Gra w kościTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Ale mówiłeś, że mu się to nie udało.

— Dopóki byliśmy w Gnieźnie, jeszcze jego ludzie z ciałem nie wrócili. Nas wyprawił w podróż, byśmy zdążyli przed zimą dotrzeć do najjaśniejszego cesarza. Teraz Benedykt wróci do Bolesława, a ja udam się do mego klasztoru na Awentynie. Tam będę czekał na wieści. Ale Bolesław to władca, który zawsze dostaje celu, więc nie wątpimy, że lada dzień przyjdzie wiadomość, iż ciało mego brata połączyło się z jego głową w Gnieźnie.

— Połączyło się?

— Tak, panie. Głowa Adalberta jest już w rękach księcia.

IV
KILKA MIESIĘCY WCZEŚNIEJ,
LATO 997 R.
POZNAŃ

— I co dalej, książę? — Zarad stał nad skrzynią zbitą z solidnych desek. Nawet nie próbował iść do domu, przywitać się z żoną czy choćby przebrać po powrocie. Znał swojego księcia i wiedział, że ten będzie chciał z nim rozmawiać natychmiast, bez chwili zwłoki.

Wyprawa do Prusów powiodła się, Zarad przywiózł księciu ciało Wojciecha. Nie czuł jednak pełnej satysfakcji, właściwiej byłoby rzec: miał złożone uczucia. Po pierwsze, uważał, iż stanowczo przepłacił. Wykupienie zwłok za czyste złoto, waga za wagę, wydawało mu się ceną aż nadto wygórowaną, nawet w przypadku Sławnikowica, potomka książąt libickich i brata ich dobrego towarzysza, Sobiesława. Po drugie, kupował zwłoki bez głowy, wszak ta była w Gnieźnie już wcześniej. On sam widział Wojciecha parę razy, ale trudno mu było ot tak, po prostu, po bezgłowym trupie uznać, iż płaci za to, czego chce książę. W tym względzie musiał zaufać Prusom. A z zaufaniem do obcych nigdy nie było u niego nadzwyczajnie. Po trzecie zaś, i to najbardziej psuło humor Zarada, zwłoki, które kupował, nie pasowały do tego, czym być powinny. Zarad widział w życiu wiele trupów. Przy księciu ciągle jest co robić, nie ma mowy o wylegiwaniu się na łożu, przy żonie. Wie, jak wyglądają ciała spalonych, bo niejeden gród zdobywali ogniem. Nie raz przeszukiwał pobojowisko, nieobce są mu obrzęknięte twarze umarłych, sczerniałe krwawe rany, wydarte ciałom kończyny, muchy nie dające się odpędzić od trupów. Ścierwnice, trupnice, gnilne robaki, wszystkie te larwy śmierci widział już na własne oczy. Czuł smród trucheł, patrzył, jak owady przerabiają żyjących kiedyś ludzi w śmiertelne łajno. Widywał i topielców, ich różowe i sine ciała, skórę zsuwającą się z dłoni niczym rękawice, obrzęknięte od wody brzuchy i opuchnięte nogi.

Wojciecha uśmiercono, wbij ając mu włócznię w plecy. Potem obcięto mu głowę, a ciało wrzucono do zimnej wody. Dalej, wedle relacji samych Prusów, po kilku dniach, gdy topielec wypłynął na powierzchnię, wyłowiono go, zapakowano w konopny worek, wrzucono do dołu i przywalono kamieniami przesypywanymi piaskiem. Przeleżał więc w tym dole niecałe dwa miesiące. Odkopywano zwłoki już w asyście Zarada, więc widział, że to, co wyjęto z ziemi, było tym samym, co później kupował. Oczywiście nim przystąpił do targu, kazał otworzyć worek i pokazać sobie zwłoki.

Trup był w świetnym stanie i to właśnie nie dawało mu spokoju. Jego odzież, koszula, suknia, biskupi wełniany płaszcz zniszczone były przez gnicie daleko więcej niż samo ciało. Zarad wciąż przeliczał czas w pamięci: dziesięć dni od śmierci rybak zabrał głowę i wyruszył do Poznania. Szedł, wedle tego, co mówi, dwadzieścia dni. Trzy dni potem książę go wysłał do Prusów. Pięć dni podróż, dwa dni szukania właściwego miejsca, jeden dzień obserwacji, dwa dni rozmów z tymi ciemniakami. Razem: czterdzieści trzy dni. A trup wygląda, jakby życie z niego zabrano ledwie wczoraj. Nie, nie był na tyle naiwny, by dać się Prusom okpić bez żadnej gwarancji, w końcu zapłacił za niego czystym złotem! Prusowie zaklinali się na wszystkich swoich ciemnych bożków, że to ciało biskupa. Zgadzał się ubiór, rana w plecach po włóczni i brak głowy. Ale na wszelki wypadek zażądał od nich zakładnika, jako zastawu. Powiedział, że jeśli brat Wojciecha nie rozpozna ciała, to zakładnik zginie taką samą śmiercią jak biskup. I wziął jedynego syna ich kapłana i wodza, człowieka o imieniu Sikko. Gówniarz spętany i pilnowany stoi teraz na podwórcu, przy jego wozie.

— I co dalej, książę? — Zarad powtórzył pytanie, bo Bolesław zdawał się zapomnieć, że mu je zadano.

— Idź do domu i ciesz się żoną, bo nie wiem, jak długo w nim zabawisz. A ludziom rozgłoś, że wyprawa zakończyła się sukcesem i ciało męczennika Chrystusa jest w Poznaniu.

— A Sobiesław? Myślałem, że pokażemy mu zwłoki, że poprosimy, by je rozpoznał...

— Rozpozna. Ogłoś, że od jutra skrzynia wystawiona będzie w kościele.

— Jak każesz.

— Zarad! Wracaj. Klucz od skrzyni mi zostaw!

Gdy Zarad wyszedł, zjawił się biskup Unger z Sobiesławem. Temu drugiemu Bolesław podał klucz od skrzyni. Najstarszy ze Sławnikowiców był twardym mężczyzną. Otworzył wieko, odchylił poły materii, która przysłaniała ciało, spojrzał, pochylił się, odsunął rękaw płaszcza i na lewym nadgarstku szukał okrągłego śladu po zranieniu, jakiemu Wojciech uległ w dzieciństwie. Znalazł go, potwierdził skinieniem głowy i wyszedł, nie zamykając skrzyni.

Unger przyklęknął i dotykając wąską dłonią dłoni Wojciecha, modlił się.

Bolesław stał przy ścianie. Książę, by się modlić, potrzebował kościoła, krzyża na ołtarzu, kamiennego chłodu ścian, woni wody dobywającej się z chrzcielnicy. Ale teraz, kiedy patrzył na pochłoniętego modlitwą Ungera, i jemu udzielił się nastrój uroczystej, nabożnej, świętej grozy. Nie, nie grozy, raczej zawieszonego w ciszy cierpienia, jakie biło od bezgłowego ciała. Unger miał niezwykły dar przekazywania obecności Boga. W czasie narad był bezwzględnym politykiem, nieugiętym, chłodnym i racjonalnym doradcą. Ale gdy stawał za ołtarzem Pana, kiedy pochylał się nad nim w rytuale przemienienia, szła od niego boska siła. Stawał się, niczym wiatr, przekaźnikiem ciepła lub chłodu. Był jak płomień, co jaśnieje blaskiem mocy i spokoju. Prześwitywała przez niego emanacja Boga. Teraz też, gdy pogrążył się w modlitwie z dłonią Wojciecha w swej dłoni, Bolesław poczuł płynącą z nich obu moc. Nie zachwiała nim na tyle, by ugiął kolano i przykląkł przed Wojciechowym ciałem, ale tylko dlatego, że znieruchomiał, zastygł porażony ich siłą. Jego serce spowolniło bieg, biło jakby wolniej, ale głośniej. Zdawało mu się, że słyszy szum własnej krwi, a przecież znał to uczucie tylko z chwil ekscytacji przed walką, z tego jednego momentu, gdy podnosił w górę miecz, spinał konia i krzyczał do swoich ludzi „Sława!”, kiedy ruszali na wroga.

— Sława niech będzie Wojciechowi, bo jego śmierć wydaje plon świętości! — Unger ucałował martwą dłoń, delikatnie przymknął wieko skrzyni i wstał, nie patrząc na Bolesława. Podszedł do stołu, usiadł i już do księcia, głosem takim jak zwykle, głosem, który wrócił z nieba na ziemię, powiedział: — Śmierć Wojciecha przyniesie nam więcej korzyści niż całe jego życie.

Bolesław nie zdążył odpowiedzieć biskupowi, gdy wszedł do nich Jaksa.

Jaksa, towarzysz Bolesława od czasów najwcześniejszego dzieciństwa, był prawą ręką księcia we wszystkich sprawach dotyczących Wieletów. Z pochodzenia był Redarem, synem jednego z ważniejszych plemion słowiańskiego Połabia, świetnie więc znał tamtejsze stosunki. Jako młody chłopiec, podobnie jak Bolesław, był zakładnikiem na saskim dworze, tam splotły się ich losy. Potem wrócił do Redarów, ale lata pobytu na obcej ziemi uczyniły swoje. Już nie był jednym z tamtych. Odrzucili go, jak suka odtrąca pachnące obcymi szczenię. Więc przyjechał do księcia Gniezna i ofiarował Bolesławowi swą służbę. Dzięki niej i dzięki własnemu talentowi był okiem i uchem księcia na rozległych ziemiach między Odrą a Łabą. Ochrzczony siłą w Magdeburgu, nazywał siebie „bękartem Swaroga”, bo w głębi duszy nigdy nie wyrzekł się wiary w Ognistego Starca, choć ten, poprzez wodę chrztu, nie chciał już Jaksy widzieć w swej kącinie. Jego siłą w służbie księcia był więc gniew i właściwa wszystkim dzieciom Połabia żyłka zemsty.

Pojawienie się Jaksy było znakiem, iż w sprawach połabskich dzieje się coś ważnego. Unger ruchem głowy pokazał, że nie tu, nie przy Wojciechowym ciele, i wszyscy trzej przeszli do sąsiedniej izby.

— Książę, biskupie, dostałem wiadomość, że pewien Arab, który tytułuje się kupcem, a w rzeczywistości jest handlarzem niewolnikami, ma do sprzedania niezwykle delikatny towar, który mógłby ciebie, Bolesławie, zainteresować.

— Złożył ci ofertę?

— Nie, wręcz przeciwnie. Stara się ukryć swój, nazwij my to ładunek, bardzo głęboko. Ale wiem z pewnych źródeł, że wynajął statek, którym chce udać się daleko na zachód, z pominięciem duńskich pośredników, do samej Rzeszy.

— Do cesarza?

— Tak przypuszczam. Pilnie strzeże tajemnicy handlowej i bezpieczeństwa towaru.

— Cóż to takiego?

— Kobiety.

Bolesław, do tej chwili żywo zainteresowany tym, co mówił jego druh, nagle stracił ciekawość i z wyczuwalną irytacją powiedział:

— Jaksa, rozczarowujesz mnie czy igrasz ze mną? Kobiety to najczęstszy ładunek takich statków.

— Powiem jaśniej: to mniszki.

Unger i Bolesław jednocześnie spojrzeli na siebie. Na twarzach obu przez krótką chwilę znaczyło się wyraźne wytężanie pamięci i jednocześnie obaj krzyknęli:

— Hillersleben?!

— Tak. Mniszki, które uprowadzili Wieleci z klasztoru w Hillersleben niecały miesiąc temu.

— Klasztor leży w diecezji magdeburskiej Gizylera. Arcybiskup, gdzie się tylko dało, puścił posłańców z wiadomością o tej zbrodni, by każdy, kto może, mniszek poszukiwał! — Biskup Unger był wyraźnie poruszony wiadomością Jaksy.

— Jak widać, puszczanie posłańców nie na wiele się zdało. Do mnie wieści nie wysyłał, a mniszki znalazłem!

— Skoro ty znalazłeś, to znaczy, że są w miejscu niedostępnym dla zauszników Gizylera!

 

Wszyscy trzej roześmieli się głośno. Arcybiskup Magdeburga nie cieszył się sympatią na dworze Bolesława z tej racji, że po sąsiedzku, na wszelkie możliwe sposoby i zdecydowanie bez zaproszenia księcia zawsze nadmiernie interesował się tym, co dzieje się na piastowskim dworze.

— Gdzie trzymają mniszki?

— Na Pomorzu. Nieopodal grodu Cholberg nad Parsętą jest kilka dobrze ukrytych w lasach osad. Od dawna mam je na oku, choć sprawy połabskie nie pozwalają mi zająć się nimi bliżej. Zresztą uważam, iż takie miejsca lepiej kontrolować, niż likwidować. Jedna z tych osad, nad jeziorem Kamienica, to z całą pewnością ośrodek przerzutu niewolników zarówno na tereny cesarstwa, jak i przez morze na Gotlandię i dalej na północ. Odkąd Kościół zabronił handlu chrześcij ańskimi niewolnikami, ci, którzy z tego żyją, mają się na baczności. A jak od każdego zakazu — ceny idą w górę i interes kwitnie. Po uprowadzeniu mniszek z Hillersleben słuch po nich zaginął, dosłownie rozmyły się w pomorskim powietrzu. I dopiero kilka dni temu dostałem informację, że wspomniany Arab wynajmuje statek z załogą, choć ledwie kilka dni wcześniej ekspediował podobny, tyle że nie aż tak wielebny ładunek, na zachód.

— Ile może chcieć za mniszki?

— Dużo, bo też jeśli odwiezie je bezpiecznie na tereny cesarza, to sporo za nie dostanie. Dopowie legendę o ich uwolnieniu, krwawym odbiciu z rąk Wieletów i stratach, jakie poniósł. Nadto dwie z nich, Ursula i Agata, to córki możnych saskich i bawarskich rodów, weźmie więc za nie potrójnie — od zatroskanych rodziców, od arcybiskupa i od cesarza na końcu.

— Wobec tego bierz drużynę, najedź Araba, obstaw z daleka tę jego kryjówkę i nastrasz, że jak ci mniszek nie odda, to sprzedasz mi jego skórę, a osadę i pochowane w niej skarby dasz do splądrowania wojskom księcia. Jak będzie ugodowy, to obiecaj mu dyskrecję i legendę, iż sam mniszki Wieletom odbiłeś. A w prezencie ode mnie daj mu coś na otarcie łez. Bez zbytniej hojności, ale i bez skąpstwa. Nie psuj mi sławy szczodrobliwego księcia!

— Dokąd odstawić mniszki?

— Tutaj.

— Pozwól, książę, że zaprotestuję. — Unger odezwał się po raz pierwszy. — Ani Poznań, ani Gniezno to nie są dobre miejsca. Jeśli zdecydujesz się mniszki zatrzymać, przynajmniej na jakiś czas, musisz, zgodnie z prawem kościelnym, zapewnić im godne miejsce, czyli wybudować dla nich klasztor. Jeśli zaś będziesz chciał je wydać Gizylerowi lub cesarzowi, to także lepiej, by sprawa nie nabierała rozgłosu przed pomyślnym finałem. Znacznie zręczniej byłoby umieścić mniszki w jakimś spokojnym, nie rzucającym się w oczy miejscu.

— Zgoda. Przywieź je na Pałuki, do grodu Łekno, który dałem Sobiesławowi. On się nimi zajmie.

Gdy Jaksa wyszedł, Bolesław zwrócił się do Ungera:

— Dlaczego myślisz, że będę chciał zatrzymać hillerslebeńskie mniszki?

Unger popatrzył na księcia siwymi, znużonymi oczami, w których odbij ało się zmęczenie przeżyciami tego długiego dnia.

— Masz ciało biskupa męczennika, które wkrótce stanie się relikwią, potrzebujesz do niego należytej oprawy. Na legalne sprowadzenie mniszek czekalibyśmy długo, Magdeburg ma w tym interes, by twoje państwo było chrześcij ańską pustynią. A tak, mniszki trafiły w twoje ręce, ty jesteś ich dobroczyńcą. Sprawę z Gizylerem da się załatwić, bo mój następca, opat klasztoru w Memblen, z którego do ciebie posłała mnie cesarzowa Teofano, ma do niego dobre i skuteczne dojścia. Lecz póki sprawy nie przybiorą należytego obrotu, warto mniszki trzymać w odosobnieniu, by nie narażać ich nadwątlonych strasznymi przeżyciami nerwów. I naszej reputacji.

V
PAŹDZIERNIK 997 R.
AKWIZGRAN

— Starczy! Odejdź! — Otto zniecierpliwionym ruchem dłoni odprawił harfistę. Nie po raz pierwszy pieśń o zwycięstwie Dawida wywołała w nim irytację. Tak samo drażnił go zwrot „młody cesarz”. Jakie znaczenie ma jego wiek, skoro sam urząd wieku nie posiada? Od ubiegłego roku, odkąd sprowadził Gerberta, by ten zajął przy nim pozycję cesarskiego nauczyciela, nikt już nie ośmiela się tak szeptać.

Gerbert z Aurillac jak nikt inny rozumiał cesarskość natury Ottona. Dzięki jego obecności stosunki na dworze zaczęły się zmieniać. Z początku dotychczasowi zausznicy cesarza mruczeli przeciw obecności Gerberta. Zwłaszcza kanclerz królestwa, stary arcybiskup Willigis z Moguncji, i jeszcze starszy od niego biskup Burhard z Wormacji w towarzystwie uczonego Franka czuli się niezręcznie. Nie, Gerbert nie epatował wiedzą; nie miał potrzeby właściwej tylko ludziom średniego wykształcenia, by pomiędzy uwagi o pogodzie wplatać uczone harce. Wręcz przeciwnie. W obyciu dość chłodny, myśli formułował zwięźle. Ale w przypadku wejścia z nim w dysputę nokautował przeciwnika erudycją, normatywnym porządkiem zdań i klarowną, choć nie każdemu dostępną logiką. Każdego, nawet arcybiskupów, sprowadzał do poziomu scholi. Nie lubili go, to pewne. Przewyższał rozumem otoczenie Ottona, ale i nie czerpał z tego tytułu ani satysfakcji króla filozofów, ani frustracji niezrozumiałego dla innych szaleńca. Gerbert był ponad tym i poza tym. Mówił, iż gdyby umysł swój miał uprawiać tylko dla uciechy ogółu, to zająłby się jakimś bardziej ilustracyjnym zajęciem, choćby tkaniem kobierców.

Kiedy Otto, wbrew radom Willigisa, Burharda i Hildebroda, wzywał go na dwór, napisał, iż oczekuje od Gerberta, że ten wykorzeni w nim do reszty saskie prostactwo, zastępując je grecką subtelnością i arabską wiedzą. Na końcu zaś, nadając mu tytuł „cesarskiego nauczyciela”, zamknął usta zaniepokojonym doradcom.

To ich spotkanie było nieuniknione. Czas już był na nie najwyższy, bo Otto zaczynał się dusić w zatęchłej atmosferze dworu. Jego wielkie pomysły potrzebowały zamienić się w idee, tak jak zwykły metal transmutuje w złoto. On sam wiedział, czego pragnie, do czego dąży, lecz w towarzystwie dotychczasowych doradców każda myśl, która przekraczała zasięgiem Alpy, uznawana była za młodzieńczą fanaberię. W gruncie rzeczy oni sami pozostawali saskimi prostakami. Przebrani w brokaty i jedwabie, uświęceni insygniami władzy, mylili cesarstwo z kurnikiem. Owszem, chcieli więcej bogactw, więcej władzy, ale nie stała za tym żadna wielka idea, tylko zwykła ludzka żądza. Nie był w stanie im wytłumaczyć, że kumulacja bogactw to jedynie inna forma tuczenia brzucha, prowadząca do nieuchronnej śmierci z przejedzenia. Patrzył na nich, puszących się pod pastorałami, pod książęcymi diademami, i widział tylko gęsi, które kroczą dumnie, strojne w złotogłowie, do dzioba dając sobie wpychać kluski.

Akwizgran! Kochał to miasto nie mniej niż Rzym! Rzym niósł w sobie wieki historii, które zasnęły pod Forum Romanum uśpione własną sławą, po to by przespać, prześnić swój sen o mijającej potędze. Akwizgran to tryumf wielkiego Karola, to miejsce — symbol mocy, znak, iż niewyobrażalny geniusz odnowiciela cesarstwa potrafił zjednoczyć zwietrzałą świetność Rzymu i witalną siłę barbaricum. Jakże oni mogą być tak ślepi, by tego nie widzieć? Złota nić rozpięta między Akwizgranem a Rzymem to droga, którą wytyczył Karol, pierwszy cesarz germańskiego Imperium Rzymskiego.

Ale on, Otto, mając już w ręku dar Karola, nie może zatrzymać się jedynie na pielęgnacji tego cesarskiego spadku. Karola nazwano Wielkim i pochowano w Akwizgranie; jego dziada, Ottona I, nazwano Wielkim i złożono w Magdeburgu. A jego? Jak on przejdzie do pamięci pokoleń? Gdzie spocznie jego ciało? W jakiej to będzie chwale? Och, jest wiele nici rozpiętych w jego umyśle, jak je ze sobą połączyć?

Nade wszystko pragnie przekraczania granic, zmaterializowania tej genialnej myśli o uniwersalnym cesarstwie, które dzisiaj obejmie obszar większy niż ten, którym władał Karol, a jutro? Jutro sięgnie po Konstantynopol, po wschodnie władztwo zadufanego w swojej potędze Bazylego, i nie będzie już podziału na cesarstwo Wschodu i Zachodu! Bo w jego umyśle cesarstwo jest jedno, tak jak Królestwo Niebieskie!

Nostrum, nostrum est Romanum Imperium! — Gerbert pocałował Ottona w głowę. Od czasu do czasu i tylko, gdy byli sami, pozwalał sobie na takie poufałe gesty. Wszedł niezauważony, ale i szum myśli cesarza nastawiony był jedynie na śledzenie ich własnej trajektorii. Głos Gerberta był radosny, niemal rozbawiony.

— Drogi mój, nasze... nasze jest Cesarstwo Rzymskie, nie Bizantyjczyków!

— Skąd wiedziałeś, o czym myślę?

— A o czym myśleć może mój geniusz? Mój Konstantyn? Jeżeli tylko twój umysł wyzwala się od trosk przyziemnych, tak błahych, jak wojna na Połabiu, niepokoje w księstwie Benewentu czy w końcu sterowane pokrętnym, chytrym umysłem wieśniaka spory wokół klasztoru w Gandersheim...

— Gerbercie, nie przystoi człowiekowi twojego pokroju wypominanie arcybiskupowi Willigisowi pochodzenia!

— A czyż ono nie jest faktem? Ja tylko stwierdzam fakt. Ktoś, kto urodził się wieśniakiem, ma mentalność chłopskiego syna. Nic więcej. Zresztą nie mówmy o tym! Do tego właśnie zmierzam, byś nie musiał zajmować się sprawami tak niegodnymi poświęcania im uwagi. Ty jesteś do innych rzeczy stworzony. A nie da się przejść przez błoto, nie ubrudziwszy butów.

— Da się. W lektyce!

— Takiego cię uwielbiam! Przechodzącego ponad problemami. Ottonie, musimy porozmawiać. Całe lato, gdy siedzieliśmy na froncie połabskim, zastanawiałem się nad ideą wojny współczesnej.

— Do czego doszedłeś?

— Do tego, że dotychczasowa idea się przeżyła.

— Mów, to mnie interesuje.

— Imperia zdobyte siłą przez dołączanie kolejnych krain rozpadają się. To nieuniknione. I nie wynika to z błędu w zarządzaniu nimi, ale z błędu w ich definicji. Otóż przyjęcie założenia, iż ludy podbite i przemocą włączone w granice hegemona zechcą partycypować w materialnych i duchowych zyskach płynących z takowej przynależności, jest błędem. Bowiem gdyby taką potrzebę miały, nie istniałaby konieczność podboju. Wystarczyłby z ich strony akt woli. Skoro tego nie czynią, nie są zainteresowane współistnieniem, włączeniem w orbitę wpływów centrum. A zatem, gdyby odwrócić ten proces i zamiast podbij ać krainy, oczekiwać, iż one samoistnie, z własnej woli i na własną prośbę, wystąpią z życzeniem połączenia, należałoby oczekiwać, że cesarstwo tak powstałe spełni kryterium trwałości.

— Genialność tkwi w prostocie...

— ...a diabeł w szczegółach!

— Tak, pozostaje pytanie, jak sprawić, by owe ludy wystąpiły z życzeniem? — Otto uśmiechnął się ciepło do Gerberta. I nie przestając się uśmiechać, dodał retorycznie: — Czy wiesz, że o tym między innymi rozmawiałem z biskupem Adalbertem, którego nazywasz niedouczonym eremitą?

— I cóż on ci podpowiedział?

— Właściwie nic takiego, ale pchnął mój umysł na tor, który w twoich rozważaniach może okazać się przydatny. Adalbert nie odwodził mnie, niczym inni świątobliwi pustelnicy, od życia światowego. Powiedział jednak, iż trudność mojego zadania jako cesarza polega na odnalezieniu takiej drogi w sprawowaniu władzy, która odbierze jej ziemski wymiar, a nada ton boski.

— To nie trudność, tylko artyzm. Tchnięcie ducha w formę.

— Otóż to. Myślałem wówczas o sobie, to fakt, nie zaś o cesarstwie. Myślałem o tym, jak ciężko mi czasami pogodzić wymagania Chrystusowe ze sprawowaniem władzy, zwykłym zarządzaniem państwem, które nieraz wymaga ode mnie decyzji naruszających porządek dziesięciorga przykazań. I gdy Adalbert powiedział o boskim aspekcie władzy, poczułem... nie do końca zrozumiałem, ale poczułem to z całą mocą, że na tym właśnie polega przejście od bycia zwykłym władcą do stania się imperatorem!

— Należy rozważyć, czy ty chcesz być imperatorem, czy też raczej wolisz greckie miano basileusa. Ja zawsze optował będę za imperatorem, bo pamiętaj, iż w historii tytuł basileusa był wtórny. Musimy pozbyć się kompleksów wobec wschodniego cesarstwa! Między tobą a Bazylim, cesarzem Konstantynopola, trwa teraz wojna pozycyjna, nic więcej. Czujne zawieszenie broni, przeglądanie się w sobie, w swych zamiarach. Ale, Ottonie, to ty jesteś prawdziwym potomkiem dawnych imperatorów rzymskich! Nie Bazyli, ale ty! Bo ty jeden jesteś jednocześnie i Grekiem, i Rzymianinem! Twoja matka ma w żyłach krew cesarzy Wschodu, twój ojciec był cesarzem Zachodu, tyś jest ich jedynym synem, w tobie łączy się ucieleśnienie najwybitniejszych cech wszystkich przodków! I krew, i pochodzenie, historia, prawo do panowania, a co za tym idzie: prawdziwa potęga stoją za tobą i tylko tobą! Każdemu z władców można coś zarzucić, a to słabość umysłu, a to chorowitość ciała, a to niedoskonałość charakteru! Tylko ty jeden jesteś arcydziełem boskiej myśli! Piękny, silny i mądry, obdarzony duchem, który rozsadza mury Rzymu, nikt inny, tylko ty stworzony zostałeś na Augusta, cesarza imperium, które obejmie przestrzeń, jaką nikt przed tobą nie władał! Otto, mirabilia mundi !

 

Otto wpatrywał się w uniesienie Gerberta szklanymi oczami. Wierzył w każde słowo swego mistrza, a jednocześnie wszystkie one razem go raniły, powodowały, że mógł podważyć zasadność każdego z nich. Teofano, jego grecka matka, nie była urodzoną w purpurze księżniczką, a ledwie krewną uzurpatora, który zajął tron cesarzy Wschodu. Ambitna i władcza, przewidująca i mądra, przez całe życie cierpiała z tego powodu. Zresztą prostaccy dworzanie jego ojca nie raz dali jej odczuć ten zauważalny niedostatek krwi, choć sami mogli swą szlacheckość dokumentować czasami tylko pamięcią. Piękny? Tak, jest urodziwym mężczyzną, widzi to w zwierciadle po kilka razy dziennie. Ale przecież wołałby, choć się do tego nie przyzna, wołałby mieć twardszy zarys szczęki, mocniejszy kark, silniej osadzoną głowę. Wolałby, żeby ludzie na jego widok milkli przytłoczeni siłą, a nie olśnieni urodą i zamurowani przepychem majestatu. Co do mądrości, to jej dostatek nie idzie w parze z nieugiętą wolą. Świadomość prawideł rządzących światem nie sprawia, iż jest mu lżej, iż nie budzą go nocami pytania o prawdy położone gdzieś w innej linii niż dogmaty. Siła, którą tak sławi Gerbert, to przecież nie bezwzględna pewność, a jedynie samoograniczenie w wypowiadaniu sądów i niestawianiu pytań. Nawet jego tężyzna fizyczna jest nie do końca pewna. O ile może bez żadnych przeszkód znosić wielogodzinne podróże wierzchem, o tyle nocami, zwłaszcza teraz, jesienią, gdy mury zamków naciągają wilgocią, budzą go bóle wykręcające stawy. Wie o nich tylko Bernward, bo on najlepiej z dostojników jego kapelanii zgłębił tajniki sztuki medycznej. Otto przejął bowiem od Teofano, swej greckiej matki, pewną prawdę, którą ona nazywała zasadą pojedynczej słabości: niech tylko jeden człowiek zna twój jeden sekret, wówczas ty obdarzysz swymi kłopotami wielu, ale żaden z nich nie będzie znał wszystkich.

Tak więc Ottona szarpał nieustanny lęk, że wszystko, czego pragnie, może się rozprysnąć, jak stłuczony kryształ, z powodu sprzecznych sił, które nim targają. I potrzebował mieć przy sobie Gerberta z Aurillac, który samą swą obecnością wzmacniał w nim wszystko, co jasne i silne. I potrzebował słuchać go, upajać się logiką jego wywodu, której punktem wyjścia był Otto, a punktem docelowym pankontynetalne imperium, bo wiedział, że taki uczony nie może się mylić. Jego zapał, jego obecność, jego słowa wzmacniały w Ottonie cesarza. Z tego samego powodu, choć Gerbert był mu dzisiaj chyba najbliższym z ludzi, nie mógł podzielić się z nim swoją rozpaczą. Swoją ciemną stroną. Bo przecież jeśli Gerbert ją pozna, weźmie ją pod rozwagę, a wówczas runąć może plan, który właśnie tworzą — niczym drugi Konstantyn i drugi Sylwester!

Och, Boże, jak trudno jest być jednocześnie sobą i swoim przeciwieństwem! Cudem tego świata i prochem jego!

Gerbert podaje mu kielich, sam nalewa wina. Czuje zakłopotanie milczeniem młodego cesarza. Tak, stale nazywa go w myślach „młodym cesarzem”, choć skutecznie wyplenił ten zwyczaj na dworze. Jednak na własny użytek, kiedy o nim myśli, a przecież myśli nieustannie, tak właśnie go tytułuje. „Młody cesarz” — to określenie niesie w sobie witalność, piękno, obietnicę spełnienia. Aleksander Macedoński też pozostał w wiecznej pamięci uosobieniem młodości, a nie odbiera mu to siły!

Te epizody milczenia, gdy Otto zapada się w sobie, niepokoją Gerberta. Jednak nie znajduje sposobu, by je wyplenić, wyprzeć je z osobowości cesarza. Ma wewnętrzną pewność, iż nie może mu na nie pozwalać, czuje, że za wszelką cenę powinien je usuwać, niszczyć. Wino pomaga, nie raz to zaobserwował. W porę podsunięty kielich i udana rozmowa odwracają tok uciekających w mroki myśli Ottona.

— Na czym skończyliśmy? Ach tak, na tym, że ja, nie Bazyli... Wobec tego, Gerbercie, przystąpmy do polityki faktów. Zacznij my od nowej pieczęci. Potrzebuję nowego znaku, którym będę sygnował swe decyzje. Chcę, by mój wizerunek od dzisiaj wyobrażał nie popiersie, nie sylwetkę władcy, ale cesarza na tronie.

— Doskonale! Nikt przed tobą na to się nie odważył!

— Więcej! Ja na tronie z darami wprost od Boga: berłem, jako znakiem władzy, i sferą niebieską, bo władza cesarska jest nieograniczona. Wspomniałeś dzisiaj Teofano, moją matkę. Ona mówiła, że lud tak czci władcę, jakim go widzi. Niech więc od dzisiaj widzi, jakiego władcę czci.