Za darmo

Julianka

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Raz jednak…

Było to w pogodny, lecz zimny, dzień jesienny. Do sklepiku weszła kobieta średniego wzrostu, szczupła i zgrabna, w sukienném nie świeżém okryciu i starym kapelusiku, przyozdobionym w kwiat blady i zgnieciony. Miała ona wielkie, błękitne oczy, drobne usta i postarzałe czoło, nad którém młodo wiły się bardzo jasne włosy. Ujrzawszy ją wchodzącą, Złotka, zawołała uprzejmie:

– A! nowa lokatorka nasza! Daj Boże szczęśliwie! daj Boże szczęśliwie w nowém mieszkaniu przeżyć!

– Dziękuję, moja kupcowo – odpowiedziała kobieta, i wnet potém poprosiła o parę funtów cukru, trochę herbaty i niewielką ilość nafty, do zapalania lampy.

Żydówka, ważąc i mierząc żądane przedmioty, według zwyczaju swego, rozpoczęła z przybyłą gawędkę.

– Panna na długo do nas? – zapytała.

– Dopóki Bóg pozwoli, chciała-bym tu mieszkać jak najdłużéj…

– A dostała już panna lekcye?

– Dostałam parę. Jednak, moja kupcowo… gdy-byś się wypadkiem dowiedziała o kim, ktoby potrzebował…

– Wiem, wiem… na co mnie panna dwa razy powtarza… już ja nie zapomnę… A meble te, co ja do najęcia nastręczyłam, czy podobały się pannie?

– Dobre, bardzo dobre, mnie lepszych nie potrzeba…

– Nu, ale co ja pannie powiem! Meble najmować, to zły interes… dobrze-by było zapłacić za nie odrazu i kupić.

– Zapewne, moja kupcowo, ja to dobrze rozumiem, ale zkąd-że wezmę… późniéj kiedy może będę mogła…

– Daj Boże! ja pannie dobrze życzę, tylko nie spodziewam się, żeby tak zaraz dużo lekcyi było… U nas w mieście, strach co guwernantek jest…

Szczupła kobieta ze zwiędłém czołem i jasnemi włosy, głos miała cichy i mile wpadający w ucho. Rozmawiając z żydówką, oglądała się wciąż i przelotne spójrzenia rzucała na siedzącą u progu Juliankę. Przytém oczy jéj mglić się zaczęły szczególném zmieszaniem.

– Czyje to dziecko? – zapytała ciszéj jeszcze, niż zwykle.

Złotka powtórzyła zwykłą swą odpowiedź:

– Wszystkich.

– Wszystkich?

– Nu, niczyje.

Cipa, lejąca naftę w małe blaszane naczynie, wmieszała się do rozmowy:

– To podrzutek jest! znajda!

– Podrzutek! – zawołała, krzyknęła prawie, kobieta, i rumieniec oblał bladą twarz jéj, aż po lniane włosy. Powściągnęła się jednak i dość obojętnie zapytała:

– Dawnoż znaleziono dziecię to? nie pamięta kupcowa?

– Czemu ja mam nie pamiętać?… Jego znaleźli akuratnie w tym samym roku i miesiącu, kiedy ja wnuczkę moję za mąż wydałam… nu, a ona już siedm lat za mężem jest… to dziecko siedm lat temu znaleźli… jesienną porą… z samego ranka…

Kobieta brała z rąk Cipy naczynie z naftą. Ręka jéj trochę drżała.

– Któż to taki je znalazł? – zapytała.

– Ot, żebraczka jedna. Ona już nie żyje… tu na tym dziedzińcu mieszkała i tu umarła…

– A jak dziecku temu na imię?

– Julianka.

– Czemuż dali mu imię to, a nie inne?

– Nu, ta żebraczka, co ją znalazła i na dziedziniec przyniosła, nazywała się Julianna. Ona ją do kościoła nosiła, żeby ją ochrzcili, i prosiła, żeby jéj takie samo imię dać…

Kobieta trzymała już w rękach wszystko, czego żądała: herbatę, cukier i naftę. Nie odchodziła jednak, lecz dość obojętnie zapytała jeszcze:

– A któż nią opiekuje się?

– A kto-by tu nią opiekował się? tu wszyscy ludzie niebogaci i swoje dzieci mają… Ot tak żyje sobie…

Kobieta patrzała nieruchomo na różnobarwne paczki cygar i papierosów, ułożone pod przeciwległą ścianą, potém ukłoniła się Złotce i odeszła. Przestępując próg, nie spójrzała na Juliankę, która téż zwróciła na nią żadnéj uwagi, bo i przywykła do słyszenia podobnych o sobie rozmów, i zajętą była bardzo okrywaniem dziurawą spodniczką stóp swych, zsiniałych od chłodu.

W godzinę potém, Julianka, wchodząc na dziedziniec, zobaczyła gromadkę dzieci, stojącą naprzeciw starego gmachu i przypatrującą się czemuś z podniesionemi głowami i pootwieranemi usty. Stanęła z daleka za dziećmi, podniosła téż głowę i patrzéć zaczęła. Wkrótce téż i jéj usta otworzyły się, a oczy aż zaśmiały się od zachwycenia wielkiego. Zobaczyła, że na wysokiém piętrze gmachu, wyżéj jeszcze od miejsca, w którém znajdował się magiel, w pusty wprzódy otwór wprawiono okno. Okno to, o drewnianych, niepobielonych i niepomalowanych ramach, otwarte było teraz, a w niém powiewała biała roleta, w zęby wycięta, i wisiała klatka z kanarkiem. Roleta ta, a więcéj daleko żółty ptaszek, którego śpiew aż na dziedziniec dolatywał, obudzały zajęcie małéj gromadki.

Julianka patrzała tak długo, że inne dzieci rozbiegły się, a ona stała jeszcze. Wtedy w oknie otwartém ukazała się ta sama kobieta, która przed godziną była w sklepiku. Wychyliła się nieco i ręką uczyniła ku Juliance giest przyzywający. Dziecko nie zrozumiało z razu, że giest ten zwrócony jest ku niemu, ale kobieta skinęła ręką energiczniéj, z pewną nawet nierpliwością, przytém widać było, że patrzała na nie wytężonym wzrokiem. Julianka zerwała się z miejsca i pobiegła z uciechą wielką, bo zostać przywołaną przez kogoś, było to w życiu jéj rzadkiém i wielce szczęśliwém wydarzeniem.

Stary gmach znała najdokładniéj, idąc więc po próchniejących schodach, minęła salę z maglem i dosięgła piętra domu, całkiem niezamieszkałego, gdzie, przeszedłszy kilka pustych pokoi, bez okien ni drzwi, stanęła przed nadpróchniałemi i nieszczelnie zamykającemi się drzwiami, które téż nieśmiało i zwolna otworzyła.

Przy samych drzwiach stała szczupła, blada kobieta, bez okrycia już i kapelusza, w wązkiéj, czarnéj sukience, i z grubą, lnianą kosą dokoła małéj głowy. Nie była téż bladą w téj chwili, bo ognisty rumieniec twarz jéj okrywał. Zaledwie dziecko stanęło w progu, pochyliła się, porwała je w ramiona i uniosła w głąb’ pokoju. Nie wydawała się dość silną, aby módz dźwigać w ten sposób siedmioletnie, choć drobne, dziecię, owszem, wyglądała na słabą, bardzo nawet słabą istotę, ale w téj chwili przybyło snadź ramionom jéj siły i sprężystości. Niosąc dziecko, biegła, usiadła wraz z niém na staréj, obdartéj kanapce, i wnet potém Julianka uczuła na twarzy swéj palące ciepło pocałunków i wilgoć łez, spływających na nią strumieniem. Lniany warkocz kobiety osunął się z jéj głowy, a włosy jéj tak opłynęły twarz dziecka, że nic widziéć ono nie mogło, prócz oczu całującéj ją kobiety, wielkich i błękitnych, w łzach tonących a rozpalonych.

Julianka nie rozumiała nic. Zdumiona, ogłuszona, duszona w namiętnych uściskach, nie była jednak rozrzewnioną. Piérwszy to raz w jéj życiu całowano ją i płakano nad nią. To téż, gdy po długiéj chwili kobieta przestała całować i płakać, a odsunąwszy ją nieco od siebie, poczęła jéj przypatrywać się; na twarzy dziewczynki nie było innego wyrazu, prócz głębokiego zdziwienia.

– Pocałuj-że mię! – szepnęły drobne, blade, drżące usta kobiety. Julianka pocałowała ją w rękę.

– Jakaś ty chuda, – szepnęła kobieta, dotykając nóg jéj, rąk i piersi, – jakaś ty chuda i mała na wiek swój!… Czy cię co boli kiedy?

– Boli, – odpowiedziało dziecko.

– Co cię boli?

Julianka pokazała zziębłe stopy swe, a potém odwinęła luźny rękaw kaftana i pokazała ramię, okryte znakami oparzenia, szczypania i stłuczenia.

– Jak byłam mała, – mówiła, – spadła na mnie duszka od żelazka, ot tu… potém Antek szczypał mię bardzo, ot tu… i tam w sieni, jak spałam, cegła upadła ot tu… wczoraj… nie, – poprawiła się, – nie wczoraj, ale jutro…

Nie mogła dotąd rozróżnić wyrazów: wczoraj i jutro. Słuchając ją, kobieta dotknęła dłonią czoła swego, potém piersi, potém znowu czoła.

– Jadłaś dziś? – zapytała.

– Jadłam.

– Cóżeś jadła?

– Obwarzanek od Złotki.

– A chcesz jeszcze jeść?

– Chcę, – z nagle zrodzoną energią zawołała Julianka.

W skutek wprawy, uczucie głodu stanowiło w całéj istocie jéj fizycznéj i moralnéj stronę najsilniéj rozwiniętą.

Kobieta wyjęła z nizkiéj szafki żywność jakąś, podała ją dziecku, i usiadłszy przy niém, zaczęła wpatrywać się w nie znowu, Julianka jadła, spoglądała na sprzęty skromne, lecz czyste, na kanarka, który śpiewał wciąż w klatce, na białą roletę, fruwającą z wiatrem, i roszczebiotała się na dobre. Zagadnięta parę razy o przeszłość swą, opowiadała, jak, małą będąc, (teraz już uważała się snadź za osobę dużą) mieszkała u praczki, i jak ją pan Jakób, kucharz, w nocy za drzwi wyrzucił, i co potém stało się; o staréj pani, bardzo dobréj, która niewiadomo gdzie podziała się, gdy jéj oczy uciekły; o chorym panu, ciągle grającym; tokarzu, tokarzowéj, Ance i Antku, najbardziéj o Antku, takim niegodziwym chłopcu. Przy wspomnieniu o chłopcu, zacisnęła piąstki i błysnęła oczyma, wnet jednak z zamyśleniem dodała:

– Ale ja jemu odpuściłam… tak mi Boże dopomóż, odpuściłam i nie wytłukłam go, kiedy leżał tam pijany pod bramą… Stara pani prosiła: odpuść! i odpuściłam…

Przy ostatnich wyrazach dziewczynki, kobieta wzięła ją w ramiona swe i, topiąc usta w gęstwinie jéj włosów, szepnęła…

– Żebyś ty kiedyś innym tak odpuścić mogła… o! żebyś mogła!…

Wstała potém i przeszła się parę razy po małym pokoju. Gdy usiadła znowu, wydawała się zupełnie spokojną. Widać było, że długa i ciężka wprawa nauczyła ją powściągać, ukrywać wrażenia doznawane, i że w téj chwili uczuła potrzebę powściągnięcia ich i ukrycia. Przyciągnęła ku sobie dziecko i, postawiwszy je przed sobą, poważnie zaczęła:

– Moja Julianko! ja dopóki, tylko ztąd się nie wyniosę, opiekować się tobą będę… cóż? czy rada jesteś z tego?

Dziecko, milcząc, obojętnie pocałowało ją znowu w rękę. Była to oznaka wdzięczności pewnéj, ale radości ani czułości nie znać w niéj było. Nie dowierzała i dziwiła się.

Kobieta mówiła daléj:

– Trzeba jednak, trzeba koniecznie, ażebyć nigdy nikomu nie mówiła ani słowa o tém, o czém rozmawiać z sobą będziemy, i jaką ja będę dla ciebie… rozumiész, Julianko?

Dziewczynka twierdząco skinęła głową.

– Nie mów téż nikomu o tém, że ja cię całowałam i pieściłam, pamiętaj nie mów! i jeżeli czasem ja wymówię coś takiego… coś takiego… no! cokolwiek-bym kiedy przy tobie mówiła do ciebie, albo do siebie saméj, albo przez sen… ty nikomu tego nie powtarzaj… rozumiész mię, moje dziecko? nikomu ani słowa! Nie mów téż przed nikim, że ja cię czasem mojém dzieckiem nazywam….

 

Tu umilkła na chwilę. Można-by myśléć, że głosu jéj zabrakło. Spokojną jednak wydawała się wciąż, i nawet trochę surową.

– Pamiętaj, ażebyś mię słuchała, bo jeśli nie posłuchasz, zgubisz… zrobisz mi wiele złego, a i sobie także. Cóż? będziesz mię słuchała?

– Będę, pani, – odparło dziecię, które słuchało ją ze zdziwieniem, lecz i z uwagą.

– Słuchaj mię! ja ci za to sukienkę nową i ciepłą uszyję, trzewiczki kupię, obiad co dzień dam i pięknych różnych rzeczy uczyć cię będę… A pacierz ty umiész?

– Umiem. Stara pani nauczyła…

– Panie! odpłać jéj! Panie! opiekuj się nią! Panie! daj jéj rok szczęśliwy za każdy wyraz pacierza… – spiesznie i drżącemi wargami zaszeptała kobieta.

– A robotę ty jaką umiesz robić?

– Umiałam pończochę robić, stara pani nauczyła; ale teraz nie wiem, czy już potrafię…

– Nauczę cię różnych innych robót..; no, a teraz powiem ci, jak mię masz nazywać… Mam imię Janina, nazywaj mię panną Janiną!

– Panna Janina! – powtórzyło dziecko.

– Dobrze! Pamiętaj-że o tém, co ci mówiłam. A teraz ja idę do miasta… guwernantką jestem… uczyć muszę dzieci… idę więc dzieci uczyć… codzień tak chodzić będę, a ty zostań tu i nie chodź już na to brzydkie podwórze, do tych różnych ludzi… nie żebraj, nie potrzebujesz… sytą już będziesz i odzianą. Siedź tu. Możesz bezpiecznie siedziéć, bo obcy nikt tu nie przyjdzie… i złodziéj nie przyjdzie… pocóż-by? przypatruj się ptaszkowi, nazywa się on kanarek. Darowała mi go ostatnia uczenica moja, bom się do niego bardzo przywiązała… cóż robić? trzeba się choć do ptaka przywiązać! Zresztą, połóż się sobie i zaśnij, a przed wieczorem ja wrócę…

Ostatnie wyrazy mówiąc, wkładała stare swe, sukienne okrycie i kapelusik z kwiatem, tak bladym i zmiętym, jak była twarz jéj. W téj chwili zresztą, po długiéj rozmowie z dzieckiem, twarz ta, delikatna i drobna, wyglądała bardziéj jeszcze postarzałą i zmęczoną, niż wprzódy.

Wyszła. Julianka, zostawszy sama, zaczęła od przypatrywania się ptaszkowi, i nietylko przypatrywała się mu, ale i słuchała jego śpiewu. Potém, podnosząc wciąż głowę, aby kanarkowi się przyglądać, zaczęła wyśpiewywać sama, i duet ten, złożony ze śpiewu ptaka i dziecka, trwał póty, aż dziecko zmęczyło się, i poważnie, a nieśmiało trochę chodzić zaczęło dokoła pokoju, oglądając wszystkie kąty jego i sprzęty.

Te ostatnie nie miały w sobie nic nadzwyczajnego; Julianka jednak znalazła pomiędzy niemi takie, które napełniały ją zdziwieniem. Nędzną, kanapkę oglądała długo i ze stron wszystkich, dotknęła z kolei kilku książek, leżących na stole, a spróbowawszy pociągnąć ku sobie znajdującą się w nim szufladę, wyciągała ją i zasuwała długo, a znać było z rozweselonéj jéj twarzy, że bawiło ją to niezmiernie.

Nakoniec usiadła na ziemi naprzeciw małego samowarka i, przypatrując się błyszczącemu przedmiotowi temu, usnęła.

Spała aż do chwili, w któréj otworzyły się drzwi i weszła przez nie panna Janina. Wbiegła raczéj, niż weszła. Dziwne uradowanie jakieś oświecało twarz jéj. Od progu już wyciągnęła ramiona ku dziecku, które obudziło się, lecz nie wstało z ziemi.

– Cóż? nie przyjdziesz pocałować mię? nie jesteś rada, że wróciłam? – zawołała.

Dziecko przybliżyło się z wolna i nieśmiało trochę pocałowało ją w rękę. Wyraz uradowania znikł z twarzy kobiety.

– Jaka obojętna! – szepnęła.

Zapaliwszy lampkę, rzekła:

– Chodź, nauczę cię samowar nastawiać!

A do siebie szepnęła:

– Sama podobno nie bardzo umiem to robić…

Przy końcu wieczora panna Janina, zsuwając z kolan dziecko, z którém rozmawiała przez wieczór cały, rzekła:

– Nocować u mnie nie możesz, bo ludzie powiedzieli-by, że ja cię zupełnie do siebie wzięłam, i mogli-by wpaść na domysł… mogli-by mi co złego zrobić. Dnie przepędzać będziesz u mnie, spać ci trzeba gdzieindziéj… a nawet powiész ludziom, że ja cię na noc nie przyjmuje dla tego… dla tego, że u mnie ciasno, i że… każę tobie co wieczór iść sobie gdzieindziéj!… pamiętaj, powiédz im to… Ale gdzie sypiać będziesz?

Myślała długo nad pytaniem tém i, wziąwszy lampkę, poszła oglądać puste piętro gmachu. Znalazła tam kątek jakiś, osłoniony wystającym murem od wiatru, wnikającego przez pusty otwór okna.

– Tu ci urządzę pościółkę! – rzekła.

Sporządziła na prędce sienniczek mały, położyła na nim jednę ze swych dwóch szczupłych poduszek, a zamiast kołdry, rozesłała na pościółce ciepły, choć dobrze zniszczony, szal.

– W mrozy wezmę cię do siebie, a w cieplejsze noce śpij tu… tylko, – dodała po chwili, – nie mów nikomu, że ci pościel urządziłam… pamiętaj, nie mów!

Nie prędko, bo w miesiąc lub więcéj potém, gdy panna Janina wracała z lekcyi i do pokoju swego wchodziła, Julianka rzuciła się ku niéj, ramionami kolana objęła i, przypadłszy do saméj ziemi, całowała namiętnie jéj stopy. Nieprzyzwyczajoną była do objawów czułości; czułość téż była struną istoty jéj, która budziła się w niéj zwolna bardzo, ale gdy raz drgnęła, widać było, że dziecię to mogło w płomień rozpalać się i topić się w łzach u stóp lub u łona tych, których kochało.

Pobyt u panny Janiny był w życiu dziecka tego piérwszym błyskiem szczęścia. Szczęście téż biło z twarzy jéj, na któréj rumieńce ukazywać się zaczęły, i z ruchów, które stawały się coraz śmielszemi.

Długo nie ukazywała się wcale na dziedzińcu, ani w żadném mieszkaniu z dawniéj sobie znanych. Nic jéj tam snadź nie ciągnęło, a pokój panny Janiny i obszerne niezamieszkałe piętro gmachu przedstawiały do zabawy jéj dość przedmiotów i przestrzeni.

Raz nakoniec, w początku zimy, zjawiła się na dole w progu sieni. Miała na sobie tanią, lecz ciepłą, sukienkę, pończochy i grube trzewiki, a włosy jéj, porządnie uczesane, przewiązane były nawet barwistą wstążką. Ujrzawszy ją, dzieci, biegające po podwórzu, zbiegły się wszystkie do niéj i strój jéj oglądać zaczęły. Anka dotykała palcami i pożerała oczyma wstążkę jéj; bosa dziewczyna od krawca przyglądała się obuwiu. Antek tylko nic sobie z całéj jéj elegancyi nie robił. Żartować z niéj zaczął:

– Patrzcie! patrzcie! jaka panienka zrobiła się! a kto ci dał to wszystko? może matula twoja znalazła się, albo ojca wiatr z pola przyniósł! Ot, nic ci nie pomogą ładne suknie! podrzutkiem byłaś i podrzutkiem jesteś!

Julianka rumienić się zacząła i błyskać oczyma.

Nie odpowiadała jednak Antkowi, bo zajętą była rozwiązywaniem wstążki, którą miała na głowie. Rozwiązawszy ją, zdjęła z głowy i, milcząc, oddała Ance. Anka podskoczyła z radości i wnet ubierać się w nią zaczęła, a Antek, wykrzywiając się, żartować znowu począł:

– Ot, jaka mi księżniczka! prezenta teraz rozdaje! a pamiętasz, jak niedawno za miotłą u nas siedziałaś i kartofle pod ławą jadłaś…

W miarę jak chłopak mówił, Julianka piąstki swe ściskała. Zdawało się, że tuż, tuż rzuci się ku niemu. Nie uczyniła jednak tego, pochyliła się tylko i, otworzywszy usta w całéj ich szerokości, ukazała mu język. Téj zemsty odmówić już sobie nie mogła. Wykonała ją, ale wykonawszy, zlękła się zarazem, i pędem puściła się na schody gmachu, ku pokojowi panny Janiny.

Antek i inne dzieci gonić ją chciały, ale śmiałości im zabrakło. Nie śmiały napastować mieszkania guwernantki, którą mieszkańcy dziedzińca instynktowo uważali za coś wyższego od siebie. Imponował im może kapelusz, który nosiła, kanarek, wiszący w oknie, a może i coś innego jeszcze.

– Dzieci uczy, – mówili o niéj, – edukacyą miéć musi, i taka jakaś delikatna!

Co do edukacyi téj, posiadanéj przez szczupłą, bladą guwernantkę, żydówka, Złotka, miała o niéj wiadomości pewne, z własnych jéj ust zaczerpane. Raz panna Janina weszła do sklepiku i, kupując znowu małą ilość cukru i nafty, zapytała Złotkę:

– A cóż, moja kupcowo, nie masz tam dla mnie dobréj jakiéj nowiny?

Złotka przecząco wstrząsnęła głową.

– Pytałam się u różnych ludzi, – rzekła, – starałam się, ale nie potrzebują… strach, co teraz guwernantek u nas w mieście… więcéj niż dzieci… A czy pannie mało tych lekcyi, co panna ma?

– Bardzo mało, moja kupcowo. Żyć niéma z czego… tanio mi płacą.

– A dla czego oni tanio płacą? ja wiem, że guwernantki czasem bardzo drogo biorą za tę naukę, co ją w głowie swojéj mają…

Panna Janina wpatrywała się znowu w różnobarwne paczki cygar, okrywające przeciwległą ścianę.

– W tém bieda, – zaczęła, – w tém bieda największa, kupcowo, że ja nauki téj mam bardzo mało.

Po chwili, nie zmieniając kierunku spojrzenia, dodała:

– Byłam zawsze guwernantką na początki… na początki nauk… płacono mi zawsze bardzo mało… bo i prawdę mówiąc, niéma za co płacić wiele…

Złotka rozpostarła ręce ruchem zwątpienia.

– Nu, na to już niéma żadnéj rady, – rzekła.

Dnia tego, wracając z miasta, panna Janina nie uścisnęła, jak zwykle, Julianki, ale odtrąciła ją od siebie i, gwałtownym ruchem usiadłszy, w zamyśleniu szarpała drżącemi rękoma brzeg czarnego i zszarzałego swego kaftanika.

Dziecię, zdziwione i zmartwione, przysunęło się do niéj, ale ona usunęła je znowu i szepnęła:

– Na moję niedolę urodziłaś się ty… i na swoję.

Cały wieczór potém kobieta siedziała nieruchoma i milcząca, jak kamień, a dziecko płakało z cicha. Nazajutrz z rana jednak, Julianka budząc się w kątku swym, za wystającym murem pustego pokoju, ujrzała nad pościółką swą stojącą pannę Janinę, która nachyliła się ku niéj z uśmiechem i pocałowała ją w czoło.

– Chodź pokój zamiatać! – rzekła.

Uczyła ją co rano zamiatać pokój, nastawiać samowar, zapalać w piecu i słać łóżko; a gdy dziewczynka z trudnością wielką spełniała czynności te, o wiele przechodzące jéj siły, patrzała na nią z przepaścistym smutkiem w wejrzeniu i mówiła:

– Żebyś ty przynajmniéj porządną służącą zostać mogła!

Wieczorami uczyła ją katechizmu, czytania i szycia, przyczém łagodną bywała niekiedy i niezmiernie, namiętnie czułą, czasem znowu niecierpliwą, twardą, rozjątrzoną. Patrząc wtedy na nią, jak zrywała się co chwila z siedzenia i siadała znowu, rzucała się po pokoju swym, dotykając sprzętów wszystkich, całowała dziecko, odpychała je, za uchybienie każde w czytaniu lub szyciu uderzała je po rękach, a potém brała się za głowę i mówiła coś do siebie szybko a niezrozumiale; myśléć-by można, iż była blizką szaleństwa. Potém jednak opanowywała się, zacinała drobne wargi, krzyżowała na piersiach ramiona i wyglądała, jak ktoś zamierzający kosztem jakichbądź cierpień dotrwać w postanowieniu swojém.

Na wiosnę, kiedy ludzie zaczęli otwierać drzwi i okna, panna Janina weszła raz do mieszkania tokarza. Zawahała się chwilę przed drzwiami, ale weszła. Na widok jéj tokarz przerwał pracę swą i uprzejmie ją pozdrowił, żona jego zmieszała się i osłupiałym nieco wzrokiem patrzała na guwernantkę, aż upamiętała się i zawołała na Kachnę, aby stołek podała. Panna Janina usiadła i wydawała się bardziéj jeszcze zmieszaną od tokarzowéj.

– Chciałam poznajomić się z państwem; sąsiadką waszą jestem, – rzekła, czując jakby potrzebę usprawiedliwienia swéj wizyty. Tokarzowa powiedziała, że widuje ją co dzień przez okno, idącą do miasta i wracającą.

– Dlaczego pani dziecka nigdy z sobą nie bierzesz? – zapytała, – niech-by biedactwo obejrzało się trochę po świecie.

Panna Janina zarumieniła się gwałtownie.

– Jakiego dziecka? – zawołała ze zdziwieniem niby.

– A no! sierotki téj, którą pani opiekujesz się.

– Ależ ja nią nie opiekuję się wcale, – tłómaczyła się kobieta, – co mi do niéj! ot, tak tylko, gdy widzę, że głodna, to ją nakarmię… przez litość… nie więcéj jak przez litość… a że dziecko siedzi ciągle przy mnie, to i nie odpędzam go… co mi to szkodzi? ale opiekunką jego nie jestem, wcale nie jestem.

Tokarz i żona jego patrzyli na nią ze zdziwieniem. Nie pojmowali, dlaczego tak żywo tłómaczyła się z tego, co w oczach ich było dobrym uczynkiem.

– To szkoda – rzekł po chwili tokarz – a my myśleliśmy, że nieboractwo to znalazło już sobie przytułek na całe dzieciństwo swoje… Jak wyrośnie, to prędzéj sobie da radę, ale póki małe, co ma robić? żebrać tylko, a może potém, nie daj Boże, i kraść…

Ledwo widzialne drgnienie poruszyło twarzą i rękoma panny Janiny.

– Zapewnie – rzekła – zapewnie… nie odpędzę dziecka, dopóki żywić je i uczyć czegokolwiek będę mogła… choć naprawdę, co mnie tam ono obchodzić może? Lituję się przecież nad niém… nie wiem, czy długo tu zostanę, a jeśli-bym odjechać miała, to może-by… może-byście państwo… tak… przy swoich dzieciach i tę dziewczynę przytulili!

 

Mieszała się strasznie, mówiąc to, a głos jéj, pomimo silenia się na obojętność, przybierał proszące dźwięki.

Tokarz po chwili zamyślenia odrzekł:

– Przyznam się pani, że mnie to samemu nieraz na myśl przychodziło, i z żonką nawet o tém gadałem, ale… niebogaty jestem człowiek… sześcioro dzieci mam. Gdybym już tak zdecydował się i wziął tę sierotkę, nie chciał-bym, aby marnowała się ona w domu moim, ale musiał-bym jéj i odzież porządną dać i jadło dostateczne, i potém roboty jakiéj nauczyć… a to wszystko kosztowało-by wiele i było-by z krzywdą własnych dzieci… Ja zaś uważam, że niedobrze jest, jeśli człowiek dopomaga jednym z krzywdą drugich. Zresztą my ot i z téj kwatery wyniesiemy się w jesieni… a jak będziem mieszkać het precz! na drugim końcu miasta, to i oczy nie będą nas boleć od patrzenia na nędzę tę…

Panna Janina słuchała ze spuszczonemi oczyma, i wymówiwszy jeszcze kilka słów obojętnych, odeszła. Przez cały wieczór potém płakała.

W środku lata jakoś, wracała z miasta z wiązką ładnych kwiatów. Nie zaniosła ich jednak do swego mieszkania, tylko przesunęła się pod ścianą bocznego domowstwa i położyła je na otwartém oknie chorego metra muzyki. Muzyk, który przez całą zimę nie grywał na fortepianiku swoim, bo większą część czasu przepędzał w łóżku, grał teraz. Usłyszawszy szelest w oknie, nie przestając grać, ochrypłym głosem zapytał:

– Czy to ptaszyna?

Podniósł trochę głowę, a zobaczywszy za oknem stojącą kobietę, zdziwił się nieco. Znał ją jednak z widzenia, jak wszyscy mieszkańcy podwórza.

– Jakie ładne kwiaty! – rzekł, powstając z ciekawością – jaka pani dobra! ja lubię kwiaty!

– To sierotka przysyła panu kwiaty te – szepnęła kobieta.

– A jakie ona tam hoduje się? śliczne, biedne dziecko! chciał-bym je widziéć!

– Przyślę je kiedy do pana – odrzekła panna Janina.

Muzyk chciał coś powiedziéć jeszcze, ale zakaszlał się strasznie i nie mógł. Panna Janina, wchodząc na schody starego gmachu, szeptała:

– I w tym nadziei miéć nie można! prędko umrze!

Pod jesień ludzie mówić zaczęli, że guwernantka musi być chyba chorą, bo tak powoli chodzi i tak mizernie wygląda. Chorą jednak nie była, tylko widocznie gryzła ją nawskróś ciężka troska jakaś, ciężka dlatego może najbardziéj, że siły jéj były bardzo słabe.

Raz weszła do sklepiku Złotki, już nie dla kupna żadnego, ale tylko na rozmowę.

– Moja kupcowo – rzekła – jaka to biéda, że lekcyi więcéj dostać nie mogę… już i szyciem sobie dopomagam, ale i tak ciężko bardzo.

– No! – pocieszała żydówka – co tam! byle przeżyć! potém może lepiéj będzie.

– Ja bo i nie przywykłam do biedy takiéj – mówiła daléj guwernantka – od czasu, gdy ojciec mój umarł… urzędnikiem był i biedy przy nim nie cierpiałam… przebywałam zawsze po domach różnych. Pensyą brałam bardzo małą, taką tylko, aby módz jako tako przyodziać się, ale wygody miałam wszelkie, bo przecież, gdzie guwernantka jest, to już i obiad codzień, i szklanka herbaty, i ciepły pokój być musi. Otóż przywykłam do wszystkiego tego, rozpieściłam się i teraz wytrzymać nie mogę.

Złotka przenikliwie patrzała na skarżącą się kobietę.