hej – powtórzyłam. Mój umysł zapętlił się w docierającym do mnie raz po raz spostrzeżeniu, że ten starszy jegomość jest w samej bieliźnie.

– Aaaaaa więc witajcie! – zaświergotał, najwyraźniej zdeterminowany, żeby nie przegrać tej zabawy. Oparł łokcie na witrynie. W skład jego bielizny wchodziły na szczęście biały podkoszulek i białe bokserki, a nie majtki.

– Hej – powiedziałam ostatni raz.

Gus wkroczył między ladę a moją otwartą szczękę.

– Możemy prosić o tuzin dzisiejszych?

– A jakże! – Bieliźniany cukiernik przesunął się wzdłuż witryny i wziął z leżącego na niej stosu pudełko do pakowania na wynos. Przyniósł je z powrotem do staroświeckiej kasy i wstukał kilka cyfr. – Równo pięć dolarów, stary.

– I może jeszcze kawę? – powiedział Gus.

– Będę miał wyrzuty sumienia, jeśli policzę wam za to świństwo. – Mężczyzna kiwnął głową w stronę dzbanka. – Stoi tam i skwierczy od dobrych trzech godzin. Zaparzyć wam nowej?

Gus spojrzał na mnie wymownie.

– Co? – spytałam.

– To dla ciebie. Co wolisz? Za darmo, ale kiepską, czy za dolara, ale… – Wyraźnie nie mógł się zmusić do określenia jej jako dobrą.

„To świństwo” bez przerwy tam stało i bulgotało.

– Za darmo – odparłam bez wahania.

– No to równo pięć, jak mówiłem – podsumował mężczyzna.

Sięgnęłam po portfel, ale Gus mnie wyprzedził i pacnął na ladę banknot pięciodolarowy. Następnie kiwnął na mnie głową, żebym odebrała od mężczyzny styropianowy kubek i pudełko z pączkami. Żeby zmieściło się dwanaście, musiały zostać ściśnięte w jeden klocek smażonego ciasta w kształcie pudełka. Wzięłam je i klapnęłam w jednym z boksów.

 

Gus usiadł naprzeciwko mnie, przechylił się przez stół i otworzył pudełko. Popatrzył na pączkowe flaki leżące między nami.

– Boże, wyglądają ohydnie.

– Wreszcie – powiedziałam. – W tym jednym się zgadzamy.

– Założę się, że zgadzamy się też w innych kwestiach. – Wydobył sprasowanego pączka z syropem klonowym i orzechami, po czym oparł się i obejrzał go uważnie we fluorescencyjnym świetle.

– Na przykład?

– We wszystkich ważnych sprawach – odparł Gus. – Takich jak skład chemiczny atmosfery ziemskiej, to, czy świat koniecznie potrzebuje sześciu części Piratów z Karaibów, i że Białego Rosjanina należy pić tylko wtedy, kiedy i tak nie da się uniknąć wymiotów.

Udało mu się wcisnąć pączka w całości do ust. Potem bez cienia ironii spojrzał mi w oczy. Wybuchnęłam śmiechem.

– No czo? – spytał.

Pokręciłam głową.

– Mogę zadać ci jedno pytanie?

Przeżuł i przełknął na tyle, żeby móc odpowiedzieć.

– Nie, January, nie zamierzam mówić temu facetowi, żeby ściszył muzykę. – Wyciągnął rękę i oderwał z pączkowej bryły kolejny kawałek. – A teraz ja mam do ciebie pytanie, Andrews. Dlaczego się tu przeprowadziłaś?

Przewróciłam oczami i zignorowałam jego pytanie.

– Gdybym chciała cię poprosić, żebyś zachęcił tego faceta do wprowadzenia jednej drobnej zmiany w jego praktykach biznesowych, to na pewno nie chodziłoby o natężenie muzyki.

Gus uśmiechnął się szeroko, a mój żołądek podskoczył zdradziecko. Nie byłam pewna, czy kiedykolwiek widziałam, żeby uśmiechał się w taki sposób, ale było w tym coś odurzającego. Jego ciemne oczy zwróciły się w stronę lady, a ja podążyłam za jego spojrzeniem. Facet w bieliźnie dosłownie tańczył między piekarnikami. Gus skierował wzrok z powrotem na mnie, intensywnie skupiony.

– Powiesz mi, dlaczego się tu przeprowadziłaś?

Wepchnęłam sobie do ust kawałek pączka i pokręciłam głową. Wzruszył lekko ramionami.

– W takim razie ja nie mogę odpowiedzieć na twoje pytanie.

– Nie o to chodzi w rozmowie – pouczyłam go. – Rozmowa to nie handel informacjami.

– Właśnie że tak – stwierdził. – A przynajmniej, jeśli nie przepada się za robieniem dobrze stopami.

Zakryłam twarz dłońmi, zażenowana, ale mimo to powiedziałam:

– A tak na marginesie, byłeś dla mnie wtedy bardzo niemiły.

Milczał przez chwilę. Wzdrygnęłam się, kiedy chwycił mnie szorstkimi palcami za nadgarstki i odciągnął moje dłonie od twarzy. Jego figlarny uśmiech się ulotnił, teraz czoło miał zmarszczone, a spojrzenie atramentowoczarne, poważne.

– Wiem. Przepraszam. Miałem zły dzień.

Mój żołądek znowu wykręcił koziołka. Nie spodziewałam się przeprosin. A już z całą pewnością nigdy ich nie usłyszałam za tamten komentarz, że „wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie”.

– Urządzałeś wielką imprezę – powiedziałam, wracając do siebie. – Chciałabym w takim razie zobaczyć, jak wygląda u ciebie dobry dzień.

Kącik jego ust zadrgał niepewnie.

– Gdybyś odjęła tę imprezę, byłabyś dużo bliżej. Tak czy inaczej, wybaczysz mi? Słyszałem już parę razy, że nie jestem mistrzem pierwszego wrażenia.

Skrzyżowałam ramiona i z nagłą odwagą, której dodało mi wino albo jego przeprosiny, powiedziałam:

– To nie było moje pierwsze wrażenie.

Przez jego twarz przemknęło coś nieodgadnionego i zniknęło, zanim zdążyłam to rozgryźć.

– Jakie miałaś do mnie pytanie? – zainteresował się. – Czy jeśli ci na nie odpowiem, to mi wybaczysz?

– W wybaczaniu też nie o to chodzi – powiedziałam. Jednak kiedy zaczął trzeć czoło, dodałam: – Ale tak.

– Dobra. Jedno pytanie – zgodził się.

Pochyliłam się nad stołem.

– Myślałeś, że będą omawiać twoją książkę, prawda?

Brwi mu się ściągnęły.

– Kto będzie omawiać?

– Trzy Szpieginie i Ciasto w Płynie – odparłam.

Udał oburzenie.

– Czy chodzi ci przypadkiem o Klub Książki Trzy Kolory i Rosjanin? Bo ta przekręcona nazwa, którą mu właśnie nadałaś, stanowi afront dla wszystkich salonów literackich na całym świecie, nie mówiąc już o Wolności i o Stanach Zjednoczonych Ameryki.

Poczułam, jak na twarz wypływa mi uśmiech. Odchyliłam się z satysfakcją.

– Tak właśnie myślałeś. Sądziłeś, że czytały Objawienia.

– Po pierwsze – zaczął Gus – mieszkam tu od pięciu lat, a Pat jeszcze nigdy nie zaprosiła mnie na spotkanie tego klubu, więc tak, to przypuszczenie wydawało mi się w tej sytuacji całkiem zasadne. Po drugie – urwał sobie kawałek pączka z lukrem – powinnaś bardziej uważać, January Andrews. Właśnie zdradziłaś się z tym, że znasz tytuł mojej książki. Kto wie, jakie sekrety mogą się z ciebie zaraz wysypać?

– Skąd wiesz, że po prostu jej nie wyguglowałam? – odbiłam piłeczkę. – Może nigdy wcześniej o niej nie słyszałam.

– Skąd wiesz, czy opcja z guglowaniem nie byłaby dla mnie jeszcze zabawniejsza? – odparł Gus.

– Skąd wiesz, czy nie guglowałam cię tylko po to, żeby sprawdzić, czy nie jesteś kryminalistą?

Gus na to:

– Skąd wiesz, czy nie będę odpowiadał na twoje pytania pytaniami, aż tu nie umrzemy?

– Skąd wiesz, czy się tym przejmę?

Gus pokręcił głową z uśmiechem i odgryzł kolejny kęs.

– Co za koszmar.

– Pączki czy ta rozmowa? – spytałam.

– No pewnie, że rozmowa. Pączki są dobre. A tak na marginesie, ja ciebie też wyguglowałem. Powinnaś rozważyć zmianę imienia na jakieś rzadsze.

– Przekażę tę sugestię do góry, ale nie mogę nic obiecać – odparłam. – Trzeba by się przebijać przez kupę przepisów i biurokracji.

Rozkosze południa brzmią całkiem seksownie – stwierdził. – Masz słabość do facetów z Południa? Kręcą cię dziury w zębach i ogrodniczki?

Przewróciłam oczami.

– Zaczynam się zastanawiać, czy kiedykolwiek byłeś na Południu i czy w ogóle byłbyś w stanie zlokalizować „południe” na kompasie. Poza tym dlaczego wszyscy się uparli, żeby odbierać prozę kobiecą jako quasi-autobiograficzną? Czy ludzie generalnie zakładają, że twoi samotni, biali, męscy…

– I oględnie napaleni – wtrącił Gus.

– …i oględnie napaleni bohaterowie są tobą?

Pokiwał głową w zamyśleniu, świdrując mnie swoim czarnym spojrzeniem.

– Dobre pytanie. Czy ty zakładasz, że jestem oględnie napalony?

– Zdecydowanie.

Gus i jego nierówny uśmiech wydawali się rozbawieni.

Wyjrzałam przez okno.

– Skoro Pat nie planowała rozmawiać o żadnej z naszych książek, to jakim cudem zapomniała nam powiedzieć, jaką lekturę wybrała? No bo pomyśl, gdyby rzeczywiście chciała, żebyśmy dołączyli do klubu, to chyba powinna dać nam jakąś szansę na przeczytanie książki.

– To nie był przypadek – stwierdził Gus. – To była celowa manipulacja. Wiedziała, że w życiu bym się tam nie pojawił, gdybym wiedział, o co tak naprawdę chodzi.

Parsknęłam.

– To jaki niby był cel tego niegodziwego postępku? Dostać się do kolejnej powieści Augustusa Everetta w charakterze ekscentrycznej postaci drugoplanowej?

– Co ty właściwie masz do moich książek, których rzekomo nie czytałaś? – spytał.

– A co ty masz do moich – odparłam – których z całą pewnością nie czytałeś?

– Skąd ta pewność?

– Z twojego pytania o piratów. – Wbiłam zęby w pączka z polewą truskawkową i posypką. – Nie piszę tego typu romansów. Tak naprawdę to moje książki nie trafiają nawet na półki z romansami. Technicznie rzecz biorąc, należą do prozy kobiecej.

Gus odchylił się na oparcie i rozciągnął swoje szczupłe oliwkowe ramiona nad głową, obracając nadgarstkami, póki nie strzeliły.

– Nie rozumiem, po co trzeba było stworzyć cały osobny gatunek na książki dla kobiet.

Prychnęłam. No i proszę, znowu wzbierał we mnie ten gniew, czający się zawsze w pogotowiu, jakby tylko czekał na pretekst.

– Ach tak? No to nie jesteś jedyny – wypaliłam. – Potrafię opowiadać historie, Gus, potrafię też sklejać zdania. Gdybyś pozamieniał wszystkie moje Jessiki na Johnów, to wiesz, co byś dostał? Prozę. Po prostu prozę. Przeznaczoną dla każdego, kto zechciałby ją przeczytać. Ale jakimś cudem przez to, że jestem kobietą, która pisze o kobietach, wykreśliłam połowę ziemskiej populacji z grona moich potencjalnych czytelników. I wiesz co? Ja się tego nie wstydzę. Mnie to wkurza. To, że ludzie tacy jak ty zakładają, że na moje książki nie warto tracić czasu, podczas gdy ty mógłbyś się zesrać na antenie, a następnego dnia „New York Times” wychwalałby cię za śmiały pokaz człowieczeństwa.

Gus wpatrywał się we mnie poważnie, z przechyloną głową i sztywno zmarszczonymi brwiami.

– A teraz może odwieziesz mnie już do domu? – zaproponowałam. – Czuję, że całkiem wytrzeźwiałam.


8

Zakład

Gus wyśliznął się z boksu, a ja za nim. Po drodze zgarnęłam jeszcze pudełko z pączkami i swój kubek kawowego świństwa. Deszcz przestał już padać, ale teraz nad ziemią unosiły się kłęby ciężkiej mgły. Wsiedliśmy bez słowa do samochodu i odjechaliśmy sprzed knajpy z pączkami, której turkusowe światło jeszcze przez chwilę odbijało się we wstecznym lusterku.

– To przez te szczęśliwe zakończenia – odezwał się nagle Gus, skręcając w główną drogę.

– Co? – Poczułam ucisk w żołądku. „Wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Jak zwykle”.

Gus odchrząknął.

– Nie chodzi o to, że nie traktuję poważnie romansu jako gatunku. Lubię czytać o kobietach. Ale mam problem ze szczęśliwymi zakończeniami. – Zerknął ostrożnie w moją stronę, a potem znowu na drogę.

– Problem? – powtórzyłam, tak jakby miało mi to pomóc go zrozumieć. – Masz problem… z czytaniem szczęśliwych zakończeń?

Podrapał się po bicepsie w nerwowym odruchu, którego sobie nie przypominałam.

– Chyba.

– Dlaczego? – spytałam, teraz już bardziej zdziwiona niż obrażona.

– Życie składa się ogólnie z dobrych i złych chwil, które następują po sobie, aż do momentu śmierci – powiedział sztywno. – A ten ostatni można uznać za zły. Miłość tego nie zmienia. Mam problem z zawieszeniem tej niewiary w miłość. Poza tym czy znasz chociaż jedną prawdziwą historię miłosną, która zakończyłaby się jak ta pieprzona Bridget Jones?

Proszę bardzo, oto Gus Everett, jakiego dawniej znałam. Facet, któremu wydawało się, że jestem beznadziejnie naiwna. I nawet jeśli miałam teraz parę dowodów na to, że mógł mieć rację, nie zamierzałam pozwolić, żeby zmieszał z błotem coś, co kiedyś znaczyło dla mnie więcej niż wszystko inne, gatunek, który pozwolił mi przetrwać, kiedy mamie się pogorszyło, a nasz sen o przyszłości rozwiał się jak dym na wietrze.

– Po pierwsze – zaczęłam – ta pieprzona Bridget Jones jest otwartą serią. To dosłownie najgorszy przykład, jaki mogłeś wybrać na poparcie swojej tezy. Ta historia to całkowite przeciwieństwo nadmiernie uproszczonego i niezgodnego z prawdą stereotypu na temat romansów. I udało jej się osiągnąć dokładnie to, do czego ja sama zmierzam: sprawia, że czytelniczka czuje się dostrzeżona i zrozumiana, ma poczucie, że jej historia – historia kobiety – ma znaczenie. A po drugie, czy ty poważnie mówisz, że nie wierzysz w miłość?

Czułam coś na kształt desperacji, tak jakby pozwolenie mu na zwycięstwo w tej bitwie miało przelać czarę goryczy: nie byłoby już powrotu do dawnej mnie, do wiary w miłość i do postrzegania świata i ludzi jako czystych i pięknych – nie byłoby powrotu do miłości do pisania.

Gus się nachmurzył, a jego ciemne oczy zerkały to na mnie, to na drogę z tym intensywnym, absorbującym wyrazem, który tak długo próbowałyśmy z Shadi ująć w słowa.

– Pewnie, miłość się zdarza – powiedział wreszcie. – Ale lepiej patrzeć na świat realistycznie, żeby nie dostawać ciągle po głowie. A miłość znacznie częściej daje po głowie, niż przynosi wieczne szczęście. Jeśli nie rani ciebie, to ty ranisz kogoś innego. Wchodzenie w związek zakrawa na sado­masochizm. Szczególnie kiedy wszystko, czego możesz chcieć od relacji miłosnej, dostajesz też w przyjaźni, a kiedy ta się kończy, nie niszczysz przynajmniej niczyjego życia.

 

– Wszystko? – zdziwiłam się. – Seks?

Uniósł jedną brew.

– Żeby dostać seks, nie trzeba się nawet przyjaźnić.

– I co, dla ciebie to nigdy nie przechodzi w nic więcej? – spytałam. – Potrafisz utrzymać taki dystans?

– Jeśli patrzę na to realistycznie – odparł. – Trzeba mieć swoją strategię. Jeśli coś zdarza się tylko raz, to nie przechodzi w nic więcej.

Łoł. Czyli okres przydatności się skrócił.

– Widzisz? Jednak jesteś oględnie napalony, Gus. – Spojrzał na mnie z ukosa i się uśmiechnął. – Co?

– Już drugi raz dzisiaj nazwałaś mnie Gusem.

Zaczerwieniłam się. Racja, teraz chyba wolał, żeby mówić na niego „Everett”.

– No i?

– Daj spokój, January. – Jego spojrzenie wróciło na drogę, gdzie bliźniacze snopy świateł wyciągały się daleko po asfalcie i błyskały na przemykającej po bokach zieleni. – Pamiętam cię. – Jego wzrok spoczął znowu na mnie, niemal tak namacalnie i ciężko jak dotyk dłoni.

Dziękowałam w duchu za ciemność, bo krew uderzyła mi do twarzy.

– Skąd?

– Przestań. To nie było aż tak dawno temu. I był też ten jeden wieczór.

O Boże. Chyba nie będziemy rozmawiać o tym jednym wieczorze, prawda? Tym jedynym, kiedy rozmawialiśmy ze sobą poza zajęciami. No, może nie do końca rozmawialiśmy. Poszliśmy na tę samą imprezę studencką. Miała bardzo ogólny motyw przewodni – „Klasyka”.

Gus i jego przyjaciel Parker przebrali się za Kucyka i Johnny’ego z Outsiderów i przez cały wieczór wstawione studenciaki wołały na nich „ulizani”. Shadi i ja przyszłyśmy jako Thelma (ona) i Louise (ja) ze sceny z ciężarówką.

Tessa, ówczesna dziewczyna Gusa, pojechała na weekend do domu. Mieszkałyśmy w tym samym akademiku i chodziłyśmy czasem na te same imprezy. Była najnowszym powodem, dla którego ścieżki moja i Gusa się krzyżowały, jednak tamtego wieczoru wszystko wyglądało inaczej.

To było na początku roku akademickiego, jeszcze nie całkiem na jesieni. Tańczyłyśmy z Shadi w piwnicy o spoconych cementowych ścianach. Przez cały wieczór obserwowałam Gusa lekko nabuzowana, bo jego ostatnie opowiadanie okazało się świetne, a on dalej był irytująco atrakcyjny, jego krytyka nadal trafiała w punkt, a ja byłam już zmęczona tym, że ciągle pożycza ode mnie długopisy, no i jeszcze przyłapał mnie na tym, jak się na niego gapię, i od tamtej pory czułam – albo wydawało mi się (miałam nadzieję?), że czuję – że on też mnie obserwuje.

Przy barze zaimprowizowanym w sąsiednim pomieszczeniu. Przy stole do piwnego ping-ponga na górze. Przy kegu w kuchni. A potem stał nieruchomo w masie ludzkich ciał, podskakujących i tańczących konwulsyjnie do piosenki Sandstorm (Shadi przechwyciła iPoda, jak to miała w zwyczaju), zaledwie parę metrów ode mnie i kiedy tak wpatrywaliśmy się w siebie nawzajem, poczułam się w jakiś sposób zrehabilitowana, pewna, że tym razem w końcu dostrzegł we mnie rywalkę.

Nie wiem, czy to ja przedarłam się do niego, czy on do mnie, czy może spotkaliśmy się w pół drogi. Wiem tylko, że zaczęliśmy tańczyć jedno z (na?) drugim. Przebłyski wspomnień z tamtego wieczoru nadal wprawiały mnie w podniecenie: jego dłonie na moich biodrach, moje dłonie na jego karku, jego twarz przy mojej szyi, jego ramiona wokół mojej talii.

Oględnie napalony? Nie, Gus Everett składał się wtedy wyłącznie z gorącego oddechu i elektryzującego dotyku.

Niezależnie od naszej rywalizacji, tamtego wieczoru doświadczyliśmy namacalnie tego, jak bardzo się nawzajem pragniemy. Oboje byliśmy gotowi do podjęcia złej decyzji.

Sytuację uratowała Shadi, która poszła do łazienki i ogoliła sobie głowę maszynką znalezioną pod umywalką, tak że obie zostałyśmy wykopane i pozbawione prawa do przychodzenia na imprezy tego konkretnego stowarzyszenia studenckiego do końca życia. Chociaż ostatnio nie próbowałyśmy tam wbijać, a podejrzewam, że takie stowarzyszenia mają względnie krótką pamięć. Maksymalnie czteroletnią.

Moja najwyraźniej była znacznie dłuższa.

– January?

Podniosłam głowę i zaskoczyło mnie spojrzenie tych samych ciemnych oczu, które sobie przed chwilą przypominałam, a których właściciel teraz znajdował się wraz ze mną w samochodzie. Zapomniałam o tej maleńkiej białej bliźnie, którą miał na prawo od łuku Kupidyna, i zastanawiałam się, jak to w ogóle możliwe.

Odkaszlnęłam.

– Powiedziałeś Pat, że poznaliśmy się dopiero parę dni temu.

– Powiedziałem jej, że jesteśmy sąsiadami – przyznał. Spojrzenie na drogę. Spojrzenie na mnie. Czułam się, jakby mnie atakował tym patrzeniem i odwracaniem wzroku o sekundę za późno. Jego wargi zadrgały. – Nie byłem pewien, czy ty mnie pamiętasz.

W tych słowach było coś, co sprawiło, że poczułam się w środku jak wstążka przeciągana po ostrzu nożyczek tak długo, aż się zwinie.

– Ale nikt nie mówi na mnie „Gus” – ciągnął – z wyjątkiem osób, które znałem, zanim zacząłem publikować.

– Bo? – dociekałam.

– Bo nie chcę, żeby każdy świr, którego kiedykolwiek miałem za sąsiada, mógł mnie wyguglować i nasmarować złośliwą recenzję? – odpowiedział. – Albo poprosić o darmowe książki.

– Och, ja nie potrzebuję darmowych książek – zapewniłam go.

– Czyżby? – droczył się. – Nie chcesz dodać piątej warstwy do swojego stosiku chwały?

– Nie próbuj odwracać mojej uwagi – ostrzegłam. – Jeszcze nie skończyliśmy tej rozmowy.

– Szlag. Wcale nie chciałem cię urazić – zreflektował się. – Po raz kolejny.

– Nie uraziłeś mnie – powiedziałam niepewnie. A może uraził, tylko jego przeprosiny po raz kolejny wzięły mnie z zaskoczenia. Nawet więcej – wprawiły w konsternację. – Myślę, że po prostu się wygłupiasz.

Zanim zdążyłam się zorientować, dojechaliśmy do naszych domów. Gus zaparkował przy krawężniku i spojrzał na mnie. Po raz drugi uświadomiłam sobie, jak ciasny jest ten samochód, jak blisko siebie siedzimy i jak bardzo ciemność intensyfikuje jego spojrzenie, utkwione we mnie.

– January, skąd się tu wzięłaś?

Wybuchnęłam zakłopotanym śmiechem.

– W samochodzie, do którego na siłę mnie zaciągnąłeś?

Pokręcił głową ze zniecierpliwieniem.

– Jesteś jakaś inna.

Poczułam, jak krew ponownie uderza mi do twarzy.

– Nie zachowuję się już jak księżniczka z bajki?

Przez jego twarz przemknęło zdziwienie.

– Tak mnie wtedy nazwałeś – wyjaśniłam. – Chcesz, żebym przyznała ci teraz rację, co? Mam powiedzieć, że w końcu się obudziłam i zobaczyłam, że świat nie działa tak, jak w moich książkach?

Gdy przechylił głowę, drgnęły mu mięśnie szczęki.

– Wcale tak nie powiedziałem.

– Dokładnie tak powiedziałeś.

Znowu pokręcił głową.

– Ale na pewno nie to miałem na myśli – powiedział. – Chodziło mi o to… Zawsze byłaś taka… – Westchnął. – Nie wiem, pijesz wino prosto z torebki, domyślam się, że masz jakiś powód.

Teraz to moja szczęka drgnęła, a pierś stężała. Gus Everett był chyba ostatnią osobą, po której spodziewałabym się, że mnie tak przejrzy.

Spojrzałam przez okno na dom nad jeziorem, tak jakby był podświetlonym na czerwono wyjściem awaryjnym, ratunkiem od tej rozmowy. Słyszałam, jak fale rozbijają się o brzeg za domami, ale mgła była zbyt gęsta, żebym mogła cokolwiek zobaczyć.

– Nie proszę cię, żebyś mi powiedziała – odezwał się po chwili Gus. – Ja tylko… Nie wiem. Dziwnie jest widzieć cię taką.

Obróciłam się do niego, podciągnęłam nogi na siedzenie i przyjrzałam mu się w poszukiwaniu oznak ironii. Ale jego twarz była poważna, ciemne oczy zmrużone, czoło skupione, a głowa przechylona w ten szczególny sposób, który sprawiał, że czułam się jak pod mikroskopem. Patrzył na mnie tym spojrzeniem Seksownego Diabła, które sugerowało, że czyta w myślach.

– Nic nie piszę – powiedziałam. Nie wiedziałam właściwie, dlaczego się do tego przyznaję, zwłaszcza przed Gusem, ale już chyba lepiej przed nim niż przed Anyą albo Sandy. – Skończyły mi się pieniądze, moja wydawczyni za wszelką cenę chce coś ode mnie kupić, a ja mam tylko kilka stron kiepskiego tekstu i trzy miesiące na skończenie książki, na którą ktokolwiek poza moją mamą będzie chciał wydać choć parę dolarów. To jest powód.

Odpędziłam od siebie myśli o mojej zrujnowanej relacji z mamą i o rozmowie, którą odbyłyśmy po pogrzebie, żeby skupić się na tym, co wydawało się w tej sytuacji mniejszym złem.

– To przecież nic nowego – powiedziałam. – Cztery książki, żaden problem. A teraz jest na tyle źle, że czuję się niezdolna do robienia tej jednej rzeczy, w której jestem dobra, tej jednej, która sprawia, że czuję się sobą, no i na dodatek całkiem skończyły mi się pieniądze.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?