Król demonówTekst

Z serii: Wezwanie Lucyfera #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Hannah


Gdy tylko Lucas zamknął za sobą drzwi, rozejrzałam się w zdumieniu po sypialni, nadal nie dowierzając, że to wszystko dzieje się naprawdę. Dwa dni temu pakowałam się na wyjazd do Las Vegas w celu odnalezienia przyjaciółki, a obecnie miałam mieszkać tu przez siedem dni, bo taki kaprys miał mężczyzna zwany przez ludzi diabłem. Jasne, zgodziłam się na jego warunki, ale to nie pomniejszało ich grozy. Zwłaszcza teraz, gdy po wyjściu gospodarza zostałam sama ze swoimi myślami.

Lepiej, żeby znalazł Brandy. I to żywą.

„Błagam, niech ona jeszcze żyje”.

Podeszłam do ogromnego okna wychodzącego na Strip i po raz setny zaczęłam się zastanawiać, gdzie się podziała i co się z nią stało. Promienie zachodzącego słońca błyszczały na fasadach różnych hoteli i kasyn, a ja przypomniałam sobie, jak bardzo Brandy ekscytowała się na myśl o przyjeździe tutaj. Wygrała jakąś nagrodę, która sponsorowała całość wyjazdu na konferencję bibliotekarską na długi weekend. Chciała, żebym jej towarzyszyła i żebyśmy urządziły sobie babski weekend w Vegas, ale odmówiłam. Wprawdzie moja kwiaciarnia była mała, ale już samo utrzymanie jej na granicy opłacalności wymagało niemal całej mojej uwagi. Poza tym lubiłam pracować w sklepie niegdyś należącym do moich rodziców, sprawiało mi przyjemność dobieranie właściwych kwiatów, żeby rozjaśniały domy klientów albo wyrażały słowa, które nie zawsze potrafili z siebie wydusić. Mimo że bardzo chciałam przyjechać tu z Brandy, nie zdecydowałam się na to. I teraz niezmiernie tego żałowałam.

Pojechała sama i nie wróciła do domu.

Ostatni raz rozmawiałam z nią po tym, jak zameldowała się w tym właśnie hotelu i zadzwoniła do synka, żeby powiedzieć mu dobranoc. To było sześć dni temu.

Kiedy przestała odbierać telefon i nie wróciła do domu pod koniec weekendu, wiedziałam, że coś jest nie tak. Czułam to, a nigdy nie ignorowałam swojej intuicji. Nie było mowy o tym, żeby Brandy po prostu uciekła, zostawiając synka i chorą matkę. Ktoś musiał ją porwać.

Następnego dnia wykonałam dziesiątki telefonów, usiłując ją znaleźć, ale wszystko na próżno. Dość szybko okazało się, że muszę osobiście pojechać do Vegas i sama ustalić, co się z nią stało. Ubłagałam Maggie pracującą w kwiaciarni na pół etatu, żeby przez kilka dni pilnowała interesu, wzięłam wszystkie swoje pieniądze i wsiadłam do zdezelowanego samochodu. Po pięciu godzinach jazdy przez pustynię dotarłam do Miasta Grzechu.

Zanim wyjechałam, mama Brandy, Donna, wzięła mnie na stronę, żeby poprosić o odnalezienie córki. Płakała i ocierała łzy chusteczką naznaczoną krwią. Miała terminalną fazę raka płuc i ledwo była w stanie zrobić sobie kanapkę, ale obiecała, że zajmie się wnuczkiem Jackiem podczas mojej nieobecności. A kiedy już wychodziłam, Jack objął mnie w pasie i poprosił, żebym szybko sprowadziła mamusię. Walczyłam ze łzami i przysięgłam im, że odnajdę Brandy.

Co jeszcze mogłam zrobić? Brandy traktowała mnie jak członka rodziny od chwili, gdy spotkałyśmy się w bibliotece, w której pracowała, a kiedy tego potrzebowałam, dała mi dach nad głową. Powinnam była pojechać z nią do Vegas i teraz zjadało mnie poczucie winy, że tego nie zrobiłam. Obowiązki okazały się dla mnie ważniejsze niż przyjaciółka i z całego serca żałowałam, że nie mogę cofnąć czasu i podjąć innej decyzji. Skoro teraz poprosiłam Maggie o zastąpienie mnie w kwiaciarni, dlaczego nie mogłam tego zrobić wcześniej? Brandy zrobiłaby to dla mnie bez zastanowienia. Dlaczego, ach, dlaczego pozwoliłam jej jechać samej?

Musiałam ją znaleźć, tylko ja mogłam to zrobić. Brandy nie miała na tym świecie nikogo innego, kto zacząłby jej szukać. Nie mogłam pozwolić jej zniknąć z powierzchni ziemi. Las Vegas pochłonęłoby ją żywcem i natychmiast o niej zapomniało, stałaby się tylko kolejną pozycją w statystykach. Moja rozmowa z policją była tego żywym dowodem. Kiedy poszłam zgłosić zaginięcie i powiedziałam, że Brandy zniknęła w hotelu Lucasa, z miejsca mnie spławili. Natychmiast zwarli szeregi, zaczęli coś między sobą szeptać i rzucać sobie znaczące spojrzenia, nagle pełni szacunku dla pana Yfera. Pewnie każdego z nich miał na swojej liście płac. Ostatecznie przyjęli moje zgłoszenie, ale miałam złe przeczucie, że zniknęło ono w jakiejś stercie papierów, gdzie nikt go już nigdy nie znajdzie.

Pozostało mi tylko poprowadzenie własnego śledztwa, lecz ciągle odbijałam się od ściany. Najpierw obsługa Niebiańskiego Centrum Wypoczynkowego z Kasynem nie była w stanie znaleźć żadnych informacji na temat konferencji bibliotekarskiej. Kiedy później sama sprawdziłam w internecie, znalazłam tylko jedną ubogą stronę. Nic więcej. Jakby ta konferencja w ogóle nie została zwołana. Albo jakby ktoś to wszystko zmyślił, żeby tylko zwabić Brandy do Las Vegas. Ale dlaczego? Wplątała się w coś? Coś z mafią? Trudno mi było w to uwierzyć.

Zaczęłam węszyć po hotelu, zadawać pytania i bawić się w detektywa, ale daleko mi do Nancy Drew. Nie miałam pojęcia, co robię, pytałam o wszystko, co przyszło mi do głowy, a intuicja bezsprzecznie podpowiadała mi, że coś jest nie tak. Przemierzałam Strip w tanich japonkach i zaglądałam we wszystkie miejsca, jakie mogła odwiedzić Brandy. Nikt nie udzielił mi żadnych informacji, jakby moja przyjaciółka w ogóle nie istniała. Ciągle trafiałam w ślepe zaułki. Potrzebny mi był dostęp do nagrań monitoringu, billingów i wyciągów z kart kredytowych, ale nie miałam ani odznaki, ani znajomości. Kończył mi się zarówno czas, jak i pieniądze.

A potem usłyszałam o Lucasie Yferze, właścicielu Niebiańskiego Centrum Wypoczynkowego z Kasynem i – jeśli wierzyć plotkom – wielu innych miejsc w Las Vegas. Ludzie cichym głosem nazywali go diabłem i na podstawie ich opowieści w mojej głowie narodził się obraz niebezpiecznego szefa mafii. Szybko się okazało, że niewiele wydarzeń w mieście uchodzi jego uwagi. Poza tym słynął z zawierania umów i potrafił dać wszystko, czego tylko człowiek zapragnął. Oczywiście za odpowiednią cenę.

Wyglądało na to, że Lucas Yfer był królem Las Vegas. Skoro nie mogłam liczyć na pomoc ani policji, ani ludzi na ulicy, musiałam się udać do jego rezydencji. Nie spodziewałam się tylko, że będzie się ona znajdować w chmurach. Teraz byłam uwięziona w tej wieży niczym Roszpunka, tyle że moje włosy były zdecydowanie za krótkie, żebym mogła spuścić się po nich na ziemię.

Usiadłam na krawędzi łóżka. Serce tłukło mi się w piersi na myśl, że w zasadzie byłam przetrzymywana przez bossa mafii jako jego niewolnica seksualna i nawet nie miałam pojęcia, czy on rzeczywiście znajdzie Brandy. Ani czy ona w ogóle jeszcze żyje.

Dobra, musiałam skończyć z tymi rozważaniami. Wierzyłam, że Lucas dotrzyma warunków naszej umowy, dopóki sama ich nie złamię. Czułam to, a moje przeczucia jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. Chociaż jednocześnie coś mi mówiło, że to najniebezpieczniejszy człowiek, jakiego w życiu spotkałam.

Odchyliłam się i przesunęłam dłońmi po gładkiej kołdrze i miękkich kocach. Pokój gościnny był ogromny i luksusowy; odniosłam wrażenie, że niezbyt często z niego korzystano. Zastanawiałam się, czy zamówić coś do jedzenia, ale żołądek miałam tak ściśnięty, że nic by się do niego nie zmieściło. Mimo wszystko, gdybym musiała gdzieś mieszkać przez siedem dni, trudno by mi było znaleźć ładniejszy pokój hotelowy.

Cholera. Siedem dni z dala od domu i kwiaciarni. Miałam szczerą nadzieję, że Maggie uda się wszystko ogarnąć przez ten czas. Zbliżała się do siedemdziesiątki i obawiałam się, że samodzielne prowadzenie interesu będzie ponad jej siły. Zgodziłam się, żeby przyjmowała wyłącznie gotówkę albo czeki, co ograniczy obroty, bo większość klientów wolała płacić kartą. Maggie nie potrafiła opanować obsługi terminala i ten powrót do staroświeckich metod na pewno negatywnie odbije się na finansach. Skrzywiłam się. Kwiaciarnia nie radziła sobie najlepiej już przed moim wyjazdem, a nie mogłam jej zamknąć. Byłam to winna rodzicom.

Wyjęłam komórkę i zadzwoniłam do Maggie. Nie odebrała. Zbliżała się piąta, pewnie właśnie zamykała. Wysłałam jej wiadomość. Przynajmniej z esemesami dobrze sobie radziła.

Muszę zostać dłużej w Vegas. Proszę, postaraj się jak najlepiej. Nie będzie mnie jeszcze siedem dni.

Ze skutkami uporam się potem. Czekając na odpowiedź, rozważyłam też wysłanie wiadomości do swojej siostry, ale Jo była rasową histeryczką. Miała też apodyktyczny charakter i nie chciałam jeszcze jej mieć na głowie. Gdyby to od niej zależało, nigdy nie wyjechałabym z Visty. Gdybym powiedziała jej, na co się teraz zgodziłam, wpadłaby w szał.

Odpowiedź Maggie nieco mnie uspokoiła.

Wszystko w porządku. Nie spiesz się. Wygraj mnóstwo pieniędzy.

Na koniec dorzuciła kilka emoji z workami pieniędzy. Pokręciłam głową, nie wiedząc, czy nie zrozumiała, po co tu przyjechałam, czy po prostu była wieczną optymistką. Po chwili zadzwoniłam do Donny, ale też nie odebrała. Pewnie robiła Jackowi coś do jedzenia. Nagrałam jej wiadomość, że robię wszystko, co w mojej mocy, by znaleźć Brandy, ale zostanę tu jeszcze tydzień. Przeprosiłam gorąco, że tak długo mnie nie będzie, a gdy się rozłączyłam, emocje chwyciły mnie za gardło.

Nie pozostało mi już nic oprócz czekania, a to nigdy nie wychodziło mi najlepiej. Mogłam przynajmniej zbadać nowe otoczenie. To chyba nie było zabronione.

Wstałam i zaczęłam sprawdzać wszystkie szuflady jedna po drugiej, ale okazały się puste. Zajrzałam do obszernej garderoby, w której było tylko kilka wieszaków. Następnie weszłam do ogromnej łazienki i otworzyłam oczy ze zdumienia na widok tego całego marmuru, wielkiej kabiny prysznicowej i jeszcze większej wanny. Nigdy nie byłam w tak eleganckiej łazience. Ani w tak dużej. Chętnie zrobiłabym sobie kąpiel i zmyła z siebie troski, ale ciekawiła mnie reszta apartamentu. Skoro miałam tu mieszkać przez następny tydzień, to chyba powinnam się z nim zapoznać, prawda?

 

Uchyliłam drzwi i wyjrzałam na korytarz, lecz nikogo nie zobaczyłam. Lucas wyszedł szukać Brandy, a przynajmniej taką miałam nadzieję. Wróciłam po marmurowej posadzce do salonu i zaczęłam się rozglądać po czarno-srebrnej przestrzeni, z której emanowało poczucie władzy, niebezpieczeństwa i luksusu. Naprawdę przydałoby się trochę kwiatków albo paproci, żeby dodać tu życia i koloru. Może nawet sukulentów. Wtedy to miejsce nie sprawiałoby wrażenia tak zimnego i martwego.

I nagle dotarło do mnie, że jednak nie jestem sama.

W wejściu do penthouse’u stała przepiękna czarnoskóra kobieta. Skórzane ubranie sprawiało wrażenie zbroi, a ciemne włosy miała zaczesane do tyłu tak mocno, że napinały skórę na najbardziej niesamowitych kościach policzkowych, jakie kiedykolwiek widziałam. Znad jej lewego ramienia wystawała rękojeść miecza. Widok tej kobiety również pobudził moje instynkty, ale nie poczuciem takiej samej swojskości jak w przypadku Lucasa.

– Jestem Zel – rzuciła, jakby nie obchodziło jej, czy to zapamiętam.

– To jakiś skrót?

– Od Azazel.

Nic dziwnego, że wolała Zel.

– Ja jestem Hannah.

– Wiem. Lucas kazał mi cię ochraniać.

– Ochraniać czy uniemożliwiać odejście? – Uniosłam brew. Nie wątpiłam, że złamałaby mnie jak zapałkę, i to małym palcem, a z tonu jej głosu wywnioskowałam, że bycie moim ochroniarzem nie przypadło jej do gustu.

Zmierzyła mnie spojrzeniem, w którym była chyba pogarda.

– Gdy opuszczasz apartament, ktoś musi ci nieustannie towarzyszyć.

– Dlaczego? – Przekrzywiłam głowę, marszcząc czoło. – Lucas boi się, że ucieknę?

– Lucas chroni swoją własność.

Przebiegł mnie dreszcz, gdy dotarło do mnie, że teraz ja się do niej zaliczałam.

– A jeśli opuszczę miasto?

Rzuciła mi groźne spojrzenie.

– Nie opuścisz.

Naprawdę byłam tu uwięziona. Miałam iluzję wolności, ale Lucas upewnił się, że ta kobieta będzie mnie śledzić w każdej sekundzie i nie da mi uciec.

Zel najwyraźniej nie miała ochoty ze mną rozmawiać, więc nadal zwiedzałam salon, a potem skręciłam za róg, gdzie odkryłam małą, dobrze wyposażoną kuchnię po drugiej stronie baru, a także ciemny stół na sześć osób. Nie potrafiłam sobie wyobrazić gotującego Lucasa, chociaż pomieszczenie wydawało się spełnieniem marzeń najlepszego kucharza. Nie rozpoznałam ani jednej marki stojących tu sprzętów, więc uznałam, że musiały być bajecznie drogie. Z ciekawości otworzyłam lodówkę ze stali i ze zdziwieniem odkryłam w niej jedzenie, w tym imponujący wybór wykwintnych serów. Zauważyłam produkty z etykietami w obcych językach oraz puszki i słoiki z daniami, o których nigdy nie słyszałam. Poczułam ulgę na widok keczupu Heinza na drzwiach. W końcu coś, co znałam. A to udowadniało, że w Lucasie jest odrobina normalności.

Zamknęłam lodówkę i ruszyłam przez drugi hol, mając nieodparte wrażenie, że przeszłam przez lustro i zagłębiam się w króliczą norę. Wszystko w tym apartamencie było nierzeczywiste. Nigdzie nie zauważyłam ani krzty kurzu, jakby w ogóle nie śmiał się pojawić w tych murach; nigdy też nie widziałam, żeby ktoś tak bezwstydnie obnosił się ze swoim bogactwem. Bałam się czegokolwiek dotknąć, by nic nie uszkodzić. Nie chciałam zwiększać swojego długu u Lucasa.

Na końcu tego przedpokoju znalazłam dwuskrzydłowe drzwi podobne do tych, które prowadziły z apartamentu do windy. Nacisnęłam obie klamki, ale nie drgnęły. Ogarnęła mnie pewność, że za nimi znajdują się prywatne pokoje Lucasa. Położyłam dłoń na twardym drewnie i poczułam ogromną chęć przekonania się, co się za nim kryje. Towarzyszył jej podszept czegoś, co mocno przypominało pożądanie. Otrząsnęłam się z tego uczucia i zawróciłam.

Zaczęłam się zastanawiać, co Lucas pomyślałby o moim myszkowaniu, i nagle uświadomiłam sobie, że prawie na pewno miał wszędzie kamery. Najprawdopodobniej już wiedział, że się rozglądam, odkąd wyszedł. No a czego się spodziewał? Przecież nie będę siedzieć cały dzień, gapiąc się na własne paznokcie i czekając, aż wróci. Parsknęłam śmiechem na tę myśl.

Wyszłam na ogromny balkon biegnący wokół całego apartamentu i zachwyciłam się basenem, w którym woda pozornie przelewała się przez krawędź i spływała w niebo. Słońce znikało za horyzontem i miasto budziło się do hałaśliwego, jaskrawego życia. Wkrótce miała się zacząć moja pierwsza grzeszna noc z Lucasem. Zadumałam się nad tym, co dla mnie zaplanował, i po plecach przebiegł mi dreszcz lęku, ale towarzyszyła mu też wcale niemała doza ciekawości.

Po powrocie do środka znalazłam kolejne drzwi i założyłam, że również będą zamknięte, ale ku mojemu zaskoczeniu ustąpiły i nagle znalazłam się w bibliotekarskim niebie. Przede mną rozciągał się przestronny pokój wypełniony setkami książek, zupełnie jak w filmie. Otaczające mnie półki pięły się niewyobrażalnie wysoko i wyobraziłam sobie Bellę zaszytą w kącie i usługującą swojej Bestii. Obok starych tomów oprawionych w skórę błyszczały współczesne okładki i zapragnęłam poprzerzucać strony, żeby tylko powdychać zapach papieru. Brandy zapewne przykułaby się do drabiny, która umożliwiała dostęp do wyższych półek.

W jednym z rogów pomieszczenia ustawiono wygodne ciemne fotele, a za nimi na ścianie powieszono wielkie obrazy. W drugim rogu stało solidne biurko, na którym nic nie leżało, a za nim na ścianie wisiał srebrny miecz. Wydawał się promieniować wewnętrznym światłem. Nogi drewnianego biurka były kunsztownie rzeźbione – malutkie figurki z daleka wydały mi się zjawami, ale z bliska zobaczyłam, że to rogate demony i gotyckie anioły. Miałam wrażenie, że za każdym razem, gdy mrugam, rzeźby się poruszają, więc odsunęłam się i potrząsnęłam głową. Od zawsze miałam problemy ze snem, które pogłębiły się po przyjeździe do Vegas, i najwyraźniej niewyspanie wreszcie dawało o sobie znać.

Obróciłam się wokół własnej osi, chłonąc imponującą bibliotekę. Nie byłam pewna, co przyniesie mi następne siedem nocy i dni, ale te książki mogły to wszystko wynagrodzić. Tak jak Brandy byłam totalnym molem książkowym – zresztą właśnie dzięki temu się poznałyśmy. Weszłam do biblioteki w Viście, by poszukać czegoś do czytania podczas godzin przestoju w pracy, i od tamtej pory byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami.

W różnych częściach pomieszczenia na oświetlonych piedestałach z ciemnego drewna stały amfory wyglądające na antyczne oraz inne dzieła sztuki, niczym w muzeum. Nie miałam absolutnie żadnych wątpliwości, że każde z nich jest bezcenne. Moją uwagę przyciągnęła stara grecka amfora, więc podeszłam bliżej, by się jej przyjrzeć. Misterne czarne figury na pomarańczowym tle przedstawiały wielkiego mężczyznę z koroną na głowie, który siedział na tronie i podawał stojącej przed nim kobiecie tacę z jagodami czy ziarnami. Mała tabliczka na piedestale głosiła: „Hades kusi Persefonę, ok. 350 p.n.e.”. Przyglądałam się naczyniu z otwartymi ustami i w niemal nabożnym skupieniu. Byłam wielką miłośniczką historii i mitologii, a ta amfora łączyła obie te dziedziny.

Wiele się po Lucasie Yferze spodziewałam, ale nie tego, że okaże się koneserem starożytnej sztuki i starych książek. Gapiłam się na amforę zdecydowanie za długo, a potem odwróciłam się ku półkom i zatraciłam w książkach. Było tam wszystko, literatura faktu i beletrystyka; na widok różnorodności rodzajów i tematów rosło mi serce. Po chwili poczułam się przytłoczona, więc złapałam notatnik i długopis, żeby zrobić sobie listę pozycji, które musiałam przeczytać podczas swojego pobytu tutaj. Skoro Lucas kierował całym miastem, nie było mowy, żeby towarzyszył mi cały tydzień przez okrągłą dobę, nawet w ramach dobitego targu. A książki były idealnym sposobem na to, żeby nie myśleć przez cały dzień o Brandy.

– Widzę, że znalazłaś moją bibliotekę. – Odwróciłam się, gdy spokojny głos Lucasa przerwał moje rozważania. Stał w drzwiach w tym swoim nieskazitelnym garniturze, ociekał mrokiem i zwodził cieniami.

– Jest niesamowita. Mogłabym się tu zatracić na wieki. – Byłam w połowie pokoju, a moja lista już była dłuższa, niż udałoby mi się przeczytać.

Na jego ustach pojawił się złośliwy uśmieszek.

– Wiesz, mógłbym ci to załatwić.

Zesztywniałam, bo nagle przypomniałam sobie, dlaczego w ogóle tu byłam i że on przez następne kilka dni miał całkowicie kontrolować moje życie.

– Po namyśle stwierdzam, że siedem dni w zupełności mi wystarczy.

Zaśmiał się pod nosem złowieszczo.

Ten dźwięk był tak seksowny, że aż zacisnęły mi się palce stóp.

– Co lubisz czytać?

– Głównie o historii i mitologii, ale uwielbiam też romanse. Historyczne, paranormalne, fantasy… Chyba można powiedzieć, że to taka moja grzeszna przyjemność. – Zamknęłam się, gdy tylko wypowiedziałam te słowa. Nie byłam pewna, dlaczego mu to wyznałam, zwłaszcza że mężczyźni zwykle szydzili z romansów.

– Nie ma sensu mieć wyrzutów sumienia w przypadku przyjemności… czy romansu. – Zdawał się rozbawiony, ale przynajmniej nie nabijał się ze mnie ani z tego gatunku. – To również moje ulubione gatunki literackie.

– Domyśliłam się tego, widząc, jaką sztukę tu gromadzisz. Imponująca. – Wskazałam na grecką amforę.

Spojrzał na nią z tajemniczym uśmiechem.

– Historia jest taka fascynująca, zgodzisz się? Zwłaszcza to, że potrafi ukazywać przeszłość całkiem inaczej, niż było naprawdę.

– A skąd miałbyś wiedzieć, co wydarzyło się w rzeczywistości?

Jego szeroki uśmiech zrobił się całkiem diaboliczny.

– Oto jest pytanie.

– Przepraszam. – Ktoś przeszkodził nam akurat w chwili, gdy zaczęłam się zatracać w mrocznym spojrzeniu Lucasa. Otrząsnęłam się i odwróciłam w stronę drzwi, w których stał kolejny nazbyt atrakcyjny mężczyzna. Miał taki sam garnitur jak Lucas, ale mimo szerokich ramion nie prezentował się w nim aż tak dobrze. Końce rudawozłotej grzywki dotykały rzęs w tym samym kolorze, a spod nich patrzyły na mnie niebieskie oczy osadzone w twarzy, która mogła należeć do każdego chłopaka z mieszkania obok. Tyle że obok nie było drugiego mieszkania, więc skąd on się tu wziął? Skąd byli ci wszyscy ludzie?

– Tak, Gadrielu? – zapytał Lucas.

– Przyniosłem jej rzeczy z motelu, tak jak prosiłeś. – Gadriel patrzył na mnie, jakby intrygowała go moja obecność. Byłam ciekawa, czy Lucas zawierał podobne umowy z kobietami regularnie, czy też byłam pierwszą, która została zabawką diabła na siedem nocy.

Lucas niedbale machnął ręką.

– Zanieś je do pokoju gościnnego.

– Oczywiście, mój panie. – Gadriel skłonił się lekko i odszedł. Czy Lucas naprawdę wymagał tak staroświeckiego posłuszeństwa od swoich ludzi?

Jego intensywne spojrzenie wróciło na mnie.

– Jeżeli rozmyślasz o naszej umowie, to zapewniam, że sprawę zniknięcia twojej przyjaciółki badają moi najlepsi poddani i wkrótce powinni mieć jakieś tropy. Spodziewam się, że jutro będziemy wiedzieć znacznie więcej.

Poczułam odrobinę nadziei oraz ulgi. Przełknęłam ślinę.

– Dziękuję.

– Zawsze dotrzymuję swojej części umowy. – Pochłonęły mnie jego szmaragdowe oczy, nie mogłam oderwać od nich wzroku. – A teraz czas na ciebie.