Płomienna koronaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Płomienna korona
Płomienna korona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 89,90  71,92 
Płomienna korona
Płomienna korona
Płomienna korona
Audiobook
49,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Boże! Boże Święty! — wył w tłumie starzec, co wyglądał, jakby stał nad grobem, a głos miał jak dzwon. — Patriarcha Jakub II zstąpił z nieba do swych dzieci!

Jakub chciał zaprotestować tej nieścisłości, bo nie znosił bałwochwalstwa, ale w gardle zaschło mu całkiem i odpuścił.

Jak mszę wielką wyprawię, to im w kazaniu katechezę zrobię — wytłumaczył się przed sobą.

Z dołu spojrzał na niego Fryczko, giermek książęcy, i szepnął:

— Już niedługo, święty ojcze!

— Nie… jestem… — chciał chociaż jego wyedukować szybko, ale słowo „święty” już utkwiło mu w suchym gardle.

Gdy wreszcie wyjechali za miejską bramę i zobaczył dostojne wzgórze wawelskie, niczym bezpieczną przystań, Fryczko nabrał powietrza w płuca.

O tak — pomyślał Jakub — wreszcie jest czym odetchnąć.

— A pobłogosławi mnie święty ojciec tak na osobności? — poprosił giermek. — Zanim do księcia dojedziemy? Zależy mi bardzo, bo mój pan straszy mnie niełaską. Błagam…

Patrzył mu w oczy jak dziecko. Jakub czuł, jak mu mitra pretiosa, pełna pereł i korali, ślizga się na mokrej od potu głowie, ale siły nie miał giermkowi odmawiać. Wyciągnął dłoń do jego czoła, a Fryczko, jak kot szukający pieszczoty, sam mu głowę pod rękę wstawił.

— Niech cię Pan Bóg obdarzy swą łaską — wyszeptał.

— I książę — szybko dołożył do błogosławieństwa swoje dwa grosze Fryczko. — Amen. I niech się spełni. Na wieki wieków.

Panie! — jęknął w duszy umęczony Jakub Świnka. — Toż nawet książęca świta traktuje błogosławieństwo niczym zaklęcie.

Na dziedzińcu wawelskiego zamku, na wysłanym czerwonym suknem podwyższeniu, czekała na niego książęca para, która wstała, gdy tylko wjechał, i zeszła z podwyższenia, by go powitać.

Wzruszenie chwyciło Świnkę za gardło. Tyle lat! Ostatni raz widzieli się w Łęczycy, przed wygnaniem księcia. Patrzył na nich oboje, na Jadwigę i Władysława. Na ich dzieci. Księżna wyglądała tak godnie w granatowej sukni i ciemnoniebieskim płaszczu! Pamiętał ją, wiecznie zmartwioną z powodu męża, tę Jadwigę, która zawsze wydawała się małą Jadwinią, a potrafiła tak celnie i trafnie oceniać. Jej włosy wciąż były złote, bez cienia siwizny. Pięknie splecione, przykryte skromną nałęczką, raz po raz ukazywały się, gdy lekki wiatr poruszał zasłoną. Książęcy diadem Jadwigi był skromny. Nie złoty, lecz srebrny, z kilkoma ledwie oczkami granatów. Władysław spoważniał przez te lata. Wąsy zapuścił! Jego włosy, dzisiaj przetykane srebrnymi pasmami siwizny, sięgały ramion, wijąc się lekko. Na głowie miał diadem, tylko nieco okazalszy od diademu księżnej, bo złocony. Ubrany w jasną tunikę z półorłem i półlwem na piersi, płaszcz majestatyczny podbity popielicami, też pewnie za ciepły na tę letnią porę, bo Jakub od razu zauważył, że na czole księcia perlą się krople potu.

— Arcybiskupie Jakubie II — powiedział książę i w jego siwych oczach zalśniły łzy. — Witaj…

Jakub wsparty na pastorale wyciągnął do nich obojga ramię, a Jadwiga i Władysław klęknęli przed nim kornie. Położył im dłoń na głowie, kolejno i wzruszony szepnął:

— Wstańcie, proszę, i przyprowadźcie do mnie dzieci.

— Kinga, nasza pierworodna — przedstawił Władysław wysoką, smukłą dziewczynkę o karnacji znacznie ciemniejszej niż u matki. — Trzynaście lat, panna na wydaniu!

— Władku — skarciła go Jadwiga. — Już ty się za jej wydawanie nie zabieraj. Ma na imię Kunegunda, ale książę mąż mówi o niej wyłącznie „Kinga” — uśmiechnęła się do Świnki Jadwiga.

— Czujesz na Wawelu duchową obecność swej świątobliwej ciotki? — zwrócił się do dziewczynki Jakub.

— Chyba tak, ojcze. — Zarumieniła się. — Zwłaszcza jak z panią matką jedziemy do sióstr klarysek na Skałkę. Chciałabym też być klaryską, ale pan ojciec mówi, że muszę za mąż.

Książę chrząknął i przesunął przed siebie chłopca, który uchylił się przed ojcowską ręką.

— Władysław junior — powiedział z dumą.

— Pamiętam cię, synu — pochylił się ku niemu Jakub.

— A ja ciebie nie — szybko odpowiedział junior.

— Jak palnę w ucho! — syknął książę.

— Co chcesz, prawdę mówi — roześmiał się Świnka. — Był w brzuchu księżnej, kiedyśmy się ostatnio widzieli. Syn wygnania.

— Władysław Wygnaniec, najstarszy syn księcia Bolesława Krzywoustego. Pierwszy książę senior. Nieudany — wyrecytował na jednym tchu mały Władysław.

— Nieudany? — zdziwił się Jakub.

— Nie lubię go, z cesarzem niemieckim się przeciw młodszym braciom układał.

— Masz swoje zdanie i pilnie się uczysz — pochwalił chłopca arcybiskup. — A którego księcia lubisz?

— Henryka Sandomierskiego — wyprężył się Władek. — Krzyżowca, co z Saracenami wojował, a od Prusów zginął.

— Jak święty Wojciech — przytaknął Świnka.

— Nie — wypalił junior. — Wojciech wojował Słowem Bożym a Henryk mieczem.

— A ja lubię Bolesławów — wtrącił się Władysław senior. — Chrobrego, Śmiałego, Krzywoustego.

— Krzywoustego nie — szybko zaprzeczył junior. — Kraj podzielił. Rozpętał klątwę Wielkiego Rozbicia.

— Co prawda, to prawda — przytaknął synowi książę. — Zbieramy po nim gorzkie żniwo.

— O, słyszę, że czekają nas ciekawe rozmowy — polubownie zakończył Jakub, bo czuł, jak mu się dalmatynka klei do spoconych pleców.

— Jestem chętny — spojrzał na niego upartym wzrokiem junior.

Jaki on podobny do ojca — pomyślał Jakub Świnka.

— Władysław junior jak dwie krople wody podobny do matki — uśmiechnął się szeroko książę. — Tyle że chłopiec.

— Dobrze, że zauważyłeś — uniosła oczy w górę Jadwiga. — Arcybiskupie, poznaj jeszcze Elżbietę.

Odwróciła się i przywołała gestem dwórkę z kilkuletnią dziewczynką. Książę Władysław pochylił się i wziął małą na ręce.

— Księżniczka Elżbieta. Urodzona w Smoczej Jamie w noc, gdyśmy zdobywali Wawel — powiedział z dumą. — Moje oczko w głowie. Najmądrzejsza i najpiękniejsza. Córunia.

Nie usłyszał syknięcia Jadwigi i nie zobaczył, jak Kunegunda czerwieni się i spuszcza oczy, ani jak Władek junior zagryza wargi z całych sił.

Mała dziewczynka, którą trzymał w ramionach, miała ciemnoniebieskie uważne oczy dorosłej kobiety i złote loki wijące się pod czepeczkiem haftowanym w kwiatki.

— Miło mi cię poznać, Elżbieto — poważnie powiedział Jakub. — Co tam trzymasz w rączce? Laleczkę?

Dziewczynka wyciągnęła rękę z zabawką i powiedziała:

— Smoka.

Rzeczywiście, dopiero teraz Jakub zauważył, że to nie mogła być lalka. Uszyty z zielonego i czerwonego jedwabiu smok miał nawet długi, śmiesznie wygięty język.

— Taki z nią kłopot — powiedział rozpromieniony Władysław. — Że lal nie lubi, kotków, piesków nie lubi, ptaszków nie cierpi, a smoki wprost kocha. Ma to od urodzenia!

— Prawda jest taka, że od ciebie dostaje wyłącznie smoki, a jak ktoś da jej ptaszka czy kotka, to je chowasz — skwitowała Jadwiga. — Arcybiskupie, zapraszamy do komnat, pewnie marzysz o odpoczynku, odświeżeniu się i uczcie.

— Posiłku — uściślił Jakub. — Jeśli to nie kłopot, wolałbym skromny posiłek w wąskim gronie niż wystawną ucztę. Przejazd przez Kraków w stroju pontyfikalnym wyczerpał moją cierpliwość do przepychu.

— Czego tylko zapragniesz, ojcze! — rozpromieniła się Jadwiga.

— Chleb, wino — odpowiedział jej z uśmiechem Jakub.

— Rodzynki i figi — dodał z dumą Władysław. — Z Gdańska przywiozłem.

Łobuzerski urok księcia wrócił — pomyślał Jakub Świnka z troską. — A ja sądziłem, że on spoważniał. Może to jednak tylko urok, a charakter w nim się odmienił. Zobaczymy.

Do wieczerzy zasiedli we czworo, książęca para, on i Janisław. Za plecami księcia stał Fryczko, a za księżną wysoki, urodziwy mężczyzna o jedwabistych włosach i brodzie w kolorze miodu.

— Nawój z Morawicy, herbu Topór — przedstawił go Władysław. — A mojego Fryczka arcybiskup już miał okazję poznać.

Słysząc „mojego”, Fryczko rozpromienił się.

— Dzieci poszły spać? — spytał Jakub.

— Elżunia tak, bo wiadomo, że małe dziewczynki potrzebują dużo snu, a Kinga i Władek to nie wiem — odpowiedział książę.

— Kinga się modli, a junior pojechał z Pawłem Ogończykiem doglądać obozu — wyjaśniła cierpliwie Jadwiga. — Mój pan mąż nie ma pełnej wiedzy o dzieciach, choć, jak widzisz, ojcze, bardzo się nią szczyci. Ostatnio zdarzyło mu się chłopca z dziewczynką pomylić — dodała, z trudem zachowując powagę.

— Nie może być! — przejął się Jakub. — Kunegundę z Władkiem?

— Nie, nie. Nowe dziecko nam zrobił…

— Bój się Boga, książę — jęknął Jakub. — Spłodziłeś bękarta?

— To żart — zaprzeczyła z uśmiechem Jadwiga. — Władek znalazł dziecko na leśnym trakcie i przygarnął jako dziewczynkę, a okazało się chłopcem.

— To się chwali, że książę przygarnął jaką sierotę — niepewnie, ale z ulgą powiedział Świnka.

— I to wojenną — potwierdził Władysław z powagą. — W dodatku piekielnie uzdolnioną. Uzdolnionego — poprawił się. — A Kindze męża już upatrzyłem i proszę cię, arcybiskupie, o wsparcie, bo Jadwiga zapiera się, jakby nasza pierworodna naprawdę do lat sprawnych miała jeszcze nie wiem ile czasu.

— Władziu, ja się nie upieram, że ona ma za mąż nie iść, tylko że jeszcze nie teraz. A po drugie, ty się na swataniu nie znasz.

— Ja się nie znam? Jakubie, ratuj! A kto małą Fenennę wyswatał za Andrzeja?

— Prawda, księżno — potwierdził Świnka. — Twój mąż to zrobił, choć wtedy nikt nie wiedział, że Andrzej zostanie królem Węgier i to ostatnim w rodzie Arpadów. Tym samym bratanica księcia była królową węgierską.

— Mam nosa do takich rzeczy — stwierdził Władysław. — Pamiętasz, arcybiskupie, księcia jaworskiego, Bolke?

 

— Tego, co nosił przydomek Surowy i był opiekunem księżnej Elżbiety, twej, Jadwigo, siostry?

— O niego chodzi. Bolke nie żyje, ale zostawił trzech synów. Najstarszy, Bernard, trzy lata temu został uznany za zdolnego do samodzielnych rządów na Świdnicy. Będzie tylko pięć lat starszy od naszej Kingi, to jak my z Jadwigą, gwarancja wielkiej miłości — mówiąc to, Władysław ujął dłoń żony i ucałował, po czym z szacunkiem odłożył na miejsce i dodał: — No a Świdnica to ważny punkt na drodze śląskiej. Jakby mi się kiedyś Czesi chcieli do Królestwa zakradać, iść muszą przez Świdnicę!

— Dobrze myślisz, książę — pochwalił go Świnka. — Zięć jak słup graniczny.

— A córka jako co? — żachnęła się Jadwiga, unosząc podbródek. — Jak tarcza?

Ależ ona umie być władcza — z podziwem pomyślał Jakub.

— Skoro jesteśmy przy drodze do Czech — zmienił temat łagodnie — to pewnie już wiecie o śmierci Albrechta Habsburga?

— Świeć, Panie, nad jego duszą — przeżegnał się Władysław. — Ponura historia, bratanek go dźgnął.

— Henryk Karyncki występuje z roszczeniami do polskiej korony. Pisma do mnie słał, bym wyraził zgodę na jego koronację, ale mu moi legiści odpisali — uśmiechnął się Świnka.

— Karyntczyka się nie boję — szczerze odpowiedział Władysław. — To słaby książę i nie u siebie, Czesi, jak Polacy, raz dwa dadzą mu odczuć, że obcy. Kogo innego się obawiam. Rikissy, córki Przemysła.

— Dobrze, że jest choć jedna dama, której się boisz — pokręciła głową Jadwiga.

— Ciebie się boję, gdy się na mnie zatniesz. — Znów ucałował dłoń żony. — Ale Rikissa ma pełne prawa do polskiej korony.

— Córka Przemysła jest polską królową — odezwał się rzeczowo Janisław. — Pierwszą Piastówną na rodzimym tronie.

— To smutne, że tak się los potoczył, iż stoimy z córką króla po przeciwnych stronach. Ona ma prawo do tytułu, o który mój mąż będzie się ubiegał — poważnie powiedziała Jadwiga. — Czy Rikissa zechce walczyć o koronę, powiedz, Jakubie?

Najtrudniejsze pytanie, jakie mogłaś mi zadać, córko — pomyślał.

— To ja byłem rzecznikiem pomysłu, by przez jej małżeństwo z Václavem, przez ich potomka, wprowadzić krew Piastów z powrotem na tron polski — przyznał. — Wola Boża albo matka natura były inne. Rikissa ma córkę, a nasze prawo nie daje dziedziczenia kobietom.

— To wiemy — kiwnął głową Władysław. — Ale czy królowa wdowa będzie chciała walczyć o tron?

— A tego nie wiemy — szczerze odpowiedział Jakub Świnka. — Los nie był dla niej łaskawy, straciła dwóch mężów i teraz, wraz ze śmiercią Habsburga, straciła także możnego protektora. Czesi obstają przy karynckim władcy, choć, jak sam zauważyłeś, książę, ich wola może się zmienić. Nazwałbym sytuację skomplikowaną i zajął się rozwiązywaniem naszych problemów.

— Tych nie brakuje — przytaknął Władysław. — Kiedy rozpoczniesz proces?

— Jutro.

— Muskata się nie stawi — uprzedził książę.

— Wiem o tym. Jednak, zgodnie z prawem, przywołam go jutro raz jeszcze, tyle że już nie będę czekać z procedurą.

— Świadkowie są gotowi. Zgromadziłem około setki ludzi, którzy chcą zeznawać przeciw Janowi Muskacie.

W jasnych, ładnych oczach Jadwigi zapłonął gniew. Odezwała się.

— Wiesz, arcybiskupie, co było najgorsze? Jak ostatnio Muskata zagroził, że zrzuci Władysława z tronu. Publicznie!

— Powiedział to wprost? — spytał Janisław i Jakub z przyjemnością zauważył, że chłonna głowa jego kanonika już analizuje fakty procesowe.

— Tak. Gdy Władek był na Pomorzu w sprawie Święców, poprosił mnie, bym postarała się nawiązać stosunki z biskupem, który po odebraniu przywilejów majątkowych po prostu opuścił Kraków. Miasto bez pasterza! W kurii wszystkie sprawy stanęły, sparaliżował pracę swą nieobecnością. Posłałam do niego wiadomość, że jako księżna krakowska proszę, by powrócił do swej diecezji. A on miał czelność przekazać: „Znajdźcie sobie nowego biskupa, a ja wrócę, ale z nowym księciem!”.

— Są świadkowie? — spytał Janisław.

— Tak, bo posłałam do niego nie jednego, a trzech posłów i wszyscy mogą poświadczyć. Nawoju? — Zwróciła lekko głową do stojącego za jej plecami rycerza.

— Podkomorzy sandomierski — przedstawił się. — Byłem w poselstwie księżnej.

— Zatem możesz złożyć zeznanie?

— Mogę — potwierdził.

— Tylko że ja pojutrze ruszam z wojskiem — niepewnie odezwał się Władysław — i Nawoja myślałem mieć przy sobie.

— Jutro zaprzysiężenie sędziów — powiedział Janisław — potem dopiero słuchanie świadków.

— Nawój ma więcej do powiedzenia na Muskatę — wtrąciła się Jadwiga. — Zaciężni biskupa kościół mu w Morawicy spalili.

— Tym bardziej zeznanie Nawoja ważne — orzekł Janisław. — Książę?

Władysław nie krył niezadowolenia, ale wystarczyło, że napotkał surowy wzrok żony i zgodził się.

— Nawoju, wybacz. Tym razem wojnę o twą osobę wygrała księżna. Zostajesz, jak długo będzie trzeba, a dołączysz do nas później.

— Jak książę rozkaże — dworsko skinął głową rodowiec Toporów.

— Zakończmy na dzisiaj rozmowę o procesie Jana Muskaty — zażądał Jakub. — Nie godzi się o nim mówić przed otwarciem posiedzenia. Swoje zdanie o biskupie i jego winach ma każde z nas i jak wiemy, jest ono podobne, ale to tak, jak dzisiaj niektórzy próbują przesądzać o winach templariuszy, choć ich proces się jeszcze nie zakończył, a właściwie nawet nie rozpoczął.

— U nas, na Sandomierszczyźnie, jest najstarsza z ich komandorii — odezwał się Nawój. — W Opatowie. Potężny majątek im nadał książę Henryk Sandomierski.

— Ulubiony bohater twego syna — uśmiechnął się do Władysława Jakub Świnka.

— Ach — machnął ręką książę. — Ten to zawsze coś wymyśli. Krzyżowcy mu się podobają! Tyle dobrego, że zna różnicę między Krzyżakiem a krzyżowcem.

— Powiedz nam, Jakubie, co będzie z templariuszami? — poprosiła Jadwiga.

— Tego nikt nie wie. We Francji aresztowano wielkiego mistrza i wszystkich rycerzy, za czym stoi król Filip Piękny. A papież Klemens walczy o to, by proces odbył się przed jego kościelnym sądem, a nie świeckim króla. Oskarżenia, które się wobec mnichów rycerzy słyszy, brzmią raczej jak fantasmagorie.

— Co im zarzucają? — z wypiekami dopytywała księżna.

— Bluźnierstwo, herezję, czyny niegodne — oględnie odpowiedział Jakub Świnka.

— A bracia osiadli w Polsce? Co z nimi? — pytała Jadwiga.

— No i już wiem, po kim nasz syn odziedziczył zainteresowania — roześmiał się książę.

Żona zbyła go prychnięciem.

— Ja nie zamierzam prześladować templariuszy — twardo powiedział Jakub Świnka. — Ci, których znam, podobnie jak i joannici, to prawdziwi rycerscy mnisi. Póki jestem głową polskiego Kościoła, nic im nie grozi. A między nami mówiąc, żal, że Filip Piękny uparł się na templariuszy, a nie na Krzyżaków.

— Żal — zacisnęła szczuplutkie dłonie księżna Jadwiga.

— Gdy byłem na Węgrzech — odezwał się po chwili Władysław — dostałem od Amadeja Aby miecz. Chciałbym ci go później pokazać, Jakubie II.

— Miecz? — spytał arcybiskup i nagle poczuł drgnienie.

Stanęła mu przed oczami chwila, gdy wyrzucał do jeziora przeklęty miecz króla Przemysła i Zarembów.

— Przekuta i poświęcona stal króla Bolesława Śmiałego — powiedział Władysław, patrząc mu w oczy. — Miecz, który powierzył Węgrom podczas swego wygnania, z prośbą, by go oddali jego potomkom. Zwali go Mieczem Banity i…

— Dostał go książę wygnany — dokończył Jakub. — Chcę go zobaczyć.

— Ja też — poprosił Janisław.

— Jutro, po jutrzni — obiecał książę i dodał: — Co ciekawe, o mieczu dowiedziałem się już w Rzymie, nim dotarłem na Węgry. Powiedział mi o nim jednooki strażnik bazyliki Świętego Stefana.

— Niezwykłe — uśmiechnął się jego kanonik. — Intrygujące i niezwykłe.

— Szkoda, że nie opowiedziałeś tego małemu Władkowi — powiedziała zgaszonym głosem Jadwiga.

— Dziecku mam takie rzeczy mówić? — żachnął się książę.

— To teraz twój syn i jeśli Bóg pozwoli, następca — wziął jej stronę Jakub.

— Pokazałem mu ten miecz na fresku w wawelskiej świątyni — próbował się usprawiedliwić Władysław. — Dobrze, niech wam będzie. Jutro, jeśli to arcybiskupowi i kanonikowi nie przeszkadza, weźmiemy ze sobą małego. Niech sobie poogląda.

— Z radością znów powitam młodego księcia — skinął głową Jakub II.

Jadwiga zaczerwieniła się jak dziewczynka; wyraźnie zmagała się z czymś, co chciała powiedzieć.

— Córko? — pomógł jej.

— Po śmierci Stefana Władysław jest naszym jedynym synem — powiedziała cicho, a rumieniec okrył także jej czoło i szyję. — Lecz, jeśli Bóg da…

— No pewnie, że da — przygarnął ją do siebie Władysław i speszył się tą czułością, która wymknęła mu się spod kontroli.

— Jestem brzemienna — oświadczyła Jadwiga.

— Chwała Panu! — krzyknął książę. — Damy synowi na imię Bolesław! Na pamiątkę Bolesława Śmiałego, którego miecz noszę! Boże, Boże, Jadwiniu słodziutka, co za wiadomość!

W tej samej chwili książę zamarł, bo żona spojrzała na niego tak, jakby w oczach miała błysk stali. Władysław chwycił się za usta.

— Jadwigo, błagam, przebacz! Przebacz, że mi się wyrwało, i jeśli mi darujesz, przyrzekam uroczyście w obecności arcybiskupa Jakuba II, że jeśli urodzi się syn, nie damy mu na imię Bolesław. Zgoda?

— Zgoda — chłodno odpowiedziała Jadwiga. — A jeśli urodzę córkę, sama nadam jej imię. Obiecujesz?

— Najlepiej swoje — przymilnie przytaknął Władysław. — Najpiękniejsze.

— Nie pochlebiaj mi nadaremnie — przestrzegła go. — Bo jak się zezłoszczę, dam dziecku imię po babce.

— Tego mi nie zrobisz!

— Po mojej matce, nie twojej — pocałowała go w policzek. — Nie jestem mściwa.

Kochają się — ucieszył się Jakub Świnka.

— Fryczko! — zawołał szczęśliwy Władysław. — Każ wydać ze skarbca figi i rodzynki. Taka wiadomość, musimy to uczcić!

— Skoro jutro mamy oglądać miecz — uroczyście powiedział Jakub Świnka — przyjmij dzisiaj prezent ode mnie, książę. Janisławie, podaj naszą skrzynkę.

Arcybiskup otworzył wieko i wyjął spoczywający na purpurowej poduszce diadem ze srebra pokrytego złotem.

— Oto mój dar, Władysławie. Diadem, który nad czołem ma rubinowy krzyż, by prowadził cię Chrystus. A z tyłu orła z rozpostartymi skrzydłami. Ukoronowanego orła, bo choć ty dopiero rozpocząłeś zbieranie ziem polskich, które niesie cię ku koronie, to służysz Królestwu i jego wielka idea niech cię wiedzie. Miej ją zawsze z tyłu głowy, gdy podejmujesz decyzje.

— Amen — szepnęła Jadwiga.

Proces biskupa krakowskiego Jana Muskaty rozpoczął się nazajutrz. Oczywiście, oskarżony się na niego nie stawił, ale Jakub nie zamierzał dać się nabrać na kolejne wybiegi i oświadczył, że proces się odbędzie, a wyrok zapadnie zaocznie.

Wykształcony w Paryżu Andrzej Starykoń, kanclerz Jakuba, prowadził przesłuchania świadków, a reszta legistów arcybiskupa od razu kwalifikowała zeznania według charakteru czynów. Drużyna Jakuba Świnki była wykształcona, skuteczna i zgrana. W tydzień wysłuchano ponad czterdziestu świadków. Plebanów, wikariuszy, prałatów, rycerzy. Świadectwo od rycerzy odebrano na samym początku, Janisław tego pilnował, wszak książę był w siodle i wojennej potrzebie, tak więc zeznawali kolejno: Wierzbięta, kasztelan krakowski, i wojewoda Mikołaj Lis. I sandomierski wojewoda Wojciech Bogoria ze Żmigrodu i tamtejszy kasztelan, Prędota oraz pomniejsi możni Małej Polski, którzy na własnej skórze doświadczyli działań „krwawego wilka z pastorałem”, jak ongiś, trafnie, pewien franciszkanin nazwał Muskatę. Z zeznań wyłonił się obraz jeszcze straszliwszy, niż Jakub przypuszczał, i w orzeczeniu wyroku Jakub II uznał:

— Jana Muskatę, syna mieszczanina wrocławskiego Leo Muskaty herbu trzy muszkatołowe gałki bałwochwalczo zmienionego w herb trzy korony, ogłaszamy winnym następujących czynów: objęcia godności biskupa krakowskiego poprzez symonię i intruzję. Mężobójstwa. Łupiestwa. Palenia oraz grabienia kościołów i cmentarzy. Krzywoprzysięstwa. Obrazy majestatu, trwonienia dóbr kościelnych. Prowadzenia niemoralnego trybu życia, a także notorycznego opuszczania diecezji. Uznaję również, że Jan Muskata działał na rzecz wygnania księcia Władysława oraz podejmował czyny mające na celu wyniszczenie władzy i ludności polskiej, w czym współpracował z nieżyjącym królem Václavem II, a po jego zgonie z innymi czeskimi poplecznikami. Pozbawiam skazanego dóbr kościelnych, których nie odebrał mu wcześniej książę Władysław, w tym dóbr stołowych kościoła krakowskiego. Unieważniam wszystkie mianowania Jana Muskaty w kapitule krakowskiej i jego nadania, bo czynione były wbrew prawu. Zdjąć z urzędu może go tylko papież, o co bez zwłoki wnoszę. A na dowód mego bezsprzecznego przekonania o winie Jana Muskaty nałożę na niego klątwę, która będzie codziennie ogłaszana we wszystkich kościołach.

 

W ponurej procesji wprost z obrad sądu ruszyli do katedry wawelskiej i tam Jakub II nie mając w sobie nic z dobrotliwego Jakuba Świnki, w asyście dwunastu duchownych zgasił świece z czarnego wosku, wymazując imię Jana Muskaty z Księgi Żywych. Całą noc biły dzwony krakowskich kościołów, przekazując tę straszną sprawiedliwość światu. Ekskomunika. Klątwa. Anatema. Potępienie wieczne.

Jakub zaś aż do jutrzni czytał Ewangelię świętego Mateusza. Już siekiera do korzeni drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone.

Gdy zaś minęły kolejne dni i nastała niedziela Zesłania Ducha Świętego, Jakub znów wziął na swe barki szaty pontyfikalne, na głowę mitrę spetiosa, w dłoń pastorał i poszedł sprawować wielką mszę na krakowskim rynku, gdzie mówił do praczek, szewców, piekarzy, kowali, nierządnic, rymarzy, koronczarek, woźniców, trędowatych i patrycjatu królewskiego miasta Krakowa. I rozgrzeszał ich, i błogosławił słowami:

— Bóg będzie z wami, gdy wy będziecie z Bogiem.

HENRYK Z LIPY wraz ze swym druhem, Janem z Vartemberka, stał za plecami króla, Henryka z Karyntii, gdy ten wreszcie spotkał się z Fryderykiem Habsburgiem w Znojmie. Wiele tygodni pracował nad porozumieniem, które być może zawrą jeszcze tej nocy. Urabiał Karyntczyka jak kowal, który kuje złe żelazo, takie, co może w każdej chwili pęknąć. Był ostrożny, zwłaszcza gdy do rozmów włączała się Anna. Żona króla, bystrzejsza od męża, po ojcu odziedziczyła jakąś nerwowość. W kółko kazała się tytułować królową Czech i Polski, choć do drugiego tytułu prawa miała znikome i nawet jeśli raz czy dwa kazała sobie założyć na głowę koronę Piastów, to biskup Jan nigdy nie wypuścił jej z tą koroną ze skarbca i nie pozwolił „pokazać się ludowi”, choć go prosiła. Anna raz ulegała wpływom siostry, Elżbiety, to znów wpadała w histeryczną złość na Knedlicę i krzyczała, że zamknie ją w klasztorze. Tak czy inaczej, z nich dwóch wolał mieć do czynienia z Anną, ale do ostatniej chwili bał się, że impulsywna królowa wszystko zepsuje.

Fryderyk Habsburg był wysokim, postawnym mężczyzną, który urodą tak bardzo odbiegał od brzydoty swego nieżyjącego ojca i równie martwego brata, że Henryk, ilekroć patrzył na niego, zastanawiał się, czy pobożna Elżbieta z Tyrolu nie pozwoliła sobie na chwilę zapomnienia z jakimś urodziwym zwycięzcą turnieju. Oczywiście, nigdy nie mówił tego głośno, bo królowa Elżbieta była równocześnie siostrą Henryka z Karyntii.

Patrzył teraz na nich obu. Na suchego, lekko zgarbionego Karyntczyka i złotowłosego Fryderyka. Stary lew i młody lew — myślał, spoglądając na ich herby. Wspięta, czerwona bestia Habsburgów wyglądała równie dostojnie jak Fryderyk, a trzy czarne lwy Karyntczyka przypominały chude, bezdomne kocury. Rikissa Trzy Lwy — pomyślał i odpędził od siebie wspomnienie.

Nie rozpraszaj się — skarcił się w duchu. — Pilnuj wyliniałego kocura.

— Nie uznajemy waszych roszczeń do tronu i na każdą próbę ataku odpowiemy siłą — sucho oświadczył Karyntczyk.

Walecznością czeskich zbójów — skwitował w myślach Henryk i spojrzał na przyjaciela, Jana z Vartemberka. Ten, stojąc z dłońmi założonymi za plecy, zrobił widoczny tylko dla Henryka gest, unosząc dwa kciuki. Henryk z trudem utrzymał powagę.

— …jest ze mną szlachetny pan Henryk z Lipy, którego bohaterska obrona Kutnej Hory mogła przekonać cię, panie, o tym, jak dzielni i waleczni są Czesi — ciągnął Karyntczyk.

— Tym bardziej żałuję, że nie zdecydowali się stanąć po stronie czerwonego lwa — uprzejmie odpowiedział Fryderyk.

— Trzy lwy to więcej niż jeden — wysilił się na dowcip Karyntczyk.

Henryk, jak wcześniej jego przyjaciel, zrobił gest za plecami. Wskazał na Jana.

— Ha, ha, ha — zaśmiał się ze słabego żartu króla pan z Vartemberka.

Ten zaś najwyraźniej wziął to za szczery podziw, bo pociągnął:

— Trzy lwy to stado, które każdemu rzuci się do gardła!

Teraz Jan zemścił się na nim, wskazując, że kolej na Henryka, by zaśmiać się z żartu króla.

— Ha! — duknął Henryk z Lipy i, jak sam usłyszał, można było to wziąć za kaszlnięcie.

Fryderyk Habsburg dworsko zbył słabe żarty Karyntczyka.

— Jestem gotów ustąpić — powiedział to, na co czekali. — Jednak sam wiesz, królu, że mój tytuł do rządzenia Czechami jest tak samo mocny jak twój.

— Bzdura — żachnął się Karyntczyk. — Ja zostałem wybrany wolą czeskich panów, tych samych, którzy walczyli przeciw tobie. W dodatku moja żona Anna jest córką króla Václava.

I ani słowa więcej — pomyślał Henryk, mając nadzieję, że Karyntczyk nie zagalopuje się.

— Nie licytujmy się prawami kobiet — odpowiedział Fryderyk i jego oczy zalśniły gniewnie.

— Dlaczego? — hardo stał przy swoim Karyntczyk.

— Gdy rozmawiają dwaj szlachetni mężowie, nie trzeba im powoływać się na damy — przyszedł z odsieczą Jan z Vartemberka, włączając się do rozmowy.

— Ale można — uparł się Karyntczyk.

— Królowa wdowa Eliška Rejčka jest znów wolna — niespiesznie odpowiedział Fryderyk.

W Henryku z Lipy zawrzała krew.

— Poważnie myślisz o poślubieniu anioła śmierci? — zaśmiał się nerwowo Karyntczyk. — Co, nie wiedziałeś, że tak o Rejčce mówi się w Pradze? Pochowała dwóch mężów i narzeczonego. Nie życzę ci dobrze, ale aż tak źle też nie. Młody jesteś, trzy razy przemyśl, zanim poprosisz ją o rękę. Na czym skończyliśmy? — tryumfalnie spytał król.

— Na tym, że lepiej nie powoływać się na damy — twardo powiedział Henryk z Lipy.

— Jak chcecie. Dość jest powodów, byś odpuścił sobie Czechy. Masz zjazd elektorów Rzeszy na głowie i jeśli słuch nas nie myli, wojska bawarskie nieco wtargnęły ci do księstwa Austrii — oświadczył pewnie Karyntczyk i zaczął gładzić palcami złotą orlicę Przemyślidów, którą nosił zawieszoną na piersi.

— Masz rację, dość jest powodów — skinął głową Fryderyk. — Co nie znaczy, że korona Czech przestała być dla mnie cenna.

— Ile? — bezpośrednio zapytał Karyntczyk.

— Sześćdziesiąt tysięcy grzywien — odpowiedział Habsburg.

Podbił stawkę. Byliśmy umówieni na czterdzieści tysięcy — wściekł się w duchu Henryk z Lipy. — Ten głupiec sam jest sobie winien, mówiłem mu, by nie tykał Rikissy. Młody Habsburg jest w niej zadurzony po uszy.

— To za dużo — wydął wargi Karyntczyk.

— Tyle jest dla mnie warta korona Przemyślidów — twardo powiedział Habsburg.

Król pytająco spojrzał na Henryka z Lipy.

Rychło w czas — żachnął się w duchu, ale podjął.

— Dla nas, Czechów, jest warta jeszcze więcej, bo gdy nie starczy nam srebra, zapłacimy za nią krwią, o czym już przekonaliśmy cię, książę. Nie wracajmy zatem do ceny wojny, pomówmy o rozsądnej cenie pokoju. Czterdzieści tysięcy grzywien najczystszego czeskiego srebra, które wypłacimy ci w równych ratach — powiedział Henryk, a król kiwał głową na chudej szyi, potwierdzając, że lepiej by tego nie ujął, co rozsierdziło pana z Lipy do reszty, ale głos mu nie drgnął.

— Czterdzieści tysięcy grzywien — dodał niezawodny i zawsze elegancki Jan z Vartemberka — które wymiernie wesprą twe starania u elektorów.

— Pięćdziesiąt — powiedział Fryderyk.

— Czterdzieści pięć — zbił Henryk z Lipy.

— Pierwsza rata płatna od razu — skwitował Habsburg.

— W ciągu tygodnia — uściślił Jan. — To przecież dwanaście wozów srebra!

— No to się dogadaliśmy — westchnął Karyntczyk, do którego dotarło, że pięć tysięcy górką zapłaci za swe gadulstwo.

— Królowa wdowa zostanie w Austrii — zadał cios w plecy Habsburg.

— Wybacz, książę, ale ta sprawa już nie podlega negocjacjom — powiedział wolno i stanowczo pan z Lipy. — To ustaliliśmy przed dzisiejszym spotkaniem. Królowa wraca do Czech.

— Po co wam „anioł śmierci”? — zimno zakpił Habsburg.

— A po co wam? — zręcznie i szybko wtrącił się Jan.

Karyntczyk siedział i jego ciemne, ptasie oczy zerkały to na Jana i Henryka, to na Habsburga.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?