Rosja

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Przedmowa

5  Wprowadzenie

6  Podziękowania

7  W lesie i na stepie

8  Rzeka

9  Tatarzy

10  Ikona

11  Iwan

12  Kozak

13  Piotr

14  Katarzyna

15  Pojedynek

16  Ojcowie i dzieci

17  Rewolucja

18  Koda

19  Epilog

Tytuł oryginału: RUSSKA

Redakcja: Mirosław Grabowski

Projekt okładki: Izabella Marcinowska

Przygotowanie okładki na podstawie projektu Izabelli Marcinowskiej: Magdalena Zawadzka / Aureusart

Zdjęcia na okładce: © Harald Sund / Photographer’s Choice / Getty Images, © ilbusca / iStock

Korekta: Igor Mazur

Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska

Copyright © Edward Rutherfurd 1991

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2021

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Smoleńska, 2017

Wydanie II

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 978-83-8252-171-9


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Z największym szacunkiem dedykuję swoją książkę wszystkim tym, którzy odbudowują klasztorną społeczność Pustelni Optyńskiej.

Przedmowa

Ruska jako miejsce

Obie miejscowości pod nazwą Ruska występujące w książce – jedna na południu, a druga na północy – są fikcyjne, chociaż miasteczko o takiej nazwie rzeczywiście kiedyś istniało. Te wymyślone miejscowości mają cechy okolic, w których się znajdują. W Rusce na północy, gdzie toczy się główna akcja, jest klasztor i stare miasto, przypominające, choć w mniejszej skali, pradawny Suzdal, w którym powstała część książki. Magiczne wiosny widziałem na własne oczy przy starej twierdzy w Izborsku na północnym zachodzie Rosji. A wiejski dom Bobrowów przypomina majątek Puszkinów.

Powieść Rosja

Rosja jest powieścią historyczną. Co prawda występujące w niej rody – Bobrowów, Suworinów, Romanowów, Iwanowów, Karpienków, Popowów – jak też postać Piniegina, są fikcyjne, jednak opowiadając ich dzieje, umieściłem je wśród postaci i zdarzeń historycznych.

Mimo że na Zachodzie rośnie fascynacja Rosją, większości czytelników historia i geografia tego ogromnego kraju jest – z wielu powodów – słabo znana. Dlatego w możliwie dużym stopniu starałem się przedstawić kontekst historyczny, który – mam nadzieję – ułatwi lekturę i nie będzie zbytnim obciążeniem. Dążąc do uproszczenia narracji, w kilku miejscach pozwoliłem sobie na kondensację wydarzeń – mam nadzieję, że nie pogwałciło to prawdy historycznej.

Żeby oddać niezwykłe bogactwo i wyjątkowy charakter kultury rosyjskiej, czerpałem obficie z rosyjskiego folkloru i literatury. Odpowiedzialność za efekty tych zabiegów – udane i nieudane – biorę wyłącznie na siebie. Liczę jednak na to, że osoby obeznane z tą tematyką rozpoznają na kartach książki dawnych przyjaciół.

Wprowadzenie

Książka powstawała w latach 1987–1991. Nieraz odwiedzałem wtedy Rosję i w sumie spędziłem w tym kraju wiele miesięcy. Byłem oczywiście w Moskwie i Leningradzie, ale w swoich samodzielnych podróżach dotarłem aż do wyspy Kiży na północnym zachodzie, na wybrzeże Morza Bałtyckiego, widziałem krąg średniowiecznych miast otaczających Moskwę, widziałem także Kijów, Czernihów i inne miasta na Ukrainie. Wędrując na południe, dotarłem do Odessy, na Krym, na kozackie terytoria nad Donem, na Kaukaz, a także do leżących na pustyni Chiwy i Samarkandy. Dzięki znajomym odwiedziłem miasto Guś-Chrustalnyj położone w regionie, w którym usytuowałem fikcyjną północną Ruskę. Członkowie Związku Pisarzy zabrali mnie do Riazania oraz pokazali miejsce, gdzie pierwotnie wzniesiono miasto o tej nazwie, zniszczone później przez Mongołów – było to niezwykłe doświadczenie.

Jednak dla mnie najważniejszy okazał się dzień, w którym dzięki Związkowi Pisarzy mogłem odwiedzić świeżo zrekonstruowany klasztor Pustelnia Optyńska. Przyjechaliśmy tam niedługo po tym, jak mnisi odkryli szczątki ojca Ambrożego, swojego słynnego dziewiętnastowiecznego starca. Akurat trafiliśmy na poranne uroczystości upamiętniające to wydarzenie. Ceremonia była niezwykle prosta, ale mnie, człowiekowi z zewnątrz, pozwoliła zobaczyć przebłysk prawdziwej Rosji. Odtąd raz na zawsze nabrałem przekonania, że jeśli chcemy zrozumieć teraźniejszość, a być może i przyszłość tego niezwykłego kraju, to rzeczą najwyższej wagi jest zanurzenie się w jego przeszłości.

Podziękowania

Jestem głęboko zobowiązany doktor Lindsey Hughes ze School of Slavonic and East European Studies na University of London oraz Cathy Potter z Yale University i University of Wisconsin, które przeczytały cały rękopis książki i poprawiły zauważone w nim błędy. Za błędy pozostałe należy winić tylko i wyłącznie mnie.

Wyrazy podziękowania należą się też profesorowi Paulowi Bushkovitchowi z Yale University, który zachęcił mnie do tego przedsięwzięcia.

Jestem niezwykle wdzięczny panu Edwardowi Kasinecowi oraz personelowi Slavonic Division z New York Public Library, personelowi Butler Library przy University of Columbia, a także pracownikom London Library za pomoc i uprzejmość. Szczególne podziękowania składam nowojorskiemu Synodowi Biskupów Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego poza granicami Rosji oraz personelowi St Vladimir Seminary w Crestwood za pomoc w uzyskaniu wielu książek.

Podziękowania należą się też Johnowi Robertsowi, który pomógł mi nawiązać cenne kontakty, oraz Władimirowi Stabnikowowi ze Związku Pisarzy w Moskwie za to, że ułatwił mi podróżowanie po Rosji i udzielił wielu cennych rad. Dziękuję pracownikom Państwowego Muzeum Ermitażu w Leningradzie, którzy umożliwili mi zwiedzanie jego sal w pojedynkę.

Jest też wiele innych osób – zbyt licznych, by je tutaj wymienić – zarówno na Zachodzie, jak i w Rosji, które pomagały mi i gościły mnie nieoficjalnie. Jestem im za to dozgonnie wdzięczny.

Mogę się uważać za szczęściarza, mając Gill Coleridge jako agentkę oraz dwie redaktorki, Betty Prashker z Crown Publishers i Rosie Cheetham z Century, których cierpliwość, zaangażowanie, a także hojna pomoc umożliwiły powstanie tej książki.

Jestem głęboko wdzięczny swojej żonie Susan za dobroć i cierpliwość, jakie mi okazywała podczas długiego procesu rodzenia się tej powieści. No i ponownie składam szczególne podziękowania Alison Borthwick za jej wspaniałą mapę.

Na koniec chciałbym wyrazić specjalną wdzięczność archimandrycie i mnichom z Pustelni Optyńskiej – to oni pokazali mi niezapomniany obraz Rosji.



W lesie i na stepie

Rok 180

Tej nocy na stepie było cicho. W lesie też.

Ponad ziemią płynął lekki wiatr.

W jednej z sześciu chat przycupniętych nad rzeką spała kobieta z dzieckiem.

Nie przeczuwała niebezpieczeństwa.

Wysoko na rozgwieżdżonym niebie, błyszcząc delikatnie w świetle wędrującego na południe półksiężyca, przesuwały się w jakiejś leniwej procesji blade obłoki.

Białe i skłębione, niczym jeźdźcy podążały ze wschodu, znad bezkresnych stepów – płynęły majestatycznie nad dachami chat stojących wzdłuż brzegu rzeki, a potem zmierzały ku ciemnym lasom, które też zdawały się nie mieć końca.

Wioska leżała na południowo-wschodnim brzegu. Dęby, lipy, sosny i brzozy rosły tu rzadziej, stopniowo ustępując miejsca polanom i coraz szerszym połaciom łąk stanowiącym granicę stepu. Po drugiej stronie, na brzegu północno-zachodnim, las był gęsty, ciemny i nieprzebyty.

 

Mijało piąte lato, odkąd osiedliły się tu trzy rodziny. Znalazłszy nad rzeką opuszczone miejsce otoczone starym, porośniętym krzewami wałem ziemnym, przybysze oczyścili je, wznieśli drewnianą palisadę i niski szaniec ziemny, a w środku postawili sześć chat. Nieopodal dwa pola wcinały się nieregularnymi pasami w rzadki las. Jeszcze dalej wyłaniały się chaotyczne plamy karczowisk.

Kilkaset metrów w dół rzeki teren robił się podmokły. Mokradła ciągnęły się jeszcze parę kilometrów dalej.

Ponad ziemią płynął lekki wiatr. Gdy muskał czubki drzew, liście migotały blado w świetle gwiazd. W lesie pobłyskiwały lustro wijącej się rzeki i moczary.

Oprócz szelestu liści słychać było od czasu do czasu jedynie małe zwierzęta albo jelenie przemierzające las. Gdzieś obok mokradła wprawne ucho umiałoby wychwycić na tle monotonnego skrzeczenia żab trzask gałązek pod łapami idącego wzdłuż krawędzi lasu niedźwiedzia. Ale nad wioską unosił się tylko nieregularny szelest, gdy wiatr głaskał długie pole jęczmienia i wzbudzał na nim drżącą falę.

Wiatr poruszał się, a jednocześnie stał w miejscu. Chwilami pole nieruchomiało albo przechylało się w drugą stronę, jakby podmuchy ze wschodu ustawały, by znowu otrzeć się o dojrzałe kłosy.

Był rok 180, choć właściwie ta data jeszcze nie istniała. Dopiero przyszłość miała wprowadzić taką miarę czasu, wówczas kalendarz chrześcijański nie był jeszcze w użyciu. Daleko na południu, w rzymskiej prowincji Judea, uczeni żydowscy rabini twierdzili, że jest 3940 Rok Świata. Od zburzenia Jerozolimy upłynęło sto dziesięć lat. W innych miejscach potężnego Imperium Rzymskiego był to dwudziesty i ostatni rok panowania Marka Aureliusza oraz pierwszy rok rządów Kommodusa. W Persji obowiązywał 491 rok epoki Seleucydów.

A zatem który to był rok w małej wiosce na skraju lasu? Dla historii żaden. Minęło pięć lat od śmierci poprzedniego starszego wioski. O wielkich systemach określania czasu, znanych w cywilizowanym świecie i utrwalonych w księgach, nikt tu nie słyszał. A gdyby nawet słyszał, nie miałyby znaczenia.

Te ziemie miały w przyszłości nosić nazwę Rosja.

Ponad ziemią płynął lekki wiatr.

Leżała obok małego chłopca. Dokuczliwe myśli z całego dnia opuściły we śnie jej umysł niczym blade obłoki znikające nad lasem za rzeką. Spała spokojnie.

W chatce spało dwanaścioro osób. Pięcioro, w tym Lebiedź i jej dziecko, ułożyło się na szerokiej półce biegnącej w poprzek izby ponad wielkim paleniskiem. Tej ciepłej letniej nocy ognia nie rozpalano. Powietrze było aż gęste od słodkawego, ziemistego zapachu – całkiem przyjemnego – jaki wydzielają ludzie pracujący cały dzień przy żniwach. Mieszał się on ze świeżą wonią traw wpływającą z wiatrem przez kwadratowy otwór okienny.

Jako najmłodsza żona spała na samym końcu drewnianej półki, na poślednim miejscu. Choć w wieku dwudziestu siedmiu lat nie była już młoda. Miała okrągłą twarz, na jej biodrach zdążyły się pojawić oznaki otyłości. Gęste jasne włosy zsunęły się z krawędzi półki.

Tuż obok, w zagięciu jej pulchnego ramienia, leżał pięcioletni chłopczyk. Był wszystkim, co miała, bo poprzednie dzieci umarły.

Wyszła za mąż, mając piętnaście lat. Od początku wiedziała, że mąż wziął ją tylko dlatego, że była silna – dobra do pracy. Nie skarżyła się jednak. Mąż nie traktował jej źle. Był wysokim, przystojnym czterdziestolatkiem, jego ogorzała twarz miała w sobie jakąś łagodność, a niebieskie oczy rozbłyskiwały pogodnym rozbawieniem, gdy wołał: „Proszę, idzie moja Mordwinka!”.

Dla niego było to wyrazem czułości. Dla innych już nie.

Lebiedź nie była bowiem pełnoprawną członkinią wspólnoty. Klan męża uważał ją za mieszańca. W końcu jej matka pochodziła z lasów. Z ludu Mordwinów.

Od niepamiętnych czasów lasy i mokradła ciągnące się setkami kilometrów na północ były zamieszkane przez plemiona ugrofińskie, do których należała też jej matka. Ludzie ci, o okrągłych twarzach i mongoloidalnych rysach, zajmowali się łowiectwem i rybołówstwem na ogromnych, bezludnych terenach, a mieszkali w prymitywnych chatach i ziemiankach. Podczas przesileń słonecznych stawali w kole i śpiewali wysokimi, nosowymi głosami pieśń do Słońca, które na Dalekiej Północy nie pokazywało zimą swojej twarzy, a latem pozbawiało ziemię nocnego odpoczynku, zalewając świat długim białym świtem i rozpalając na horyzoncie drżące rozbłyski.

Od jakiegoś czasu plemię jej męża – jasnowłosy lud posługujący się jednym z języków słowiańskich – zakładało w lasach na północy i na wschodzie małe kolonie. A niektórzy, jak klan znad rzeki, uprawiali pola i hodowali bydło. Spotkania Słowian i Finów na tych rozległych terenach rzadko prowadziły do konfliktów. Ziemi i terenów łowieckich starczyłoby nawet dla dziesięć razy liczniejszej ludności. Zawierano małżeństwa, takie jak jej matki. Ale mimo to mieszkańcy wioski patrzyli z góry na leśne szczepy.

Mąż nazywał ją dla żartu nie imieniem małego plemienia jej matki, ale wielkiego ludu Mordwinów, który zamieszkiwał ziemie daleko na północy. Czuła się przez to bardziej obca, choć przecież była pół-Słowianką. W tej nazwie była też łagodna kpina. I jak zauważyła ze smutkiem, przyzwolenie dla reszty klanu, by traktować ją z wyższością.

Zwłaszcza teściowa patrzyła na nią z góry. Przez blisko trzynaście lat jej potężna postać niczym groźne, niskie chmury rzucała na życie Lebiedź mroczny cień. Czasem – a zdarzało się, że i przez całe dnie – lwia twarz starej kobiety o szerokich kościach policzkowych wydawała się łagodna, wręcz przyjacielska. Ale wystarczył jakiś drobny błąd – upuszczone wrzeciono, rozlana śmietana – a rozpętywała się wściekła burza. Inne żony spuszczały wtedy wzrok albo spoglądały na Lebiedź ukradkiem. I cieszyły się, że ta złość spadła na nią, na obcą. Po każdym takim wybuchu wściekłości teściowa kazała jej wracać do pracy i wzruszając ramionami, zwracała się do reszty: „No ale czego można się spodziewać po Mordwince?”.

Lebiedź znosiłaby to lepiej, gdyby miała pomoc swojej rodziny. Ale rodzice zmarli rok wcześniej, zostawiając ją samą z młodszym bratem. I to on doprowadził ją poprzedniego dnia do łez.

Nie chciał jej zrobić przykrości. Nieustannie jednak wdawał się w spory z wioskową starszyzną. Na jego okrągłej, nieco głupkowatej twarzy zawsze widniał uśmiech, nawet gdy był pijany. I wydawało się, że w życiu liczą się dla niego tylko dwie rzeczy: polowanie i sprawianie przyjemności siostrzeńcowi.

– Kij cię nie potrzebuje – powtarzała bratu. – I ja też, jeśli nie chcesz słuchać starszyzny.

Ale nie przynosiło to skutku. Mal nienawidził pracy w polu, znikał na całe dnie w lasach – reszta wieśniaków utyskiwała na to pod nosem – a potem nagle z zarośli wyłaniała się jego krzepka postać. Miał kilkanaście skór przytroczonych do pasa, a na twarzy swój zwykły głupkowaty uśmiech. Starszy wioski go przeklinał, a teściowa patrzyła na nią z takim wyrzutem, jakby to była jej wina.

A wczoraj w bezbrzeżnej głupocie Mal zapowiedział chłopcu:

– Kijaszku, z następnego polowania przyniosę ci małego niedźwiadka. Będziesz mógł go przywiązać na podwórku.

– Mal, jeśli jeszcze raz okażesz nieposłuszeństwo starszemu wioski, wygnają cię – przypomniała. Rzeczywiście taką miałby ponieść karę, gdyby znów wybrał się w tym roku na polowanie.

Ale jej brat jedynie opuścił swoją dużą głowę, nic nie mówiąc i uśmiechając się jak zwykle.

– Może wreszcie zmądrzejesz i weźmiesz sobie żonę?! – wrzasnęła rozeźlona.

– Jak sobie życzysz, siostro Lebiedź. – Skłonił głowę z uśmiechem.

Najwyraźniej chciał ją rozzłościć, bo w wiosce nikt nie używał jej pełnego imienia. Na chłopca wołali zdrobniale Kijaszek. Do niej mało kto zwracał się Lebiedź. Od dzieciństwa nazywano ją czułym przezwiskiem Łabądek. Mal też miał swój przydomek, którego ludzie używali, gdy byli na niego źli: Leniuch.

– Ty, Leniuch – odparła ze złością. – Lepiej się ustatkuj i weź do roboty.

Ale Mal ani myślał. Wolał mieszkać samotnie w małej chatce z dwoma starcami, którzy nadawali się już tylko do drobnych polowań. Razem upijali się miodem, polowali i łowili ryby, a kobiety odnosiły się do nich z kpiącym lekceważeniem.

Wczoraj chodziła do niego dwa razy, za drugim razem nawet się rozpłakała, próbując go przekonać, by porzucił swój głupi plan. Bo choć przysparzał jej jedynie kłopotów, kochała go. I czułaby się samotna, gdyby go wygnano.

Ale mimo jej załzawionych oczu on jedynie się uśmiechał i pot ściekał mu po twarzy, gdy taszczył na stos kolejne bele siana.

Właśnie dlatego długo nie mogła zasnąć. A gdy w końcu osunęła się w nieświadomość, w jej umyśle zaczęły się kłębić złe przeczucia.

Jednak noc wypłukała z niej wszystkie myśli. Jej piersi unosiły się i opadały rytmicznie pod szorstką koszulą. Wlatujący przez okno wiatr delikatnie poruszał jej włosy.

Nikt się nie obudził, gdy przesunęły się dwa cienie, a śpiący przy drzwiach pies przysiadł wyczekująco. Nikt z wyjątkiem chłopca, który na chwilę otworzył oczy. Na jego twarzy pojawił się senny uśmiech, a gdyby matka czuwała, poczułaby, że ciało Kija drży od tłumionej ekscytacji. Zamknął oczy, wciąż się uśmiechając.

Wiedział, że to już niedługo.

Ponad ziemią płynął lekki wiatr.

Ale gdzie leżała ta wioska, rzeka i las?

Żeby opisać znaczenie tego magicznego miejsca, potrzebne jest dłuższe wyjaśnienie.

Już dawno geografia umownie podzieliła ogromny ląd Eurazji na dwie części: Europę na zachodzie i Azję na wschodzie. Jednak jest to myląca umowność. Znacznie bardziej naturalny byłby podział na północ i południe.

Oto bowiem przez ten ogromny kontynent – od północnej Europy przez Rosję i mroźne pustkowia Syberii aż po tereny na północ od Chin, niemal dotykające Alaski – ciągnie się największa równina świata.

Wielka równina eurazjatycka ma z zachodu na wschód ponad jedenaście tysięcy kilometrów, biegnie od Atlantyku do Oceanu Spokojnego, a tworzy ją ciąg zachodzących na siebie płyt pokrywających jedną szóstą lądowych obszarów Ziemi – zajmuje powierzchnię większą niż Stany Zjednoczone i Kanada. Od północy równina graniczy głównie z lodowatym Oceanem Arktycznym. Między nim a południową granicą równiny rozpościera się pas tundry, lasów, stepów i pustyń, szeroki w niektórych miejscach na trzy i pół tysiąca kilometrów. I właśnie ta południowa granica tak naprawdę rozdziela Eurazję na dwie części.

Eurazja północna to jedna wielka równina, a Eurazja południowa składa się z ogromnych regionów – Bliskiego Wschodu, starożytnej Persji, Afganistanu, Indii, Mongolii i Chin. Północ i południe oddziela od siebie potężne półkole łańcuchów górskich z najwyższymi szczytami świata – od Alp na zachodzie Europy aż po Himalaje w Azji.

Naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego Eurazja została podzielona przez geografów na wschód i zachód.

Mniej więcej w jednej trzeciej wielkiej równiny, powyżej Afganistanu, leży pasmo prastarych wzgórz ciągnące się z północy na południe – od tundry po krawędź pustyni. To Ural. Zgodnie ze współczesną konwencją „góry” te uważa się za granicę oddzielającą Europę od Azji.

Jednak prawda jest taka, że z wyjątkiem kilku niewielkich szczytów te zaokrąglone pagórki wznoszą się na wysokość jedynie kilkuset metrów nad poziomem morza. Trzeba wielkiej wyobraźni, by zobaczyć w nich granicę dwóch kontynentów: są zaledwie łagodną falą na wielkim lądowym oceanie. Nic nie oddziela Europy od Azji, wielka równina jest jednością.

Biegnąc przez północ Europy, równina jest wąska, ma zaledwie sześćset pięćdziesiąt kilometrów szerokości. Ale dochodząc do wschodniej Europy, rozszerza się w kształt klina. Jej północną granicą jest Morze Bałtyckie, nad którym zwiesza się krzywizna Skandynawii. Granicę południową stanowią potężne góry, Bałkany i Karpaty, stojące na straży północnej Grecji. A potem równina rozlewa się szeroko.

Rosja – tam, gdzie równina wydaje się bezkresna.

Rosja – tam, gdzie wschód spotyka się z zachodem.

Na zachodnim skraju Rosji północna granica wielkiej równiny dochodzi do Morza Arktycznego. Na tych ziemiach zaczyna się największy las świata – zimne, ciemne królestwo jodeł nazywane tajgą, które ciągnie się kilka tysięcy kilometrów na wschód aż po wybrzeże Oceanu Spokojnego. Schodząc na południe, tajga przemienia się w połowie równiny w las mieszany, a jeszcze dalej pojawiają się bezkresne trawiaste stepy, które akurat w tym miejscu dochodzą nie do pustyni czy gór, lecz do słonecznego wybrzeża przypominającego wybrzeże Morza Śródziemnego.

Bo południową granicą centralnej Rosji jest ciepłe Morze Czarne.

Morze Czarne, leżące powyżej północnego krańca Morza Śródziemnego, bardziej przypomina ogromny rezerwuar. Od południa opasuje je potężna półkolista tama gór: na południowym zachodzie greckie Bałkany, na południu góry dzisiejszej Turcji, na południowym zachodzie strzelisty Kaukaz. Pomiędzy Bałkanami i tureckimi górami biegnie wąski kanał łączący Morze Czarne z większym siostrzanym morzem. W części bliższej Morzu Czarnemu kanał ów nazywany jest Bosforem, a na południowym krańcu – Dardanelami.

 

Samo morze jest duże – z zachodu na wschód ma blisko tysiąc kilometrów, a z południa na północ ponad sześćset. Zasilają je liczne rzeki, między innymi majestatyczny Dunaj mający ujście w zachodniej części na północ od Grecji. W jego wodach znajdują się śladowe ilości siarki i zapewne stąd wzięła się kiedyś nazwa Czarne.

Na środku północnego rosyjskiego wybrzeża daleko w ciepłe wody Morza Czarnego wcina się duży półwysep. To Krym. Po jego obu stronach, w odległości czterystu kilometrów od siebie, funkcjonują dwa wielkie systemy rzeczne, podążające przez stepy aż z dalekich lasów. Na zachodzie płynie szeroki Dniepr, na wschodzie – majestatyczny Don.

I właśnie pomiędzy tymi dwiema rzekami, od wybrzeży Morza Czarnego przez stepy aż po lasy północy, rozciąga się ogromne prastare serce Rosji.

Rosja to także pogranicze.

Bo wielka równina rozpościera się jeszcze dalej ku wschodowi. Na wschód od Morza Czarnego jej południową granicę tworzy ogromny łańcuch Kaukazu, mający blisko tysiąc kilometrów długości. Kaukaz słynie z wina oraz z wojowników – Gruzinów, Ormian i innych – a jego lśniące szczyty są o tysiące metrów wyższe od szczytów Alp czy Gór Skalistych.

Pasmo kończy się niezwykłym zjawiskiem – jest nim jeszcze jedno morze położone wewnątrz ogromnego półkola gór. Ciągnie się z północy na południe – kształtem przypomina Florydę, ale jest dwa razy dłuższe – a góry schodzą tu stromo w dół, żeby zrobić mu miejsce. To Morze Kaspijskie.

Tak naprawdę jest to największe jezioro świata, nie ma bowiem żadnego odpływu. Otaczają je stepy, góry i pustynie, a wody pozbywa się dzięki parowaniu. Od północy zasila je najsłynniejsza rosyjska rzeka.

Matka Wołga.

Wołga zaczyna swoją podróż daleko, w lasach centralnej Rosji. Biegnie stamtąd wielką pętlą przez lasy północy, zmierzając ku południowi. Wziąwszy w objęcia północ, zakręca, płynie przez równinę ku wschodowi, potem znów na południe, aż w końcu podąża powoli przez wietrzne stepy ku odległym pustynnym wybrzeżom Morza Kaspijskiego.

A wielka równina ciągnie się dalej na wschód i staje się coraz mniej gościnna. Na południu rozpościerają się groźne pustynie. Na północy panowanie przejmują mroczna tajga i wieczna zmarzlina. Nawet dziś te ogromne tereny są rzadko zamieszkane. A stąd jest jeszcze pięć i pół tysiąca kilometrów do wybrzeży Pacyfiku.

A gdzie na tej równinie leży wioska nad rzeką?

Łatwo na to pytanie odpowiedzieć. Leży na granicy stepu, kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Dniepru i prawie pięćset kilometrów na północ od ujścia tej wielkiej rzeki w północno-zachodniej części ciepłego Morza Czarnego.

Mimo to, gdyby jakiś ówczesny podróżnik z obcego kraju spytał, jak tam dotrzeć, nie miałby mu kto odpowiedzieć.

Bo rosyjskie państwo wówczas nie istniało. Starożytne cywilizacje Wschodu – Chiny, Indie, Persja – leżały daleko, poniżej górskiego półkola stanowiącego południową granicę równiny, która dla nich była pustkowiem. Potężne Imperium Rzymskie usadowiło się na zachodzie, na wybrzeżach Morza Śródziemnego, a na północy ciągnęło się aż po Brytanię. Jednak Rzym nigdy nie posunął się na wschód dalej niż do obrzeża lasów porastających eurazjatycką równinę.

A cóż Rzymianie mogli wiedzieć o lasach? Jedynie to, że tereny za Renem były zamieszkane przez wojownicze plemiona germańskie, a na północy, nad Bałtykiem, żyły prymitywne ludy – Bałtowie, Łotysze, Estończycy, Litwini – o których prawie nic nie słyszeli. To wszystko. Niewiele wiedzieli o słowiańskich ziemiach leżących za terenami Germanów, a o ludach ugrofińskich zamieszkujących lasy ciągnące się za Wołgą nie mieli w ogóle pojęcia. Wieść o tureckich i mongolskich plemionach żyjących w głębi Syberii nie dotarła jeszcze do lasów, jedynie nad stepem rozlegały się pierwsze szepty.

I cóż Rzymianie mogli wiedzieć o stepie? Owszem, w swojej ekspansji na wschód dotarli aż do Armenii na południe od Kaukazu, od kilku stuleci znali małe porty położone na północnym wybrzeżu Morza Czarnego, gdzie żeglarze kupowali przywożone z głębi lądu futra i niewolników albo spotykali się z karawanami, które przybyły przez pustynie z tajemniczego Orientu. Ale cała ogromna równina była terra incognita, ziemią nieznaną, zamieszkaną przez barbarzyńskie plemiona, pokrytą groźnym stepem i poprzecinaną trudnymi do przebycia rzekami. Jej linie i nazwy na mapach starożytnego świata – stworzonych przez Herodota, Ptolemeusza czy Pliniusza – rozpływały się w niesprawdzonych pogłoskach albo po prostu zanikały.

Wieśniacy też nie umieliby powiedzieć, gdzie się znajdują.

Nawet dziś, ku zaskoczeniu cudzoziemców, mieszkańcy Rosji mają problem ze wskazaniem drogi. Rosjanin, zapytany, czy droga biegnie na wschód czy na zachód albo ile ciągnie się kilometrów, nie umie odpowiedzieć. Bo po co mu ta wiedza, skoro w tym bezkresnym krajobrazie horyzont nieustannie się oddala i ciągle jest taki sam?

Ale Rosjanin umie powiedzieć, jak płynie rzeka.

Dlatego wieśniacy wiedzieli, że ich nieduża rzeczka wpada do większej rzeki, która po jakimś czasie łączy się z wielkim Dnieprem. Wiedzieli też, że gdzieś daleko, za południowym stepem, Dniepr wpada do morza.

To wszystko. Zaledwie pięcioro z nich widziało Dniepr na własne oczy.

Wówczas Rosja jeszcze nie istniała, nie było też żadnego układu odniesienia pozwalającego określić położenie wioski. Moglibyśmy jedynie powiedzieć, że leżała na północ od Morza Czarnego, gdzieś na wschód od Dniepru i na zachód od Donu, nieco na wschód od lasów i na zachód od stepów, nad jedną z wielu nieoznaczonych na mapach rzek. Większa dokładność na tych niezbadanych przestrzeniach i tak nie miałaby sensu.

Ponad ziemią płynął lekki wiatr, nad bezkresną równiną rozpościerała się letnia noc. Nad zachodnim skrajem równiny zapadał zmrok. Tu, w wiosce, zaczęła się gwiaździsta noc, choć daleko na północy, na skraju Arktyki, wciąż błyszczały blade światła zorzy polarnej. Na wschodzie, na zboczach Uralu, noc była głęboka. W środkowej Syberii budził się świt, na wybrzeżu Pacyfiku wstawał ranek, a jeszcze dalej, na północno-wschodnim skraju ogromnego, dochodzącego do Alaski lądu, było już południe. Wielkie układy atmosferyczne zanikały ponad równiną. Trzy tysiące kilometrów na północny wschód szalała nad lasem burza z piorunami, a tu, w wiosce, ludzie spali spokojnie. I nikt nie wiedział, jakie burzowe chmury zbierają się nad lasami, kto rozstawia namioty na stepie, ile ognisk rozbłyska na bezkresnej ziemi.

Chłopiec uśmiechnął się, gdy tylko otworzył oczy.

Przez okno wpadał lekki wiatr, promienie słońca malowały na glinianym klepisku jasny prostokąt.

– Już się obudziłeś, ptaszku?

Twarz matki tuż obok jego twarzy. W izbie krzątali się już inni ludzie. W rogu, na zakrzywionym długim kiju przymocowanym do krokwi, wisiała kołyska.

Izba była duża. Ściany z gliny nałożonej na drewnianą ramę pokrywała sadza. A to dlatego, że chata, podobnie jak pozostałe domy w wiosce, miała kryty darnią dach bez komina. Dym z dużego paleniska najpierw wypełniał izbę, a potem wydostawał się przez okienko w dachu, otwierane w razie potrzeby. Dzięki temu izbę można było szybko nagrzać. A ciemne ściany kojarzyły się mieszkańcom z czymś znanym i przyjaznym. Jednak dziś ognia nie rozpalono. Powietrze było czyste, w izbie panował miły chłód.

Chata składała się z dwóch części. Za paleniskiem znajdował się korytarzyk, przez który wchodziło się do chaty – po jego przeciwnej stronie była druga, nieco większa izba, służąca za warsztat i magazyn. Stało tu krosno, rozmaite beczki i beczułki, leżały motyki i sierpy, a na honorowym miejscu wisiał topór należący do pana domu. Cała budowla, obramowana dębowymi podporami, była wkopana na czterdzieści centymetrów w głąb ziemi, więc żeby wyjść na zewnątrz, trzeba było wspiąć się na schodek.

Matka umyła chłopcu twarz wodą zaczerpywaną z glinianego garnka. Patrzył na jasną plamę słońca na klepisku. Ale jego myśli błądziły zupełnie gdzie indziej.

Uśmiechnęła się, podążając za jego spojrzeniem.

– Co się mówi o słońcu? – spytała cicho.

– „Słodkiego mleka jasna plama, ani jej czym zmyć, ani nożem zdrapać” – wyrecytował posłusznie, spoglądając w okno. Wpadający przez nie lekki wiatr poruszył mu włosy.

– A co się mówi o wietrze?

– „Piękny ogier, piękna grzywa, nic na świecie go nie powstrzyma”.

Znał już kilkanaście takich wierszyków. Kobiety znały ich setki – zagadek i przysłów, porównujących światło do rozlanego mleka czy wiatr do ogiera. Te niezliczone powiedzonka były często grą słów oddającą właściwości ich słowiańskiego języka.

Za chwilę matka pozwoli mu wyjść. Korciło go, by wybiec na dwór. Czy niedźwiadek już na niego czeka?

Szybko obejrzała mu zęby. W miejsce dwóch mleczaków wyrosły już nowe. Kolejny mleczak lekko się ruszał. Ale żadnego zęba nie brakowało.

– Jak białe kury na dwóch grzędach – mruknęła z zadowoleniem i pozwoliła mu wyjść.

Chłopiec wbiegł do korytarzyka prowadzącego do wyjścia.

Naprzeciwko chaty znajdował się zagon warzyw, z którego poprzedniego dnia pomógł matce wyrwać wielką rzepę. Na prawo od grządki jakiś mężczyzna ładował narzędzia na drewniany wózek z kołami wyciętymi z kawałków litego drewna. Nieco dalej na lewo, nad rzeką, stała mała łaźnia. Zbudowano ją trzy lata temu, lecz nie dla obecnych mieszkańców wioski, którzy mieli większą, ale dla przodków. Kij wiedział doskonale, że umarli lubią chodzić do bani tak samo jak żywi, nawet jeśli nikt ich nie może zobaczyć. I jak mu wszyscy mówili, przodkowie bardzo się złościli, gdy się ich zaniedbywało.

„Przecież ty też byś nie chciał, żeby zapomniano o tobie po twojej śmierci, prawda?” – zapytała go kiedyś jedna z ojcowskich żon. Pomyślał wtedy, że nie, nie chciałby, by o nim zapomniano i by wykluczono go z wioskowej wspólnoty.

Wiedział, że umarli są wszędzie, że go obserwują. I wiedział też, że w ziemi, w rogu obory naprzeciwko chaty starszego wioski, mieszka drobny, pomarszczony domowoj – dziadek jego ojca – duch, który przewodzi wszystkim zmarłym członkom społeczności.