Cham

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cham
Cham
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 22,89  18,31 
Cham
Cham
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
7,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Eliza Orzeszkowa

Cham

Warszawa 2017

Spis treści

[Dedykacja]

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Zakończenie

[Dedykacja]

Walerii Marrené Morzkowskiej

Autorka

Rozdział I

Miał lat przeszło czterdzieści i widać to było z paru zmarszczek, które cienkimi liniami przerzynały mu czoło wysokie a wydające się jeszcze wyższym od przerzedzonych nad nim włosów ciemnych i u skroni trochę siwiejących. Pomimo jednak tych zmarszczek i tej rozpoczynającej się siwizny, wyglądał czerstwo, silnie i razem poważnie. Rybakiem był, dnie całe, a czasem i część nocy spędzał na wodzie; więc słońce, wiatry i wilgotne oddechy rzeki ciemnawą i zdrową śniadością okryły mu twarz, zbyt nieco długą i chudą, lecz rozświeconą dwojgiem oczu z bardzo błękitną i czystą źrenicą, z trochę nieruchomym, poważnym wejrzeniem. Powagę też i zamyślenie czuć było w ruchach jego wysokiej, kształtnej, silnej postaci.

Kiedy było mu lat osiemnaście, ojciec ożenił go z dziewką ze wsi sąsiedniej, dlatego że gospodyni brakowało w chacie. Z tą żoną swoją, łagodną i pracowitą, lecz głupowatą i brzydką, żył spokojnie i zgodnie, ale krótko, bo po latach kilku umarła, dzieci mu nie pozostawiając. Wkrótce też odumarł go stary ojciec, a kiedy jeszcze jedyną siostrę, o dwanaście lat od siebie młodszą, za mąż wydał, sam zupełnie pozostał w chacie u końca wsi niedużej, na wysokim brzegu Niemna pod małym borkiem sosnowym stojącej. Wołów ani koni nie posiadał i pomocników do gospodarskiej pracy nie potrzebował, bo ziemi prawie nie miał. Ojciec jego od dawnego dziedzica wsi otrzymał tę chatę ze sporym kawałkiem warzywnego ogrodu, a przeważnie żył z tkactwa, które przez czas jakiś w tej wsi kwitnęło i przynosiło niejakie zyski. Ale on z tkackimi krośnami, z niskim sufitem i ciemnymi ścianami chaty zżyć się nie mógł. Coś go ciągnęło ku okiem niedoścignionemu szlakowi rzeki, ku błękitnej ciszy jej w pogodę i spienionym szumom w czas burzliwy, ku powstającym nad nią co rana różowym wschodom słońca i odbijającym się w niej co wieczora bogactwom zachodów. Lubił powietrze nieskażone, choćby upalne lub mroźne, niebo odkryte, choćby pochmurne i smutne; w dzieciństwie już czółna strugał, wędy wiązał i gdy tylko dorósł, rybakiem został. Dawniej wracając z rzeki znajdował w chacie ojca, żonę, siostrę, czasem sąsiadów i kumów; czasem też i do karczmy zachodził, choć w wódce nie mógł zasmakować nigdy, a w tańcach i gawędach niewielki przyjmował udział. Teraz, od lat już kilku chata jego była zupełnie pusta; wróciwszy do niej, sam doił krowę, którą wspólny wiejski pastuch do obórki z pastwiska mu przypędzał, sam sobie strawę warzył i samotnie ją spożywszy do snu się układał, aby nazajutrz w większym lub mniejszym czółnie płynąć naprzeciw wschodzącej jutrzenki lub na zachód pomykających mgieł i mroków nocnych. Do karczmy nie chodził już nigdy i z ludźmi przestawał rzadko, oprócz siostry i szwagra, u których w zimie, gdy rzeka znajdowała się pod lodem, milcząc najczęściej, pod ścianą przesiadywał. Nie można było powiedzieć, aby ludzi nie lubił, bo nie tylko nikomu szkodzić nie chciał i kłótni z nikim nie zawodził, ale owszem, temu i owemu przysługę jakąś nieraz oddał, w gospodarskiej pracy dopomógł lub w dzbanku drobnych rybek przyniósł, a każdemu, kto go zaczepił, odpowiadał życzliwie i chętnie. Tylko nie szukał ludzi, nawet unikał ich nieco, jakby mu pierś i usta w długich po rzece wędrówkach przyzwyczaiły się do milczenia; ilekroć zaś mówił, głos jego był przyciszony i słowa powoli ciekły z warg łagodnych, ale uśmiechających się bardzo rzadko. Jednak nie można go też było nazwać smutnym; przeciwnie, wydawał się spokojnym i zupełnie ze wszystkiego zadowolonym. Tylko układ ust, wejrzenie, ruchy jego posiadały wyraz ciągłego jakby zamyślenia, co mu nadawało piętno powagi i powolności. O czym myślał? Nie opowiadał nikomu, ale z błyskawiczną szybkością mknąc po zwierciadle spokojnej wody czy zwolna pomiędzy dwoma utkwionymi w dno rzeki tykami kołysząc się na jej fali, na jutrzenki, chmury, burze, tęcze, staczające się za pas boru tarcze słoneczne patrząc – myślał. Krąg tego myślenia był zapewne ciasnym, lecz może głębokim, skoro zdawać się mogło, że człowiek ten w nim utonął i że mu tam najlepiej.

We wsi uważano go za odmiennego od innych, ale też uczciwego i spokojnego człowieka. Gdy młodo owdowiał, powtórne małżeństwo mu doradzano, tę i ową swatano; ale on, raz i drugi na wskazywaną dziewkę spojrzawszy, głową przecząco trząsł, ręką machał i co prędzej ku rzece z wysokiego brzegu zstępował. Przez kumę Awdocię, która i jego, i swatostwa bardzo lubiła, pytaniami: dlaczego żenić się nie chce? oblężony, ze wzruszeniem ramion odpowiedział:

– Ot, co tam! Niebo mnie chatą, a rzeka żoną. Każdy po swojemu żyje, a jak grzechu nie ma, to każde życie dobre.

Z żartobliwym uśmiechem dokończył: grążonymi w przezroczystej wodzie, złotawymi stopami leżał stos lekkich, mokrych gałganków. Z niejakim też zadziwieniem na nią patrzał. Jak mogła tak prędko z płaczu przejść w tak wesoły, aż zanoszący się śmiech? Przy tym nie wiedzieć dlaczego, i brała mu z ręki swoją błękitną szmatę, i nie brała, niby to dosięgnąć jej nie mogąc, to znowu z ciemnych, cienkich, giętkich palców wypuszczając. A wciąż mu w twarz patrzała i teraz nawet wejrzenie swoich pałających oczu w same źrenice ma zatopiła. Spotkawszy się ż tym wejrzeniem rybak wstydliwie spojrzał w inną stronę. Rzecz była osobliwa: dziewczyna z zalotnością śmiałą i ciekawą patrzała na mężczyznę, a mężczyzna wstydliwie wzrok od niej odwracał. Jednak uśmiech z ust mu nie znikał. Nie na nią, ale na coraz prędzej pomykające i coraz błękitniejsze fale rzeki patrząc przemówił:

– No, bierzcie już swoją szmatę; mnie płynąć trzeba. Było czego tak lamentować! Myślałby kto, że Bóg wie jakie nieszczęście wam się zdarzyło!

– Aha! czego było lamentować! – ze szczególnym połączeniem nadąsania i filuterności zawołała ona – byłaby mnie bieda, gdyby ten gałganek, broń Boże, zginął. Już trzy dni, jak mnie pani spokojności nie daje z tym praniem dziecinnych rzeczy... Wczoraj w wieczór wyprałam, a dziś dlatego wstałam tak raniutko, aby je w rzece wypłukać. Aż tu masz! jeden wziął i popłynął!

W czółnie na wąskiej ławce siedząc słuchał jej mowy szybkiej, żywej, w której wyrazy zdawały się ścigać i tłoczyć ze sobą. Powiedział, że dalej płynąć musi, jednak nie odpływał. Nie patrzał na nią, ale widać było, że słuchał pilnie jej cienkiego i trochę ostrego głosu.

– A kto wy taka? – zapytał. – Ja?

Ku szczytowi góry i bielejącej nad nim willi ręką wskazała.

– U tych państwa, które tu na lato przyjechali, w obowiązku jestem, pokojowa... Wzięli mnie zimą i do końca lata jeszcze wybędę u nich... a jak jesienią do miasta wrócę, odprawię się... dłużej jak do jesieni nie chcę...

– A czemuż to? czy bardzo łają? – z uśmiechem przerwał.

Wyprostowała się, rumieńcem nagle oblana i z rozbłysłymi oczami.

– Oho! niechby tylko spróbowali! Na łajanie jest odłajanie! Ja nie taka, abym sobie ubliżać pozwalała! Ojciec mój w kancelarii służył, z dobrej familii pochodzę i niechby mię kto złym słowem skrzywdził, tak bym jemu parsknęła, że i dziesięć lat by popamiętał. A choćby potem i do sądu... bywałam ja i w sądach! Nie zlęknę się!

Teraz ze zdziwieniem i prawie przerażeniem na nią patrzał, ale wnet znowu wzrok odwrócił, bo z rumieńców tej kobiety i błysków jej oczu żar na niego padał.

– To i czegóż odprawiać się? – zapytał.

– Czego? Ot, tak sobie! Już ja nigdzie długo ubyć nie mogę. Żeby nie wiem jaka dobra służba była, na jednym miejscu znudzę się zawsze i adie! Na Berdyczów drobnymi literami do mnie pisujcie! Taka już moja natura! Ale ja bardzo wiedzieć bym chciała, kto wy taki?

– Kto ja taki? Ot, ciekawość! Robak...

Z zamyśleniem uśmiechał się; ona głośno zachichotała.

– Nie ma czego śmiać się – mówił zwolna – człowiek a robak – mała różnica! robaka ryba je, a człowieka ziemia. Czy pan, czy chłop, czy król, czy parobek, każdego ziemia zjeść musi, jak ryba robaka. Ot co! Słuchała ciekawie z trochę otwartymi usty; gdy umilkł, zauważyła:

– Rozumnie gadacie, ale smutno. Co tam o śmierci myśleć, kiedy i żyć czasem dobrze, nie zawsze, ale czasem... dobrze! A czymże zajmujecie się?

– Ryby łapię.

– A gdzież mieszkacie?

Wymienił nazwę wsi, w której mieszkał.

– Włościanin? – z niejakim wahaniem w głosie zapytała.

Potwierdzająco głową skinął.

– Patrzajcie, moi państwo! Jak żyję, tak długo z żadnym włościaninem nie rozmawiałam! A czemuż gadacie nie po chłopsku?

– A czemuż mnie nie gadać tak samo, jak wy... kiedy umiem?

– Patrzajcie, moi państwo! I taki grzeczny, rozumny! A wiecie, że z bliska wyglądacie daleko starzej niż z daleka? Kiedyście na środku rzeki byli, myślałam, że to jakiś młody chłopiec płynie, a teraz widzę, że wam już pewno i ze czterdzieści lat będzie!

Dziwiła się, chichotała, rękami poruszała, to jedną, to drugą z kolei stopą wyrzucała małe fontanny wody lub na jej powierzchni zakreślała kręgi; jak iskra drgająca, mieniła się przed nim złotawością swego ciała, kruczą czarnością włosów, płomiennością oczu, białością zębów.

 

– To nic – dodała – choć i czterdzieści lat macie, przystojny z was mężczyzna.

A mówiąc to głosu nie zniżyła ani powiek nie spuściła; owszem, ciemną, giętką, wilgotną rękę o dziób czółna jego oparła, jakby zbliżyć się doń lub je przy sobie zatrzymać pragnęła. Ale i on przestał już wstydliwie wzrok od niej odwracać. Z otwartymi trochę usty zapatrzył się w nią jak w tęczę. Ona także z bliska mniej młodo wyglądała niż z daleka. Twarz jej ze szczupłymi i ładnie zakreślonymi rysami przywiędła była i zmięta, cera niezdrowa, wielkie oczy głęboko zapadłe pod czołem, na którym nici kruczych włosów krzyżowały się z kilku cienkimi też jak włosy rysami zmarszczek. Miała najpewniej lat trzydzieści parę, które też, znać to było, ani po różach jej nie przechodziły, ani kąpały się w kryształach. Tylko była w niej żywość, gibkość, ognistość płomyka i w oczach, ruchach, uśmiechach, w zmiętej nawet śniadości cery coś takiego, co wzrok przykuwało i ku niej ciągnęło. Było też w niej szczególnie, ale uderzające połączenie cech, na pozór zupełnie sprzecznych: wezbranej siły ciała i jego niezdrowia, rozhasanej prawie swawoli i dręczącego cierpienia. Gdy zaciskała czasem drobne wargi, a oczy jej ponury przybierały wyraz, można by myśleć, że wnętrzem jej wstrząsa spazm bólu czy złości.

– I nie nudno wam ciągle pływać i ryby łapać? – rękę o dziób czółna opierając zapytała.

– Gdzie tam nudno! dobrze! – odpowiedział.

– Weźcie mię kiedy z sobą na rzekę... ot tak, na godzinkę, na dwie... nigdy nie zdarzyło się tak długo pływać, a zawsze jakaś straszna bierze mnie ciekawość tego, co jeszcze nigdy nie zdarzyło się... Żebyście wiedzieli, jak mnie tu nudno... nudno... nudno!

– A czegóż tak nudno? Robotę pewno macie...

– Żeby nie! Robotą tylko tu i żyj! Ja u państwa jedna, a kucharka druga, więcej nikogo nie ma; ani furmana, ani lokaja nie trzymają. Pan stary, ciągle książki czyta; pani ze złości, że pan stary, czepia się tylko do wszystkiego i jak sroka krekcze: wszystko jej źle, niezgrabnie, to za prędko, to za pomału, to za zimno, to za gorąco... Dziecisków aż troje i nieznośne takie, że niech Pan Bóg broni! Goście prawie nigdy nie bywają. Ot, tylko jak ten koń w deptaku od rana do wieczora kręć się i kręć się, a ciągle to samo... dobrego słowa nawet nie posłyszysz, ludzkiej twarzy nie zobaczysz... żeby tę wieś diabli wzięli! w mieście lepiej!

Słuchał uważnie, potem poważną i powolną swoją mową odpowiedział:

– E! nie ma czego wsi przeklinać! Dobremu wszędzie dobrze, a złemu źle...

Spłonęła właściwym sobie, nagłym, krwistym i szybko znikającym rumieńcem.

– Znaczy, że ja zła?

Aż zatrzęsła się cała i w wodę spluwając do siebie wyrzekła:

– Ot, nie byłby cham!

Nie dosłyszał albo też słowa jej wcale go nie obeszły; ręką powoli skinął:

– Ej, nie! A skąd mnie wiedzieć, czy wy zła, czy dobra? Tak sobie powiedziałem... A kiedyż zechcecie, żebym po was przypłynął?

W zaciśniętych jej wargach i ponurym wejrzeniu dostrzegł ów kurcz bólu czy złości, który ją okrywał nie dającym się w słowa ująć wyrazem cierpienia, i żal mu się jej zrobiło. Oprócz powagi i zamyślenia, w przezroczystych jego oczach bywała też czasem i głębia litości.

– Wszyscy na świecie jedni drugich jedzą, nie dziwno, że i was licho jakieś je... czy ja wiem jakie? Jeżeli chcecie, powożę was trochę dla wesołości po rzece. Czemu nie? Czółna mi od tego nie ubędzie! Którego dnia po was przypłynąć? – W niedzielę, oj, bądźcie łaskawi, w niedzielą przypłyńcie!... Państwo z dziećmi do miasta pojadą, a ja samiutka w domu, tylko z kucharką zostanę... Oj, taki z was dobry człowiek! Niech wam Pan Bóg nagrodzi! Toż będą bawić się! No, nie spodziewałam się, że na tej pustyni taką miłą znajomość zrobię.

Pochwały jej pochlebiały mu widocznie i może dla innej jeszcze przyczyny przyjemność mu sprawiały, bo uśmiechał się coraz szerzej i cały przeradzać się zdawał w jej szybko po smutku i gniewie odrodzonej, gadatliwej, śmiejącej się wesołości.

– W niedzielę przypłyńcie... dziś co? środa! aj, cztery dni jeszcze! No, cóż robić? Na co dobrego i poczekać dobrze. Otóż sobie na Niemnie pohulamy! A teraz, bywajcie zdrowi, do widzenia, bo w nogi już strasznie zimno!

– Ej, woda ciepła! nie kapryście! – zażartował.

– Ej, nie! nogi skostniały! i do domu lecieć trzeba, samowar nastawiać, bo jak obudzą się, a samowara na stole nie będzie, krechtać jak sroki zaczną. Do widzenia! Dziękuję!

Stopy jej jak ryby plusnęły w wodzie, dwa skoki uczyniła i na piaszczystym wybrzeżu schylona, stos lekkich gałganków z wody wyjmowała. On wiosłem z lekka wodę zagarniał i bardzo powoli odpływał. Znacznie już jednak od brzegu odpłynął, kiedy za sobą usłyszał wołanie:

– Poczekajcie, człowieku, hej, poczekajcie!

Obejrzał się; czółno stanęło na fali. Cała w blasku słońca, którego tarcza w pełni już na skłonie nieba jaśniała, stała ona z więcej jeszcze niż wprzódy rozrzuconymi włosami, ze zwojem mokrych gałganków w rękach i ku niemu wołała:

– A jak nazywacie się? jak nazywacie się? – Paweł Kobycki! – odkrzyknął.

– A ja Franciszka Chomcówna! – zawołała jeszcze i pędem po zroszonej trawie puściła się ku szczytowi góry. Pośrodku góry stanęła, za pomykającym już w dali czółnem spojrzenie rzuciła, zza warg jej bladawych, przywiędłych błysnęły białe zęby.

– Przystojny cham! choć nie tak to już młody, ale przystojny i jakiś taki miły... miły!

Głowę pochyliła, palcami mokre gałganki skubała, zamyśliła się.

W niedzielę ani na chwilę nie opuszczała okna kuchni, z którego Niemen widzieć było można. Przez ubiegłe dni cztery bardziej jeszcze zmizerniała i powieki jej pociemniały nieco. Obuta w cienkie i zgrabne trzewiki, w wykrochmalonej sukni z jasnego perkalu, w jedwabnej żółtawej chusteczce na gładko dziś uczesanych, lecz tak jak i wówczas rozpuszczonych, niedługich włosach, siedziała u okna nieruchoma, w rzekę zapatrzona, z zaciśniętymi wargami, oniemiała. W willi było pusto i cicho. Stara kucharka daremnie dziś, krzątając się po kuchni, towarzyszkę do rozmowy wyzywała, więc obiad zjadłszy i twarz chustką od much osłoniwszy usnęła. Franka nie jadła nic; wypiła z rana szklankę herbaty, a gdy do obiadu przyszło, parę razy łyżkę do ust poniósłszy, z brzękiem na talerz ją rzuciła i znowu przy oknie usiadła. Widać było, że jadło dziś jej przez gardło przejść nie mogło. Im więcej upływało godzin, tym większe ogarniało, ją zniecierpliwienie. Stopą o ziemię uderzała; wśród ponurej jej twarzy białe zęby błysnęły parę razy w szyderskim, wzgardliwym uśmiechu.

– Nie przyjedzie, może i nie przyjedzie! głupiec! chamisko! Nagle zatrzęsła się od stóp do głowy, ze stołka się porwała i krzyknąwszy: „Jedzie! dalibóg jedzie!” jak szalona z willi wypadła, jak ptak z zielonej góry zleciała i na piaszczystym wybrzeżu, krwisto zarumieniona, rękami ku nadpływającemu czółnu trzepocząc wołała:

– Dobry wieczór! dobry wieczór! A czemu tak późno? Myślałam, że pan Paweł obietnicy nie dotrzyma i wcale już nie przejedzie! Czy to pięknie, żebym ja na pana tak długo czekała? Czemu tak późno?

Widać było po niej, że za rozrywką i zabawą, za wrażeniem wywieranym na nią przez człowieka, który się jej podobał, na koniec świata polecieć byłaby zdolną, że brak ich o chwilowe przynajmniej szaleństwo mógł ją przyprawiać.

Popłynęli. Z początku lękała się wody, z którą oswojoną nie była, i za każdym zakołysaniem się czółna wydawała piskliwe krzyki, chwytała towarzysza za ramiona i odzież. Jego to rozśmieszało. Nie pomyślał o tym nigdy, aby ktokolwiek mógł na wodzie doświadczać jakiejkolwiek trwogi. Przy tym, gdy ze strachu krzyczała, wyginała się w obie strony, ręce wyciągała, stawała się podobną trochę do elastycznej i miauczącej kotki, a trochę do przelękniętego dziecka. Więc poważnymi upewnieniami o braku wszelkiego niebezpieczeństwa uspokoić ją usiłując zaśmiał się też tak głośno i serdecznie, jak mu się to może kilka razy w życiu zaledwie zdarzyło. Ale i ona widząc, że czółno pomimo kołysania nie wywraca się wcale, uspokoiła się wkrótce i wybornie bawić się zaczęła. Woda była cichą, błękitną, od staczającego się ku zachodowi słońca blado pozłoconą, okrytą niezliczonym mnóstwem drobnych zmarszczek, które płynęły wciąż jedna za drugą, jednostajnie, bez szelestu, czasem tylko perląc się białymi kroplami lub drobnymi ognikami pobłyskując. Nad brzegiem czółna schylona Franka swawolnie w ciemną, małą swą rękę łowiła te ukazujące się na wodzie perły i ogniki, a potem, ciekawie i z przyjemnością przypatrywała się wyciekającym z jej palców strugom roztopionego kryształu.

– A jej! – zawołała – żeby to znizać i zrobić z tego paciorki na szyję i kolczyki! Jedna moja pani miała takie paciorki i kolczyki... mówili, że z kryształu i że drogie, a mnie one tak w guście były, że wytrzymać nie mogłam i jak tylko pani z domu wychodziła, a mnie do jakiej kompanii zaproszono, zawsze na siebie je kładłam...

– To źle robiliście – zauważył Paweł.

– Ot! nie ukradłam ich przecież i nawet nie ugryzłam... Przyjdę, bywało, do domu, zdejmę, na miejscu położę i znaku nie ma, że brałam...

– To co? zawsze ruszaliście cudzą własność, a Pan Bóg tego robić zabronił. Ja bym i wstydził się cokolwiek cudzego poruszyć.

Filuternie na niego patrząc pełną garść wody nabrała, w twarz mu ją rzuciła i śmiechem parsknęła.

– Oj, oj! jaki srogi!

Nie mógł wcale przy tej dziewczynie powagi swej utrzymać. Twarz rękawem siermiężnego surduta ocierając zaśmiał się znowu.

– Czyste dziecko! Oj, żeby was! aż mnie dziw bierze, że taka, jak wy, jest na świecie!

Ona zadziwiła się w tej chwili nad ogromną kępą rozłożonych na wodzie liści, nad którymi strzelały żółte i białe kielichy lilii wodnych i kręto, zawrotnie latało nieprzeliczone mnóstwo małych jaskółek. Każdą z tych lotnych postaci podwajało odzwierciedlenie jej w wodzie. – Oj, co ich jest! co ich tu jest, tych ptaków! Więcej jeszcze wychylając się z czółna zerwała żółtą lilię i mokrą jej łodygę do stanika przymocowała.

– Pachnie! – z przyjemnością zauważyła i wnet palcem jakiś punkt rzeki wskazując zawołała:

– A to co?

Był to zapewne wielki szczupak, może som, który gwałtownie rzuciwszy się nad wodą wnet ukrył się pod nią, na powierzchni jej pozostawiając szerokie, wzburzone kręgi.

– Aha! ty tu! – na wzburzony punkt wody patrząc uśmiechnął się Paweł – niedługie panowanie twoje. Jutro cię złapię.

Pokazywał jej potem z kolei skrzynię do połowy stojącą w wodzie, w której przechowywał drobne, na przynętę złowione ryby, a do której wnętrza przez podziurawione boki napływała woda rybie do życia potrzebna. Drugą taką skrzynię, tylko daleko większą, do zachowywania w świeżości połowów na sprzedaż przeznaczonych, posiadał w bliskości swojej chaty. Z wielkim zajęciem zapytywać go zaczęła, gdzie towar swój sprzedaje i ile ma zarobku, a gdy chętnie i ze zwyczajnym spokojem wszystko, o czym wiedzieć chciała, powiedział, wargi zacisnęła i głową ponuro zatrzęsła.

– Dobrze wam! – westchnęła – chatę swoją z ogrodem macie i zarobek niezły... jak pan żyć sobie możecie! To wcale co innego niż całe życie włóczyć się ze służby na służbę, cudze kąty wycierać, od ludzkich kaprysów zależeć i ludzkie złości znosić... Bywa czasem, że człowiek zabawi się i przyjemności jakiej doświadczy, ale zawszeż niech takie życie diabli wezmą... podłe! – Wołoczaszcze życie! kiepskie życie! – patrząc na nią i głową kiwając, po chłopsku przemówił Paweł.

Znowu żal mu się jej zrobiło.

– Może chcecie wysiąść troszkę i po tej wyspie pochodzić? – zapytał.

Zatrzepotała cała z radości.

– Aj, dobrze, dobrze! Przypłyńcie do tej wyspy! jaka śliczna wyspa! jak tu pachnie! Od czego tu tak ślicznie pachnie? Tak pachnie, że aż w głowie zawraca...

Po samym środku szerokiej rzeki, pomiędzy wysoką, gliniastą ścianą z jednej strony a ciemnym borem z drugiej, na pozłoconym błękicie wody leżał owalny szmat piaszczystej ziemi olbrzymią dziewanną i białymi gwoździkami cały porosły. Olbrzymie dziewanny na sztywnych łodygach kosmatymi liśćmi okrytych podnosiły wysoko ogromne, żółte kity, a spodem rosło takie mnóstwo gwoździków, że z dala wyspa zdawała się śniegiem okrytą. Bił też z niej i daleko po rzece rozlewał się zapach słodki, mocny, leśny, z którym jeszcze mieszały się wonie ziół liliowym i różowym szlakiem ścielących się u stóp przeciwległego boru.

 

Franka jak oszalała, jak pijana po wyspie biegała, zrywała gwoździki, wąchała je, kładła we włosy, z których dawno zsunęła się i na kark opadła żółtawa chustka, pełnymi garśćmi z głośnym śmiechem rzucała je na Pawła. On powoli nachylając się i prostując porządnie i pilnie układał z nich bukiet. Nieraz z tej wyspy przywoził on takie białe bukiety i stawił je w małym dzbanku na oknie swej chaty albo siostrze oddawał, aby nimi święty obraz przystrajała. Nabawiwszy się gwoździkami Franka formalnie przepadła w lesie dziewanny. Rosło jej w jednym miejscu tak wiele, że tylko jasna suknia dziewczyny w taj zielonożółtej gęstwinie pobłyskiwała. Paweł przestał rwać gwoździki, ręce opuścił i zamyślił się. Wkrótce przecież znowu uśmiechać się zaczął. Franka, jak ptak szeleszcząc w gęstwinie, co chwilę głowę z niej ukazywała, a głos jej cienki, ostry rozlegał się bez ustanku:

– Ależ zielę! no, zielę! od człowieka wyższe! jak las! Co to za zielę takie?

– Niedźwiedzie ucho – objaśnił Paweł.

Powoli, powoli na ogorzałe policzki jego wybijał się rumieniec, jakby odblask krwistego obłoku, który po tarczy słonecznej, za bór już zapadłej, na niebie pozostał.

Swawolnie, chyłkiem Franka wybiegła z gęstwiny łodyg, których parę zakołysało się w powietrzu żółtymi kitami. Z twarzą w ogniu, z włosami pełnymi białych gwoździków, z żółtawą chustką na kark zsuniętą, przy jednej z nich stanęła i wielki, bladozielony liść jej w palce ujmując znowu gadała:

– A! to prawda! zupełnie jak ucho jakiego zwierzątka! Taki kosmaty, mięcieńki, mileńki, jak aksamit! U jednej mojej pani był piesek, co miał takie same mięcieńkie, aksamitne uszki!

Lubowała się miękką, puszystą powierzchnią liścia, głaskała go i pieściła, tak zupełnie jakby on był naprawdę miłym jakimś zwierzątkiem. Nagle zwróciła się ku Pawłowi, wprost ku niemu skoczyła i obu rękami na ramionach jego zawisłszy zapadłe swe oczy, w wilgotnej mgle rozmiękłe i przygaszone, ku niemu wzniosła.

– Jak tu dobrze, ładnie, wesoło! – wołała – jaki z was dobry człowiek, że biednej dziewczynie i nieznajomej zrobiliście taką przyjemność! Ja, widzicie, mam taką naturę, że bardzo wdzięczna jestem, kiedy mnie kto co dobrego zrobi. Ale w tej chwili z tym powolnym, poważnym człowiekiem zrobiło się coś dziwnego. Rumieniec, który wprzódy okrył mu policzki, rozpostarł się aż na czoło, tak błękitne i spokojne zwykle oczy ściemniały i strzeliły prawie ponurym błyskiem. W silne ramię wątłą kibić jej pochwycił, do piersi swej przycisnął i już nad głową jej schylony usta do ust przybliżał, kiedy dziwnie zwinna, z prawie przeraźliwym krzykiem wysunęła się mu z objęcia i odskoczywszy, znowu pod dziewannami stanęła. Od stóp do głowy drżąc i głośno śmiejąc się zawołała:

– Ot, pięknie! Za to, że raz na spacer powiózł, już i wynagrodzenia żąda!... Taki sam jak i wszyscy!...

Paweł z zakłopotaniem głowy ręką dotknął i po chłopsku zaszeptał:

– Ot tobie na! oś szczo prydumała! – Podszedł i łagodnie za rękę ją wziął.

– Głupstwo! – ze zmieszaniem zaczął – albo ja co takiego myślał? Niech mnie Pan Bóg od takiego grzechu zachowa, żebym ja was z taką myślą na spacer wiózł! Ot tak, fiksacja jakaś do głowy przyszła. Nie gniewajcie się i bądźcie spokojni. Siądźcie sobie i odpocznijcie, a ja tymczasem czółno tu przyprowadzę i zaraz do domu was odwiozę...

Na gwoździkach usiadła i z całej siły obu rękoma połę surduta jego schwyciła.

– Ja nie chcę do domu! – wołała. – Jaki to dom? Piekło nie dom! I nie idźcie ode mnie! zlitujcie się, nie idźcie! Ja bym z wami ani na minuteczkę nie rozstawała się! ja bym za wami do wody skoczyła! Siądźcie przy mnie! siądźcie!

Z ustami trochę od zdziwienia i zmieszania otwartymi, ujęty jednak jej słowy, obok niej usiadł. – Bliżej – prosiła – bliżej przysuńcie się... ot tak, bliziusieńko!

Ciągnęła go ku sobie dopóty, dopóki ramię jego nie dotknęło jej ramienia, po czym ucichła i oczy wlepiła w rzekę, która tuż pod ich stopami u piaszczystego skraju wyspy toczyła stalowe wody. Nie była już ona błękitną, bo zmrok nadchodził, niebo zbladło, i tylko płynące po nim jasne obłoki w stalowych jej głębiach przebłyskiwały srebrem.

– Jak ta woda płynie... płynie... płynie! – zaszemrała Franka i upojone prawie rozmarzenie czuć było w osłabłym jej głosie.

– Powiedzcie mnie... – z zamyśleniem zaczął Paweł i wnet umilkłszy palcami w gęstwinie gwoździków grzebał.

– Czego chcecie? – ledwie dosłyszalnie zapytała. Wyrwał nagle z piasku całą garść kwiatów i z niespodzianą u niego gwałtownością zaszeptał:

– Kab ciebie! Kołem język w gębie stanął! Nu! Kto wy taka?

Franka nagłym ruchem wyprostowała się i prędko, żywo przemówiła:

– Jeżeli chcecie, to wszystko wam powiem: kto ja i jaka. Kiedy dobry człowiek pyta się, dlaczego nie powiedzieć! Jednego już nie zawstydzę się pewno, to swojej familii. U dziadunia dwa domy własne były, ojciec w kancelarii służył, ciotecznego brata mam bogatego! bogatego! W jednym dużym mieście adwokatem jest, nazywa się Kluczkiewicz, żonkę także z pańskiego domu wziął i jak pan żyje. Ot, z jakiej ja familii! Sroce spod ogona nie wyskoczyłam, a że w służbę poszłam, to już taka dola moja nieszczęśliwa... Rodziców szelmów Pan Bóg mnie dał... – A o rodzicach grzech tak gadać! – prawie z przestrachem upomniał Paweł.

– Ot! – sarknęła – u was wszystko grzech! A u mnie co prawda, to prawda. Ja nigdy nie łgę. Posłuchajcież sami, czy nie prawda.

Poprawiła się na swoim kwiecistym siedzeniu i tak przed siebie wyciągnęła nogi, że stopy jej w prunelowe trzewiki obute sterczały tuż nad wodą. Jak ta woda, tak i jej mowa, żywa, tłumna, z chichotami i westchnieniami zmieszana, płynęła nieustannie, nieustannie.

Dziad jej, ongrodzki mieszczanin, posiadał dwa własne domy – zapewne domki, bo taką wymieniła ulicę, przy której same drewniane klitki stoją – i za życia swego jeszcze syna do kancelarii oddał. Kancelarski urząd jej ojca musiał być najpodrzędniejszym, bo brał on pensyjkę malutką i często w podartych butach chodził. Tym więcej w podartych butach chodzić musiał, że był pijakiem. Za młodu jeszcze, w złych kompaniach podobno, pić polubił, a potem coraz mniejszą w tym lubieniu miarę zachowywał. Matka była z dobrego domu, Kluczkiewiczówna; na fortepianie nawet grać umiała i kiedy jeszcze miała fortepian, to jak zacznie, bywało, grać jaką polkę czy mazura, to aż na dwóch ulicach wszyscy słyszą. Przystojna sobie była, stroje bardzo lubiła i – kawalerów. Czasem też bywało u nich bardzo wesoło. Jak ojca w domu nie ma, schodzą się, grają, śpiewają, tańcują, a potem ojciec przychodzi i pijany albo nawet i niepijany, gości rozpędza, a matkę łaje albo bije. Z początku tylko łajał, a potem i bił. Sześć lat miała, kiedy po raz pierwszy zobaczyła matkę całującą się z kawalerem, a osiem, kiedy matka do familii swojej od męża uciekła. Wtedy ona i dwaj starsi jej bracia żyć zaczęli jak te wróble, co tylko zjedzą, ile gdzie ziarna skubną, i tyle ogrzeją się, ile im pod strych jaki uda się wlecieć, litowali się ludzie nad nimi, to ten, to ów nakarmił i na czas jakiś przytulił. Chłopcom lepiej było; jeden podrósłszy trochę do wojska wstąpił, a drugi do mularki poszedł, choć ta mularka i przeciwna jego urodzeniu była, ale co robić? z nędzy! Niedługo też w poniżeniu tym pożył. Bladzieńki był i szczupleńki jak robaczek; raz mu widać głowa zakręciła się na rusztowaniu, spadł na bruk, skaleczył się okropnie i choć na razie go wyleczyli, niedługo potem zmarł. Starszy, żołnierz, na koniec świata powędrował i żadnego już słuchu o nim nie było. Chłopcy tedy, jak chłopcy – zawsze im lepiej na świecie! ale ona prawdziwe piekło znosiła i z ojcem, i z głodem, i z chłodem, i z tymi głupcami, którzy, kiedy jeszcze dwanaście lat miała, dawali jej ciastka i orzechy za to, aby] pozwoliła im siebie całować. Mówili, że jest ładną, i jej się to podobało, ale oni sami wcale się jej podówczas nie podobali; bała się ich bardzo i wyrzekając się nawet orzechów i ciastek chowała się od nich jak mogła. Ale zupełnie schować się nie mogła, bo często na ulicy bywała, to z dziećmi różnymi bawiąc się, to do dobrych ludzi z prośbą o kawałek chleba albo o parę drewek na opał chodząc. Domy ojciec dawno już sprzedał i pieniądze razem z matką jeszcze stracił. A matka kilka lat u familii swojej zabawiwszy do męża powróciła. Bo to wujaszek, Kluczkiewicz, wtenczas umarł, a dzieci jego porozjeżdżały się po świecie (jeden syn w dużym mieście adwokatem teraz jest i bogaty! bogaty!). Nie było już więc gdzie siedzieć, do męża powróciła. Ale już ojciec wtedy w kancelarii miejsce stracił, do reszty rozpił się i na tę wariację, co to od wódki pochodzi, z pół roku pochorowawszy, w szpitalu zmarł. Matka jeszcze ze trzy lata żyła, okropnie biedna i mizerna. Robótki różne robiła i po domach roznosiła. Czasem i bieliznę do szycia brała. O kawalerach już wtedy nie myślała wcale, po całych nocach kaszlała i płakała, ją też przy sobie trzymała, czytać i szyć uczyła, a przed samą już śmiercią wystarała się dla niej o służbę u jednej pani i do tej pani ją przyprowadziwszy u nóg jej pełzała o opiekę dla niej prosząc.