Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Elżbieta Cherezińska

Wojenna korona


ISBN 978-83-8116-817-5


Copyright © Elżbieta Cherezińska, 2019

All rights reserved Redaktor prowadzący Filip Karpow Opieka redakcyjna Magdalena Wójcik Tadeusz Zysk Elżbieta Żukowska Ilustracja na okładce Conceptverse Studio Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Opracowanie map Mariusz Mamet Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG
1320

WŁADYSŁAW odprowadził Jadwigę na spoczynek. Ucałował jej czoło i ciężkie, senne powieki. Kazimierz i Jadwinia wcześniej udali się do swoich komnat, teraz pewnie dzieci już spały. Goście opuścili salę, uczta koronacyjna skończyła się dawno. Pierwsze sprzątanie dobiegało końca; resztki jedzenia z królewskiego stołu zebrano do wielkich koszy, jałmużnik kazał dwóm krzepkim sługom zanieść je do piwnic.

— Rano wydacie ubogim — powiedział i ziewnął przeciągle. Kłuło go w krzyżu, nie mógł rozprostować zgarbionych ramion.

— Jaśnie panie, żebracy czekają od wczoraj — stęknął jeden z osiłków i chwycił kosz.

— Kolejka taka, że przez ciemną bramkę przecisnąć się nie można — dodał drugi i ukradkiem zwinął z kosza nieogryzione udko z ja­rząbka.

— A, to wydajcie od razu — pokiwał głową jałmużnik. — Tylko kosze potem dobrze mi schować…

Z sali koronacyjnej wynoszono blaty stołów. Kozły, na których stały, równo ustawiono pod ścianą.

Władysław bez korony, płaszcza królewskiego i berła, niezauważony przez senną, półżywą ze zmęczenia służbę, cicho wślizgnął się do sali.

Przepyszny purpurowy kobierzec, którym w czasie uczty wysłane było całe podwyższenie, leżał z boku, zwinięty. Władysław szedł wzdłuż ściany. Ostrożnie minął szarego ogara, który spał z pyskiem ułożonym na ogryzionej kości. Pies nawet łba nie uniósł. Po setkach świec, jakie tego wieczoru oświetlały salę, zostały na posadzce plamy z wosku i woń wygaszonych przed chwilą knotów, strużki czarnego dymu uciekające pod sklepienie wielkiej komnaty. Władysław usłyszał szmer za plecami. Odwrócił się gwałtownie i dostrzegł szczura, który na krótką chwilę znieruchomiał o krok od niego.

— Przymknij te drzwi, Pietrek! — zawołał ktoś z zewnątrz, z korytarza.

Szczur drgnął, uniósł łeb i czarnym lśniącym okiem spojrzał na Władysława, a potem wyminął go i pobiegł w głąb sali tronowej.

— Ino nie zamykaj, bo z rana przyjdą dziewki do sprzątania — dorzucił ten sam głos.

— Się wie! — odpowiedział, zapewne, Pietrek. — Szparkę zostawię, żeby przeszła i cycata Jaśka.

— I spać idź, nicponiu!

— Wedle rozkazu — ziewnął Pietrek i przymknął ciężkie wrota.

W komnacie zrobiło się mrocznie. Światło wpadało tylko przez szczelinę między skrzydłami drzwi, zostawioną przez sługę.

Władysław wszedł w jego smugę i w tej samej chwili wyrósł przed nim potężny, czarny cień, który sięgnął aż do stojącego na podwyższeniu, pod ścianą naprzeciwko, tronu. I zakrył tron. Władek zrobił krok w przód. Cień się poruszył.

Niski król rzuca długi cień — pomyślał, idąc dalej w swojej własnej smudze. — Czy przed cieniem można uciec? — przeszło mu przez głowę, gdy wchodził na podwyższenie. Odwrócił się i cień zniknął.

Władysław usiadł na tronie. Położył ramiona na podłokietnikach i zacisnął palce.

Całe życie wiodło do tej chwili — pomyślał. — I stało się. Oto jestem królem. Ojcem nie tylko swych dzieci, ale i Królestwa. Mężem Jadwigi i Korony. Całe życie wołałem „Pod wiatr” i ten wiatr przywiał mnie z Kujaw do Krakowa. A Wawel wyśniony, Wawel ciotki Kingi i wuja Bolesława, stał się moim domem. Sypialnią i kuchnią. Tu przytulam żonę i tu przyjmuję gości. Tutaj, w tej sali, będę wydawał królewskie wyroki. Jakim będę władcą? — zadrżał. Wciąż czuł na skroniach ciężar płomiennej korony. Dotknął czoła w miejscu, które olejem świętym namaścił arcybiskup Janisław. Ta niewidzialna korona jest tutaj — pomyślał. — Między bruzdami na czole starego króla. — Serce zabiło mu gwałtownie. — Tak mnie nazwą? Władysław Stary? Nie urodziłem się do majestatu. Miałem być jednym z kilku kujawskich książąt. Matka za plecami nazywała mnie „niewydarzonym karłem” i może dlatego co sił w piersiach parłem pod wiatr.

— Co teraz będzie? — spytał w półmroku. — Dążyłem do tej chwili i oto spełniło się. Teraz mógłbym umrzeć szczęśliwy.

Ściany i sklepienie wielkiej pustej sali odbiły jego głos. Gdy zamilkł, zapanowała głucha cisza. Zamarły wszelkie odgłosy zamku.

Jakbym był sam na Wawelu — pomyślał i trwał tak, chłonąc ten bezgłos.

Gdy w oddali rozległo się bicie dzwonów wzywających na jutrznię, drgnął.

W tej samej chwili gdzieś z góry dobiegł go szum. Zadarł głowę. Z półmroku pod sklepieniem sali tronowej zleciał ku niemu biały orzeł Królestwa. Ten sam, który zjawił się, kiedy po koronacji wychodził z katedry z królową Jadwigą u boku.

— Jesteś prawdziwy? — spytał Władysław, wodząc za ptakiem oczyma.

Orzeł uderzył skrzydłami i zatoczył koło nad nim i tronem. Wylądował na posadzce, rozprostował i złożył skrzydła. Obrócił łbem w obie strony, jego oko zalśniło. Zaczął kroczyć ku Władysławowi. Twarde ptasie szpony stukały w posadzkę.

— Ty też rzucasz cień — zobaczył Władysław. — Jesteś prawdziwy, tak samo jak ja.

Ptak podszedł i wskoczył na podwyższenie. Odbił się od niego i jednym uderzeniem skrzydeł wzleciał. Władek poczuł na twarzy powiew powietrza. Orzeł usiadł na oparciu tronu, za jego głową. Dzwony bijące na jutrznię uderzyły ostatni raz. Wstał nowy dzień.

— Znów wszystko się zaczyna — powiedział Władysław.

I
1321

JAN LUKSEMBURSKI patrzył, jak Praga budziła się niemrawo. Senni woźnice chwiali się na kozłach, woły ziewały, a beczki na wymoszczonych sianem wozach nie miały siły podskakiwać na wybojach. Dym z pieców chlebowych snuł się tak niepewną strużką, jakby bochny w piecu nie piekły się, lecz spały. Przyglądał się płatkom śniegu wirującym nad praskim rynkiem. Osiadały na dachach domów i girlandach ze świeżo ściętego jałowca, którymi służba przystroiła fasady budynków stojących wokół rynku. Pokrywały trybuny turniejowe dla gości, które jeszcze poprzedniego dnia tak rozzłościły Jana niezgrabnym kształtem daszków, że kazał wychłostać cieślę. Teraz, w chłodnym i nieostrym świetle poranka, przysypane świeżą warstwą śniegu, straciły swą wczorajszą toporność.

Jakaś opatulona pasiastą chustą handlarka z koszem ryb na plecach zapuściła się między nowo zbudowane trybuny, potknęła o wystający z boku stopień, uniosła głowę i przetarła zaropiałe oczy. Zdjęła z pleców kosz, chciała jak co dzień rozłożyć ryby na straganie i dopiero wtedy zobaczyła, że nie ma jej rybackiej budy. Rozejrzała się gwałtownie. Nie było też mięsnych jatek. I straganu piekarzowej Markety. Nie było chłopów sprzedających rzepę i groch. Bab z jajkami. Kur i gęsi w klatkach. Złapała kosz i przycisnęła do piersi jak dziecko. Uniosła głowę i spojrzała na wyniosłą fasadę rezydencji Konrada pyszniącą się przy praskim rynku. Na zgrabną, narożną wieżę i zdobione kamiennym maswerkiem okno, z którego zwisał ciężki proporzec z lwem Luksemburgów. Zamrugała zdumiona. Okno było otwarte na oścież. Stał w nim najpiękniejszy mężczyzna, jakiego widziała w życiu. Był nagi i patrzył wprost na nią. Uniósł jasne, muskularne ramię, wskazał palcem kierunek i skinął jej głową. Odruchowo spojrzała, gdzie pokazał. I zobaczyła, że w tę właśnie stronę ciągną wozy i drepczą ludzie z koszami i tobołami na plecach. Mały Rynek, jak mogła zapomnieć, że targowisko przeniesiono, bo zjechał król Jan i urządza jakieś widowisko. Król Jan?! Gwałtownie odwróciła głowę, szukając wzrokiem mężczyzny w oknie. Plecy. Zobaczyła jego plecy. Szerokie barki, którymi poruszał, naprężając węzły mięśni. Unosił i opuszczał ramiona, kręcił głową, aż rozsypywały się złote pukle włosów, i już, już miał znów odwrócić się twarzą do okna, gdy inne, ubrane ramię, zamknęło je z trzaskiem.

— Zimno jak w psiarni. Nie rozumiem twojej namiętności do ćwiczeń nago.

— Spartanie walczyli nago — ze śmiechem odpowiedział Jan i zaczął skłony.

— W słonecznej Grecji, mój królu. Nie w lodowatej Pradze. — Henry de Mortain wyjrzał przez jasne gomółki szkła na ośnieżony rynek. — Może zdążymy zapolować po turnieju? Twój marszałek obiecał mi białe niedźwiedzie. Wiele rzadkich zwierząt widziałem, ale tego nigdy.

— Lipski? — parsknął śmiechem Jan. — Okpił cię. W królestwie Czech nie ma białych niedźwiedzi. Podaj mi płaszcz, zaraz kończę.

— Żartujesz… — ponuro odpowiedział Henry, przeciągając dłonią po ciemnej, bujnej czuprynie.

 

— Skądże. Ćwiczę od wschodu słońca, wystarczy.

Jan zarzucił na nagie ciało płaszcz podbity futrem popielic. Pod jego miękkim dotykiem mimowolnie poruszył barkami.

— Zadrwił ze mnie przy pierwszym spotkaniu — trawił łgarstwo Lipskiego Henry. — I ty mu ufasz? Naprawdę zostawiasz królestwo w jego rękach?

— Zażartował z ciebie, nic więcej. — Jan sięgnął po kubek z wodą i wypił ją jednym haustem. — Pokazał, że cię przejrzał.

— To nie ja, lecz ty mawiasz, że Czechy leżą na krańcu cywilizowanego świata — żachnął się Henry.

— Czyli tam, gdzie żyją białe niedźwiedzie — skwitował Jan. — Nie mógł zakpić ze swego króla, zażartował z jego przyjaciela. Czesi nie lubią obcych, panie de Mortain. Opowiadałem ci, ile miałem z panami czeskimi starć o luksemburskich doradców. Ale to już przeszłość. Czas miniony. Teraz zostawiam królestwo w rękach Lipskiego i posłusznych mu czeskich panów i nie muszę siedzieć w ponurej Pradze.

— Wciąż jesteś tu obcy — kiwnął głową Henry.

Jan odstawił kubek i zrobił ruch, jakby chciał się przejrzeć w resztce wody pozostałej w jego wnętrzu.

— Moja żona, Eliška Premyslovna, postarała się, aby tak było — powiedział po chwili z namysłem.

Do komnaty wszedł Vojtech, ciemnooki i zręczny pokojowiec króla. Przyniósł dzban z wodą różaną i czyste ręczniki. Jan zrzucił płaszcz i pozwolił, by Vojtech obmył mu kark i ramiona zamoczonym w wonnej wodzie płótnem. — Vojtechu, koszula.

Pokojowiec założył ją zręcznie.

— Czechy były jej, Praga była jej i zamek był jej — Jan dalej opowiadał Henry’emu. Uniósł przy tym ramiona i Vojtech zaczął mu wiązać mankiety. — Zamek, pożal się Boże. Spłonął w dziwacznych okolicznościach parę lat przed moim przybyciem i wciąż brakuje srebra, by go porządnie odbudować. Spędziłem tam może dwie, trzy noce, nie więcej. Dlatego korzystam z rezydencji złotnika Konrada, tu, przy praskim rynku. Vojtechu, nogawice. Nie te, daj szafranowe. „Mój ród”, „moje królestwo”, „mój mąż”, powtarzała Eliška, odkąd się spotkaliśmy, tak, bym wbił sobie do głowy, że ona jest tu kimś, a ja nikim. Więc gdy nasze małżeństwo zostało zakończone, postanowiłem, że odbiorę jej wszystko.

— Nawet dzieci — wtrącił Henry.

— Zwłaszcza je. — Jan powiedział to miękko. Jeszcze bolała go zeszłoroczna śmierć młodszego syna. Dwulatek. Ostatnie dziecko, jakie spłodził z Elišką. — Buty z krótkim noskiem — zaordynował pokojowcowi.

Henry przestał studiować malowidło na ścianie i odwrócił się ku niemu.

— Nie myślałeś o unieważnieniu małżeństwa z Elišką? Mógłbyś przebierać wśród cór książęcych, może i królewskich.

— Myślałem setki razy — wyznał szczerze. — I jestem pewien, że to się nie opłaca. Teraz żyję z panami Czech w zgodzie, Lipski jest zadowolony, że odsunąłem Eliškę od władzy, pozostali też nie tęsknią za jej kłótliwym charakterem. Ale gdybym obraził ją unieważnieniem małżeństwa, obraziłbym ich. Mimo wszystko jest córą rodzimej dynastii. Wykorzystaliby to jako pretekst do podważenia mojej władzy. Zresztą nie stać mnie na przekupienie papieża. Wiesz, ile kosztują królewskie rozstania?

— Ja nie, ale możesz spytać Karola — zaśmiał się Henry. Młodszy brat króla Francji był towarzyszem ich zabaw dziecięcych, gdy obaj wychowywali się na dworze Filipa Pięknego. — Od pięciu lat usiłuje unieważnić małżeństwo z Blanką.

— I ma niezbite dowody jej zdrady. A ja? Mogę oskarżyć Eliškę o spiskowanie przeciw mnie, ale nie o to, że dzieliła z kimś obcym łoże. Vojtechu, pierścienie.

Pokojowiec postawił skrzynkę z klejnotami przed Janem. Otworzył jej wieko. Król Czech wyjął skręconą z kilku pasm złota obrączkę z szafirem. Uniósł, obrócił, by wątły promień lutowego słońca mógł musnąć kamień. Wysunął serdeczny palec lewej dłoni.

— Od dziecka pociągały mnie kobiety, które były poza moim zasięgiem — wolno, pieszczotliwie wsunął palec w obrączkę. — Na szczęście, ja podobam się wszystkim pozostałym.

— Których imiona na wieki pozostaną tajemnicą domu — skłonił głową Henry i uśmiechnął się lekko.

Jan wyjął ze szkatuły pierścień Luksemburgów. Z pyszną, złotą lwią głową.

— Wszyscy, których wezwałem, tym razem przyjęli zaproszenie na turniej do Pragi — powiedział, głaszcząc lwią grzywę. Założył pierścień obok obrączki z szafirem. — A ci, do których nie puściłem heroldów, przysłali tu swoich cichych ludzi. Każdy chce wiedzieć, o czym będziemy radzić, nim zabrzmią turniejowe rogi.

Za oknem, jak na potwierdzenie tych słów, odezwał się niski dźwięk witający wjeżdżających gości. Jan wyjął trzeci klejnot. Królewski pierścień z płomienistą orlicą.

— Już nie jestem czternastoletnim królewiczem z Luksemburga, który musi układać się ze swymi panami. Jestem królem Czech. Mam dwadzieścia pięć lat, następcę tronu i dwie córki, najlepsze gwarancje sojuszy. Mogę robić, co zechcę. — To mówiąc, uniósł prawą dłoń i zacisnął pięść.

— Czyli co? — całkowicie poważnie zapytał Henry de Mortain.

Jan ucałował pierścień z orlicą i założył na palec.

— Czas zacząć Turniej Zimowego Króla.

RIKISSA patrzyła na profil Aneżki. Jej szesnastoletnia córka była olśniewająca i jasna jak najszlachetniejszy kamień. I nie chodzi tu o prostą linię nosa, ciemnoróżowe i pełne usta, złote sploty włosów i pulsującą oddechem przejrzystą skórę szyi. Uroda Aneżki nie wynikała z nieskazitelnych rysów, lecz z promieniującej od niej czystej lekkości.

Ja w jej wieku znałam już mroki alkowy Václava — pomyślała Rikissa. — Brutalność męża i okrucieństwo króla. Samotność, jak pleśń pełznącą po praskim zamku. Gdyby nie Michał Zaremba i ogień…

— Mamo, nie zimno ci? — Aneżka odwróciła się ku niej, gdy spod sań na zakręcie sypnęło mokrym śniegiem.

— Nie, skarbie. Moja matka urodziła się w chłodnej Szwecji, ja wciąż pamiętam prawdziwe zimy w Poznaniu. Tu jest inaczej, cieplej. I cieszy mnie ta zima. Pierwsza tak śnieżna, odkąd przyjechałam do Czech.

— Henryk mówił, że byłaś młodsza ode mnie. — Aneżka przechyliła głowę na prawe ramię, Rikissę przeszedł dreszcz.

Václav robił tak samo — przemknęło jej przez myśl, a na głos spytała nieuważnie: — Twój Henryk?

Aneżka zaśmiała się:

— Nie mój, twój.

Rikissa, której myśli niebezpiecznie wczepiły się we wspomnienie alkowy Václava, przez chwilę była rozproszona.

— O czym ty mówisz? Henryk jest twój.

— Jaworski mój, Lipski twój — perliście śmiała się Aneżka. — Tylko nie pomylmy drzew, mamo!

Żart córki otrzeźwił ją w jednej chwili. Aneżka poślubiła Henryka Jaworskiego, mając jedenaście lat. Wymyślił to Lipski, byli wtedy w ogniu walki z Luksemburczykiem. Śląski zięć skutecznie zabezpieczył Rikissę, gdy Lipski pociągnął na wojnę. W dodatku księstwo jaworskie graniczyło z posiadłościami Lipskiego, więc utworzyli zwarte terytorium, po którym swobodnie mogły przemieszczać się wojska. Umówiła się z zięciem, że Aneżka zostanie przy niej, dopóki nie dojrzeje do małżeństwa. Jaworski był tak samo honorowy, jak przystojny. Czekał na swą żonę spokojnie, ale na ile starczy mu cierpliwości? Jak długo będzie chciał być mężem bez żony? Aneżka skończy w tym roku szesnaście lat. I nie przejawia najmniejszej chęci do opuszczenia domu. Rikissa miała osiem lat, gdy zmuszono ją do wyjazdu. Nie zrobi tego swojej jedynej córce.

Odwróciła się ku niej i dotknęła białego futra okalającego zaróżowione od mrozu policzki.

— Jesteś gotowa wyjechać z mężem do jaworskiego księstwa?

Aneżka zaśmiała się.

— Nie, mamo.

— Dobrze. Więc zostaniesz przy mnie. — Z ulgą pogładziła jej chłodny policzek. — Dyspensa papieska dla was jeszcze nie gotowa. Uznajmy, że ma to dla nas wielką wagę.

— Wiążącą — mrugnęła do niej Aneżka.

Praga była zaskakująco piękna pod śnieżną bielą. Odkąd przed laty opuściły ją nocą, w przebraniach, Rikissa wracała do królewskiego miasta niechętnie. Dla niej było utkane ze złych wspomnień. Jednak zaproszeniu króla nie mogła odmówić. Jan przygotował dla nich komnaty w rezydencji złotnika Konrada, przy rynku. Tego Konrada, który wedle jej projektu zrobił trumienne insygnia dla Rudolfa Habsburga. Boże, jak to było dawno. Rikissa wymówiła się od królewskiej gościny i poprosiła o nią przeoryszę benedyktynek, Kunhutę. Na zamkowe wzgórze wjechały Bramą Południową.

— W tej wieży mieszkałyśmy — pokazała córce jasną, kanciastą sylwetę.

— Pamiętam — poważnie powiedziała Aneżka i zaprzeczyła po chwili: — Nie pamiętam. Ale śni mi się czasami komnata z ciężką zasuwą, której pilnowała Wężowa Dziewczynka.

— Hunka — poprawiła ją Rikissa. — Miała na imię Hunka.

— Co się z nią teraz dzieje? — zachłysnęła się Aneżka, ale Rikissa nie zdążyła odpowiedzieć, bo sanie zajechały przed klasztorną furtę.

— Bis regina — powitała ją Kunhuta na dziedzińcu.

Za jej plecami stały dwie mniszki w czarnych płaszczach i wysoki, jasnowłosy Krzyżak. Rikissa mimowolnie wpatrzyła się w niego. Biała tunika i płaszcz zakonnego rycerza odbijały się nienaturalnym światłem od czerni mniszek.

— Wielki mistrz składa pokłon siostrom od Świętego Jerzego? — zapytała, przenosząc wzrok z niepokojąco przystojnej twarzy rycerza na Kunhutę.

— Dawny przyjaciel przynosi starej matce wieści od syna — odpowiedziała przeorysza.

— Zyghard von Schwarzburg, komtur grudziądzki — przedstawił się Krzyżak. — Gdy matka przełożona powiedziała, kogo będzie dziś gościć, uprosiłem, by pozwoliła cię, królowo, przywitać.

— Będziesz gościem na Turnieju Zimowego Króla czy też przybyłeś do Pragi wyłącznie z posłaniem dla Kunhuty?

— Rycerzom zakonnym nie wolno stawać na turniejach — odpowiadając Rikissie, przelotnie przyjrzał się Aneżce.

— Rozgryzłaś naszego gościa, bis regina — w głosie Kunhuty zabrzmiała złośliwa czułość. — Wizyta u starej matki jest tylko dodatkiem do tego, czego mu nie wolno. Idź, Zyghardzie. Możesz uznać, że poznałeś prawdziwą królową Czech, zanim przedstawi ci ją król Jan.

— Królową i jej córkę — skłonił się Zyghard wyraźnie w stronę Aneżki. — Mam nadzieję, że poznam i twego księcia, pani.

— Nie potrzebujesz do tego mojego pośrednictwa — odpowiedziała jej córka. — Książę Henryk Jaworski wprawdzie wolał templariuszy od Krzyżaków, ale jest tak uprzejmy, że na pewno nie okaże ci niechęci.

— Sława jest silniejsza po śmierci! — powiedział Schwarzburg i udał smutek. — Templariusze rozpalają wyobraźnię, choć już ich nie ma. My, skromni Krzyżacy, pracujemy w pocie czoła na własną.

— Może za bardzo się staracie? — spytała Rikissa. — A może nie warto walczyć z pamięcią o templariuszach?

Zyghard von Schwarzburg spojrzał na nią tak, jakby to osobiście go zabolało. W jego chłodnych oczach pojawiło się coś niezrozumiałego i natychmiast zgasło. Przybrał elegancką i kpiącą maskę, jak przed chwilą.

— Wezmę twe słowa za pewnik, bis regina. I zadbam o pamięć, by gdy zgrzybieję, nie zapomnieć o żadnym z templariuszy, których znałem osobiście.

— Wielu ich było? — wesoło spytała Aneżka.

— Niech pomyślę — udawał, że wytęża pamięć. — Jeden, ale dał mi się we znaki jak cały hufiec.

W złotym oku Kunhuty zalśniła wesołość. Wiek jej służy — pomyślała czule Rikissa. — Przed laty była surowa i powściągliwa. Teraz, przez jedną chwilę, niemal uśmiechnęła się dwa razy. W głębi dziedzińca rozbrzmiał dźwięk dzwonka. Maleńka zakonnica o policzkach czerwonych od mrozu dzwoniła nim zawzięcie. Kunhuta odwróciła się ku niej.

— Starczy, Berto, słyszałyśmy.

Karliczka Berta — przypomniała sobie o jej istnieniu Rikissa. — W jej płaszczu Aneżka uciekała z Pragi.

— Niech święty Jerzy czuwa nad wami, a Niepokalana Matka prowadzi — pożegnał się Zyghard von Schwarzburg i wyszedł za klasztorną furtę.

— Intrygujący — powiedziała Rikissa, patrząc na jego wysoką sylwetkę. Miał w sobie niepokojące połączenie lekkości i siły; była pewna, że mówił jedno, a myślał o czymś zupełnie innym.

— Wpływowy — potwierdziła Kunhuta.

— I przystojny. Choć niemłody — dodała Aneżka. — Ale ja lubię starszych. Widziałyście jego włosy? Niejedna dama chciałaby mieć tak jasne.

— Czy u księcia płockiego wszystko w porządku? — spytała Kunhutę Rikissa. — To zwykła rzecz, by wpływowy komtur przywoził ci wieści z Płocka?

— Mój syn, Wańka, odziedziczył ambicje po Przemyślidach, a skłonność do szaleństwa po Piastach Mazowsza. Albo na odwrót — machnęła ręką przeorysza. — To połączenie nigdy nie wróży nic dobrego. Bogu dzięki, nie sprawdza się w przypadku kobiet. Podejdź, moja bratanico, niech cię uściskam.

 

Aneżka zrobiła śmiały krok ku Kunhucie i teraz obie wpatrywały się w siebie.

— Przypadły jej w spadku rysy Václava — pokiwała głową przeorysza. — Ale, jak mniemam, serce i rozum odziedziczy po tobie, bis regina. Zapraszam do środka. Bądźcie mymi gośćmi.

Ruszyły do wnętrza klasztoru przez wąską furtę. Przodem szły dwie mniszki ze światłem, potem Kunhuta, Rikissa, Aneżka i karlica Berta.

— Ile masz lat, Berto? — zapytała ciekawie Aneżka.

— Nie odpowie ci — odezwała się z przodu Kunhuta, nie odwracając głowy. — Złożyła śluby milczenia. W lewo, proszę, tu mamy cele dla gości. To się stało wtedy, gdy w naszym klasztorze napadnięto królewnę Eliškę. Berta ucierpiała podczas ataku na moją bratanicę i długo potem chorowała. Jej umysł ma w sobie czystość bożego dziecięcia, nie mogła zrozumieć, że ktoś wtargnął do domu zakonnego. — Kunhuta stanęła nagle. — Poświećcie mi, siostry.

Zakonnice uniosły lampki oliwne, Kunhuta odwiązała od paska klucz na srebrnym łańcuszku i otworzyła nim kłódkę strzegącą żelaznej kraty.

— To było tutaj — pchnęła kratę, która otworzyła się z jękiem. — Tutaj mieszkała Eliška z dwórkami, gdy próbowano zamachu. Mam nadzieję, że to was nie odstrasza, bis regina?

— Przeciwnie, matko przełożona — uśmiechnęła się w półmroku korytarza Rikissa. — To mnie uspokaja. Przecież tamten zamach był nieudany. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powtarza dwa razy tego samego błędu.

Kunhuta podała klucz od kłódki Rikissie i przytrzymała jej palce.

— Czesi cię kochają, bis regina. Darzą uwielbieniem Lipskiego, bo jest swój, a król to wciąż obcy z Luksemburga. Ale gdy ktoś dostaje od losu tak wiele, zaczyna budzić demony zawiści. Są tacy, co zazdroszczą wam morawskiego księstwa. Oni nie patrzą, ile krwi Lipski przelał za Czechy, ile ty wycierpiałaś jako żona dwóch królów. Widzą tylko wasze szczęście i ono ich kłuje w oczy. A twój odważny i rycerski zięć nie dlatego zainteresował Zygharda, że pojął za żonę ostatnią Przemyślidkę. Jaworski idąc po swoje, wszedł w drogę królowi Janowi i Wittelsbachom. — Wskazała wzrokiem na Aneżkę. — Jej Henryk i twój Henryk mają wrogów. Ktoś, kto będzie chciał zranić Henryków, może uderzyć w nią, lub w ciebie. Bądź ostrożna, bis regina.

— Dziękuję za przestrogę, Kunhuto.

— Mnie chroni święty Jerzy — poważnie odpowiedziała przeorysza. — A gdzie twój stróż, siostro?

— Michał zaginął — ucięła pytanie Rikissa.

— Smok zawsze zostawia po sobie ślad. Archanioł też daje widome znaki. Może ten, kto go szukał, nie wiedział, jak znaleźć. Porozmawiaj z Zyghardem von Schwarzburg. Niektórzy rycerze zakonni mają szersze zainteresowania, niż nam się zdaje.

HENRY DE MORTAIN nie podzielał zdania Jana Luksemburskiego, że królestwo Czech leży na krańcu świata. Ba, nawet żałował, że tak nie było. W służbie Filipa Pięknego przemierzył świat, rozmawiał z kupcami, kapitanami statków, wędrownymi rycerzami, żebrzącymi mnichami i słyszał o cudach, w które jego trzeźwy umysł nie zawsze wierzył. Widział słonie i większe od ludzkich dzieci małpy. Tygrysa w klatce, który zjadł własne młode. Na Rodos karmił dwugłową kozę, a na Malcie ujrzał jednorożca, którego jednak, po bliższym przyjrzeniu, zdemaskował jako źrebicę z doklejonym rogiem. W Antiochii pokazano mu smocze szczenięta, pokryty łuską gadzi pomiot o zaropiałych ślepiach, ale był tam zbyt krótko, by przekonać się, że maszkary są zdolne do samodzielnego życia, dłuższego, niż te kilka dni, gdy za srebrne monety, pokazywano je zamorskim gościom. Po śmierci Filipa Pięknego porzucił służbę królom Francji, choć, rzecz jasna, wciąż był ich wiernym poddanym. Synowie Filipa, z którymi Henry i Jan wychowywali się na paryskim dworze, nie mieli ani charyzmy, ani umysłu ojca. Może nieco podobni mu w okrucieństwie, ale to akurat nie przemawiało na ich korzyść. Kiedy więc Jan Luksemburski zaprosił go na swój dwór i służbę, Henry nie wahał się długo. Znali się jako dzieci; teraz poznawali jako mężczyźni. Henry nie dorównywał Janowi urodzeniem, choć ród jego matki szczycił się szlachectwem od pokoleń. Wywodzono go od samego Wilhelma Zdobywcy, co było najszczytniejszym uprawomocnieniem bękarcich początków i we Francji igrającej z Anglią wiele znaczyło. Zresztą, gdy jest się synem hrabiny nazwanej na pamiątkę pirackiego statku „Klejnotem Mórz”, ma się we krwi skłonność do wszelakich dziwactw i przygód. Henry, od dzieciństwa przebywając wśród najlepiej urodzonych, jedząc z nimi z jednego stołu i śpiąc na tym samym sienniku, nabył pewności, że krew niewiele znaczy. Za to wychowanie, wiedza i czyny są w stanie zbudować w człowieku szlachectwo. Oczywiście nie dzielił się tą wiedzą, bo przez lata spędzone u boku książąt nauczył się, że szczerość jest tak cenna, iż warto zostawiać ją dla siebie.

— Gotowy? — głos Jana za jego plecami rozległ się nieoczekiwanie. — Chodź, poznasz moich gości. Prawdziwy Turniej Zimowego Króla rozgrywa się tutaj, w szranki staniemy wyłącznie dla zabawy!

Luksemburczyk poprowadził go do korytarza dla służby, lecz zamiast zejść wąskimi schodami do sieni, odchylił przybrudzoną, ciężką kotarę. Za nią kryły się niewielkie drzwi. Jan pchnął je, ustąpiły lekko i bez najmniejszego hałasu. Henry poczuł powiew chłodnego powietrza i woń stęchlizny. Przed nimi ciągnął się wąski korytarz przecinany płynącymi z prawej strony plamami jasności. Jan wszedł do niego swobodnie, Henry, wyższy od króla o głowę, musiał się nieco pochylić. Po dwudziestu krokach zatrzymali się i Luksemburczyk wskazał na kwadratowy otwór, z którego sączyło się światło.

— Nasz gospodarz, Konrad, od dawna był zausznikiem Przemyślidów. Gdy spłonął zamek, zaoferował im gościnę w swojej rezydencji i zadbał o to, by mieli gdzie prowadzić poufne i wymagające wytwornych wnętrz rozmowy. Szczególnie przysłużył się królestwu za Václava II, który ponoć słynął z nieufności. Stąd ten pomysł. — Jan pokazał na otwór w ścianie. — Nic nowego, ale ciekawe, że w każdym zamku robi się to inaczej.

— Kapetyngowie mieli dziury w ścianie sali tronowej — mruknął Henry, przybliżając się do otworu.

— Uhm. Po przeciwnych stronach. Obie zakryte tarczą.

— Były cztery — spokojnie odpowiedział Henry, oglądając znajdującą się poniżej salę. — Nie złość się. Dwie ostatnie odkryłem, gdy już wyjechałeś z Paryża.

— To sala z lwem — szepnął Jan, robiąc sobie miejsce obok Henry’ego. — Pamiętasz? Przedwczoraj jedliśmy tam wieczerzę z Konradem. Druga, z malowidłami świętych, jest po przeciwnej stronie rezydencji, tam zaprowadzę cię później.

Otwory znajdowały się wysoko ponad głowami gości. Przypomniał sobie majestatycznego lwa na szczytowej ścianie. Nad nim, niemal pod samym sufitem były wymalowane tarcze z herbami panów Czech i, jak się teraz domyślił, wizjery były wkomponowane między klejnoty a labry. Henry de Mortain zerknął przez tajemny otwór i policzył gości.

— Dziesięciu? — był zaskoczony.

— Ich ojcowie byli płodni — zaśmiał się Jan. — Z trzech potężnych książąt ojców powstało dziesięć synowskich księstw. A nie zaprosiłem wszystkich — dodał łobuzersko.

— Łypią na siebie spode łba, każdy pilnuje swego kielicha, jakby bał się, że sąsiad mu czegoś dosypie — Henry mówił, co widzi. — A ty posadziłeś ich przy okrągłym stole, pochwalam koncept, w końcu zaprosiłeś gości na turniej. Budujesz atmosferę, nim się zacznie. Po drugie, walczysz o dusze młodych i, jak widzę, miejsce króla Artura czeka, aż zejdziesz do nich. Po trzecie, nie chciałeś wyróżnić żadnego, bo życzysz sobie, by byli równymi pośród równych…

— …po czwarte, pozabijaliby się — dokończył Jan i puścił do niego oko. — To bracia i bliscy kuzyni. Jeśli nie zapamiętasz twarzy, to po herbach ich nie rozpoznasz. Wszyscy mają takie same. Czarne, śląskie orły. Henry, poznaj książęta Śląska, moich drogich gości!

ZYGHARD VON SCHWARZBURG studiował malowidło ścienne przedstawiające świętego Wacława i uśmiechał się półgębkiem, słuchając nudnawej opowieści hrabiego Arnolda, pierwszego koniuszego Wittelsbachów.

Ród hrabiego równie stary jak ta historia o skazańcu uratowanym przez dobrego króla — pomyślał z niesmakiem. — Opowiada ją, jakby naprawdę wierzył, że wydarzyła się na rynku w Monachium, a dobrym królem był, o mój Boże, cóż za przypadek, jego pan, Ludwik Wittelsbach. Bzdury. Słyszałem to setki razy. Każdy ród Rzeszy widzi swych przodków w roli króla wybawcy. Bawarczycy zawsze byli nudni. Toporni i nudni. Dno.

Inne książki tego autora:
Harda
32 20,80
Północna Droga.
25 15
Rozwiń