Pani AnglikówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

LADY OF THE ENGLISH

Beauty. Power. Duty. Desire

Copyright © Elizabeth Chadwick 2011

All rights reserved

Projekt okładki

Michał Andruch

Zdjęcie na okładce

© Silas Manhood; Veronika Surovtseva/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-631-9

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl




Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Spira, Niemcy, lato 1125

Matylda czuła w dłoniach brzemię cesarskiej korony zmarłego męża, a pod palcami chłód klejnotów i złota. Światło z okna ożywiło patynę wiązką mocniejszych refleksów. Heinrich zakładał tę koronę w święta i na szczególne okazje; Matylda miała jej odpowiednik ze złota i szafirów, dzieło najznakomitszych złotników w cesarstwie, i w ciągu jedenastu lat małżeństwa nauczyła się dźwigać jego ciężar z wdziękiem i godnością.

Poddani nadali jej przydomek „Dobra”. Nie zawsze byli „jej” poddanymi, lecz tak myślała o nich dziś i tak ją postrzegali, na tę myśl z żalu aż zaparło jej dech w piersi. Heinrich nie włoży już tej korony i nie obdarzy żony uśmiechem pełnym powagi. Nie zasiądą więcej w alkowie, by omówić sprawy państwowe, i nie wypiją ze złotego kielicha na bankiecie. Kołyska stała pusta, albowiem Bóg uznał za stosowne podarować ich synowi zaledwie godzinę żywota, a teraz sam Heinrich spoczął w katedrze z czerwonego kamienia i władza przeszła w ręce obcego człowieka.

Matylda Dobra. Cesarzowa Matylda. Matylda, bezdzietna wdowa. Słowa rozbrzmiewały w jej głowie niczym szmer kroków w podziemiach. Gdyby została, musiałaby dodać do listy tytułów Matyldę mniszkę, lecz nie zamierzała odciąć się od świata w klasztorze. Miała dwadzieścia trzy lata, była młoda, pełna wigoru i siły, a w Normandii i Anglii czekało ją nowe życie; w tej drugiej przyszła na świat, ale ledwie ją pamiętała.

Odwróciwszy się, podała koronę szambelanowi, aby zapakował ją bezpiecznie do skórzanego kuferka.

– Orszak już czeka, pani.

Matylda stanęła na wprost białowłosego rycerza, który skłonił się w progu. Podobnie jak ona wdział na drogę grubą pelerynę i solidne buty z cielęcej skóry. Lewą dłoń wsparł na rękojeści miecza.

– Dziękuję, Drogo.

Kiedy służba wynosiła resztki bagażu, Matylda z wolna obeszła komnatę, oglądała blade ściany odarte z kolorowych makat, nagie ławy przy kominku, gasnący ogień. Wkrótce nie zostanie nic na dowód, że kiedykolwiek tutaj mieszkała.

– Pożegnania są trudne, pani – powiedział Drogo ze współczuciem.

Matylda przystanęła w drzwiach i nadal się rozglądała, jakby jej spojrzenie uwięzło w niewidzialnej sieci pajęczej. Przypomniała sobie, jak stała w wielkiej sali w Liège jako ośmioletnia dziewczynka, drżąca z wyczerpania po długiej podróży z Anglii. Wciąż pamiętała swój lęk oraz presję towarzyszącą wyprawie w dalekie strony, gdzie miała zostać żoną dojrzałego mężczyzny. Małżeństwo to miało służyć politycznym celom jej ojca i Matylda wiedziała, że musi spełnić swoją powinność i nie wolno jej zawieść rodzica, potężnego króla. Rzecz mogła zakończyć się klęską, ale ją ukształtowała: przerażona, posłuszna dziewczynka stała się władczą kobietą i godną małżonką cesarza niemieckiego.

– Byłam tu szczęśliwa. – Tęsknym, a zarazem pożegnalnym gestem dotknęła rzeźbionej framugi.

– Twój ojciec król ucieszy się z twojego powrotu.

Matylda opuściła rękę i poprawiła pelerynę.

– Nie musisz mnie obłaskawiać jak spłoszonego konia.

– Nie miałem takiego zamiaru, pani.

– A jaki? – Drogo towarzyszył jej od czasu pierwszej długiej wyprawy. Strzegł bezpieczeństwa cesarzowej i dowodził rycerzami z jej najbliższego kręgu, silny, posępny i niezawodny. W dzieciństwie uważała go za starca, gdyż już wówczas był siwy mimo zaledwie trzydziestu lat. Od tamtego czasu niewiele się zmienił, przybyło mu jedynie kilka zmarszczek, a stare się pogłębiły.

– Chciałem tylko zaznaczyć, że stoisz przed otwartymi drzwiami.

– A te winnam zamknąć?

– Nie, pani, ponieważ uczyniły cię taką, jaką jesteś. I dlatego zostałaś wezwana przez ojca.

– To tylko jeden z powodów, decyzja powzięta z konieczności – ucięła. – Może i dawno nie widziałam ojca, ale dobrze go znam. – Następnie odetchnęła i opuściła komnatę z godnością, jakby korona zdobiła jej skronie.

Świta oczekiwała jej w półokręgu złożonym z dworzan i służby. Większość sprzętów wysłano wozem z trzydniowym wyprzedzeniem i pozostała jedynie garstka jucznych koni obładowanych lekkim bagażem i przedmiotami, które Matylda wolała mieć przy sobie. Burchard, jej kapelan, rzucał ukradkowe spojrzenia na wałacha objuczonego rzeczami z kaplicy. Idąc za jego przykładem, Matylda przelotnie omiotła wzrokiem skórzany kuferek w jednej z sakw, po czym odwróciła się do swojej klaczy, osiodłanej wyściełanym, okazałym siodłem wielkości bez mała fotela, z podparciem dla pleców i deseczką pod stopy. Nie był to może najszybszy sposób podróżowania, lecz na pewno wygodny i na miarę jej stanu. Niedawno owdowiała małżonka cesarza winna podróżować z przepychem, i mieszkańcy miast oraz wsi, które będzie mijała, właśnie tego od niej oczekiwali.

Matylda dosiadła wierzchowca i postawiła stopy na podpórce, a następnie usadowiła się w siodle. Siedziała bokiem, mogła patrzeć na wprost i do tyłu. Inaczej jeździć nie wypadało. Uniosła smukłą dłoń, na co Drogo oddał jej pokłon i pokłusował na czoło oddziału. Załopotały proporce, złote, czerwone i czarne, heroldzi ruszyli cwałem i orszak rozpostarł się na drodze jak klejnoty nanizane na sznurek. Wdowa po cesarzu niemieckim opuszczała dom bliski jej sercu i wracała do rodzinnego, gdzie czekały na nią nowe obowiązki.

Adelajda zacisnęła dłonie na prześcieradle i stłumiła jęk, kiedy Henryk się z niej wysunął. Dobiegał sześćdziesiątki, jednakże werwy mu nie brakowało. Od jego pchnięć bolało ją w środku i wgniatał ją w łoże swoim ciężarem. Na szczęście dźwignął się i przetoczył na plecy, ciężko dysząc. Adelajda przygryzła wargę i oparła rękę na płaskim brzuchu w oczekiwaniu, aż jej oddech się uspokoi. Henryk był mężczyzną hojnie obdarzonym przez naturę, przez co ich współżycie nie było usłane różami, lecz z Bożą pomocą tym razem się uda.

Od ponad czterech lat była żoną Henryka i namaszczoną królową Anglii, lecz z miesiąca na miesiąc wciąż na nowo przeżywała zawód i smakowała gorycz porażki. Jak dotąd była bezpłodna i nie pomagały tu żadne modły, pokuta ani ofiary. Henryk miał już gromadkę bękartów zrodzonych z różnych kochanek, lecz tylko jedno żyjące prawowite dziecię, córkę Matyldę z pierwszego małżeństwa. Jego syn, brat Matyldy, zmarł na krótko przed ślubem Henryka z Adelajdą. Henryk rzadko wspominał o tragedii na morzu, która w ową ponurą listopadową noc pochłonęła jego następcę, lecz od tamtej pory przyświecała wszystkim jego działaniom. Rolą Adelajdy było dać mu drugiego spadkobiercę, lecz dotychczas starania żony były bezowocne.

Henryk cmoknął ją w ramię i ścisnął pierś, po czym rozsunął kotary i opuścił łoże. Patrzyła, jak drapie się po siwych, kędzierzawych włosach na rozłożystej klatce. Sylwetkę miał przysadzistą, z lekką wypukłością w okolicach pasa, umięśnioną jednak i proporcjonalną. Przeciągnął się, wydając pomruk zadowolonego lwa. Pomyślała, że ich zbliżenia, choć bezowocne, pomagają mu rozładować napięcie. Jego żądza nie znała granic i pomiędzy wizytami w jej alkowie regularnie szukał rozkoszy u innych kobiet.

Nalał sobie wino z gąsiora stojącego na malowanym kufrze pod oknem i zanim wrócił do łoża, sięgnął po płaszcz i narzucił go na ramiona. Srebrne i niebieskie skórki wiewiórek zalśniły w blasku świec. Adelajda usiadła i objęła rękami kolana, ból między udami zmienił się w tępe pulsowanie. Henryk podał jej kielich, zamoczyła usta.

– Niedługo przybędzie Matylda – oznajmił Henryk. – Brian FitzCount jutro wyjedzie jej naprzeciw.

Z jego miny Adelajda wywnioskowała, że wrócił myślami do tkania politycznej pajęczyny.

– Wszystko przygotowane – odpowiedziała. – Służba napaliła w komnacie, aby ją rozgrzać i wyrugować wilgoć. Kazałam zapalić kadzidła i rozstawić misy z różanymi płatkami dla odświeżenia powietrza. Dziś po południu rozwieszono makaty i wniesiono meble. Ja…

Henryk uciszył ją gestem.

– Z pewnością wszystkiego dopilnowałaś.

Adelajda poczerwieniała i spuściła wzrok.

– Jesteście w podobnym wieku, myślę więc, że szybko nawiążecie nić porozumienia. – Posłał jej lekko protekcjonalny uśmiech.

– Dziwnie nazywać ją córką, skoro jest rok starsza ode mnie.

– Na pewno przywykniecie. – Nadal się uśmiechał, widziała jednak, że myśli o czymś innym. Nigdy nie tracił czasu na czczą rozmowę, zawsze miał ukryty cel. – Powinnaś ją sobie zjednać. Matylda wraca po długiej nieobecności, muszę rozważyć jej przyszłość. Niektóre sprawy to temat dla rady i rozmów ojca z córką, inne winny pozostać między kobietami. – Pogłaskał ją po policzku władczą, kanciastą ręką. – Masz dar zjednywania sobie ludzi, otwierają się przed tobą.

 

Adelajda zmarszczyła brwi.

– Chcesz, bym wyciągała ją na zwierzenia?

– Pragnę dobrze ją poznać. W ciągu minionych piętnastu lat widziałem ją tylko raz, przez kilka dni. Otrzymywałem listy, ale to dzieło skrybów, nie zdradzają jej prawdziwej natury. – W jego oczach pojawił się twardy błysk. – Chciałbym wiedzieć, czy ma dosyć siły.

– Na co?

– Na to, co dla niej przewidziałem. – Odwróciwszy się, jął przemierzać komnatę, podniósł i odłożył zwój, po czym obrócił w rękach laskę wysadzaną klejnotami. Na ten widok stwierdziła w duchu, że przypomina jednego z kuglarzy, który ku uciesze dworzan żongluje piłeczkami, zręcznie przerzucanymi z ręki do ręki. Prawowitego syna utracił, musiał więc brać pod uwagę sukcesję; sposobił do tej roli swojego siostrzeńca Stefana, ale ponieważ Matylda owdowiała, mogła wrócić do domu i powtórnie zawrzeć małżeństwo, sytuacja uległa zmianie. Myśl o objęciu przez Matyldę władzy nad Anglią i Normandią wykraczała poza wszelkie wyobrażenia; nawet najbardziej liberalni z baronów zachłysnęliby się winem na wieść o zwierzchnictwie kobiety. Adelajda zmarszczyła brwi. Jej małżonek często stawiał wszystko na jedną kartę, ale nigdy nie działał pochopnie i nawykł do narzucania innym swojej żelaznej woli.

– Jest młoda i zdrowa – oświadczył. – I urodziła dziecko, chociaż długo nie pożyło. Jeśli Bóg okaże miłosierdzie, znów wyjdzie za mąż i urodzi kolejnych synów.

Jego słowa boleśnie zakłuły Adelajdę. Jeśli Bóg okaże miłosierdzie, ona również powije synów, ale zapobiegliwość Henryka nie wzbudziła jej zdziwienia.

– Masz kogoś na uwadze?

– Kilku kandydatów – rzucił na odczepne. – Tym się nie kłopocz.

– Ale oczekujesz, bym przygotowała grunt, gdy nadejdzie odpowiednia ku temu chwila.

Henryk wszedł z powrotem do łoża i nakrył pierzyną siebie i żonę. Jego pocałunek był władczy i niedopuszczający sprzeciwu.

– Obowiązkiem, prawem i przywilejem królowej jest rola mediatora – odparł. – Myśli, że mogłabyś mnie zawieść, nie biorę pod uwagę.

– Nie zawiodę – zapewniła Adelajda. Kiedy zdusił palcami płomień świecy przy łożu, wsunęła dłoń pomiędzy nogi i czując pod palcami śliskość jego nasienia, odmówiła w duchu modlitwę, aby tym razem się udało.

2

Droga do Rouen, Normandia, jesień 1125

Gdy orszak Matyldy zdążał przez lasy Beauvais ku wspaniałemu miastu Rouen, sercu Normandii bijącym na brzegu Sekwany, był mokry, nieprzyjemny poranek. Choć tylko godzina dzieliła ich od zachodu słońca, niebo cieszyło oko błękitem, ale zerwał się wiatr i dął z całych sił. Tego wieczora mieli rozbić obóz przy drodze. W południe mieli się spotkać z oddziałem pod wodzą Briana FitzCounta, jednego z baronów jej ojca, lecz ten wciąż kazał na siebie czekać i Matylda traciła cierpliwość. Jej klacz okulała na tylną nogę i Matylda była zmuszona usiąść za plecami Drogona niczym dwórka, a nie jego pani lenna. Rycerze i służba przezornie schodzili jej z oczu. Pojednawcza uwaga Drogona, że do następnego wieczora znajdą się w Rouen, gdzie czekają na nich wszelkie wygody, też nie poprawiła jej humoru; lubiła, gdy wszystko działało bez zarzutu i wedle planu.

Podmuch wiatru uderzył ją z boku i musiała złapać się pasa Drogona.

– Nie wjadę tak do Rouen – syknęła.

– Pani, w najgorszym razie oddam ci mojego wierzchowca i osiodłam zapasowego, ale zaraz się ściemni – odrzekł z pragmatycznym spokojem człowieka nawykłego do jej żądań.

Spojrzała na topniejące złoto zachodzącego słońca i w duchu przyznała rycerzowi słuszność, ale to ją tylko rozzłościło. Dlaczego ludzie są tacy niesłowni?

Nagle rycerz ściągnął wodze i wylądowała na jego plecach.

– Wybacz, pani – rzekł. – Wygląda na to, że przybył nasz orszak.

Matylda wyjrzała zza jego ramienia i jej oczom ukazał się oddział zdążający miarowym kłusem w ich stronę.

– Pomóż mi zejść – burknęła. – Przecież nie powitam ich z zadu.

Drogo zeskoczył z konia i zręcznie pomógł swej pani. Matylda strzepnęła suknię, poprawiła przekrzywioną pelerynę i stanęła prosto. Wiatr szarpał jej welonem, na szczęście przypiętym pod czepkiem. Musiała mocno zewrzeć kolana, żeby nie stracić równowagi.

Nadciągający oddział zatrzymał się w błocie. Jego dowódca sfrunął z siodła pięknego, karego ogiera i, zdjąwszy czapkę, przykląkł na jedno kolano.

– Spóźniłeś się – stwierdziła lodowatym tonem. – Oczekiwaliśmy was w południe.

– Proszę o wybaczenie. Przybylibyśmy wcześniej, ale zepsuł się jeden z wozów, a potem napotkaliśmy powalone drzewo. Wiatr utrudnił nam zadanie i znacznie nas spowolnił.

Była wyczerpana, zziębnięta i bynajmniej nie w nastroju na wysłuchiwanie wymówek.

– Wstań – rozkazała z szorstkim gestem.

Spełnił polecenie, a nogi miał tak długie, że prostował je w nieskończoność. Nosił wysokie buty z przedniej skóry, wiązane czerwonym sznurkiem. Wiatr targał czarnymi kosmykami jeźdźca, a jego oczy nosiły głęboki, torfowy odcień brązu. Kąciki ust z natury lekko wyginały się ku górze, co nadawało mu pogodny wygląd mimo powagi, z jaką się do niej zwracał.

– Pani, jestem Brian, syn hrabiego Alana z Bretanii i pan zamku Wallingford. Zapewne mnie nie pamiętasz. Kiedy widzieliśmy się ostatnio, towarzyszyłaś ojcu, gdy sprawował sądy w Nottingham, jeszcze przed twoim wyjazdem do Niemiec, a ja od niedawna byłem jego giermkiem.

– Dawne dzieje – ucięła, wciąż rozdrażniona.

– W rzeczy samej. – Wskazał przez ramię na swoich ludzi, którzy też zsiedli z koni i uklękli. – Przywieźliśmy namiot i prowiant. Zaraz rozbijemy obóz.

– Poszłoby wam znacznie szybciej, gdybyś kazał im wstać i wziąć się do pracy – stwierdziła cierpkim tonem. – Moi ludzie pomogą wam w razie potrzeby.

Skłonił się z miną, która nie zdradzała żadnych uczuć, a następnie poszedł wydać rozkazy. Grupa mężczyzn przystąpiła do wypakowywania części dużego, okrągłego, niebiesko-czerwonego namiotu z wózka na dwóch kołach. Na zewnętrznym płótnie, podszytym płachtą bladego jedwabiu, widniały złote lwy, na wygiętych prętach wisiały sute gobeliny zdobiące wnętrze. Wiatr wydymał płótno jak żagiel okrętu w czasie burzy. Obserwując zmagania ludzi, Matylda w duchu potrząsnęła głową. Gdyby nie była taka zła i zmęczona, wybuchnęłaby śmiechem.

Jeden z towarzyszy Briana, barczysty młodzieniec, oglądał jej okulałą klacz; przejechał dłonią po nodze zwierzęcia i przemawiał do niego łagodnie. Podchwycił spojrzenie Matyldy i się ukłonił.

– Musi odpocząć i trzeba jej zrobić okład z ciepłych otrębów na kolano, pani. Trochę się nadwerężyła, nic poza tym. – Delikatnie podrapał zwierzę po karku.

Nie był koniuszym, gdyż miał pelerynę podbitą futrem i haftowaną tunikę. Miał też szczerą twarz i piwne oczy w złocistym odcieniu, które przykuwały uwagę.

– Też byłeś w Nottingham z hrabią FitzCountem? – zapytała.

Zaprzeczył.

– Nie, pani, lecz był tam zapewne mój ojciec, Wilhelm D’Albini, hrabia Buckenham w Norfolk, jeden z namiestników twojego ojca.

– Nie przypominam go sobie – odrzekła. – Ale słyszałam o twoim rodzie. – Pewnie oddelegowano go z dworu wraz z resztą orszaku. – Jak masz na imię?

– Wilhelm, pani, tak jak mój ojciec.

– Widzę, że znasz się na koniach, Wilhelmie D’Albini.

Odpowiedział jej szerokim uśmiechem, ukazując ładne, mocne zęby.

– Tak, pani. – Pogładził miękkie chrapy klaczy.

– Hrabia FitzCount ma zapasowego wierzchowca?

– Na pewno, pani.

Matylda miała co do tego pewne wątpliwości. Doszły ją strzępy gorączkowej wymiany zdań. Ktoś zapodział kołki i ludzie obrzucali się oskarżeniami.

– Na dworze mojego męża do czegoś takiego nigdy by nie doszło – stwierdziła z niezadowoleniem.

D’Albini wzruszył ramionami.

– Bywają dni, kiedy świat sprzysięga się przeciwko nam; to jeden z nich. – Cmoknął na klacz i odprowadził ją do pozostałych.

Kołki wreszcie się odnalazły i przy akompaniamencie kolejnych złorzeczeń wbito je w ziemię, po czym zabezpieczono płótno. Brian FitzCount wydawał polecenia i przeczesywał włosy palcami, coraz bardziej zakłopotany i rozgniewany.

Stopniowo jednak z chaosu wyłonił się ład i Matylda mogła wejść do namiotu, który dał jej osłonę przed wiatrem, chociaż płótno łopotało jak skrzydła ptaka gotowego zerwać się do lotu. Dwórki pościeliły jej łóżko, kładąc na ramę kilka materaców zwieńczonych miękkimi kocami i czystą pościelą. Służący zawiesił kotarę pośrodku namiotu, ktoś inny przytargał krzesło wymoszczone pikowaną poduszką. Wniesiono również ławę i mały stół. Matylda stała z założonymi rękami.

Brian FitzCount wszedł do namiotu, a za nim służba z gąsiorem wina i kielichami, bochenkami chleba, a także serem i wędlinami.

– Moi ludzie stawiają osłonę przed wiatrem – oświadczył. – Przynajmniej nie pada.

– Na szczęście – przytaknęła, myśląc, że deszcz przelałby czarę goryczy. Usiadła na krześle. Służący nakryli stół haftowanym obrusem i postawili na nim poczęstunek. Zanim zdążyła się rozmyślić, wskazała Brianowi miejsce obok siebie. Warto zawczasu się dowiedzieć, co słychać we dworze.

Po chwili wahania stanął przy wejściu do namiotu i wydał jeszcze kilka rozkazów, po czym wrócił, aby samemu jej usługiwać. Patrzyła na jego długie palce, kiedy nalewał wino do srebrnych kielichów. Zalśnił pierścień ze szmaragdem i drugi z plecionego złota. Ręce miał czyste, z krótko przyciętymi paznokciami, ale widniały na nich plamy inkaustu, jak u pospolitego kancelisty. Usiłowała przypomnieć go sobie z dzieciństwa, ale na próżno. Upłynęło zbyt wiele czasu, był jednym z wielu młodzików na ojcowskim dworze.

– Mój ojciec dobrze się miewa? – Wypiła pierwszy łyk i poczuła, jak trunek rozgrzewa jej żołądek.

– W rzeczy samej, i cieszy się z twojego przyjazdu, pomimo smutnych okoliczności.

– Od mojego wyjazdu widziałam go tylko raz – ucięła. – Powód jego radości jest mi doskonale znany.

Cisza zapadła między nimi. Matylda stwierdziła, że wzniesienie osłony przed wiatrem zapewne się powiodło, gdyż przestał napierać na boki namiotu. Odłamała kawałek chleba i zjadła go z plastrem wędzonej sarniny, zachęciwszy Briana, aby też się posilił.

– Wolałabyś zostać w Niemczech?

Zdumiała ją bezpośredniość tego pytania; spodziewała się raczej, że wytrwa w roli usłużnego dworzanina.

– Moim obowiązkiem było wrócić na prośbę ojca. Jakiż los czekał mnie tam bez męża? Jego następca ma własnych protegowanych. Nie pozostawałoby mi nic innego, jak poślubić któregoś z nich wbrew interesom mojego ojca lub wstąpić do klasztoru i poświęcić się służbie Bogu.

– Co stanowiłoby chwalebny wybór.

– Nie jestem gotowa wyrzec się świata. – Obrzuciła go przenikliwym spojrzeniem. – Czy ojciec rozmawiał z tobą o planach względem mojej osoby?

Odwzajemnił spojrzenie.

– Wypowiadał się ogólnie, a nawet gdybym znał jego zdanie w tej sprawie, wolałbym się nie wypowiadać. Nikt nie zna jego pobudek lepiej od ciebie, pani. Gdyby nie przewidywał czegoś dla ciebie, nadal przebywałabyś w Spirze.

– Och, wiem, że coś przewiduje, pytanie tylko, co dokładnie. – Odchyliła się na krześle i poczuła, jak uchodzi z niej napięcie. Za kotarą kobiety rozmawiały ściszonymi głosami.

Brian usiadł w podobnej pozycji.

– Wyjeżdżałaś z Anglii jako poważna dziewczynka, sumienna i pilna. Pamiętam cię taką, chociaż sam nie zapadłem ci w pamięć. Nie chciałaś jechać, ale zacisnęłaś zęby i zrobiłaś, co ci kazano, gdyż znałaś swoją powinność. Ta część się nie zmieniła, ale teraz jesteś cesarzową i dorosłą kobietą, która zwykła rządzić i wydawać rozkazy.

Uśmiechnęła się kwaśno.

– I nie mam cierpliwości do głupców, mój panie.

– Co czyni cię nieodrodną córką swego ojca – odpowiedział z powagą, ale oczy mu rozbłysły.

Matylda omal się nie roześmiała i czym prędzej zasłoniła usta ręką. To wino, pomyślała, i zmęczenie. Naraz w gardle ścisnęło ją z żalu, gdyż to połączenie rozmów o polityce i przekomarzania nasunęło jej wspomnienie Heinricha i z tęsknoty straciła dech. Zapanowała nad głosem.

– Zaiste. Jeśli nie wiesz, co mnie czeka, opowiedz mi chociaż o dworze, żebym mogła się przygotować.

 

Chciał dolać jej wina, ale odmówiła. Napełnił swój kielich do połowy.

– Przywykłaś do dworu męża, przywykniesz również do tego. Zamieszkują tam ci sami ludzie.

– Ale kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? Komu mogę zaufać i kto zna się na rzeczy?

– Sama ocenisz, a ojciec ci doradzi.

– A zatem i w tej kwestii nic mi nie podpowiesz.

Odetchnął głęboko.

– Twego ojca otaczają ludzie, którzy dobrze mu służą. Twój brat, hrabia Gloucester, szczerze ucieszy się z twojego powrotu. Zastaniesz tam również kuzynów, Stefana i Tybalda.

Twarz miał nieprzeniknioną. Matylda przypomniała sobie jak przez mgłę krewnych z Blois, chłopców starszych od niej i pochłoniętych własnymi sprawami; nie zwracali na nią uwagi, chyba że musieli usługiwać jej i matce przy stole jako paziowie.

– Stefan niedawno się ożenił, czyż nie? – Dostała list w tej sprawie, lecz pochłonięta chorym mężem nie wczytała się w jego treść.

– Istotnie. Z Maheut, hrabiną Boulogne. Twój ojciec uznał to za roztropny krok, który umacnia północne granice.

Matylda pogrążyła się w namyśle. Żona Stefana to jej kuzynka po kądzieli, on sam zaś jest spokrewniony z jej ojcem: zaiste zacieśnia to więzy rodzinne. Ojciec snuje polityczną pajęczynę w sobie tylko znanym interesie. Jest tkaczem niezrównanym, ze świecą szukać drugiej takiej sieci zależności.

– Jak postrzegasz Stefana?

Brian wzruszył ramionami.

– Ustatkował się. To wyborny jeździec i żołnierz. Łatwo zawiera przyjaźnie i twój ojciec ma do niego słabość.

Te słowa wzbudziły jej niepokój. W przeciwieństwie do niej Stefan miał czas zjednać ojca i zaskarbić sobie jego przychylność.

– A ty?

– Dobry z niego kompan, kiedy jeździmy na polowanie, dobrze się rozumiemy – odpowiedział wymijająco. – Wie, że czasem wolę towarzystwo ksiąg oraz własnych myśli, a ja szanuję jego potrzebę hucznej zabawy. Od ślubu zachowuje się bez zarzutu; widzę w tym zasługę żony, która służy mu wsparciem i dobrą radą. – Brian uniósł kielich i wypił. – Ojciec twój uwięził Walerana z Meulan za bunt, Wilhelm Clito nadal mu zagraża.

– Co wiadomo od dawna. – Niecierpliwie machnęła ręką. – Wilhelm Clito jest zbyt nieudolny na króla i nigdy nim nie zostanie, Waleran był głupcem, że udzielił mu wsparcia.

– Ale niewątpliwie wpłynie to na politykę twojego ojca i jego następne kroki. Być może dlatego tak wysoko wyniósł Stefana, dla przeciwwagi.

Wiatr napierał na bok namiotu i Matylda poczuła, jakby dodał jej sił. Chciała, by rozdmuchał wszystko i wymiótł świat do czysta. Ojciec pozostawał u władzy mimo wielu przeciwności. Przejął Anglię i Normandię z rąk swego nierozważnego starszego brata Roberta i wtrącił go do więzienia, gdzie ten tkwi do dziś, lecz Robert pozostawił syna, Wilhelma Clito, kolejnego kuzyna Matyldy, który też upomina się o tron. Ma wsparcie wpływowych gorących głów pokroju Walerana z Meulan i chociaż ojciec stłumił powstanie tak jak żołnierz depcze mały płomień, dym wciąż się unosi. Jeden pożar da początek następnym. Waleran ma brata bliźniaka oraz interesy rodzinne zarówno w Normandii, jak i na wyspie. Pajęczyna, pomyślała Matylda. Wszystko jest kwestią umiejętnego poprowadzenia nici, tak aby żadna się nie pruła i wszystkie wiodły do naszego celu.

W zamyśleniu spojrzała na Briana. Ojciec z pewnością go ceni i nagradza przywilejami. Za sprawą małżeństwa z Maude z Wallingford ma pod sobą stu rycerzy. Lecz co sądzić o nim po pierwszym spotkaniu? Pierwsze wrażenie było raczej niekorzystne, ale Wilhelm D’Albini dał do zrozumienia, że Brian zasługuje na drugą szansę. Przypuszczała, że skrywa swoje myśli, a przy tym jest nie w ciemię bity. Mimo początkowych uchybień z pewnością miała do czynienia z doświadczonym i inteligentnym człowiekiem.

Kiedy odstawiał kielich, jej uwagę ponownie zwróciły plamy inkaustu na jego wytwornych palcach.

– Sam jesteś swoim skrybą, mój panie?

– Czasami – przyznał z niepewnym uśmiechem. – Łatwiej mi zebrać myśli z piórem w dłoni i sporządzać notatki, choć pozostawiam skrybom ostateczną wersję. Zawdzięczam wykształcenie twojemu ojcu.

– Niewątpliwie cię ceni.

– A ja mu służę. – Brian odchrząknął i wstał. – Pozwól, że opuszczę cię, pani. Muszę dopilnować, by wszystko było gotowe przed jutrzejszym wyjazdem.

– Możesz odejść – odparła oficjalnie. – Mam nadzieję, że znajdziesz mi przyzwoitego wierzchowca.

– To pierwsza rzecz, którą zrobię, pani. – Skłonił się i wyszedł z namiotu.

Po jego wyjściu zza kotary wypadły jej służki, Emma i Uli. Pozwoliła, żeby ją rozebrały i rozczesały jej włosy, po czym odprawiła je gestem, ponieważ chciała w spokoju się zastanowić. Przyniosła z łóżka kołdrę, owinęła się nią i usiadła na krześle z podciągniętymi kolanami i pięścią przyciśniętą do ust.

Na zewnątrz Brian stanął na wietrze i odetchnął. Nie spodziewał się, że córka króla będzie tak żywiołowa i przenikliwa. Okazała się ostra jak brzytwa i teraz czuł, że go drasnęła. Kiedy przybył na miejsce, popatrzyła na niego jak na nieudacznika; zapiekło go to i wciąż piecze. Miał nadzieję, że wybrnął z sytuacji, wiedział jednak, że do reszty straci twarz, jeżeli rano nie przygotuje dla niej wierzchowca. Najwyżej posadzi ją na własnym, a sam dosiądzie konia swojego giermka. Chłopak może pojechać z jednym z rycerzy.

Białowłosy rycerz z jej orszaku wyłonił się ze swojego małego namiotu, gdzie najwyraźniej czekał na Briana.

– Moja pani zawsze jest niezadowolona, jeśli sprawy idą nie po jej myśli. – Nie usprawiedliwiał Matyldy, raczej go ganił.

– Przeprosiłem i starałem się wszystko naprawić – odpowiedział Brian. – Bądź spokojny, cesarzowa wjedzie do Rouen, tak jak przystało.

Rycerz zmierzył go nieustępliwym spojrzeniem.

– Jeszcze się przekonasz, że moja pani nie uznaje kompromisów, panie.

Brian chciał mu ostro odpowiedzieć, ale ugryzł się w język.

– A cesarzowa się przekona, że zgotujemy jej należyte przyjęcie.

– Służę mojej pani, odkąd była dzieckiem – uzupełnił rycerz. – Patrzyłem, jak staje się kobietą i włada jako małżonka cesarza. Nosi w sobie wielkość. – Zerknął na namiot, skąd właśnie wyszedł Brian, i zniżył głos. – Lecz poza tym jest krucha i potrzebuje troskliwej opieki. Któż jej to zapewni, skoro duma jest dla niej zarówno mieczem, jak i tarczą? Kto sięgnie wzrokiem dalej i ujrzy przerażone dziecko i bezbronną kobietę?

W Brianie drgnęło coś, czego nie potrafił nazwać: nie litość ani współczucie, lecz tchnienie czegoś bardziej złożonego i niepokojącego. Jej oczy miały szary odcień lawendy, ale były przejrzyste jak szkło i patrzyły na niego wyzywająco, a nawet ze wzgardą. Nie widział tego, o czym mówił starszy rycerz, ale przecież jej nie znał. Ujrzał za to prawdę oraz prawość, i czuł, jakby wzięła zaostrzone pióro i wyryła mu te słowa na ciele.