Szczyty Chciwości

Tekst
Z serii: Grzechy młodości #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Szczyty Chciwości
Szczyty Chciwości
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,90  54,32 
Szczyty Chciwości
Szczyty Chciwości
Audiobook
Czyta Anna Apostolakis
36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książki Edyty Świętek, które ukazały się

w Wydawnictwie Replika


Saga SPACER ALEJĄ RÓŻ

Cień burzowych chmur

Łąki kwitnące purpurą

Drzewa szumiące nadzieją

Szarość miejskich mgieł

Powiew ciepłego wiatru

NOWE CZASY

Nie pora na łzy

Przeminą smutne dni

Tam, gdzie rodzi się miłość

Tam, gdzie rodzi się zazdrość

Cienie przeszłości

Miód na serce

Noc Perseidów

Wszystkie kształty uczuć

Cappuccino z cynamonem

Zanim odszedł

Bańki mydlane

Dom lalek


Copyright © Edyta Świętek

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Monika Orłowska

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Skład i łamanie

Maciej Martin

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2020

eISBN 978-83-66481-48-0

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

SPIS TREŚCI

W poprzedniej części

Drzewo genealogiczne rodziny Trzeciaków – Rok 1985

Prolog – Bezgłośny krzyk

Rozdział 1 – Odwieczny cykl życia

Rozdział 2 – Smak goryczy

Rozdział 3 – Barwy miłości

Rozdział 4 – Złowrogi podmuch

Rozdział 5 – Nieuchronność zmian

Rozdział 6 – Interes życia

Rozdział 7 – Cień anioła

Rozdział 8 – Czkawka

Rozdział 9 – Wiatr odnowy

Rozdział 10 – Rodzicielskie troski

Rozdział 11 – Chciwość

Rozdział 12 – Przed nocą i mgłą

Epilog – Alter ego

Drzewo genealogiczne rodziny Trzeciaków – Rok 1995

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

W POPRZEDNIEJ CZĘŚCI

Milicja odnajduje na brzegu Brdy ciało topielca. Tymoteusz wspólnie z Kazimierzem tuszuje sprawę bratobójstwa. Franciszka i Leon uważają, że ich najmłodszy syn został zamordowany. Podczas pogrzebu matka przeklina osobę, która może być zamieszana w jego zgon.

Justyna wciąż jest nękana przez Służbę Bezpieczeństwa. Po śmierci męża pozostaje w mieszkaniu Heleny. Kobiety mają trudną sytuację materialną. Skruszony Tymek wspiera wdowę po bracie.

Wojciech Kost wnosi pozew o rozwód. Badania krwi wykazują, że Piotr nie jest jego synem. Rodzice potępiają Agatę za rozbicie rodziny, a dzieci mają do niej żal i sprawiają problemy wychowawcze. Początkowo Piotrek nie potrafi zaakceptować faktu, że jest synem Romana. Z biegiem czasu pomiędzy nim a ojcem powstaje nić porozumienia. Dereń prosi Agatę o rękę, mimo że jego żona nie wyraża zgody na rozwód.

Helena Wetlik otrzymuje z Niemiec list oraz paczkę. Kobieta przypuszcza, że nadawca, Klaus Engel, jest w rzeczywistości uprowadzonym podczas wojny Teofilem.

Manuela Trzeciak zakochuje się w opozycjoniście Albercie Ślusarku. Roman Dereń ostrzega Kazimierza Trzeciaka, że jego córka romansuje z wichrzycielem. Kazimierz ignoruje jego uwagi. Młodzi ludzie szybko zakładają rodzinę. Tuż przed ślubem córki Kazimierz przechodzi na wcześniejszą emeryturę i radykalnie zmienia światopogląd.

Wiesław Trzeciak dokonuje malwersacji w Zachemie. Zdobyte pieniądze trwoni w nocnych klubach na hazard oraz narkotyki. Kiedy sprawa wychodzi na jaw, ojciec zwalnia go z pracy i dyskretnie tuszuje problem. Wiesław nie porzuca hulaszczego trybu życia. Wpada w tarapaty finansowe i zostaje pobity do nieprzytomności przez swoich wierzycieli. Gdy odzyskuje świadomość, wciąż oszołomiony, wchodzi pod pędzący elektrowóz. Tymoteusz obwinia się o jego śmierć. Twierdzi, że to skutek przekleństwa, które na jego głowę rzuciła Franciszka. Chce wyznać matce prawdę na temat śmierci Eugeniusza i błagać ją o wybaczenie, lecz Kazimierz go powstrzymuje.

Tymoteusz zatrudnia w Zachemie Marię i powierza jej kierownicze stanowisko. Kobieta nie jest lubiana przez współpracowników. Benedykta Wilimowska namawia Marię na przyjęcie jej nazwiska. W zamian obiecuje wnuczce spadek. Oprócz nazwiska Maria zmienia też imię. Tymek, który dowiaduje się o tym przypadkowo, nie potrafi zaakceptować faktu, że córka nazywa się teraz Mirella Wilimowska.

Mimo braku przychylności ze strony ojca Mirella bierze ślub z Aleksandrem Braunem. Młodzi ludzie zamieszkują w willi na Miedzyniu.

Po śmierci Benedykty wychodzi na jaw, że cały jej majątek został zapisany w testamencie siostrze PCK, która sprawowała nad nią opiekę podczas ciężkiej choroby.

Albert i Manuela uczestniczą w mszy świętej z udziałem Jerzego Popiełuszki. Wśród wiernych widzą Romana Derenia. Tej samej nocy kapłan zostaje uprowadzony, a następnie zamordowany. W jego śmierć zamieszane są tajne służby. Zdarzenie wywołuje szok wśród ludzi. Franciszka i Leon Trzeciakowie wyrażają dezaprobatę dla planów matrymonialnych Agaty z funkcjonariuszem SB. Kobieta postanawia zerwać z Dereniem.

Podczas relaksu nad wodą najmłodsza córka Trzeciaków uderza się w głowę i wpada do basenu. Nastolatka nie oddycha, gdy ratownik wyławia jej ciało.



PROLOG

Usta milczą, dusza śpiewa,

Usta milczą, świat rozbrzmiewa![1]

[1] Fragment tekstu piosenki Nie dokazuj z repertuaru Marka Grechuty. Słowa: Marek Grechuta, muzyka: Jan Kanty Pawluśkiewicz.

Bezgłośny krzyk

Justyna Trzeciak siedziała na ławce w parku. Dzień był piękny, słoneczny, więc z przyjemnością wystawiła twarz na działanie wiosennych promieni. W pobliżu Jola wraz z dwoma koleżankami grała w gumę. Dziewczynki osiągnęły już etap kolanek, więc rozrywka nabierała rumieńców, gdyż znacznie łatwiej przychodziły „skuchy”. Zwykle Justyna przypatrywała się beztroskim harcom, lecz tego popołudnia ogarnęła ją tak wielka błogość, że przymknęła powieki.

Listy od Klausa zawsze poprawiały jej nastrój. Engel potrafił wyjątkowo pięknie pisać o drobiazgach dnia codziennego. Odmalowywał widok ze swojego okna: starego piekarza, który miał zakład oraz sklepik przy jego ulicy; maluchy dokazujące na podwórku. Dopytywał, czy polskie dzieciaki mają podobne zabawy, jakie są ich zainteresowania i co porabiają w wolnym czasie. O matce rzadko wspominał, ale wciąż dopytywał o Helenę i Franciszkę. Ubolewał nad pogarszającym się stanem ich zdrowia. Przysyłał witaminy. Najczęściej jednak podkreślał słowa o tęsknocie za towarzystwem drugiego człowieka. Ze starannie zapisanych kartek wyzierała samotność. Łaknienie bliskości – szczególnie w wymiarze duchowym.

Nazywał Justynę swoją przyjaciółką. Te słowa były miłe jej sercu.

Mój przyjaciel… – pomyślała, głaszcząc pieszczotliwie opuszkami kopertę spoczywającą na podołku.

Nie wypełnił emocjonalnej pustki, która powstała po śmierci Eugeniusza – tragicznie zmarłego męża nikt nie mógł zastąpić. Ale był kimś ważnym. Właśnie Mroczkowi wspominała o wielu rozterkach, których nie zdradziłaby nikomu innemu, nawet Helence.

Od jakiegoś czasu dokładała starań, by oszczędzać poczciwej cioci zgryzot. Nie ze wszystkiego chciała zwierzać się Agacie, ponieważ ona także miała dość własnych problemów. Klaus stanowił idealnego powiernika. Być może z racji dzielącej ich znacznej odległości. Niemalże nie istniało prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek się spotkają. Nigdy nie rozmawiali telefonicznie – chyba nie tylko z uwagi na barierę językową, ale również dlatego, że gdzieś między wierszami nadmienił, iż jest niemy. Nie wyraził tego wprost, lecz tak wynikało z treści listu.

– Jestem człowiekiem milczącym – pisał. – Moje usta musiały na zawsze umilknąć. Jedynie w myślach krzyczę. Mogę też przelewać na papier to, co gra w mojej duszy, ale i tutaj nie jestem w stanie oddać wiernie tego, co czuję. Gdybym tylko zdołał przemówić! Ile rzeczy wówczas bym wyraził… Justyno!

Żałowała, że nie może skorzystać z jego zaproszenia. Dopóki ciocia była w lepszej formie, taki wyjazd nie byłby większą uciążliwością. Cóż, gdy Trzeciakowa nie otrzymała paszportu. Choć nigdy nie działała w opozycji, Służba Bezpieczeństwa wciąż kontrolowała jej poczynania. Zapewne miała u nich swoją teczkę, w której notowano różne bzdury na jej temat. Owszem, utrzymywała wiele znajomości mogących uchodzić za „podejrzane” czy wręcz „szkodliwe”. Jakiś czas temu przystąpiła nawet do Solidarności. Skoro już była na cenzurowanym, to niech przynajmniej będą ku temu powody. Być może przez to posunięcie odmówiono jej możliwości wyjazdu na Zachód. I nie pomogło tłumaczenie, że w kraju zostawia dzieci, jest wdową i ma pod opieką schorowaną staruszkę. Trzykrotnie próbowała i za każdym razem otrzymywała negatywną odpowiedź.

 

Teraz choćby uzyskała dokument, nie mogłaby pojechać. Helenka była w coraz gorszej kondycji, a do tego jeszcze doszły problemy zdrowotne teściowej. Nie byłoby kogo poprosić o doglądnięcie cioci i dwójki nastolatków.

A może to i lepiej? Kto wie, do czego mogłoby dojść, gdyby stanęła z Klausem twarzą w twarz?

Doznałaby rozczarowania?

A może wręcz przeciwnie – jeszcze silniej przywiązałaby się do tego człowieka i po powrocie do domu znowu doskwierałyby jej bolączki tęskniącej kobiety.

Wolę, żeby Klaus pozostał w sferze marzeń. By nadal był tylko i aż przyjacielem.

Czasami nawiedzały Justynę osobliwe myśli, które wzbudzały w niej paniczny strach. Gdy popuszczała wodze fantazji, wyobrażała sobie, że za personaliami Klausa Engela ukrywa się ktoś zupełnie inny. Człowiek, którego dawno temu pogrzebała na cmentarzu, lecz nie pozwoliła na to, by umarł w jej sercu. Te rojenia nie miały racji bytu, gdyż zamiast pozwalać czasowi na zabliźnianie ran, na nowo je rozdrapywały.

Wiem, że w naszym życiu zachodzi wiele zadziwiających przypadków. Ten jednak jest absolutnie niemożliwy. Bądź rozsądna, dziewczyno! – karciła w duchu samą siebie. Gdyby Eugeniusz żył, nie dopuściłby do tego, byś usychała z tęsknoty i rozpaczy w przekonaniu, że umarł. Na pewno dałby znać, że jest cały, zdrowy i bezpieczny. Nawet jeśli nie wprost, to w jakiś zawoalowany sposób.

Klaus nigdy nie napisał w liście niczego, co mogłoby sugerować taką sytuację.

Coś miękkiego musnęło dłoń kobiety. Podniosła leniwie powieki i spojrzała na podołek. Zobaczyła niewielkie białe piórko, które wylądowało na kopercie. Uśmiechnęła się – właśnie poczuła osobliwe ciepło w okolicy serca.

ROZDZIAŁ 1

Jaka róża, taki cierń – nie dziwi nic

Jaka zdrada, taki gniew – nie dziwi nic

Jaki kamień, taki cios – nie dziwi nic

Jakie życie, taka śmierć[2]

[2] Fragment tekstu piosenki Jaka róża, taki cierń z repertuaru Edyty Geppert. Słowa: Jacek Cygan, muzyka: Włodzimierz Korcz.

Odwieczny cykl życia

Rok 1985

Justyna Trzeciak spoglądała w lustro zawieszone w przedpokoju. Odziana była w prostą czarną sukienkę z krótkim rękawem. Obawiała się, że mimo ewidentnie letniego fasonu żałobny strój nieźle da jej w kość, gdyż dzień należał do upalnych. Przez moment rozważała, czy wypada ozdobić szyję jakimś wisiorkiem lub koralami. Sięgnęła nawet po lekko opalizujące czarne fasetowane paciorki, lecz z chwilą, gdy przyłożyła je do szyi, przez jej ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz wywołujący gęsią skórkę.

Déjà vu? – Wzdrygnęła się na niejasne wspomnienie, które zamajaczyło w jej myślach.

Gdzieś kiedyś już widziała samą siebie z podobnymi paciorkami. Wtedy dławiły jej krtań, odbierając płucom możność zaczerpnięcia powietrza.

Wrzuciła błyskotkę do niewielkiego pudełka stojącego na podręcznym stoliku przed lustrem. Pogrzeb zdecydowanie nie należał do tych okoliczności, gdzie próżność miałaby rację bytu.

Nie żeby była próżna!

Po wyjątkowo chudych latach przyszedł czas, gdy mogła sobie pozwolić na nieco więcej. Pomoc ze strony Klausa oraz Tymoteusza korzystnie wpłynęła na stan jej budżetu. Choć Trzeciakowa wzbraniała się przed przyjmowaniem czegokolwiek, mężczyźni z uporem obdarowywali dwie wdowy oraz dwójkę nastolatków.

Dzwonek do drzwi wytrącił ją z krótkiej zadumy. Z przyzwyczajenia wstrzymała oddech, zerkając przez otwór judasza. Właściwie od dawna nikt jej nie nękał, więc teoretycznie nie miała powodów do niepokoju, lecz od czasu aresztowania Eugeniusza każdy dzwonek czy energiczniejsze stukanie przyprawiały ją o nieprzyjemny skurcz żołądka.

Na korytarzu stał listonosz. Miał ze sobą kolejną przesyłkę z Niemiec zachodnich. Przynoszenie paczek zdążyło mu już spowszednieć, nie komentował tego, że raz w miesiącu wnosi po trzeszczących drewnianych schodach ciężki karton.

Czasami pudła nosiły ślady otwierania. Listy przeglądał cenzor. Znikały jakieś drobiazgi i zagraniczne banknoty. Helena i Justyna wielokrotnie prosiły Engela, by nie przysyłał im pieniędzy. Raz wspomniały, że to daremny wydatek, jako że gotówkę ktoś ukradł. Od tamtej pory Klaus zaczął ją chować w bardzo przemyślny sposób do opakowań z produktami. Bywało, że wszywał pieniądze w maskotki lub odzież. Planował to z wyprzedzeniem, gdyż zawsze w liście dawał sugestie co do tego, gdzie kobiety mają poszukiwać marek przy otwieraniu kolejnej przesyłki. I po wielokroć powtarzał, że nie zaprzestanie wysyłania gotówki, ponieważ jako człowiek samotny, mający jedynie przybraną matkę, nie ma dużych wydatków. Niech mu więc nie zabraniają drogie przyjaciółki z Polski zadośćuczynienia w ten sposób swemu wewnętrznemu impulsowi, by nieść pomoc osobom w trudniejszej sytuacji. Był doskonale poinformowany na temat kulejącej gospodarki kraju. Wiedział o rosnących cenach, pustych sklepowych półkach i gigantycznych kolejkach, gdy „rzucano” do sprzedaży jakiekolwiek towary. W lot odgadywał potrzeby Wetlikowej oraz Trzeciaków.

Od dłuższego czasu do każdej paczki dołączane były dwa listy. Jeden z nich, ogólny, Klaus kierował do wszystkich domowników. Drugi adresował wprost do Justyny. Ten miał charakter bardziej osobisty i przyjacielski. W korespondencji z Trzeciakową Engel nie tylko wypytywał o to, „czy aby na pewno Frau Helenka czuje się dobrze i czy dba należycie o siebie”. Dzielił się także z Justyną różnymi przemyśleniami, o których zapewne nie chciał mówić domniemanej matce. Przesyłał również wiele słów otuchy dla samotnej kobiety. Wyrażał swój podziw dla niej. Regularnie wymieniana poczta zbudowała pomiędzy nimi pewien rodzaj bliskości. Z myślą o nim Justyna kupiła swego czasu podręcznik do nauki języka niemieckiego. Uczyła się obcej mowy, lecz listy wciąż pisywała po polsku. Wstyd by jej było, gdyby napisała coś z błędem. Wszak Klaus tak interesująco potrafił ubierać swoje myśli w słowa! Poza tym od jakiegoś czasu cała korespondencja prowadzona była w języku polskim – Engel uparł się, że jemu łatwiej będzie zatrudniać i opłacać tłumacza.

Wyobrażała go sobie jako człowieka inteligentnego, oczytanego erudytę. Na pewno miał nienaganne maniery i potrafił odnaleźć się w każdej sytuacji. Nigdy nie uraził jej żadną swoją wypowiedzią. Umiejętnie natomiast wydobywał z niej zwierzenia. Był drugą po cioci Helenie osobą, której opowiedziała o okolicznościach związanych z odnalezieniem Eugeniusza i wspomniała o sennych koszmarach. I tylko on potrafił tak to skomentować, że poczuła ciepło na sercu.

Wciąż z głębokim żalem podkreślał, że na razie nie może przyjechać do Polski, choć bardzo tego pragnie. I nawet nie jest w stanie powiedzieć, czy zrobiłby to, gdyby w kraju zaszły radykalne zmiany ustrojowe, choć takich nic nie zwiastowało. Delikatnie sugerował, że na przeszkodzie stoi nie tylko jego kondycja i przywiązanie do niemieckiej matki.

Justyna pokwitowała odbiór przesyłki. Zawołała Michała, który siedział przed odbiornikiem telewizyjnym, i poprosiła go o pomoc w przeniesieniu pudła do kuchni. W tym wyjątkowo smutnym dla rodziny dniu nawet upominki zza Odry nie wpłynęły na poprawę humorów. Zresztą nie było czasu na rozpakowanie zawartości, gdyż zaraz powinni pojechać na cmentarz. Justyna ograniczyła się wyłącznie do wyjęcia listów. Od razu jeden z nich odczytała na głos w pokoju cioci. Z drugim przysiadła na wersalce u siebie. Szybko przebiegła wzrokiem po kilku stronach, chciwie łowiąc wynurzenia Klausa. Wiedziała, że po powrocie do domu przeczyta go powtórnie – spokojnie, i w większym skupieniu. Teraz najbardziej poruszyło ją kilka zdań.

Droga Przyjaciółko, przemyśl, proszę, jeszcze raz moją propozycję. Tak bardzo zależy mi na naszym osobistym spotkaniu. Rad bym ugościł w moich skromnych progach i panią Helenkę, i Ciebie, i Twoje dzieci. Pani Helena wymawia się od podróży starością oraz chorobami, co doskonale rozumiem. Zdaję sobie sprawę z niewygód, na jakie byłaby narażona. Przysięgam na Boga, że gdyby istniała taka możliwość, sam bym u Was zawitał. Błagam, Justyno! Muszę coś ważnego wyznać, lecz mogę to zrobić jedynie osobiście. To sprawa wielkiej wagi – w grę wchodzi życie i śmierć.

Rzeczywiście zapraszał je do siebie tuż po tym, gdy ogłoszono zniesienie stanu wojennego. Gotów był zorganizować całą wyprawę, byle tylko wyraziły zgodę. Wtedy Helena przyklasnęła pomysłowi Engela, choć przyznawała, że perspektywa takiej podróży jest dla niej po prostu przerażająca.

Niestety, żadna z nich nie otrzymała paszportu.

Jakiś czas później Klaus ponowił propozycję, lecz wtedy Helenie zaczęło szwankować zdrowie. Właściwie przez całą minioną zimę staruszka niemalże nie wychodziła na zewnątrz. Po mieszkaniu poruszała się wolno i za pomocą laski. Narzekała na kołatanie serca. W styczniu spędziła dwa tygodnie w szpitalu, do którego zabrała ją karetka pogotowia. Oczywiście Wetlikowa usiłowała bagatelizować dolegliwości. Zwalała winę za niedołęstwo na bezlitośnie upływający czas. A niekiedy wprost mówiła o tym, że swoje już przeżyła i może nareszcie umrzeć. Bo choć nie było jej przeznaczone ostatnie przytulenie rodzonego dziecka, to sama świadomość, że Teoś żyje, pozwalała jej na zamknięcie oczu.

Nie dopuszczała do siebie myśli, że Klaus nie jest tym, za kogo go uważała.

Justyna poskładała list od Engela.

Wiedziała, że i tym razem nie będzie w stanie spełnić jego prośby. Nie pojedzie do Niemiec, gdyż nie mogłaby zostawić Helenki. Nie teraz, gdy na rodzinę spadło kolejne nieszczęście, zbierając śmiertelne żniwo. W innych okolicznościach pewnie zdołałaby uprosić kogoś z krewnych, by zaglądał na Cieszkowskiego i otoczył opieką starowinkę. Pod warunkiem, że otrzymałaby paszport.

– Michaś, Jola! Jesteście gotowi? – zapytała nastolatków.

– Już dawno – odparł syn.

– Dobrze, to wychodzimy. Idę po ciocię.

Staruszka także była ubrana. Czekała w swoim pokoju, gładząc suchą, pomarszczoną dłonią kopertę z ostatnim listem z Dortmundu. Gdy Justyna do niej przyszła, Hela podniosła oczy o wiecznie zaczerwienionych powiekach.

– Nie dane mi go będzie zobaczyć, Justysiu – powiedziała drżącym głosem. – Mój kres jest coraz bliższy.

– Co też mówisz, ciociu! – delikatnie wyraziła oburzenie Trzeciakowa.

– Wiem to dobrze, córciu. Ale może ty pojedziesz do Niemiec. Obiecaj mi więc, dziecko, że gdy tylko nadarzy się sposobność, powiesz ode mnie Klausowi, że kochałam go ze wszystkich sił. I że świadomość jego istnienia dodała mi otuchy u kresu. Ucałujesz go ode mnie i uściskasz – poleciła.

Justyna spoglądała na nią z przerażeniem. Jeszcze nigdy Wetlikowa nie mówiła o tej sprawie aż tak bardzo wprost. Boże… Czy ona coś przeczuwa? – jęknęła w duchu.

– Ciociu… Ciotuchno moja kochana!

– Cii… Nie frasuj się, Justysiu. Taka kolej rzeczy. Jeszcze nie dzisiaj, może nie jutro, ale już niebawem i mnie zabierze Święty Piotr. Odejdę w spokoju, wiedząc, że Teoś przeżył. Ty porozmawiasz z nim w moim imieniu i powiesz mu, że czekałam na niego całe życie. I nawet przez moment nie straciłam nadziei na jego odnalezienie.

Mirella nienawidziła pogrzebów. Ponure uroczystości na nowo zapełniały jej wyobraźnię myślami o robactwie i rozkładzie ciała. Nic nie wzbudzało w niej równie obezwładniającego przerażenia. W desperackiej próbie rozładowania frustracji sprowokowała nawet sprzeczkę z mężem o jakąś bzdurę. Zwykle awantury odwracały jej uwagę od innych przykrych spraw. Tym razem nawet to nie pomogło.

– A może przestałabyś w końcu stroić fochy? – burknął mąż.

Był już gotowy do wyjścia. Czekał na połowicę, która z wyjątkowo cierpkim wyrazem twarzy grzebała w szkatułce z biżuterią w poszukiwaniu złotej bransoletki. Jej mina nie miała absolutnie nic wspólnego z żałobą, rozpaczą czy cierpieniem, ale znamionowała jedynie jakąś absurdalną złość.

– Jak mi się będzie chciało – warknęła Mira. Potem pomyślała, że może jednak nie powinna na razie warczeć na ślubnego, gdyż męskie ramię może być nader pożądane na cmentarzu w sytuacji, gdyby znowu poczuła zawroty głowy. Ta przypadłość męczyła ją w podobnych sytuacjach. – No dobrze. Niech będzie zgoda – dodała po chwili.

 

– Nareszcie. – Mężczyzna odetchnął z ulgą. Wcześniej dręczył go niepokój, że Mirella niefrasobliwie narobi mu wstydu wśród swoich krewnych. Już i tak wiedział, że Trzeciakowie spoglądają na niego z pewnego rodzaju politowaniem. Mieli go prawdopodobnie za mydłka, który nie ma nic do gadania i jest całkowicie podporządkowany swej ślubnej. Takie stwierdzenie zdecydowanie nie pokrywało się ze stanem faktycznym, czego jednak nikt spoza ścisłego kręgu domowników nie był w stanie obiektywnie ocenić.

– Prochem jesteś i w proch się obrócisz.

O wieko trumny pacnęła pierwsza grudka. Po niej następne. Ponad nieprzyjemny głuchy łoskot przebił się żałosny szloch Franciszki.

To nie mogło być prawdą! Nie mogła opuścić jej kolejna bliska istota. Pochowała już tak wiele osób drogich swemu sercu, a teraz nieubłagana kostucha zebrała kolejne żniwo.

Tylko zaraz, zaraz… kto tak właściwie spoczywa w niknącej pod kopcem skrzyni?

Trzeciakowa przycisnęła mokrą chusteczkę do ust i na chwilę stłumiła jęk rozpaczy. Spojrzała bezradnie po zapłakanych twarzach żałobników. Zatrzymała oczy na Agacie.

Czemu wygląda tak nieporządnie? Staro, ponuro, beznadziejnie… A Kazik? Kiedy on zdążył zmarnieć do tego stopnia? Ma pochylone plecy, wąs mu posiwiał. I Tymek też stracił nagle swój młodzieńczy wigor. Co oni ze sobą zrobili? – zżymała się w duchu. Przecież to jeszcze dzieciaki! A gdzie zniknął Leon?

Próbowała odszukać wzrokiem małżonka, lecz nigdzie go nie dostrzegła. Jakby zapadł się pod ziemię. Nagle jej wzrok spoczął na tabliczce zamocowanej do prostego drewnianego krzyża, który grabarz wbijał właśnie w świeżo usypaną pryzmę.

– Nie! – jęknęła w rozpaczy. – Nie! To niemożliwe. Nie mój Leoś! Leosiu, Leosiu! Jak mogłeś mi to zrobić? – krzyczała, spoglądając na grób zmarłego cztery dni wcześniej męża.

Jak przez mgłę wróciło do niej przerażające wspomnienie feralnego dnia, gdy zaaferowany Kazimierz przyniósł im wieści o tym, że od kilku godzin Kinga walczy w szpitalu o życie. Byłoby biedactwo utonęło, bo ratownicy wyciągnęli ją bez czucia i oddechu z wody. Co za licho poniosło Tymka z rodziną nad ten cholerny Balaton na Bartodziejach?

Dziecko trafiło na intensywną terapię, lecz rokowanie było przerażające. Lekarze powściągliwie opiniowali, że prawdopodobnie niedotleniony mózg nigdy nie będzie równie sprawnie funkcjonował, jak przed podtopieniem. Na dodatek został zerwany rdzeń kręgowy w odcinku szyjnym, co zapewne poskutkuje dożywotnim niedowładem ciała.

Ile tak dramatycznych informacji może znieść serce osłabione wiekiem i chorobami?

Zbyt wiele trudnych chwil spadło w minionych latach na rodzinę, by Leon był w stanie to przeżyć. Ani słówka nie pisnął, gdy Kazik skończył zdawanie relacji ze szpitala. Stęknął tylko, przyłożył dłonie do klatki piersiowej, a potem padł z otwartymi oczami na dywan. Nawet nie zdążyli go pochwycić.

To kostucha złapała starca w swój drapieżny uścisk.

Jak teraz znieść kolejne dni, tygodnie czy miesiące bez mężczyzny, który zawsze był obok? Bez kogoś, z kim upłynęło ponad pięćdziesiąt lat życia?

– Nie płacz, mamusiu. Nie płacz.

Franciszka spojrzała na córkę, która mocno podtrzymywała jej ramię.

Choćbym był święty i kryształowy, nie umknę przed przeznaczeniem i karą za winę. Dlaczego więc mam cierpieć w dwójnasób? – rozmyślał Tymoteusz, zerkając przez okno biura za odchodzącą Barbarą. Ona skończyła już pracę, on miał w perspektywie posiedzenie zarządu.

Mimo upływu czasu jego uczucie do tej kobiety nie stygło. Tęsknił szaleńczo. Marzył o tym, by znowu łączyła ich taka sama bliskość jak przed laty. W ich związku nigdy nie chodziło tylko o fizyczność. Nie każde spotkanie kończyło się zmysłowymi uniesieniami. W rzeczywistości znacznie ważniejsze były wspólnie spędzone chwile.

Wspominał godziny upływające na rozmowach. Wyjazdy „na delegację” do Torunia, gdy po prostu spacerowali po obcym mieście, gdzie nikt ich nie znał. Mogli przechadzać się – niczym narzeczeństwo – ze splecionymi dłońmi. Przesiadywać w kawiarniach bez obawy, że zostaną nakryci. Pójść razem na przedpołudniowy seans do kina. Czasami zabierał kochankę na zakupy do domu Mody Polskiej. Czekał, aż przymierzy naręcze ubrań i zaprezentuje mu się w każdej z tych kosztownych kreacji. Pomagał jej w wyborze najpiękniejszej, tej wymarzonej, płacił za nią, a potem z zachwytem spoglądał na Basię, gdy przychodziła w nowym nabytku do biura. Była szczupła, zgrabna i dość wysoka, więc na niej nawet wór pokutny musiałby pięknie leżeć.

– Ładnemu we wszystkim ładnie – zachwycał się, ilekroć widział ją w czymś nowym. – Jesteś najszykowniejszą kobietą, jaką znam.

Smutna prawda. Choć Elżunia miała szafę wypełnioną drogimi fatałaszkami, nigdy nie wyglądała równie ponętnie co Szydłowska. Może z racji wieku, wszak dzieliły je niemalże dwie dekady. A może dlatego, że choć ślubna zdołała zrzucić parę nadprogramowych kilogramów, to i tak wciąż była zbyt masywna w porównaniu z rywalką?

A może wpływ na jego uczucia miało to, że małżonka zachowywała się niczym nobliwa matrona – zawsze z godnością, zawsze stosownie do okoliczności, i pod wieloma względami przypominała swoją matkę – damę w każdym calu – tak idealną, że aż człowiekowi robiło się niedobrze na samą myśl o przebywaniu w jej towarzystwie. Gdy jeszcze teściowa żyła, Tymek wciąż odnosił wrażenie, że jest przez nią obserwowany z zacietrzewieniem sępa czatującego na padlinę. Czekała na każde uchybienie i potknięcie, a gdy kogokolwiek na czymkolwiek przyłapywała, dawała temu wyraz czy to gniewnym ściągnięciem brwi, czy komentarzem.

Elżunia, być może w dużej mierze nieświadomie, coraz częściej powielała jej zachowania. Tresowała swoje pociechy, by prezentowały światu nienaganne maniery oraz eleganckie słownictwo. Proszę, dziękuję, przepraszam – te wyrazy gładko wypływały im z ust. Dla żony istotne było, by dzieci do siebie odnosiły się ładnie i grzecznie, a do rodziców zawsze z największym szacunkiem.

Jedynie Mirella umykała matczynym standardom, Tymek doskonale o tym wiedział, ponieważ niejeden raz słyszał siarczyste przekleństwa padające z ust najstarszej latorośli. Przymykał jednak na to oko – przynajmniej póki jemu i Elżbiecie nie okazywała grubiaństwa – gdyż była kobietą temperamentną, obdarzoną impetem i pazurem.

Tak czy inaczej młodzieńczy wigor Barbary stanowił przyjemną odmianę po wielkopańskich nawykach ślubnej. Przy niej wypoczywał i odnosił wrażenie, jakby ubyło mu lat.

Mieli swoje własne małe rytuały. Gdy spacerowali razem, lubiła go obejmować i wsuwać kciuk w szlufkę jego paska. Po każdej randce Tymek zostawiał na biurku Basi zaklejoną kopertę, a w niej kartkę pocztową z kwiatami. Na odwrocie rysował długopisem dwa serca. Często na powitanie zamiast go pocałować, Basia pocierała nosem o nos ukochanego.

– Jak Eskimosi. Tylko wspólnego igloo brak – rzucała żartem.

W tych słowach nie było ani smutku, ani przygany. Rozmawiali o tym niejednokrotnie. Wiedziała, że on nie może porzucić niestabilnej emocjonalnie żony. Z tego samego względu, choć skóra cierpła mu na samą myśl o takiej możliwości, akceptował to, że pewnego dnia ukochana zechce założyć rodzinę i urodzić mężowi dzieci.

Gdy z nią zrywał, myślał, że zdoła zapomnieć. Pocierpi parę dni, potem ból zelżeje. Zobaczy, że ona ukoiła tęsknotę w cudzych objęciach i zaczyna odżywać oraz rozkwitać pod wpływem nowej miłości. Uprosił ją, by mimo ich rozstania nie odchodziła z Zachemu.

Ona także cierpiała, widział to w jej spojrzeniach przepełnionych tęsknotą.

To wszystko pozwalało mu lepiej wczuć się w sytuację Romka. Już nie potępiał siostry i przyjaciela. Nawet jeśli przez krótki czas uważał, że dopuścili się czegoś niestosownego, szybko przejrzał na oczy. No bo cóż niestosownego było w miłości?

Teraz żal mu było odtrąconego mężczyzny. Nie mógł zrozumieć Agaty i jej dziwacznej logiki. Jakie znaczenie miało to, że Romek jest esbekiem? W końcu z tego wynikało więcej korzyści niż szkód. Za jakiś czas ludzie przestaną wracać do fatalnych wydarzeń związanych z uprowadzeniem księdza Popiełuszki. Już i tak coraz mniej się o tym mówiło. A Roman nie miał z tą akcją absolutnie nic wspólnego. Tymoteusz wierzył w niewinność przyjaciela.

Jutro zaproszę Basię do kawiarni – postanowił.

Ciąża zdecydowanie nie służyła Mirelli. Choć brzuch jeszcze jej nie urósł, kobieta już czuła się ociężała niczym słonica. Zdecydowanie nie uważała swego stanu za błogosławiony i właściwie żałowała, że poinformowała męża o spodziewanym powiększeniu rodziny. Zrobiła to jednak pod wpływem impulsu w momencie, gdy mieli jeden z okresów zawieszenia broni. Na co dzień toczyli ze sobą coś w rodzaju wojny podjazdowej, ale czasami dochodziło do spontanicznego pojednania. W takich chwilach było pomiędzy nimi słodko i czule. Alex przynosił jej wtedy kwiaty lub upominki, podawał śniadanie do łóżka. Ona rewanżowała się kolacjami przy świecach i romantycznymi kąpielami we dwoje, które miały finał w sypialnianym zaciszu. No i właśnie jednego z tych miłych wieczorów poniosła ją szczerość.

Przez kilka dni przeżywali wspólną radość. Braun był wręcz podekscytowany myślą o tym, że zostanie ojcem. Nosił ją na rękach i okazywał czułość w dwójnasób. Ignorował kaprysy i humory połowicy. A potem sytuacja wróciła do normy, w domu znowu zagościły ich codzienne utarczki. Może tym razem na nieco mniejszą skalę, gdyż Mirelli zwyczajnie brakowało sił na przepychanki słowne, a i Aleksander odrobinę się hamował z uwagi na odmienny stan żony. Gdy jednak ta zaczynała na męża bluzgać, wykorzystując najobelżywsze inwektywy ze swojego słownika, nie pozostawał jej dłużny.

Matce też już zdążyła wspomnieć o dziecku, choć zrobiła to bardziej z myślą o tym, by rodzicielka przestała ją męczyć o odwiedzenie Kingi w szpitalu. Elżunia oczywiście nie omieszkała podzielić się nowinami z całą resztą rodziny.

Kurwa! I po co było o tym mówić? – jęczała Mirella pochylona nad sedesem. W ustach wciąż czuła nieprzyjemny smak pozostawiony przez torsje. Była zła na samą siebie. Gdyby bowiem zapanowała nad swym długim językiem, teraz nic by jej nie doskwierało. Przecież mogła wybrać prostszą opcję i pójść na zabieg.