Cappuccino z cynamonemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Edyta Świętek

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Monika Orłowska

Korekta

Joanna Pawłowska

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Zdjęcie na okładce

http://pl.depositphotos.com/ vsurkov

http://pl.depositphotos.com/ls992007

http://pl.depositphotos.com/popovaphoto

Skład, łamanie przygotowanie wersji elektronicznej

Maciej Martin

Wszystkie postaci występujące w powieści są fikcyjne. Poglądy wyrażane przez „Złotoustą” Jolę oraz Izabelę nie są prywatnymi opiniami autorki.

Wydanie I

ISBN 978-83-7674-350-9

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

replika@replika.eu

www.replika.eu

Niniejszą powieść dedykuję

moim kochanym Czytelnikom z Sieradza.

Errare humanum est

(Mylić się jest rzeczą ludzką)

– Sokrates

Prolog

Mężczyzna z namaszczeniem rozłożył na biurku bardzo starą mapę samochodową Polski. Zakrawało na cud, że pożółkła płachta oparła się porządkowym zapędom Moniki. Już od dawna z niej nie korzystał, miał w aucie nawigację. Wyszperał arkusz spomiędzy stojących na półce książek w dość nietypowym celu – potrzebował radykalnej zmiany.

– To jak? Jesteście gotowi? – zapytał stojące obok dzieci.

Chłopiec i dziewczyna spojrzeli po sobie, potem odwrócili się do ojca i zgodnie pokiwali głowami.

– Jesteście tego pewni? Nie żal wam będzie wyjeżdżać?

– Trochę – odparła nastolatka. – Urodziliśmy się tutaj. Mamy tu przyjaciół i rodzinę. Lubimy to miasto. Tego wszystkiego będzie nam żal, ale dalej nie da się tak funkcjonować.

– Po prostu zrób to, i już – poparł ją brat.

Wszyscy troje byli bardzo zmęczeni. Ostatnie tygodnie dały im w kość. Marzyli o spokoju, ciszy i rozpoczęciu życia na nowo w miejscu, gdzie nikt ich nie zna. Mieli już dosyć fałszywego współczucia oraz wytykania palcami. Pragnęli także odciąć się definitywnie od wciąż świeżych, traumatycznych wspomnień.

Ojciec zamknął oczy i palcem wskazującym dotknął mapy.

– To jest nasz cel – oznajmił.

Podniósł powieki. Trzy głowy pochyliły się nad planszą.

– Niepołomice – odczytała córka.

Mężczyzna spojrzał na parę nastolatków i uroczyście oznajmił:

– Przeprowadzamy się do Niepołomic. Tam będzie nasz dom. Tam będziemy szczęśliwi jak nigdy wcześniej. Daję wam słowo honoru.

Od lat cierpiał na chroniczne złamanie serca. Nie wiedział, co sprawiało mu większy ból: zdrada żony czy jej nagła śmierć. Nie kochał Moniki, mimo że przeżyli razem blisko siedemnaście lat. Miłość, którą czuł na początku, umierała z każdym dniem nieudanego małżeństwa, a on uświadamiał sobie, że biorąc ślub, popełnił życiową pomyłkę. Wiedział, że nawet teraz, gdy zimne, zastygłe ciało Moniki od kilku tygodni spoczywa na cmentarzu, on i tak nie zwiąże się z tamtą. A jednak cierpiał.

Cóż, należało w końcu odciąć się od przeszłości, zapomnieć. Niestety, nie ułatwiano mu zadania. Rodzina, przyjaciele, wszyscy życzliwi, którzy chcieli pomóc – robili w rzeczywistości więcej złego niż dobrego. Miał dość fałszywego współczucia. Nie był aż takim altruistą, na jakiego niektórzy go kreowali, nie był także frajerem, za jakiego uważali go inni. Był po prostu sobą. Kierował nim zwykły humanitaryzm.

Pozwolił, aby jego prawie była żona umarła z godnością, ot co.

Pięćdziesiąt par szpilek

Ekspres zakończył cykl parzenia kawy. Patrycja zabrała filiżankę cappuccino i włączyła program czyszczący dyszę do spieniania mleka. Poczekała, aż urządzenie wykona wszystkie funkcje, następnie przełączyła je na stan czuwania. Przyprószyła rdzawym pyłkiem cynamonu puchaty kopczyk mlecznej pianki. Następnie zamknęła starannie kuchnię i wróciła do swojego pokoju.

Była dziesiąta. Normalnie o tej porze miałaby w perspektywie cztery godziny nudy, lecz akurat zbliżał się koniec miesiąca, więc musiała przygotować kilkadziesiąt faktur zbiorczych za usługi świadczone stałym klientom w ramach zawartych umów.

Firma, w której pracowała Pati, prowadziła działalność polegającą między innymi na regenerowaniu zużytych tonerów do drukarek i innych urządzeń biurowych. Była to sieć rozsianych po Krakowie punktów, w których można było także zrobić pieczątki, wizytówki, ulotki, wielkoformatowe odbitki ksero czy różnego rodzaju wydruki. Pati była asystentką menedżera nadzorującego pracę kilkunastu placówek usługowych, zwanego przez nią Pączkiem. Ona i Teodor urzędowali w kilku wynajętych pomieszczeniach w dużym biurowcu. Stanowili jedyny personel administracyjny firmy. Księgowość prowadzona była przez biuro rachunkowe mieszczące się na dziesiątym piętrze tego samego budynku. Interesem zarządzała Larysa Odo-Debrecka, córka właściciela, który od roku przebywał w Himalajach, poszukując oświecenia wśród tybetańskich mnichów.

Pati swojego chlebodawcę znała wyłącznie z obszernych opowieści Pączka oraz skąpych wypowiedzi Lary. Szefowa, z natury dość powściągliwa, o ojcu mówiła rzadko. Pączek natomiast z nostalgią wspominał pryncypała, ocierając przy tym swoją kwadratową łapką nadciągające do oczu łezki. Dla niego czas w biurze dzielił się na ten pod rządami szefa i pod rządami Larysy. Nie trzeba być szczególnie domyślnym, aby zauważyć, że pod rządami szefa żyło mu się znacznie lepiej. Do Lary odnosił się z uniżonością, lecz w rzeczywistości darzył ją mieszanką głębokiej nienawiści i pogardy.

Patrycja usiadła w wygodnym fotelu obrotowym i pociągnęła łyk kawy. Kubki smakowe wysłały do mózgu sygnał: wyborna! Bez wątpienia kawa stanowiła największą zaletę tej nudnej i odmóżdżającej pracy, cała reszta była po prostu żałosna. No, może z wyjątkiem Przystojnego Bruneta – tajemniczego osobnika, którego Pati widywała w przelocie kilka razy w tygodniu. Nigdy nie zamieniła z nim ani słowa ponad zdawkowe dzień dobry.

Zasadniczo nie wiedziała, dlaczego przypadkowe spotkania z tym mężczyzną budzą w niej tyle emocji. W oczach rodziny oraz przyjaciół ona i Sebastian byli szczęśliwym małżeństwem. Często wychodzili dokądś razem, odnosili się do siebie z szacunkiem i serdecznością, nie plotkowano na ich temat. Widać było, że żyją ze sobą zgodnie, nawet jeśli pojawiały się jakieś pokusy.

Patrycja należała do tych kobiet, za którymi oglądają się na ulicy mężczyźni w każdym wieku. Miała cudowne, długie do pasa blond włosy. Brązowe oczy patrzyły na świat figlarnie, rysy jej twarzy były harmonijne. Ubierała się ze stonowaną elegancją, uchodziła za kobietę z klasą.

Również jej mężowi niczego nie brakowało: był przystojny, choć nie wyróżniał się niczym szczególnym. Miał niespotykaną, jak na mężczyznę, empatię. Rozumiał jej zainteresowanie modą i nigdy nie marudził, gdy ulegała słabości i przynosiła do domu kolejną parę szpilek. On także lubił dobrze wyglądać, zawsze nienagannie ubrany i szarmancki, budził sympatię pośród kobiet. Można było z nim porozmawiać o wszystkim: teatrze, poezji, ciuchach, kosmetykach, motoryzacji i niezbadanych zjawiskach, bolesnym miesiączkowaniu i krzywej popytu. Prawdziwy obiekt pożądania – ujmująco wszechstronny.

Dlaczego więc, mając taki skarb, wypatrywała tamtego bruneta?

A może chodziło o to, że miała trzydzieści pięć lat, więc mężczyzna oglądający się za nią na korytarzu i uśmiechający na jej widok mile łechtał kobiecą próżność?

Małżeństwo Janasów osiągnęło fazę stabilizacji. Bazowało na relacjach przyjacielskich. Seks stanowił sprawę mało istotną. Patrycja miewała czasami fantazje, lecz potrafiła stłumić pożądanie i rozładować napięcie w inny sposób. Ostatnimi czasy mąż coraz rzadziej sypiał razem z nią. Już nie pamiętała, kiedy po raz ostatni doszło pomiędzy nimi do czegoś więcej niż tylko do przyjacielskiego uścisku. Wciąż bolała go głowa, to znowu był zmęczony, to zasiedział się przed telewizorem. Stosował wszystkie wymówki, do których, według jej przyjaciółek, uciekają się kobiety, gdy nie mają ochoty na seks. Wiedziała, co jest tego powodem. On zawsze miał problemy z potencją. Próbował terapii, chodził do seksuologa, lecz bez rezultatu.

Zwykle Seba przeczekiwał przed telewizorem, aż Pati zaśnie, i dopiero wtedy dołączał do niej w małżeńskiej sypialni. Albo i nie. Wieloletnie przyzwyczajenie sprawiało, że układała się do snu po lewej stronie łóżka, zostawiając dla męża pustą przestrzeń. Nasłuchiwała jego kroków w nocnej ciszy, czekając, aż przyjdzie do niej i rozgrzeje jej zziębnięte serce.

Niegdyś przynajmniej zasypiał i budził się razem z nią. Opowiadał o kumplach i pracy, ona zwierzała mu się ze swoich spraw. Czasami potrafili przegadać całą noc i zasnąć dopiero nad ranem. Sebastian wtulał się w jej plecy, czuła jego oddech na karku, dłoń błądzącą bez pośpiechu po jej pośladkach. Niekiedy pozbawione namiętności pieszczoty wieńczył nieudolny seks, zawsze w tej samej pozycji. Wtedy cieszyła się, że przynajmniej tyle go kręci. Ostatnio martwiło ją, że przestała go podniecać w ogóle.

Kiedyś zastanawiała się przewrotnie, czy osiągnęłaby zamierzony efekt, gdyby wrzuciła mu viagrę do posiłku. Próbowała chyba wszystkiego. Dolna szuflada komody kipiała mnogością falbanek, koronek, gorsecików, pończoch i innej frywolnej bielizny. Na Sebastiana to nie działało, jak twierdził, nie był fetyszystą, nie potrzebował takich podniet.

 

Zasadniczo nie potrzebował absolutnie żadnych podniet.

A ona go po prostu kochała. Potrafiła żyć niemalże bez seksu. Seba był dobrym mężem, troszczył się o nią i Sarę, dbał o dom, nie pił, nie bił, nie włóczył się nie wiadomo z kim i gdzie. Czego więcej mogła pragnąć?

Patrycja pomyślała, że być może niepotrzebnie czepia się drobiazgów. Ilu spośród mężów jej koleżanek potrafiło ugotować obiad, zadbać o porządek i znaleźć czas na odrabianie lekcji z dzieckiem? Ilu facetów w ogóle miało cierpliwość do nastoletnich pannic, znosiło fochy, ze stoickim spokojem zabierało córki na zakupy do galerii handlowych i potrafiło trafnie doradzić wybór ciuchów?

A że był zdystansowany? Cóż, nie można mieć wszystkiego. Czasami brakowało jej fizyczności w ich związku, lecz za to miała w mężu prawdziwego przyjaciela, antidotum na wszelkie bolączki. Wychodząc za niego, wiedziała, na co się decyduje. Sebastian nie należał do namiętnych mężczyzn i nie ukrywał tego przed nią nawet w okresie narzeczeńskim. Mimo wszystko w dniu, w którym wkładali ślubne obrączki, wierzyła, że z biegiem czasu może się to zmienić i lód przeistoczy się w ogień.

Och, dziewczęca naiwności, niesięgająca wzrokiem dalej niż kilka kroków od ołtarza!

Z zamyślenia wyrwało ją cichutkie skrzypnięcie klamki. W drzwiach stanął Pączek, tarasując przejście, gdyż musiał mieć na oku gabinet. Nie stać go było na luksus spuszczenia z zasięgu wzroku drzwi wejściowych do swojej twierdzy. Uważał, że biurowiec roi się od oszustów i złodziei, czyhających na okazję, aby splądrować jego pokój. Czasami Pati zastanawiała się, co można byłoby tam ukraść, i ni cholery nie potrafiła tego wykombinować: przestarzały, kilkunastoletni komputer (całkiem sprawny, nie ma sensu kupować lepszego)? Zapadnięty fotel obrotowy (na nowy szkoda kasy)? Zszywacz? Dziurkacz? Długopisy? W skrytości ducha marzyła, aby to jego wyniesiono, najlepiej razem z fotelem, komputerem i całą przedpotopową zawartością biurka.

Pączek zasługiwał na swoje miano w stu procentach. Mierzył zaledwie sto sześćdziesiąt centymetrów, co przy jego znacznej tuszy nadawało mu kulistego kształtu. Wrażenie to potęgowała nieproporcjonalnie duża, kędzierzawa głowa. Czuprynę bujnych, jasnobrązowych włosów przyprószyła siwizna wypisz, wymaluj cukier puder z pączków oferowanych przez mieszczącą się w biurowcu restaurację. Z nalanej twarzy mężczyzny wyzierały głęboko osadzone oczka w bliżej nieokreślonym kolorze.

Mężczyzna urzędował sam w pokoju, lecz często do niej zachodził. Był strasznym gadułą. Potrzebował publiczności, przynajmniej jednoosobowej, by wywnętrzać swoje błyskotliwe myśli. Ponieważ był jej zwierzchnikiem, wychodził z założenia, że powinna w zachwycie wysłuchiwać jego wywodów. Uważał się bowiem za twór doskonały, istotę idealną, posiadającą wyłączność na inteligencję. Całą resztę populacji miał głęboko w… poważaniu, aby nie powiedzieć bardziej dosadnie.

Po pierwszym dniu spędzonym w biurze wróciła do domu dosyć skonsternowana.

– Jak było? – zapytał ją zaciekawiony Sebastian.

– Dziwnie – stwierdziła szczerze. – Nudno.

– Spokojnie, to pierwszy dzień. No, opowiadaj. Przyszłaś rano do pracy i… – naprowadził ją na właściwy temat.

– No i spędziłam długi nudny dzień z facetem, który ma na imię Teodor i w ciągu ośmiu godzin wypił co najmniej trzy kawy, zjadł kilka pączków, niezliczoną ilość kanapek, serków i owoców. Nie przerywając jedzenia, opowiedział mi historię powstania firmy, z której wynikało, że sam opracował metodę regeneracji zużytych tonerów i to on podsunął panu Debreckiemu pomysł na biznes w postaci otwarcia sieci punktów usługowych. Zdążył mnie też kilkanaście razy poinstruować, abym nie zapomniała pod koniec dnia wyłączyć z prądu absolutnie wszystkich urządzeń w biurze oraz kuchni. Gdy myłam ekspres po zrobieniu kawy, przylazł, wyjął mi z ręki szczoteczkę i pokazał, jak należy myć dyszę do spieniania mleka, żeby nie pozostały na niej żadne zarazki. Gość jest totalnie odjechany, nie wiem, skąd się urwał, istnieje spore prawdopodobieństwo, że to kosmita.

– Siedzisz z nim w pokoju?

– Na szczęście nie. Zresztą on nie wygląda na kogoś, kto mógłby siedzieć w jednym pokoju z kimkolwiek. Sprawia wrażenie samca dominującego, który obsiusiał swoje terytorium.

– No a praca? Czym się zajmowałaś? Poradzisz sobie?

– Odebrałam kilkanaście telefonów, większość dzwoniących spławiłam, bo to byli telemarketerzy. Przez resztę czasu prowadziłam jałowe rozmowy z człowiekiem, który ma licencję na całą mądrość świata. Za każdym razem, gdy prosiłam Teodora o jakieś zajęcie, to mnie zbywał. Podobno nie ma teraz czasu, ale jak już wszystko ogarnie i trochę się odrobi, to przekaże mi część obowiązków, o ile im podołam. Uznał mnie za idiotkę, która nie potrafi absolutnie nic.

Od tamtego popołudnia minęło kilka miesięcy. Bezsensowne rozmowy wciąż trwały. Pączek nadal nie ogarniał pracy na tyle, aby podzielić się pełnią jej tajników z Pati. Patrycja była tym strasznie zirytowana, współwłaścicielka firmy, Larysa Odo-Debrecka, również. Szefowa uważała, że Teodor powinien wdrożyć Patrycję w całość swoich obowiązków.

– Ja przez tego safandułę nie mogę spać po nocach – utyskiwała. – Przecież w razie jakiegoś jego wypadku czy choroby będziemy leżeć i kwiczeć!

Stanęło na tym, że menedżer ma nauczyć Patrycję wszystkiego, co robi. Dzielenie się wiedzą przychodziło mu nad wyraz opornie. Wbrew pozorom administrowanie pracownikami oraz utrzymanie porządku w dokumentach wcale nie wymagało dużych nakładów czasu. To Pączek stwarzał pozory zapracowanego, gdyż trząsł całym swoim spasionym ciałkiem z obawy, że może stracić zatrudnienie.

Patrycja nie miała zamiaru pozbawiać go ciepłej posadki. Chciała tylko jakoś przetrwać. Tkwiła w najbardziej absurdalnej firmie świata, gdyż nie miała wyjścia. Sebastian zarabiał niewiele. Nie chciała, aby wciąż ją utrzymywał, wystarczająco długo była na garnuszku męża. Szukała zajęcia przez rok i gdy pewnego dnia zadzwoniła do niej Larysa, z zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną, nie wierzyła, że uda jej się dostać etat. Wprawdzie oferta pracy zakładała umowę na jeden rok w zastępstwie za dotychczasową asystentkę, która wyjechała na stypendium do Lyonu, lecz Patrycji było wszystko jedno, musiała coś znaleźć. O dziwo, pomyślnie przebrnęła przez interview, okazało się, że nie oczekiwano od niej żadnych cudów, nie uświadomiono jej również, że praca będzie monotonna i strasznie nudna. Ubolewała nad bezproduktywnie upływającym życiem, bowiem, jak stwierdził Einstein, znane są tysiące sposobów zabijania czasu, ale nikt nie wie, jak go wskrzesić. Dodatkowo martwiła się mizernym wynagrodzeniem, ale to zajęcie nie było więcej warte. Pati nie mogła sobie pozwolić na kręcenie nosem, gdyż okres, który minął na bezowocnych poszukiwaniach zatrudnienia, mocno uszczuplił wątły domowy budżet.

Wysączyła ostatni łyk kawy. Pączek nadal opowiadał jakieś pierdoły i nie zanosiło się, by miał skończyć w najbliższym czasie. Boże! Ratuj – pomyślała. Zostało mi jeszcze dwieście siedemdziesiąt pięć dni do końca umowy. Ja chyba zwariuję! Za jakie grzechy mnie tak pokarałeś? Niestety, Opatrzność pozostała głucha na jej nieme wołanie. Aby odzyskać święty spokój, należało uciec się do podstępu. Dziewczyna postanowiła wykorzystać swoją starą, dobrze wypróbowaną metodę, która wciąż działała niezawodnie.

– Przepraszam, panie Teodorze, muszę natychmiast umyć filiżankę, w przeciwnym razie zalęgną się w niej straszliwe bakterie – oznajmiła, wstając.

– Tak, tak, tak. Oczywiście, oczywiście – odparł, nie słysząc ironii.

Przemknęła do kuchni. Pączek odprowadził ją spojrzeniem i westchnął na widok nieprawdopodobnie długich nóg, przedłużonych dodatkowo wysokimi szpilkami. Wyobraził sobie asystentkę ubraną w strój playboyowskiego króliczka i czarne kabaretki. Nagle do ust napłynęła mu duża dawka śliny. Odczuł przymus natychmiastowego wzmocnienia organizmu ciastkiem, gdyż fantazje erotyczne na temat Patrycji były wyczerpujące.

Dziewczyna zdawała sobie sprawę z faktu, że w chwili gdy ona idzie do kuchni, Pączek Erotoman taksuje powłóczystym spojrzeniem jej spódniczkę, szpilki oraz długie nogi w rajstopach z czarnej, kryjącej lycry.

– Idę do automatu po batonika, proszę odbierać telefony – krzyknęła.

A nuż przy automacie zmaterializuje się Tajemniczy Brunet? Może powie w końcu coś więcej niż tylko zdawkowe, okraszone uśmiechem dzień dobry?

Zegar wskazał godzinę szesnastą. Patrycja powyłączała wszystkie urządzenia, trzy razy sprawdziła, czy okna są szczelnie zamknięte – tak dla świętego spokoju, bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie otwiera na oścież okien pod koniec listopada. Pokręciła głową, niezadowolona, że paranoje Pączka zaczynają udzielać się również jej, ale jak miałyby się nie udzielić, skoro on tyko czekał na straszliwe potknięcia i brak odpowiedzialności? Kiedyś podobno nie wyłączyła drukarki, chociaż była święcie przekonana, że to zrobiła. Niejeden raz przyłapała go na sprawdzaniu, czy wychodząc, niczego nie przeoczyła. Zawsze robił to trzykrotnie.

– Panie Teodorze! – początkowo protestowała. – Ja już to wyłączyłam, zamknęłam, sprawdziłam…

– Tak, tak, tak. Oczywiście, oczywiście – powtarzał z obłędem w oczach i macał przyciski odcinające zasilanie.

Pstryk-pstryk, drukarka sprawdzona. Pstryk-pstryk, kserokopiarka również, mimo że przecież widać wyraźnie ciemny panel wyświetlacza. Pstryk-pstryk, zasilacz od komputera na ułamek sekundy zamigotał zieloną diodą. Pączek sprawdził każde z czterech okien.

– Zamknięte, zamknięte, zamknięte, zamknięte. Tak, tak, tak. Oczywiście, oczywiście.

Powinien się leczyć – myślała Patrycja, obserwując jego poczynania. Jak nic to nerwica natręctw. Uporczywe powtarzanie tych samych czynności i słów, opowiadanie w kółko tych samych historii…

Uff… Niełatwo było egzystować z nim w jednym biurze. Pączek traktował wszystkich wokół jak istoty upośledzone. Wychodząc z pracy, Pati zastanawiała się, czy nad jej głową rozbłysła już aureola, bo przy nim i święty straciłby cierpliwość, nie wspominając już o tym, że Teodor poprawiłby nawet po samym Panu Bogu.

Z ulgą opuściła biuro. Chłodne listopadowe powietrze uszczypnęło jej policzki. Otuliła się szczelniej szalem i przemknęła kilka kroków dzielących ją od samochodu. Rzuciła ostatnie spojrzenie w stronę pokoju i zobaczyła, jak krąży po nim Pączek, sprawdzając, czy aby na pewno wszystko zostało wyłączone.

– Ja chyba zwariuję – westchnęła z dezaprobatą. – Och… Niech już minie te dwieście siedemdziesiąt pięć dni i skończy mi się umowa o pracę.

Patrycja wsiadła do samochodu i zatrzasnęła drzwi. W tym samym czasie roleta w oknie szóstego piętra zafalowała nieznacznie, lecz ona, pochłonięta zapinaniem pasów i uruchamianiem pojazdu, nie zwróciła na to uwagi.

Zapadał wczesny jesienny zmierzch. Pati zrobiła szybkie zakupy i wyruszyła w dalszą drogę. Nad okolicznymi pustkowiami snuły się pojedyncze smugi mgły. Z każdym przejechanym kilometrem opary gęstniały, aby w Staniątkach osiągnąć mleczną konsystencję.

Mdła poświata ulicznych latarni oświetliła tablicę z napisem „Niepołomice”. Kobieta skręciła w stronę puszczy. Jej dom położony był na obrzeżach kniei. W ogrodzie Patrycji pachniało igliwiem, a jodły samosiejki mieszały się ze szlachetnymi cyprysami.

Kochała swój dom i ogród. Kochała Sarę, Sebastiana oraz Owidiusza. Miała krąg przyjaciółek, na których wsparcie zawsze mogła liczyć. Ostatnimi czasy dręczyło ją jednak coś bliżej niesprecyzowanego.

Spojrzała na majaczące za mgłą czarne sylwetki obnażonych z liści drzew. Zwolniła, pozwoliła, aby samochód wytracił prędkość i zatrzymał się na ulicy. Owinęła szyję szalem i wysiadła z pojazdu. Przeszła parę kroków, wciągnęła w płuca lepkie, zimne powietrze.

Nagle znalazła się w zupełnie innym wymiarze rzeczywistości, jakby przeniosła się w bardzo stary, żółto-popielaty film.

Żółta poświata latarni. Szare kłęby mgły. Czarne zarysy drzew.

– Tak bardzo Cię proszę, Panie Boże. Niech w moim życiu coś się wydarzy i odmieni je na lepsze. Utknęłam w przytłaczającym marazmie. Mam wrażenie, że ominęło mnie coś bardzo ważnego, niepowtarzalnego, jedynego w swoim rodzaju, ponieważ na którymś życiowym zakręcie podjęłam złą decyzję. Och… Gdybym tak mogła znowu stanąć na tym rozwidleniu, na którym popełniłam błąd, i ponownie dokonać wyboru!

 

Czekała przez chwilę na jakiś cud, lecz niebo milczało, ukryte za kłębami mgły. Zrezygnowana wsiadła do auta, aby przejechać ostatni kilometr. Zatrzymała pojazd na podwórku. Czasami myślała, że jej dom to niemalże cud. Ani ona, ani Sebastian nie byli zaradni, nie potrafili zdobywać intratnych posad, walczyć w wyścigu szczurów. Planowali mieszkanie w Niepołomicach, gdyż stąd pochodził Sebastian, ale Pati nie odpowiadała wizja egzystowania u teściów. Sami nie doszliby do niczego, lecz kilka tygodni przed ich ślubem zmarła chrzestna matka Patrycji, która zapisała jej w spadku dom. Tym samym wybawiła narzeczonych z problemu, gdzie się osiedlić po założeniu rodziny.

Zanim przejęli mały, ceglany, wybudowany przed wojną domek, popadł on w ruinę. Czerwona dachówka porosła od północnej strony mchem, od południowej wyblakła. Okna wypaczyły się, podłogi padły żerem korników, tynk popękał i skruszał. Wyremontowali budynek na tyle, na ile wystarczyło mizernych zasobów finansowych, pochodzących głównie ze ślubnych prezentów, i żyli sobie z dnia na dzień, ciesząc się, że posiadają własne miejsce w świecie.

Pati zdjęła na ganku kozaki w kolorze karmelu. Pozbierała odłożone na bok zakupy.

– Ja też się cieszę, że was widzę! – krzyknęła w głąb domu. – Czy ktoś może ruszyć tyłek i pomóc mi z tymi torbami?

– Miau? – przywitało ją kocisko zdziwione hałasem.

– Miau, miau, Owidiuszu. Gdzie jest Sebastian i Sara, co? Ja wiem, że ty byś z miłą chęcią spenetrował siatki, ale nie na taką pomoc liczyłam.

– Cześć, mamuśka! Co mi kupiłaś? – Pomniejszona kopia Patrycji zmaterializowała się u jej boku.

– Saro! A gdzie buziak na przywitanie? Hm? Weź to ode mnie – wyciągnęła w jej stronę pękate torby – i rozpakuj zakupy. Ziemniaki obrane? Lekcje odrobione? Co w szkole? – zaatakowała córkę, odwijając szal i rozpinając guziki płaszcza. – Z drogi, Owidiusz! Seba! Rusz w końcu tyłek z kanapy. Nakarmiłeś tego głodomora?

– Już idę – usłyszała głos męża.

Sebastian odebrał od niej płaszcz, cmoknął ją w przelocie w policzek i znikł na chwilę w garderobie.

– Obiad się gotuje – oznajmił. – Owidiusz zjadł godzinę temu kopiastą miskę mięsa, darmozjad próbuje cię oszukać. Mały fałszywiec – burknął pod adresem kota, który zdecydowanie nie był jego ulubieńcem. – Jak minął dzień?

– Marnie. A jak tam twoje przeziębienie? Lepiej ci już? – zatroszczyła się o męża.

– Zdecydowanie.

– Tak właśnie myślałam, skoro nie leżysz w łóżku, tylko przed telewizorem.

– Ojej! A coś ty taka czepliwa dzisiaj?

– Ja? – zdziwiła się. – Wcale nie jestem czepliwa. Jestem po prostu zmęczona.

– A może ciebie też łapie jakieś choróbsko? Zjemy obiad i pójdziesz się położyć, a ja pozmywam i sprawdzę lekcje Sary.

– Kochany jesteś. – Przytuliła się do męża i ucałowała go w policzek.

Potrzebowała ciepłego gestu, czegoś więcej niż przyjacielski uścisk. On nigdy nie był skory do okazywania czułości. Tym razem także zachował dystans. Odwrócił się, otwarł lodówkę, wyjął salaterkę z surówką i postawił na kuchennym stole.

– Saro, nakryj do obiadu – poprosił córkę.

Noc, cisza i ciemność, małżeńskie łóżko, z którego wieje chłodem. Bezsenność krążyła na palcach po sypialni, zaglądając w oczy Patrycji.

Kobieta otuliła się szczelniej kołdrą i naciągnęła dodatkowo koc. Jej manewry obudziły śpiącego smacznie w nogach łóżka Owidiusza. Kot miauknął z dezaprobatą, że zakłóca mu drzemkę, umościł się na nowo i już po chwili zapadł w kolejny sen.

Przewróciła się na plecy i westchnęła. Nie znosiła duszących, bezsennych nocy. Tępym wzrokiem patrzyła w sufit i na smugi cieni powstałe z odbicia latarni. Nie potrafiła znaleźć sobie miejsca w skotłowanej pościeli. Nagle ogarnęło ją dziwne przeczucie, jakby w powietrzu zawisło coś złowrogiego. Futerkowy przyjaciel odczuł jej niepokój, przeciągnął się i podsunął łebek do pogłaskania. Niestety, nawet kojące zazwyczaj mruczenie nie było w stanie zagłuszyć niespokojnych myśli.

Zaschło jej w gardle. Postanowiła pójść do kuchni, aby się napić. W ślad za nią ruszył Owidiusz, licząc na nadprogramowy posiłek. Ku swojemu zaskoczeniu zobaczyła, że kuchnia jest oświetlona.

– Seba? Czemu nie idziesz do łóżka?

– Suszyło mnie – odparł, wskazując do połowy opróżnioną szklankę soku. – Psik! – fuknął na kota, który otarł się o jego nogi.

Obrażony Owidiusz wskoczył na krzesło i przyjął pozycję sfinksa, obserwując czujnie drzwi lodówki.

– Mnie też chce się pić. Znowu nie mogę spać – dodała. – Czuję jakiś dziwny ciężar.

– Być może to przeziębienie. Pewnie cię zaraziłem. Pokaż czoło. – Przyłożył dłoń do jej skroni. – Chyba nie masz temperatury, ale może powinnaś wziąć coś zapobiegawczo?

– Jesteś kochany.

Podeszła do męża, objęła go w pasie i przywarła do niego. Nie odsuwaj się – poprosiła go w myślach. Przytul mnie, pogłaszcz. Tak bardzo mi tego potrzeba.

Sebastian znieruchomiał na moment. Poczuła, jak drgnęły jego mięśnie, wystraszyła się, że on jak zwykle zrobi unik, a jednak przytulił ją do barku.

– Kocham cię, Patuś – powiedział niespodziewanie.

– Ja też cię kocham. Tęsknię za tobą – wyznała.

Czasami czuła się jak idiotka. Wychowywano ją w przekonaniu, że to mężczyzna powinien adorować kobietę, zdobywać ją i zabiegać o jej względy. Tymczasem w ich przypadku było odwrotnie. To ona częściej wychodziła z inicjatywą pożycia.

– Wiem, że kiepski ze mnie facet – powiedział z twarzą ukrytą w jej włosach. – Wiesz, ja myślę… – urwał. Bardzo trudno było wyrazić to, co miał do przekazania. Nie chciał skrzywdzić żony.

– Co takiego?

Miała nadzieję, że chodzi mu o kolejną terapię.

Odsunął Patrycję na wyciągnięcie ramion. Spojrzał jej w oczy.

– Zdaję sobie sprawę z twoich potrzeb, a ja… No, wiesz: nie staję na wysokości zadania.

Zaniepokoiła się. Nie podobał jej się kierunek, w którym zmierzały jego słowa.

– Seba, co ci chodzi po głowie?

– Myślę, że powinnaś sobie kogoś poszukać. Rozumiesz…

– Pogięło cię?! – Wyrwała mu się jednym płynnym ruchem.

– Nie, posłuchaj, Patrycja. Kocham cię. Chcę, żebyś była szczęśliwa. Nie mogę być egoistą i wymagać od ciebie poświęceń.

– Przestań wygadywać głupoty! Zwariowałeś?!

Odwróciła się od niego. Wyjęła z szafki szklankę i nalała do niej wodę. Ręka drżała jej jak w febrze, lecz musiała dać zajęcie dłoniom, aby nie rzucić się na niego z pięściami.

– Pati, ja mówię serio. Bardzo długo o tym myślałem. To nie jest łatwa decyzja. Moim zdaniem powinnaś mieć przyjaciela. Rozumiesz, co mam na myśli…

– Oszalałeś?! Jak ty to sobie wyobrażasz? Mam kogoś wyrwać w pubie i przywozić na sobotnie kolacyjki? Chodzić na randki? Zapraszać na noc i udawać, że nikogo nie ma w domu? A Sara? Pomyślałeś o niej? Jak mogłaby się z tym czuć?

– Nie o to mi chodzi – perswadował łagodnie. – Myślałem raczej o tym, żebyś nawiązała z kimś dyskretny romans.

– Przestań! – Podniosła głos, nie zważając, że może obudzić córkę.

Z hukiem odstawiła szklankę na blat. Woda chlusnęła na szafkę, lecz Patrycja tego nie zauważyła. Przestraszony hałasem Owidiusz czmychnął z kuchni.

– Nigdy w życiu nie słyszałam czegoś równie niedorzecznego. Mam nadzieję, że to był tylko kretyński żart.

Sebastian położył dłoń na jej ramieniu, lecz go odtrąciła. Była wzburzona. Dobrze wiedziała, że mąż nie żartuje. Nagle poczuła, jak coś w niej pęka.

Mężczyzna objął ją i przytulił.

– Pati, proszę cię, nie płacz. To moja wina. Przepraszam. Chciałem dobrze. Nie przypuszczałem, że tak to odbierzesz.

– A jak mam to odbierać?! Równie dobrze mógłbyś zażądać rozwodu. Zapewne czułabym się dokładnie tak samo! Przecież ty mi zaproponowałeś, żebym sobie ułożyła życie na nowo! Seba! Co ci strzeliło do głowy? Jak mogłeś w ogóle o tym pomyśleć?! Na jakiej podstawie wysnułeś wniosek, że potrzebuję mocnych wrażeń?

– Jesteś zdrową, dorosłą kobietą. Masz swoje pragnienia…

– Nie chrzań! Czy wyglądam na aż tak zdesperowaną?! No powiedz, wyglądam?!

– Cicho… Nie krzycz, obudzisz Sarę.

– Troskliwy tatuś się znalazł – stwierdziła z przekąsem. – A jeszcze przed chwilą nie pomyślałeś o tym, jak ona miałaby się w tym wszystkim odnaleźć. Gdybym jakimś cudem przystała na twoją kretyńską propozycję, to prędzej czy później i tak sprawa wyszłaby na jaw. Chciałbyś, aby myślała o mnie, że jestem puszczalską dziwką? Że jestem podła, bo cię zdradzam? Żeby to mnie obwiniała za ewentualny rozpad małżeństwa, bo przecież to byłaby naturalna kolej rzeczy?!