Rosja

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Poszli ku rzece, mijając po drodze wysokie trawy, w których błyszczały świetliki. Patrzyli na wodę odbijającą promienie księżyca. Nazwa, jaką wieśniacy dali rzece, wywodziła się od budzących lęk stepowych jeźdźców. Słowianie dobrze wiedzieli, że najznamienitsi Alanowie mówią o sobie Rus, co w ich irańskim języku oznacza „światło” albo „lśnienie”. A ponieważ słowo to brzmiało w słowiańskich uszach przyjemnie, kobieco i doskonale pasowało do rzeki, nazwali migotliwą rzeczkę Rus – lśniąca.

Piękna nazwa. I z pewnością byliby ucieszeni, gdyby się dowiedzieli, że to samo irańskie imię nosiła w tamtych wiekach potężna rzeka płynąca daleko na wschodzie, którą w późniejszych czasach nazwano Wołgą.

W ten sposób rzeczka otrzymała nazwę Rus, a leżąca nad nią wieś została Ruską.

Noc była cicha i bezwietrzna. Lśniąca woda płynęła, a jednocześnie stała w miejscu. Legli w trawie. Wysoko na rozgwieżdżonym letnim niebie sunęły blade obłoki, jak jeźdźcy w niespiesznym pochodzie, połyskując lekko w blasku oddalającego się na południe półksiężyca. Być może gdzieś w leśnej gęstwinie przemykał w ciemności lis albo niedźwiedź, wilk albo Żar-Ptak, a daleko na stepie jacyś jeźdźcy rozłożyli się z obozem przy ognisku.

Ale Lebiedź słyszała jedynie szept liści poruszanych lekkim wiatrem.

Rzeka

Rok 1066

W styczniu roku Pańskiego 1066 pojawił się na niebie straszny znak. Widziano go w całej Europie.

W anglosaskim królestwie Anglii, zagrożonym najazdem Wilhelma z Normandii, zapisano go w kronikach, opatrując złowróżbnym znaczeniem. Znak widziano we Francji, w Niemczech i wokół całego Morza Śródziemnego. Na wschodzie Europy, w nowo powstałej Polsce i na Węgrzech, znak pojawiał się każdej nocy. A jeszcze dalej, na wschodnim pograniczu, gdzie las stykał się ze stepem, a szeroki Dniepr wpadał do Morza Czarnego, czerwona kometa wisiała co noc nad białym, uśpionym krajobrazem. Ludzie zachodzili w głowę, jakie nowe plagi spadną na świat.

A świat zdążył się bardzo zmienić. Podczas dziewięciu burzliwych stuleci, które minęły od czasów Trajana i Marka Aureliusza, zachodnia cywilizacja przeszła od antyku do średniowiecza, czemu towarzyszyła seria doniosłych wydarzeń. Rzym przyjął chrześcijaństwo, ale niedługo potem to rozległe imperium, podzielone na dwie części ze stolicami w Rzymie i Konstantynopolu, zapadło się pod ciężarem najazdów barbarzyńców.

Barbarzyńcy przybywali falami ze wschodu, z mongolskich ziem leżących na północ od Wielkiego Muru Chińskiego, przekraczali południowe półkole górskich łańcuchów i wylewali się na pustynie i stepy ogromnej równiny eurazjatyckiej. Jedni byli biali, inni mieli mongoloidalne rysy, a większość posługiwała się jakąś odmianą języka tureckiego. Najpierw Attyla i jego Hunowie, potem Awarowie, wreszcie Turcy. Ale to nie ich napady ani ogromne, choć nietrwałe imperia na stepach przyczyniły się do upadku Cesarstwa Rzymskiego, lecz potężna reakcja łańcuchowa, jaką były wędrówki ludów, spowodowane zderzeniem się najeźdźców z plemionami wschodniej Europy. Właśnie te migracje przywiodły Franków do Francji, Bułgarów, potomków Hunów – do Bułgarii, a Sasów i Anglów do Brytanii, i nadały wielu regionom nazwy plemion, jak choćby Burgundia czy Lombardia.

Proces ten doprowadził do rozpadu starego świata – Rzym upadł. Zachodnia Europa, choć barbarzyńcy powoli nawracali się na chrześcijaństwo, pozostawała chaotyczną mozaiką plemiennych i dynastycznych regionów. Resztki starego porządku utrzymały się jedynie na wschodnich wybrzeżach Morza Śródziemnego i Morza Czarnego. Tu właśnie, na północ od Grecji, w pobliżu wąskiego kanału łączącego jedno morze z drugim, leżało majestatyczne miasto Konstantynopol, zwane także Bizancjum. Niezdobyte, strzegące klasycznej kultury i wschodniego chrześcijaństwa, zachowujące bardziej grecki niż łaciński charakter, trwało niezmienne: przez całe średniowiecze zasiadał tu na tronie cesarz wschodniorzymski.

Ale nie był to koniec kłopotów świata zachodniego. Oto w roku 622 miała miejsce hidżra proroka Mahometa z Mekki – zaczęła się wybuchowa ekspansja islamu. „Do raju, muzułmanie, nie w ogień!” – z takim okrzykiem na ustach muzułmańscy dowódcy zachęcali swoich żołnierzy do walki, bo na poległych czekało już miejsce w niebie. Z Arabii wojska muzułmańskie wkroczyły na Bliski Wschód, potem ruszyły dalej, do Persji i Indii, na zachodzie zalały północną Afrykę i dotarły nawet do Hiszpanii. W jednym z kolejnych najazdów stanęły u bram Konstantynopola. I jeszcze przez wiele wieków chrześcijańska Europa miała drżeć na dźwięk imienia proroka.

A jakby tego było mało, pojawili się również wikingowie.

Ci skandynawscy podróżnicy – piraci, kupcy, osadnicy i awanturnicy – wdarli się na scenę historii około 800 roku. Zajęli większą część środkowej Anglii, założyli kolonie na Islandii i Grenlandii, a nawet dotarli do wybrzeży Ameryki Północnej. Powołali do życia państwo pod nazwą Normandia i dopłynęli aż nad Morze Śródziemne.

Pewna grupa szwedzkich wikingów, założywszy osady handlowe wokół Morza Bałtyckiego, zaczęła zapuszczać się rzekami coraz dalej w głąb lądu, na ziemie Słowian.

Nazywano ich Waregami. Stworzyli ogromną sieć handlową ciągnącą się z północy na południe – zabierali towary ze słowiańskiego Nowogrodu na północy, a potem żeglowali w dół Dniepru, Donu i Wołgi. Nad Morzem Czarnym, niedaleko ujścia Donu, założyli faktorię nazwaną Tmutarakań. I czy to dlatego, że mieli jasne włosy, czy dlatego, że walczyli ramię w ramię z jasnowłosymi Alanami, a może z jakiegoś innego powodu, o którym nie mamy pojęcia, świat południowej cywilizacji, do którego przybyli, nadał im starodawną irańską nazwę, z dumą noszoną przez niektórych Alanów: Rus, co miało oznaczać „światło” albo „lśniący”.

I tak powstało nowe państwo – Ruś.

Chłopiec stał na szczycie palisady i patrzył na wielką czerwoną gwiazdę. Jego umysł ogarnęło gorączkowe podniecenie.

W oddali, w ciemności, płynął szeroki Dniepr; lód na brzegach odbijał niewyraźnie krwistoczerwone światło gwiazdy. Za plecami chłopiec miał uśpiony Kijów.

To pradawne słowiańskie miasto nad Dnieprem już od dwóch wieków było stolicą Rusi. Położone wśród pagórkowatych lasów, o dzień drogi od granicy stepu na południu, stało się punktem zbiorczym dla całego handlu z północnych lasów, który wędrował rzeką do odległego Morza Czarnego i jeszcze dalej.

Co gwiazda zwiastuje miastu? – zastanawiał się chłopiec. To na pewno jakiś znak od Boga.

Bo Ruś była teraz krajem chrześcijańskim. W błogosławionym roku Pańskim 988 książę Kijowa Włodzimierz został ochrzczony, a jego ojcem chrzestnym był sam cesarz rzymski z Konstantynopola. Czyż to nie z powodu tego nawrócenia wielu ludzi uważało Włodzimierza za świętego? I czyż nie mówiono, że jego dwaj synowie, Borys i Gleb, dołączyli do grona błogosławionych?

Opowieść o ich śmierci sprzed pół wieku szybko stała się legendą i zaczęła krążyć wśród ludu. Oto bowiem ci dwaj młodziutcy książęta, stanąwszy w obliczu zamachowców nasłanych przez ich nikczemnego starszego brata, poddali się bez walki i zapewniając się o braterskiej miłości, powierzyli swoje dusze Bogu. Tragizm ich śmierci i wzajemna dobroć tak wzruszyła Słowian, że Borys i Gleb stali się ukochanymi bohaterami Rusi. Nazywano ich Chrystusowymi męczennikami.

Kijów stał się miastem cerkwi. Na ulicach słychać było nie tylko nawoływania z kupieckich łodzi na rzece, ale także śpiewy mnichów i księży. Pękate, kryte złotem bizantyjskie kopuły na największych świątyniach ciepło błyszczały w słońcu. „Pewnego dnia – twierdzili miejscowi notable – dorównamy samemu Carogrodowi”. Tą nazwą określali często rzymski Konstantynopol. Owszem, nawet klasztorni kronikarze przyznawali, że liczni chłopi wciąż woleli dawne pogańskie wierzenia, ale było tylko kwestią czasu, by i oni dołączyli do wielkiej wspólnoty chrześcijańskiego świata.

A cóż gwiazda miała oznaczać dla jej młodego obserwatora? Niebezpieczeństwo? Wystawienie na próbę?

Nadchodzący rok miał być najważniejszy w jego życiu. Chłopiec skończył już dwanaście lat. Wiedział, że ojciec szuka dla niego miejsca na dworze jednego z książąt, krążyły też pogłoski o bliskich zaręczynach. Ale najbardziej ekscytujące było to, że latem ojciec wysyłał na wschód karawanę, a on już od wielu tygodni prosił, by pozwolił mu z nią jechać. Dotarłby aż nad Don! Matka była oczywiście przeciwna tym niebezpiecznym planom, ale tydzień wcześniej ojciec zapowiedział, że się nad tym zastanowi, więc chłopiec o niczym innym nie mógł myśleć. A kiedy wrócę, zostanę wojownikiem, obiecał sobie. Tak jak jego szlachetnie urodzony ojciec.

Był tak pogrążony w myślach, że zauważył dwie postacie dopiero, gdy stanęły obok niego.

– Obudź się, Iwanuszka, bo zapuścisz tu korzenie jak drzewo.

Miał na imię Iwan, ale nazywano go zdrobniale Iwanuszką. Uśmiechnął się lekko, nie odrywając wzroku od gwiazdy. Wiedział, że bracia chcą sobie z niego pożartować. Młodszy Borys, sympatycznie wyglądający szesnastolatek, miał jasne włosy i zaczątki zarostu. Starszy Świętopełk cechował się poważną, pociągłą twarzą i ciemnymi włosami. Ukończył osiemnaście lat i do tego był już żonaty. Przez dłuższą chwilę Borys próbował namówić Iwanuszkę do powrotu do domu, aż w końcu Świętopełk szturchnął go z całych sił.

– Przestań tu marznąć. Myślisz, że jesteś śnieżną panną?

Borys zatupał filcowymi butami, żeby się rozgrzać; Świętopełk zaklął pod nosem. Zaraz jednak poszli.

Czerwona gwiazda wciąż wisiała milcząco na niebie. Iwanuszka obserwował ją już czwartą noc z rzędu, stał na wałach sam i nie słuchał wezwań do powrotu do domu. Był marzycielem. Czasem ktoś z rodziny zostawiał go w jakimś miejscu, a gdy wracał, chłopiec wciąż tam był, z delikatnym uśmiechem na okrągłej twarzy i błękitnymi oczami wpatrzonymi w to samo miejsce. Nikt nie umiał mu tego zakazać – te dziwne kontemplacje były dlań niezbędne. Należał do ludzi, którym wydawało się, że cała natura mówi wprost do nich. Mijały minuty, a on wciąż stał bez ruchu, wpatrując się w gwiazdę.

 

– Iwanuszka. – Tym razem to była jego matka. – Ty głuptasie. Masz lodowate ręce.

Zauważył, że okrywa go futrzanym płaszczem. I choć nie odrywał oczu od gwiazdy, poczuł na dłoni lekki uścisk. Dopiero teraz odwrócił się i uśmiechnął.

Łączyła ich wyjątkowa więź. Ileż to szczęśliwych godzin spędził z nią przy ogniu w ich wielkim drewnianym domu, słuchając opowieści o dzielnych wojownikach – bogatyrach – albo bajek o Babie-Jadze i Żar-Ptaku.

Olga była szczupłą, wysoką kobietą o ciemnych włosach, szerokim czole i drobnych, delikatnych rysach twarzy. Jej rodzina wywodziła się od wielkich wodzów Siewierzan, pradawnego plemienia słowiańskiego. Gdy wyśpiewywała te baśnie swoim cichym, jakby nieobecnym głosem, Iwanuszka patrzył na nią jak zaczarowany. Często miał przed oczami jej piękną, delikatną twarz. Ten obraz nosił ze sobą przez całe życie jak ikonę.

Gdy śpiewała dla ojca, jej głos brzmiał zupełnie inaczej. Opadał do ochrypłego kontraltu, a jej zachowanie wyrażało żartobliwe lekceważenie. Domyślał się wtedy, że jej smukłe ciało o jasnej skórze ma ukrytą moc, że jest w nim coś, co doprowadza jego ojca do szaleńczego pożądania. Być może, jak wszystkie dzieci, miał naturalne wyczucie takich spraw.

Czasem czytali razem święte księgi, pochylali się nad nimi i przejęci odczytywali tryumfalnie, choć z niejakim trudem, słowiańskie słowa zapisane wyraźnym pismem uncjalnym na kartach Nowego Testamentu i opowieści apokryficznych. Poznawał kazania wielkich kaznodziejów Kościoła wschodniego – Jana Chryzostoma czy świętego Bazylego, a przede wszystkim słowiańskiego kaznodziei Hilariona. Nauczył się też kilku ballad sławnego śpiewaka Bojana, którego znał jego dziadek. Iwanuszka recytował je bezbłędnie, ku uciesze ojca.

Łączyło go z matką jeszcze jedno podobieństwo. Drobny, typowy dla niej gest. Wykonywała go, gdy rozmawiała z kimś, stojąc – powoli podnosiła ramię w kierunku rozmówcy, jakby przepuszczała go w drzwiach. Był to miękki ruch, niemal smutny, mający w sobie dziwną łagodność, jak pieszczota. Spośród trzech braci tylko Iwanuszka przejął ten gest po matce, choć nie wiadomo, czy go odziedziczył, czy nieświadomie naśladował.

I zawsze pamiętał o jednej ważnej rzeczy: w odróżnieniu od ojca matka była Słowianką. A więc ja jestem pół-Słowianinem, myślał.

Co to znaczy być Słowianinem? Wiedział, że Słowianie są wielkim ludem. Przez wieki zasiedlili rozległe ziemie. Słowianami byli Polacy na zachodzie, a także częściowo Węgrzy i Bułgarzy; dalej na południu, w górach Grecji, też żyli Słowianie. I choć ich język oddalił się od tego, którym mówili Słowianie na Rusi, to podobieństwa między nimi były łatwo zauważalne.

Stanowili odrębną rasę? Trudno powiedzieć. Nawet na ziemiach ruskich żyło wiele słowiańskich plemion. Ci z południa już dawno temu wymieszali się z najeźdźcami ze stepu. Ci z północy byli częściowo Bałtami i Litwinami. A ci ze wschodu stopili się z ugrofińskimi ludami zamieszkującymi lasy.

Ale kiedy Iwanuszka patrzył na swoją matkę i porównywał ją z ojcem i innymi cudzoziemskimi poddanymi bohaterskiej skandynawskiej dynastii, od razu widział, że jest Słowianką. Chodziło o jej muzykalność? Albo o zmienność nastrojów, o to, że raz była smutna, a po chwili wesoła? Nie, chodziło o inną cechę, która wyraźnie kojarzyła mu się ze Słowianami. Widział ją też u chłopów. Bo nawet gdy wpadali w złość i stawali się agresywni, w jednej chwili potrafili się uspokoić. Po prostu mieli łagodne usposobienie.

Matka zbierała się do odejścia. Iwanuszka jeszcze raz spojrzał na gwiazdę. Co ona mu mówi? Część księży uważała, że to znak końca świata. On też wiedział, że koniec świata nadchodzi, ale przecież jeszcze nie teraz.

Przypomniał sobie kaznodzieję, którego usłyszał zaledwie miesiąc wcześniej i który wywarł na nim głębokie wrażenie. „To prawda, Słowianie, drodzy bracia w Chrystusie, przybyli późno, by pracować w winnicy naszego Pana – mówił duchowny. – Ale czyż nie czytamy w przypowieści, że ci, którzy byli ostatnimi, zostaną tak samo wynagrodzeni jak pierwsi? Bóg przygotował wspaniałe przeznaczenie Słowianom, swojemu ludowi, który go słusznie wychwala”.

Te słowa przyprawiały go o dreszcz. Przeznaczenie. Ta kwestia ostatnio mocno go zajmowała, może dlatego, że zaczynał dorastać. On też jest częścią przeznaczenia. I modlił się tylko, by dzień Sądu Ostatecznego nie przyszedł zbyt szybko, by on, Iwanuszka, też miał szansę dokonać wielkich czynów, do jakich był przecież przeznaczony.

Nie wiedział jednak, że w tej właśnie chwili jego los został przesądzony.

Igor miał za sobą ciężki dzień. Po południu okazało się, że z niewiadomego mu powodu zaręczyny, które planował dla Iwanuszki, nie dojdą do skutku. Rodzina – bardzo zacna – nagle się wycofała. Zirytowało go to, ale w innych okolicznościach szybko by się otrząsnął.

Lecz zdarzyło się coś jeszcze. Patrzył w milczeniu na siedzącego przed nim mężczyznę.

Igor był wysoki i potężny. Miał długi, prosty nos, głęboko osadzone oczy i zmysłowe usta. Jego egzotyczną urodę podkreślało to, że przy kruczoczarnych włosach miał całkiem siwą brodę. Na szyi wisiał mu łańcuch z niewielkim metalowym kółkiem, na którym wyryto tamgę jego klanu: Trójząb.

Trudno było się domyślić pochodzenia Igora, podobnie jak i wielu innych szlachetnie urodzonych mieszkańców Kijowa. Nawet wśród ruskich książąt, którzy wywodzili się od wikingów, byli zarówno czarnowłosi mężczyźni o oliwkowej cerze, jak i blondyni. Ale Igor pochodził od Alanów.

Alanowie przybyli ze wschodu. Ojciec Igora wraz z innymi członkami klanów alańskich i czerkieskich dołączył do walecznego księcia Rusi i brał udział w wyprawach aż za Don. Walczył dzielnie – trudno było o lepszego jeźdźca – więc przyjęto go do drużyny, książęcej rady. Gdy książę postanowił wrócić do ojczyzny, alański wojownik ruszył razem z nim. I tak przez stepy, przez rzeki i lasy dotarł na ruskie ziemie. Ożenił się z dobrze urodzoną Skandynawką, a teraz Igor, jego syn, służył w drużynie księcia Kijowa.

Igor był wojownikiem, ale poza tym prowadził rozległe interesy. A w takim mieście jak Kijów było czym handlować. Zboże z żyznych czarnoziemów na południu wysyłano do miast leżących w lasach północy; rzekami transportowano do Konstantynopola futra i niewolników. Z Czech sprowadzano srebro, a z krajów leżących jeszcze dalej na zachód – frankońskie miecze. Z Polski i zachodnich rubieży Rusi przywożono tak pożądaną sól. Ze wschodu zaś, rzeką albo karawanami wędrującymi przez stepy, przybywały najrozmaitsze cuda Orientu: jedwabie, adamaszki, klejnoty i przyprawy.

Handlowe imperium Rusi rozwijało się wspaniale. Wzdłuż sieci rzek, które płynęły z północy, z zimnych lasów na wybrzeżach Bałtyku, ku stepom schodzącym do ciepłego Morza Czarnego, stały liczne faktorie, a nawet duże miasta. Na północy leżał Nowogród. W pół drogi na południe, nad Dnieprem, znajdował się Smoleńsk, a na zachód od niego Połock. Na północ od Kijowa był Czernihów, na południe zaś, jak ostatni bastion na granicy stepów – Perejasław. Każde z tych miast miało tysiące mieszkańców. Prawie trzynaście procent ludności zajmowało się handlem i rzemiosłem – znacznie więcej niż w feudalnej Europie. Te tętniące życiem ośrodki handlowe i finansowe były rozsiane na rozległych terenach, na których królowały łowiectwo i prymitywne rolnictwo. A władcami byli tu kupieccy książęta.

Po rozczarowaniu, jakie przeżył na wieść o odwołaniu zaręczyn, Igor miał nadzieję, że wieczorne spotkanie w domu jego wspólnika poprawi mu humor. Już od dłuższego czasu planował wyprawę karawany przez step na południowy wschód. Bo tam, za wielkim Donem, gdzie Kaukaz schodził z nieba ku wodom Morza Czarnego, leżała osada na cyplu – Tmutarakań. Po przeciwnej stronie przesmyku, na Półwyspie Krymskim, znajdowały się ogromne słone pustynie. W ostatnich latach handel z Tmutarakaniem został osłabiony przez Połowców, potężne plemię stepowych najeźdźców. Jednak Igor stwierdził: „Jeśli uda nam się przywieźć duży ładunek soli, zarobimy fortunę”.

Już wcześniej ustalono szczegóły. Z początkiem lata pierwsze transporty miały dotrzeć do położonej na granicy stepu niewielkiej placówki handlowej o nazwie Ruska, gdzie wspólnik Igora utrzymywał swój skład. A stamtąd miała wyruszyć karawana w eskorcie żołnierzy.

– Najchętniej sam bym z nimi pojechał – powiedział Igor szczerze.

A potem z zakłopotaniem wyjawił swoją prośbę.

Mężczyzna, który siedział naprzeciw niego, był o kilka lat młodszy. Ustępował Igorowi wzrostem, ale był równie potężny. Miał ciężki podbródek, lekko obwisłą dolną wargę, duży, zakrzywiony turecki nos, opadające powieki nad czarnymi oczami, czarne włosy i brodę przyciętą w kształt szerokiego klina. Z tyłu głowy przysiadła mu niepewnie jarmułka. Był Chazarem i nazywał się Żydowin.

Chazarowie byli dziwnym ludem. Ci tureccy wojownicy przez kilka stuleci panowali nad stepowym imperium ciągnącym się od pustyni nad Morzem Kaspijskim aż do Kijowa. Kiedy muzułmanie zalali Bliski Wschód i próbowali przedostać się przez Kaukaz na wielką równinę eurazjatycką, na drodze stanęli im waleczni Chazarowie wspierani przez Gruzinów, Ormian i Alanów. „To dzięki nam Kijów nie jest dziś muzułmański” – przypominał często Igorowi Żydowin.

Imperium Chazarów podupadło, ale chazarscy kupcy i wojownicy wciąż wyprawiali się na step ze swojej odległej pustynnej bazy, a w Kijowie, niedaleko tak zwanej Bramy Chazarskiej, żyła duża chazarska społeczność. Żydowin jak nikt inny umiał zorganizować karawanę i poprowadzić ją przez stepy. I nikomu Igor nie ufał tak jak jemu. Miał do niego tylko jedno zastrzeżenie.

Żydowin był żydem.

Wszyscy Chazarowie byli żydami. Przeszli na judaizm w okresie największego rozkwitu ich imperium, gdy władca uznał, że prymitywne pogaństwo jego poddanych nie jest godne statusu państwa. A ponieważ kalif w Bagdadzie był muzułmaninem, a cesarz w Konstantynopolu chrześcijaninem, pan stepu – nie chcąc wyglądać jak niższy rangą sojusznik któregoś z nich – rozsądnie wybrał jedyną znaną sobie religię nieuznającą wielobóstwa. W ten sposób państwo chazarskich watażków nawróciło się na judaizm. Dlatego Żydowin mówił w języku Słowian i Turków, ale zapisywał je za pomocą alfabetu hebrajskiego!

– Zabierzesz z karawaną mojego Iwanuszkę?

Igor nie chciał niczego więcej. Dlaczego więc Chazar się zawahał? Przecież dobrze znał chłopaka, syna swojego wspólnika. Ale odpowiedź była prosta: Żydowin się bał.

Już to sobie wyobrażam, myślał. Jeśli napadną nas Połowcy i zabiją chłopaka, nikt nie będzie miał do mnie pretensji. Ale ja go znam. Gdzieś się zawieruszy, wpadnie do rzeki i się utopi albo zrobi jakieś inne głupstwo. A wtedy to będzie moja wina.

Dlatego dał wymijającą odpowiedź.

– Iwanuszka jest jeszcze za mały. Może któryś z jego braci?

Igor zmrużył oczy.

– Odmawiasz mi?

– Ależ skąd. – Chazar się zmieszał. – Jeśli jesteś pewien, że tego właśnie chcesz…

Teraz Igor poczuł się niezręcznie. W innych okolicznościach po prostu powiedziałby Żydowinowi, że tak ma być, i sprawa byłaby skończona. Ale mając świeżo w pamięci upokorzenie związane z zaręczynami, poczuł zalewającą go falę wstydu. Chazar dobrze znał się na ludziach. On też nie chciał Iwanuszki. Igora ogarnęła nagła złość na syna. Nie lubił porażek.

– Nie ma o czym mówić. – Wstał z miejsca. – Masz rację. Jest za młody. – Sprawa była zamknięta.

Choć nie do końca. Wychodząc z domu przyjaciela, nie mógł się powstrzymać, żeby nie zadać mu pytania.

– A co ty myślisz o Iwanuszce i jego charakterze?

Żydowin zastanawiał się przez chwilę. Lubił chłopaka. Przypominał mu jego własnych synów.

– To marzyciel – powiedział uprzejmie.

Wracając do domu, Igor prawie nie patrzył na czerwoną gwiazdę. Był człowiekiem bardzo religijnym, więc nie miał wątpliwości, że Bóg przekazuje ludziom jakąś wiadomość. A jego obowiązkiem było przyjęcie wszystkiego, co nadejdzie. Pomyślał jednak o Iwanuszce. Chazar nazwał go marzycielem. Doskonale wiedział, co mówią o chłopcu jego bracia. Świętopełk nazywa go głupcem, przypomniał sobie ze smutkiem.

A co należy zrobić z głupcem? Nie miał pojęcia.

Trzy dni później czerwona kometa zniknęła z firmamentu. Tej zimy na niebie nie pokazały się już żadne inne znaki.

Wiosna. W tym żyznym kraju na początku każdego roku ziemię pokrywała woda. Woda ze wzbierających rzek. A Kijów był miastem nad rzeką. Za chwilę mieli je zobaczyć. Długa łódź sunęła równo szerokim, spokojnym nurtem Dniepru. Czterech mężczyzn pociągało za wiosła, kierując łódź ku miastu. Iwanuszka i jego ojciec stali na rufie, wysoki mężczyzna obejmował chłopca za ramię.

 

Łódź miała aż sześć metrów długości, ale wykonano ją z jednego pnia.

– Tylko na Rusi są takie wielkie drzewa – mawiał Igor do syna. – Wystarczy siekiera, a z ogromnego dębu można wydłubać nawet mały statek.

Czując bliskość ojca, chłopiec miał wrażenie, że jest to najwspanialszy poranek jego życia.

Iwanuszka miał na sobie zwykłą lnianą koszulę i spodnie, a na wierzchu brązowy wełniany kaftan, bo poranki były jeszcze zimne. Włożył buty z zielonej skóry, z których był bardzo dumny. Jasne włosy miał krótko obcięte, jak paź.

Popłynęli w górę rzeki o świcie, żeby przejrzeć pułapki, przy których rybacy czekali na połów. Teraz wracali do domu na śniadanie. A potem… Iwanuszka poczuł w brzuchu drżenie ekscytacji. To będzie wielki dzień.

Podniósł wzrok na ojca. Ileż to razy widział go na jakiejś strażnicy na drewnianych murach obronnych nad rzeką! Ojciec patrzył wtedy przed siebie jak milczący orzeł szybujący nad podmokłą okolicą. A gdy stał teraz na rufie, otulony długim czarnym płaszczem, wydawało się, że za chwilę rozłoży ramiona i wzniesie się ponad rzeką i lasami ku niebu, a potem spadnie na nieszczęsną ofiarę.

Iwanuszka czuł na sobie ciężar ojcowskiego ramienia. Ale nie była to tylko siła mięśni. Bo stojąc obok Igora, wyczuwał inną moc, płynącą z dalekiej przeszłości: niepokojącą jak echo pamięci, a jednocześnie rozlewającą się w nim jak ciepła rzeka. „W twoich żyłach płynie krew potężnych wojowników i wspaniałych jeźdźców, jak mój ojciec i wielu przed nim – powtarzał mu często ojciec. – Nasi przodkowie cieszyli się sławą, zanim przybyli tu Chazarowie, w czasach gdy góry były jeszcze młode. Pamiętaj, jesteś jednym z tych wojowników, oni zawsze będą przy tobie”. A potem serce Iwanuszki zaczynało mocniej bić, gdy ojciec dorzucał: „Pewnego dnia przekażesz to swoim synom i ich potomkom”.

A dziś, był tego pewien, podąży śladami ojca i starszych braci, zostanie wojownikiem, bogatyrem.

Już mnich o to zadba.

Łódź bezszelestnie sunęła z prądem. W porannej ciszy rzeka rozlewała się szeroko ku południowi. Powietrze było rześkie, bez powiewu. Resztki mgły unosiły się nad powierzchną wody, której ruch był ledwo zauważalny. Na południu szaroniebieska rzeka i bladoniebieskie niebo zlewały się na horyzoncie w jedną płynną miękkość, nierozróżnialną z oddali, na wschodzie zaś złote słoneczne światło rozpraszało się we mgle.

Teraz mieli już miasto w zasięgu wzroku. Iwanuszka westchnął cicho. Kijów był taki piękny!

Miasto przysiadło po prawej stronie rzeki. Na stromym brzegu wznoszącym się ponad trzydzieści metrów nad wodą stała wysoka palisada, która ciągnęła się na trzy i pół kilometra, górując nad okolicą.

Miasto składało się z trzech części. Na północy, na skromnym kurhanie, wznosiła się stara solidna warownia. Mieścił się w niej książęcy zamek i duża cerkiew ufundowana osiemdziesiąt lat wcześniej przez samego błogosławionego Włodzimierza – cerkiew Dziesięcinna. Nieco dalej na południowy zachód, oddzielona jedynie małym jarem, stała nowa warownia, znacznie większa, zbudowana przez wielkiego syna świętego Włodzimierza, Jarosława Mądrego, który stworzył zbiór praw zwany Ruską Prawdą. Trzecia część, jeszcze większa, schodziła ku rzece i ją też otaczało drewniane ogrodzenie. Było to podzamcze – padół – na którym mieszkali drobni kupcy i rzemieślnicy. A nad samą rzeką znajdowały się przystanie, gdzie cumowano ciężkie, omasztowane łodzie.

W obu warowniach wiele budynków zbudowano z cegły. Na podzamczu wszystkie domy, oprócz kilku cerkwi, wzniesiono z drewna. Miasto otaczały piękne lasy liściaste, porastające nawet opadające ku rzece strome zbocze.

W całym mieście lśniły w porannym słońcu złote kopuły i złote krzyże z dodatkową poprzeczną belką, która w kościołach wschodnich symbolizowała oparcie dla nóg Chrystusa. Miasto wyglądało jak wielki błyszczący statek unoszący się na wodzie.

Bo w okolicach Kijowa prawy brzeg był wysoki, a lewy niski. I tak jak w wielu innych miejscach Dniepr występował tu z brzegów. Rozlewał się na pola, które przyjmowały jego wody i żyzny muł. Dzięki tym zalewom każdej wiosny życie budziło się od nowa.

Chłopiec poruszył się niespokojnie. Od jakiegoś czasu nawiedzały go bóle w kolanach. Ale przede wszystkim nie umiał ukryć podniecenia. Bo zaledwie przed tygodniem Igor oznajmił: „Najwyższy czas postanowić, co z tobą będzie. Pojedziemy do ojca Łukasza”.

Co za zaszczyt! Ojciec Łukasz był duchowym przewodnikiem Igora, który nigdy nie podejmował ważnych decyzji, dopóki nie zasięgnął jego rady. A mówiąc o starym mnichu, z szacunkiem ściszał głos. „On wie wszystko” – twierdził. I zawsze jeździł do niego sam. Nie zabierał nawet starszych synów. Nic dziwnego, że Iwanuszka, słysząc to, najpierw się zaczerwienił, a potem pobladł.

Wiele razy wyobrażał sobie tę scenę. Dobrotliwy wysoki starzec z gęstą długą brodą, szeroką anielską twarzą i oczami błyszczącymi jak słońca od razu zauważy, że ma przed sobą bohatera. Położy mu dłonie na głowie, pobłogosławi go i ogłosi: „Z woli bożej, Iwanie, zostaniesz wielkim wojownikiem”. Tak właśnie będzie. Chłopiec z ufnością spojrzał na ojca, a potem na szańce.

Igor patrzył na syna. Nie wiedział, czy podjął słuszną decyzję. Chwilami wydawało mu się, że tak, ale jednocześnie czuł, że zdradza Iwanuszkę.

Członkowie rodziny prezentowali się wspaniale. Iwanuszkę aż przeszedł dreszcz szczęścia, gdy na nich spojrzał. Zebrali się w największej izbie dużego drewnianego domu. Światło słoneczne sączyło się przez szyby zrobione nie ze szkła, ale z wydobywanego w okolicy przezroczystego krzemienia zwanego miką. Promienie padały na wyłożoną żółtymi glinianymi płytkami podłogę, przez co wydawało się, że całe pomieszczenie jest skąpane w świetle.

Ze stołu nie posprzątano jeszcze po śniadaniu. Przy oknie stał duży piec, w rogu naprzeciwko wisiała niewielka ikona z wizerunkiem świętego Mikołaja, a przed nią na trzech srebrnych łańcuszkach była zawieszona gliniana lampka. Na skrzyni pod prawą ścianą ustawiono dwa duże miedziane świeczniki. Osadzone w nich świeczki były zgaszone. Na środku izby, w ciężkim, rzeźbionym dębowym fotelu, tak wywoskowanym, że aż lśnił, siedziała matka.

– I jak, Iwanuszka, jesteś gotowy? – spytała. Był gotowy. Patrzył na nią radośnie.

Matka miała na sobie długą do kostek suknię z ciemnoróżowego brokatu i wyszywany złotem pas. Szerokie rękawy odsłaniały szczupłe ramiona otulone białym jedwabiem. Na nadgarstku mieniła się srebrna bransoleta wysadzana kamieniami – zielonymi ametystami z Azji i żółtymi bursztynami znad Bałtyku. W uszach miała kolczyki z pereł. O tak, szlachetnie urodzone Rusinki ubierały się jak greckie damy z Konstantynopola.

Jej szerokie czoło odznaczało się jasną karnacją, dłoń w eleganckiej pozie spoczywała na oparciu fotela wyrzeźbionym w kształcie lwiej głowy, smukłe palce ze złotymi pierścieniami wdzięcznie opadały w dół. Jakże ona była piękna, piękna i dobra! Jednak wydawało się, że na jej twarzy maluje się smutek. Z jakiego powodu miałaby być smutna?

W izbie byli też starsi bracia, obaj ubrani w długie koszule ze strojnymi pasami i sobolowymi kołnierzami. Świętopełkowi towarzyszyła śliczna młoda żona pochodząca z Polski. Iwanuszka starał się kochać ich obu po równo, ale Świętopełka trochę się bał. Mówiono, że jest on podobny do ojca, ale czy naprawdę? W spojrzeniu Igora była czasem jakaś powściągliwość i rezerwa, ale na twarzy jego najstarszego syna często malowała się złość i gorycz. Z niewiadomych powodów. Młodszy, Borys, także czasem poszturchiwał Iwanuszkę, ale jakoś dziwnie kuksańce Świętopełka zawsze bolały bardziej.

Na polecenie ojca Iwanuszka włożył jedynie lniane spodnie i prostą lnianą koszulę przewiązaną paskiem. Wbrew woli matki pozwolono mu zostać w zielonych skórzanych butach. Musiał jednak dokładnie umyć ręce i twarz w miedzianej misce, która stała na umywalni.