3 książki za 34.99 oszczędź od 50%
Za darmo

Marta

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Duma i trwoga stoczyły w niej walkę ciężką, rozdzierającą, w której pierwsza uległa drugiej. Młoda i zdrowa, niczym jeszcze niesterana i nieznużona, łaknąca pracy wszystkimi siłami i pożądaniami swej istoty, Marta przyjęła jałmużnę. Nie przyjęłaby jej może, uczucie godności osobistej nie ustąpiłoby w niej może przed obawą nędzy, gdyby była sama na świecie. Ale u szczytu wysokiej kamienicy, pomiędzy czterema nagimi ścianami dziecię jej drżało od zimna, tęsknymi oczami spoglądało w okopconą głębię pustego komina, bladością twarzyczki, zapadnięciem policzków, chorobliwą szczupłością drobnego ciałka wzywało obfitszego pożywienia…

I był to w życiu młodej kobiety dzień bardzo ważny, lubo66 ona z ważności jego nie zdawała sobie może dokładnej sprawy. Był to dzień, w którym po raz pierwszy przyjęła ona jałmużnę, a więc skosztowała tego chleba, który, gorzki dla starców i kalek, trującym jest i rozkładającym jadem dla młodych i zdrowych.

Tego wieczora w izbie na poddaszu palił się na kominie wesoły ogień, przy stole nad talerzem pełnym rosołu siedziała Jancia. Po raz pierwszy od dawna dziecię to doświadczało przyjemnego poczucia ciepła i zajadało ze smakiem starannie sporządzoną, posilną potrawę. Toteż duże czarne oczy dziewczynki przenosiły się z kolei to na ozłoconą promieniem głębię komina, to na leżącą obok talerza krajankę chleba powleczoną warstewką masła, a usta nie zamykały się ani na chwilę. Marta siedziała przed ogniem w postawie nieruchomej; profil jej rysujący się na czerwonawym tle płomienia surowy był i zamyślony. Oczy jej błyszczały suchym połyskiem, brwi zbiegły się i utworzyły pośród białego czoła głęboką bruzdę.

Przed nią, zawieszona w pustej przestrzeni, stała postać kobieca ze śmiertelną trwogą na twarzy, z rumieńcem wstydu na czole, z załamanymi rękami. Postać ta była własną jej postacią odbitą w zwierciadle jej wyobraźni.

„Tyżeś to jest – mówiła w myśli Marta do zjawiska wyłonionego z własnego jej ducha – tyżeś to jest tą samą kobietą, która tak pięknie przyrzekała sobie i dziecięciu swemu, że pracować będzie, że wytrwałością, energią drogę sobie pomiędzy ludźmi utoruje i miejsce pod słońcem zdobędzie. Cóżeś od chwili owych bohaterskich postanowień uczyniła? Jak spełniłaś obietnicę w głębinach ducha daną drogim cieniom ojca tego dziecięcia?”

Postać niewieścia zakołysała się w przestrzeni na wzór gałęzi wiotkiej, miotanej wichrami; za całą odpowiedź silniej załamała dłonie i drżącymi usty szepnęła:

– Nie potrafiłam! Nie umiem!

„O niedołężna istoto! – zawołała w myśli Marta. – Jesteśże67 godna nosić nazwę człowieka, skoro głowa twa tak bezmyślna, że nie wie dobrze, co sądzić o sobie samej, ręce tak słabe, że nie zdołają osłonić opieką jednej drobnej, biednej główki dziecięcej! Za cóż więc ludzie szanowali cię kiedyś? Możeszże68 teraz szanować samą siebie?”

Zawieszona w przestrzeni postać kobieca rozplotła dłonie i zakryła nimi twarz swą, która schyliła się nisko. Z suchych dotąd oczu Marty łzy potoczyły się gorącym strumieniem i bujnymi kroplami przeciekały przez palce, którymi sobie twarz przysłoniła.

– Ty płaczesz, mamo! – zawołała mała Jancia i zerwała się z krzesła.

Stanęła przed matką, oczami wpół zdziwionymi, wpół rozżalonymi patrzała na nią chwilę, aż nagle osunęła się na ziemię, drobnymi ramionami objęła jej kolana i pocałunkami okrywać zaczęła nogi jej i ręce. Marta odjęła dłonie od twarzy i kilka sekund siedziała jak skamieniała. Słodkie pocałunki ust dziecięcych paliły ją jak ślizgające się po ciele węże zgryzoty; gorąca miłość tej drobnej, u kolan jej klęczącej istotki rozrywała jej serce i na torturach rozciągała sumienie…

Pochyliła się, wzięła dziecię w objęcia, po kilka razy przycisnęła usta do czoła jej i policzków, potem zerwała się z siedzenia, poskoczyła ku oknu i upadając na kolana wzrok i ręce podniosła ku kawałkowi nieba, którego tło ciemne i głębokie błyszczało gwiazdami.

– Boże! – zawołała głośno prawie. – Daj mi miejsce na ziemi! Małe, biedne choćby miejsce, ale na którym pomieścić bym się mogła wraz z dzieckiem moim! Nie pozwól, abym omdlała i bezsilna po raz drugi jeszcze przyjąć musiała jałmużnę, abym nie spełniła macierzyńskiego obowiązku, utraciła spokój sumienia i szacunek dla samej siebie!

Zaiste! Prośby, które kobieta ta zanosiła do nieba, niedorzecznie, niesprawiedliwie wymagającymi były, nieprawdaż, czytelnicy? Nie żądała ona wprawdzie zasiadać na ministerialnym krześle ani imienia swego głosić po świecie stugębną sławą, ani w wyuzdanej swobodzie używać zabronionych rozkoszy, ale pragnęła żyć i jedynej istocie, którą kochała na ziemi, życie kawałkiem chleba podtrzymać, pragnęła uniknąć doli żebraczej i móc przed samą sobą wstydem nie płonąć… Jakże ambitna była, zazdrosna, pożądliwa i w pożądaniach swych rozuzdana69! nieprawdaż?

Zwyciężyła siebie znowu, zgnębiła i do milczenia zmusiła szarpiące ją wstyd, żal, trwogę; powstała z klęczek ze spokojną twarzą, rozpłakaną dziewczynkę wzięła na swe kolana i cichym, łagodnym głosem – opowiadać zaczęła ulubioną jej bajeczkę. Posiadała ona w sobie widocznie sporą sumę sił ducha i woli. Miałyżby70 siły te pozostać dla niej bez użytku, posługiwać jej tylko w walkach uczuć, a giąć się kornie i upadać bezwładnie pod wrogą mocą niedołężności głowy i rąk, uciążliwości otaczających ją żywiołów zewnętrznych?

Przez całą długą noc zimową Marta niezamykającymi się ani na chwilę oczami patrzała w ciemność zalegającą izbę, machinalnie ścigała uchem spokojny oddech śpiącego obok niej dziecka i myślała nad tym, co jej jutro czynić wypada.

Nazajutrz około południa kobieta w żałobie wchodziła do niezbyt wielkiego, lecz bardzo wytwornego magazynu, za którego oknami zwieszały się bufiaste kobiece suknie i na kształt roju motylów najrozliczniejszymi barwami migotały zgrabne kapelusiki i malutkie czepeczki. Był to magazyn, w którym niegdyś Marta zaopatrywała się zwyczajnie w przedmioty do stroju potrzebne.

Na odgłos dzwonka, który zakołysał się u drzwi, z przyległego pokoju wyszła kobieta młoda jeszcze, z piękną kibicią i bardzo przyjemną twarzą. Spojrzawszy na Martę uśmiechnęła się i ukłoniła bardzo uprzejmie. Znać poznała dawną swą klientkę i widziała ją znowu u siebie z przyjemnością.

– Jakże dawno pani u nas nie była! – z jednostajnie uprzejmym uśmiechem rzekła właścicielka sklepu; wnet jednak szybkim spojrzeniem obrzucając żałobną suknię Marty dodała. – Mój Boże! Słyszałam o nieszczęściu, które panią spotkało. Znałam przecież dobrze pana Świckiego!

Wyraz boleści przesunął się po twarzy młodej wdowy. Dźwięk nazwiska człowieka ukochanego i utraconego ostrzem sztyletu drasnął świeżą ranę jej serca. Nie wolno jej było przecież zatrzymywać się długo śród drogi i bezczynnie słuchać rozmawiających w jej wnętrzu głosów, żalów i wspomnień.

– Pani! – rzekła, podnosząc oczy na stojącą przed nią kobietę. – Dotąd przychodziłam tu zwykle, aby nabywać różne rzeczy, teraz przychodzę do pani z prośbą, abyś chciała nabyć u mnie czas mój i pracę rąk moich.

Mówiąc to poskromiła drżenie głosu i na bladych ustach swych wymogła uśmiech.

– Szczerze pragnęłabym stać się pani w czym użyteczna, ale… nie zrozumiałam dobrze znaczenia słów jej.

– Czy nie przyjmiesz mnie pani do zakładu swego na szwaczkę?

Właścicielka magazynu, usłyszawszy słowa te, nie wydawała się wcale zdziwiona ani zmieszana, nie zmieniła wyrazu twarzy pełnego uprzejmości i współczucia. Przez chwilę stała w milczeniu, namyślając się, potem wskazała ręką na drzwi przyległego pokoju i bardzo grzecznie rzekła:

– Chciej pani wejść do pracowni; będziemy tam mogły wygodniej pomówić o interesie.

Pracownia przytykająca do magazynu zawierała się w dość dużej sali, w której przy stole pod oknami umieszczonym, mnóstwem wstążek, koronek, piór, kwiatów i kawałków materii zarzuconym, siedziały trzy młode kobiety sporządzające kapelusze, stroiki na głowę i ozdoby do sukien delikatnego odrobienia wymagające. W głębi sali rozlegał się turkot dwóch maszyn do szycia, nad którymi pochylały się także dwie postacie kobiece, pośrodku zaś stał stół cały okryty tablicami kroju i wielkimi kawałami sukien, płócien, batystów, muślinów, pośród których błyszczały stalowe nożyce, w ołów oprawne kredki i ołówki. Wszystkie kobiety znajdujące się w pracowni pilnie zajęte były swymi robotami, jedna z nich tylko przy wejściu Marty podniosła głowę znad maszyny, popatrzała na wchodzącą i spotkawszy się z jej wejrzeniem oddała jej grzeczny ukłon.

 

Właścicielka magazynu wskazała Marcie krzesło, przy jednym ze stołów umieszczone, po czym zwróciła się do młodej panny, która w tej chwili właśnie przypinała bogate strusie pióro do aksamitnego kapelusza.

– Panno Bronisławo! – rzekła. – Pani ta życzy sobie pracować u nas. Zdaje mi się, że okoliczności składają się bardzo szczęśliwie. Wczoraj właśnie mówiłyśmy z panią, że jedna jeszcze para rąk byłaby nam bardzo użyteczna.

Panna w ten sposób wezwana i widocznie pomiędzy pracownicami magazynu pierwsze miejsce zajmująca powstała i zbliżyła się do stołu.

– Tak, pani – rzekła – od oddalenia się panny Leontyny jedna z maszyn pozostaje bezczynna. Panna Klara i panna Krystyna nie mogą wydołać szyciu. Mnie także nie sposób71 zająć się krojem tyle, ile trzeba, ponieważ muszę dyrygować wyrabianiem kapeluszy. Robota opóźnia się, zamówienia nie spełniają się we właściwej porze.

– Masz pani zupełną słuszność – po chwili namysłu odpowiedziała właścicielka sklepu. – Myślałam już o tym sama. A ponieważ pani Świcka przybyła tu z chęcią pracowania u nas, zdaje mi się, iż nic nie przeszkadza, abym mogła spełnić życzenie osoby, która w innej porze była na nas łaskawa.

Panna Bronisława skłoniła się grzecznie.

– Zapewne – rzekła – jeżeli tylko pani zna się na kroju…

Słowa te wymówione były tonem pytania.

W tej samej chwili jedna z maszyn umilkła, a siedząca przy niej młoda kobieta, podniósłszy głowę, z widoczną uwagą zaczęła przysłuchiwać się rozmowie.

Trzy osoby stojące przy wielkim stole pośrodku sali umieszczonym milczały chwilę. Właścicielka magazynu i jej pomocnica z wyrazem pytania patrzały na Martę; Marta wiodła wzrokiem po rozpostartych na stole tablicach kroju, od góry do dołu zakreślonych czarnymi linijami, kropkami, wężykami, które, biegnąc wzdłuż i wszerz arkusza, krzyżując się, zbiegając, rozbiegając, zakreślając najrozmaitsze figury jeometryczne, przedstawiały nieumiejętnemu oku chaos do rozwikłania niepodobny.

Powieki Marty podniosły się z wolna i ciężko.

– Nie mogę – rzekła – przyznawać się do umiejętności, której nie posiadam, byłoby to z mej strony nieuczciwością i zresztą nie przydałoby się na nic. Krój znam trochę, ale bardzo mało, o tyle, aby móc wykroić kołnierzyk, może koszulę… sukien, okryć, a nawet wytworniejszej trochę bielizny krajać nie potrafię…

Właścicielka magazynu milczała, ale po ustach panny Bronisławy przeleciał niechętny trochę uśmieszek.

– To dziwne! – rzekła zwracając się do naczelniczki zakładu. – Mnóstwo osób żąda zajmować się szyciem, a tak trudno znaleźć kogoś, kto by był biegły w krajaniu. Jest to przecież podstawa całej roboty.

Tu biegła i niewątpliwie wysoko opłacana szwaczka zwróciła się do Marty.

– Co zaś do samego szycia? – wymówiła pytającym znowu tonem.

– Szyć umiem nieźle – odrzekła Marta.

– Na maszynie, zapewne.

– Nie, pani, na maszynie nie szyłam nigdy.

Panna Bronisława zesztywniała, założyła ręce na piersi i stała w milczeniu. Właścicielka magazynu wyglądała też w tej chwili sztywniej i chłodniej trochę niż wprzódy.

– Prawdziwie… – zaczęła po chwili, jąkając się i z trochą zmieszania – jestem prawdziwie bardzo zmartwiona… potrzebowałam głównie osoby zdatnej do kroju… zresztą i do szycia, ale na maszynie… u nas nie szyje się inaczej jak na maszynie.

I znowu pomiędzy kobietami stojącymi przy stole panowała chwila milczenia. Usta Marty drżały trochę, na twarzy jej gorące rumieńce mieniły się z bladością.

– Pani – wymówiła, podnosząc oczy na właścicielkę magazynu – czy nie mogłabym nauczyć się… pracowałabym tymczasem darmo… byleby móc nauczyć się…

– To niepodobna72! – ostrym trochę tonem zawołała panna Bronisława.

– To trudno – przerwała właścicielka magazynu i grzeczniejsza od swej domownicy, mówiła dalej. – Sporządzamy różne ubiory, po większej części na zamówienia, z materiałów kosztownych, do nauki i wprawiania się służyć niemogących… roboty wykonywać musimy śpiesznie, bo i tak z przyczyny niedostatku doskonale ukształconych pracownic czujemy trochę brak dostatecznej ilości rąk i opóźniamy się… co przynosi nam straty i nieprzyjemności. Dlatego możemy przyjmować takie tylko pracownice, które są dostatecznie już przygotowanymi… Bardzo żałuję, niech pani wierzy, iż bardzo żałuję, nie mogąc spełnić jej żądania…

Wtedy dopiero, gdy właścicielka magazynu kończyła te słowa, maszyna, która umilkła była przy rozpoczęciu się rozmowy, zaturkotała znowu. Schylona nad nią kobieta łzę miała w oku.

Marta po wyjściu z magazynu skierowała się nie ku mieszkaniu swemu, ale w inną zupełnie stronę. Z wyrazu twarzy jej poznać by można, że szła bez celu, ręce jej zasunięte były w rękawy okrycia i ściśle z sobą zwarte. Marta doświadczała wciąż bezwiednego, lecz gwałtownego pragnienia podniesienia w górę splecionych dłoni i ściśnięcia nimi głowy, która płonęła i ciężyła jej niewymownie. W głowie tej była zrazu jedna tylko myśl powtarzająca się z uporczywą nieustannością i nadzwyczajną szybkością: „Nie umiem!”. Myśl ta rozstrzeliwała się na tysiące błyskawic, na tysiące sztyletów, które przeszywały mózg, kłuły w skronie i ostrzami spuszczały się aż na dno piersi. Po kilku minutach Marta pomyślała: „Zawsze i wszędzie to samo…”.

Przez chwilę nie myślała znowu o niczym, a raczej bezwiednie już, ale nieustannie powtarzała w myśli: „Nie umiem!”.

Nagle wróciła do przedchwilowego twierdzenia i dodała doń pytanie: „Co to jest, co idzie za mną zawsze i wszędzie, wypycha mię zewsząd?…”.

Potarła dłonią czoło i sobie samej odpowiedziała:

„Wszędzie i zawsze idę ja sama ze sobą i sama siebie wypycham zewsząd…”.

Zdobyła się na wysilenie wielkie, aby móc myśleć, i sięgnęła w przeszłość, poczynając od owej chwili, w której w salonie informacyjnego biura siadała do fortepianu, aby niefortunnie zagrać niefortunną Prière d'une Vierge, aż do ostatniej, w której stojąc w pracowni bogatego magazynu na zadawane jej pytania odpowiadać musiała: „Nie potrafię!…”.

„Zawsze to samo! – powtórzyła w myśli – wszystkiego po trochu, nic gruntownie i do dna… wszystko dla ozdoby lub drobnych wygódek życia, nic dla jego użytku…”.

Kilkanaście słów tych wymożonych na umyśle oplątanym, jak siecią, jednym słowem: „Nie umiem!” zmęczyły ją. Dnia tego wychodząc z domu była tak stroskana, tak zajęta, rozgorączkowana niemal nowym powziętym planem, że nie pomyślała o przyjęciu posiłku. Patrząc na Jancię wypijającą zwykłą swą poranną szklankę mleka czuła nawet pewien wstręt do jedzenia. Targana wciąż i raniona w niej strona moralna oddziaływała na fizyczną. Nogi chwiały się pod nią, serce uderzało z mocą i szybkością niezwyczajną, chociaż szła z wolna. Teraz tylko po głowie jej szamotało się nowe pytanie, zawarte zrazu w krótkiej formule: „Dlaczego?”. Po chwili do wyrazu tego przyrastać poczęły inne wyrazy, bezładne zrazu, potem szykujące się w pewien logiczny wątek myśli. „Dlaczego… tak jest? – pytała samą siebie młoda kobieta. – Dlaczego ludzie wymagają ode mnie tego, czego nikt mi nie dał? Dlaczego nikt mi nie dał tego, czego dziś ludzie wymagają ode mnie?”

W tej chwili Marta drgnęła. Uczuła, że ktoś dotknął z lekka jej ramienia.

– Czy pani pozwoli, abym przypomniała się jej znajomości? – zadźwięczał za nią łagodny, nieśmiały nawet trochę głos kobiecy.

Marta odwróciła się i zobaczyła tę samą kobietę, która przy wejściu jej do pracowni magazynu podniosła głowę znad maszyny i oddała jej grzeczny ukłon, a potem szyć przestała i z uwagą przysłuchiwała się rozmowie o losie jej stanowiącej. Była to osoba nieładna i wcale niepokaźna, dość zgrabna jednak, jak każda prawie warszawianka, bardzo porządnie ubrana, z wyrazem rozsądku i dobroci na ospą oszpeconej twarzy.

– Pani nie poznaje mię może – postępując obok Marty mówiła panna. – Jestem Klara, pracuję w magazynie pani N. od pięciu lat blisko, szyłam kiedyś suknie dla pani i odnosiłam je pani na Graniczną ulicę.

Marta patrzała na postępującą obok niej kobietę omglonymi oczyma.

– W istocie, przypominam sobie – wymówiła po chwili z trudnością.

– Przepraszam panią, że jestem tak śmiała i zaczepiam panią na ulicy – ciągnęła dalej Klara – ale pani byłaś dla mnie kiedyś tak dobra i grzeczna… Miałaś taką śliczną, malutką córeczkę… Czy córeczka pani…

Zawahała się z dokończeniem pytania, ale Marta myśl jej odgadła.

– Dziecko moje – rzekła – żyje…

Ostatni ten wyraz wyrwał się z ust jej mimo woli zapewne, bo szybko i niewyraźnie, zadźwięczała w nim jednak gorycz taka, jakiej dotąd w głosie jej nie było nigdy. Klara milczała chwilę, jakby namyślając się, potem rzekła:

– Słyszałam o śmierci pana Świckiego i zaraz pomyślałam, jak też to pani da sobie radę na świecie… a jeszcze z dzieckiem. Ucieszyłam się bardzo, zobaczywszy panią przychodzącą do naszego magazynu i myślałam, że pani pracować z nami będzie. To byłoby bardzo dobrze, bo pani N. jest dobra i płaci nieźle… panna Bronisława tylko trochę kapryśna i czasem fąfry stroi, ale kiedy człowiek biedny, to musi przecież znieść czasem cokolwiek… byle robota była. Toteż było mi przykro, bardzo przykro, jak posłyszałam, że pani N. odmawia pani roboty… Przypomniałam sobie zaraz moją biedną Emilkę…

Ostatnie słowa szwaczka wymówiła ciszej i jakby do siebie, ale Marta uderzona nimi była więcej niż wszystkimi poprzedzającymi.

– Któż to taki ta biedna Emilka, panno Klaro? – zapytała młoda wdowa.

– To moja siostra cioteczna, o parę lat ode mnie młodsza. Moja matka i jej matka były rodzonymi siostrami, ale jak często bywa, niejednostajne miały dole. Jej matka wyszła za urzędnika, moja za rzemieślnika. Kiedy dorastałyśmy obie, Emilka była panienką, a ja prostą dziewczyną. Do tego jeszcze ona była ładna, a mnie ospa do reszty już zeszpeciła, kiedym jeszcze miała lat dwanaście. Toteż ciotka, bywało, mówiła zawsze: „Emilce dam edukację, a potem za mąż ją wydam dobrze”. Trzymała do niej guwernantkę na początki, potem na jakąś małą pensyjkę posyłała. Moja matka martwiła się naprzód okropnie, że mię ospa tak zeszpeciła, ale ojciec nie bardzo martwił się. „To i cóż? – mówił – brzydka będzie, za mąż nie pójdzie, wielka bieda! Albo to jeden mężczyzna nie żeni się, a dlatego żyje na świecie i nie bardzo mu źle!” Moja matka odpowiadała: „Mężczyzna to co innego! Broń Boże czego na nas, to Klara nie wyszedłszy za mąż z głodu umrze!” Ale ojciec, zamiast martwić się tak jak matka, śmiał się, a czasem i gniewał się. „Oj, wy baby, baby! – mówił. – U was tak, jak tylko za mąż nie pójdzie, to i z głodu umrze! Albo to dziewczyna rąk nie ma, czy co?” A trzeba wiedzieć, że sam był cieślą i lubił chwalić się swoją siłą. Bywało mówił: „Ręce, panie, to grunt! Głowę Pan Bóg jednemu daje, drugiemu nie daje, ręce każdy ma!” Miałam tedy lat trzynaście, kiedy rodzice zaczęli posyłać mię na naukę do szwalni; naturalnie, że płacili za mnie i dużo płacili, ale też chwała Bogu nauczyłam się wszystkiego, czego trzeba…

– I długo pani uczyłaś się? – zapytała Marta, która z coraz większym zajęciem słuchała prostego opowiadania szwaczki.

– O! Uczyłam się dobre trzy lata! – odpowiedziała panna Klara. – A i potem jeszcze od razu zarabiać nie mogłam, tylko cały rok pracowałam darmo w magazynie, aby tylko wprawić się w krajanie, w szycie na maszynie i nabrać gustu. Teraz za to umiem już tyle, że mogłabym sama założyć szwalnię albo magazyn, gdybym miała pieniądze, bo na to trzeba mieć choć trochę pieniędzy… Ale trzy lata temu ojciec nas odumarł, oprócz mnie zostało przy matce dwóch młodszych braci, z których jeden terminuje u stolarza, a drugi do szkół chodzi… za naukę obydwóch trzeba płacić, a i matce, niemłodej już kobiecie, jaką taką dać wygodę…

 

– I pani sama pracujesz na to wszystko?

– Prawie sama, bo po ojcu został się nam tylko mały domek na Solnej, w którym mieszkamy… no, to już za mieszkanie płacić nie potrzebujemy… Zresztą, pani N. płaci mi dobrze i jakoś tym, co od niej biorę, łatamy się jako tako, żeby i wyżyć, i braci w świecie pokierować.

– Mój Boże! – zawołała Marta – jakaś pani szczęśliwa!

– Tak – odrzekła Klara. – Po prawdzie, nie bardzo to wesołe życie siedzieć tak po całych dniach przy robocie i tylko w niedzielę albo święto na świat boży wychodzić, ale kiedy pomyślę sobie, że robota moja daje sposób do życia matce i jaką taką przyszłość zapewnia braciom, czuję się bardzo szczęśliwa i wielką mam litość nad tymi, którzy, jak bywało ojciec mój mówił, ani głowy, ani rąk nie mają. Com się ja namartwiła nad tą Emilką, com ja nie napłakała się z jej przyczyny…

– Czy nie wyszła za mąż? – zapytała Marta.

– Ot, tak jakoś się stało, że choć miała edukację i była ładna, nie wyszła. Ojciec jej stracił posadę i ze zgryzoty zaniemógł; do tego czasu jeszcze leży w łóżku biedaczysko, ni to żywy, ni to umarły. Matka także chorowita i, prawdę mówiąc, kapryśna kobieta, zgryźliwa; oprócz Emilki ma jeszcze w domu młodszą córkę i syna, z którymi nie wie, co ma zrobić, bo za naukę wszędzie płacić trzeba, a tu w domu bieda, głód, nie tylko co… Emilkę ciotka zaczęła od razu pędzić do pracy, jak tylko zubożeli, ale oprócz tego, że dziewczynie rozbałamuconej balami i strojami nie chciało się wziąć do pracy, pokazało się, że ta wielka edukacja, którą jej ciotka dawała, nie dała jej ani głowy, ani rąk. Chciała być nauczycielką, ale gdzie tam! Brząkać, brząka na fortepianie i po francusku podobno nieźle mówi, ale jak przyszło do uczenia, ani w ząb… nikt jej nie chciał… dostała była dwie lekcje po 40 groszy za godzinę, a i te prędko jakoś straciła… Zresztą, nic dobrze nie umie… Gdzie tylko udała się, prosząc o robotę, odprawiali ją z kwitkiem. A tu matka w domu gryzie za próżniactwo, chory ojciec w łóżku stęka, brat bąki zbija po ulicach i tylko patrzeć, jak złodziej z niego będzie, siostra z nudów i ze złości kłóci się z całą familią, jeść czego nie ma ani w piecu czym zapalić… Emilka ma dobre serce, toteż martwiła się okrutnie, wymizerniała, myśleliśmy, że, już suchot dostanie, aż dwa miesiące temu dopiero znalazł się zarobek…

– Znalazł się jednak! – zawołała Marta i odetchnęła głęboko, jakby z piersi jej zsunął się tłoczący jakiś ciężar.

Gdy słuchała historii biednej, nieznanej dziewczyny, zdawało się jej, że ktoś opowiada dzieje kilku ostatnich przez nią samą przeżytych miesięcy. Podobieństwo smutnej doli tej do własnego jej losu budziło w niej palące współczucie i ciekawość. Klara przecież milczała chwilę. Po namyśle dopiero i lekkim jakby wahaniu się nieśmiałym trochę głosem zaczęła mówić:

– Kiedy pani wyszła z naszego magazynu, starałam się ją dopędzić na ulicy… Na szczęście jest to pora, w której co dzień idę do domu na dwie godziny, aby obiad zjeść i matce w uporządkowaniu kuchni dopomóc, potem wracam znowu na pięć godzin do magazynu… Otóż wybiegłam za panią, aby pani powiedzieć, że jeżeli… jeżelibyś pani wypadkiem… w takim samym znajdowała się położeniu, w jakim dwa miesiące temu była moja biedna Emilka, to może… może byś pani zgodziła się pracować tam, gdzie ona teraz pracuje…

Nieśmiałość, z jaką słowa te wymówionymi były, uprzedzała już z góry, że zawierająca się w nich propozycja nie była arcyświetna. Ale Marta szybko i jakby z długiego snu zbudzona pochwyciła rękę szwaczki.

– Panno Klaro – zawołała – mów pani, mów prędzej, na wszystko zgodzę się, na wszystko w świecie! Jestem przywiedziona do ostateczności.

Głos jej, gdy mówiła, stłumiony był i drżący, dłoń z konwulsyjną niemal siłą ściskała rękę szwaczki.

– Ach, mój Boże! – zawołała z kolei panna Klara. – Jakże to szczęśliwie, że mi ta myśl przyszła do głowy, skoro pani w takim przykrym zostajesz położeniu, a jeszcze z dzieckiem… z tym ślicznym aniołkiem, z którym pani pozwalałaś mi czasem bawić się, kiedy odnosiłam suknie jej na Graniczną ulicę. Chociaż znowu doprawdy… niezazdrosny to los tych kobiet, które u Szwejcowej pracują…

– Któż to jest ta Szwejcowa? Gdzie mieszka? Czym zajmuje się? – pytała Marta z gorączkową ciekawością i niepokojem.

– Szwejcowa, pani, ma przy ulicy Freta zakład szycia, w którym sporządzają najrozmaitszą bieliznę. Ale to dziwny zakład, doprawdy, obszerny i bardzo nawet zamożny, pracuje w nim około dwudziestu kobiet, a ani jednej nie ma maszyny. Od sześciu z górą lat we wszystkich szwalniach i magazynach nie szyją inaczej jak na maszynach, ale Szwejcowa nie kupiła ani jednej, krojem zajmuje się sama z córką, a do szycia przyjmuje takie tylko robotnice, które na maszynie szyć nie umieją, a roboty na gwałt potrzebują… toteż płaci im, płaci… aż wstyd i żal o tej zapłacie mówić…

– Wszystko to nie zmienia postanowienia mego, panno Klaro – przerwała żywo Marta. – Ja także, tak jak cioteczna siostra twoja, nic dobrze nie umiem i muszę iść tam, gdzie wymagają najmniej.

– I dają najmniej – ze smutkiem dokończyła Klara. – Zapewne – mówiła dalej – lepiej przecież mieć coś jak nic. Skoro więc pani życzysz sobie tego, mogę panią zaprowadzić do Szwejcowej.

– Daj mi pani tylko dokładny adres, pójdę sama. Wszak nie masz wiele czasu do stracenia.

– Nie, pójdę z panią; spóźnię się tylko na obiad, ale to nic nie szkodzi; matka moja nie będzie niespokojna o mnie, bo zdarza się czasem, że zatrzymują mię w magazynie dłużej niż zwykle, gdy pilna jest robota. Zresztą i Emilki dawno już nie widziałam; pójdziemy razem.

Marta nowym uściskiem ręki podziękowała poczciwej szwaczce i obie kobiety poszły drogą prowadzącą ku ulicy Freta. Po drodze Klara mówiła do Marty:

– Szwejcowa jest kobietą niemłodą i różnie ludzie o przeszłości jej opowiadają. Założyła szwalnię lat temu już ze dwadzieścia, ale nieszczególnie jej szło, dopóki maszyn do szycia nie było. Odkąd zaczęto szyć na maszynach, Szwejcowa wzbogaciła się. Może to komu wydać się dziwnym, a jednak tak jest. Słyszałam, jak pani N. rozmawiając z panną Bronisławą mówiła, że Szwejcowa eksploatuje biedne robotnice, które mało umieją i z wielkiej biedy muszą pracować za byle co. Nie rozumiem dobrze, co ten wyraz znaczy, ale zdaje mi się, że jeżeli Szwejcowa krzywdzi biedne kobiety, nie tylko jej w tym wina, ale jeszcze i kogoś innego…

Tu szwaczka umilkła i zamyśliła się. Nie umiała widocznie zdać sobie dokładnej sprawy z jakiejś myśli, która świtała w jej głowie.

– Nie wiem już doprawdy, czyja to wina, ale proszę pani, dlaczegóż są na świecie kobiety takie, które można krzywdzić? Co ja mówię! Które chodzą i proszą jeszcze, aby je krzywdzono, byleby tylko dano im także kawałek czarnego chleba?

Marta przyśpieszała wciąż kroku; szła tak prędko, że Klara zaledwie podążać za nią mogła. Niebawem też znalazły się na ulicy Freta.

– Tu, pani – rzekła Klara, wchodząc w niską, wilgotną bramę jednej z kamienic.

Z bramy weszły na dziedziniec wąski, długi, ciemny, z czterech stron otoczony wysokimi, starymi i wilgotnymi murami, z podługowatym kawałkiem chmurnego nieba w górze. Pochmurno musiało być tam zawsze i duszno, bo nad wysokimi murami znajdowała się znaczna ilość kominów, z których wychodzący dym party ku dołowi wilgotnym powietrzem kłębił się w ciasnym zamknięciu i grube szare opony rozpościerał w różnych stronach dziedzińca.

W najdalszej głębi dziedzińca, naprzeciw bramy, nad drzwiami nadpróchniałymi nieco i kilku wschodkami nad poziom wyniesionymi wisiała wąska i długa tablica, na której brudnoszafirowym tle wielkie żółte litery składały następujący napis:

ZAKŁAD SZYCIA BIELIZNY MĘSKIEJ I DAMSKIEJ B. SZWEJCOWEJ

Klara prowadząc za sobą Martę weszła do wielkiej sieni, w której śród głębokiego zmroku widać było wschody prowadzące na wyższe piętra domu, i otworzyła jedne z drzwi znajdujących się po obu stronach sieni. Gęsta fala stęchłego, wilgotnego powietrza uderzyła twarze obydwóch wchodzących kobiet. Weszły jednak i znalazły się w izbie obszernej, więcej długiej niż szerokiej, oświetlonej trzema oknami na dziedziniec wychodzącymi i do połowy białą muślinową firanką przysłonionymi, z głębią zatapiającą się w zupełnym prawie zmroku. Sufit był tam niski, belkowany i okurzony, podłoga z prostych niepomalowanych desek, ściany tynkowane, spopielaciałe już nieco od pyłu, w kątach zaś i powyżej podłogi wielkimi czarnymi i błękitnymi plamami wilgoci okryte.

Spośród szarego tła smutnej tej izby mętnymi barwami, lecz z wyraźnymi kształty73 występowały mnogie postacie kobiece, to grupami wkoło okien i stołów umieszczone, to pojedynczo siedzące w pobliżu ogromnych szaf, zza których szyb widać było stosy płócien uszytych lub do szycia przygotowanych. Pośrodku stał wielki, na czarno pomalowany stół, a nad nim pochylały się dwie kobiety z nożycami w jednym ręku, z arkuszem szpilkami nasadzonym w drugim.

Znalazłszy się o parę kroków od progu Klara skinęła głową kilku robotnicom, które na nią wzrok podniosły, potem zwróciła się do stojącego pośrodku izby stołu.

– Dzień dobry, pani Szwejc – rzekła.

Jedna ze stojących przy stole kobiet zwróciła się twarzą ku przybyłej i uśmiechnęła się bardzo uprzejmie.

– A, to pani, panno Klaro! Przychodzisz zapewne, aby odwiedzić swoją siostrę. Panno Emilio! Panno Emilio!

Na dźwięk dwukrotnie powtórzonego imienia jedna z kobiet samotnie i w cieniu siedzących podniosła głowę. Była znać tak zajęta robotą swą lub tak pogrążona w myślach, że nic wcale nie widziała, co się wkoło niej działo. Teraz spojrzała przed siebie mętnymi oczami i zobaczyła Klarę. Nie zerwała się jednak z siedzenia i nie poskoczyła ku siostrze. Powstała z wolna, położyła robotę swą na stołku i z wolna postąpiła kilka kroków.

– A! To ty, Klaro! – rzekła, przy czym wysunęła ku przybyłej rękę białą, bardzo chudą, z palcami igłą nakłutymi.

Teraz całą postacią wysunęła się na światło przez okna płynące, a Marta orzuciwszy ją spojrzeniem poznała w niej ową młodą dziewczynę, którą spotkała na wschodach informacyjnego biura wtedy, gdy przybywała tam po raz pierwszy. Emilia tę samą nawet co wtedy miała na sobie suknię, tylko że przez trzy upłynione miesiące suknia wyszarzała się bardziej, świeciła tu i ówdzie naprawkami i łataniami, a twarz młodej dziewczyny pobladła i schudła. Odzież i powierzchowność jej objawiały zarazem, że życie przedwcześnie zaczęło i szybko odbywało na niej złowrogi proces niszczenia.

66lubo (daw.) – choć, chociaż. [przypis edytorski]
67jesteśże – konstrukcja z partykułą -że; znaczenie: czy jesteś. [przypis edytorski]
68możeszże – konstrukcja z partykułą -że; znaczenie: czy możesz. [przypis edytorski]
69rozuzdany – dziś: wyuzdany a. rozpasany. [przypis edytorski]
70miałyżby – konstrukcja z partykułą -że, skróconą do -ż; znaczenie: czy miałyby. [przypis edytorski]
71nie sposób – nie można, nie ma sposobu, nie ma jak. [przypis edytorski]
72niepodobna – nie można; niemożliwe jest. [przypis edytorski]
73z wyraźnymi kształty – dziś popr. N.lm: (…) kształtami. [przypis edytorski]