Londyn

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To wiel­kie tereny, chłodne i wil­gotne – tłu­ma­czył ojciec. – Bez­kre­sne plaże. A wia­try, które wieją ze wschodu, znad morza, mogłyby cię prze­ciąć wpół. Tam mieszka wódz Cas­si­ve­lau­nus. – Pokrę­cił głową. – I dzi­kie, nie­po­korne ple­miona. Tylko ktoś tak potężny jak on może nimi wła­dać.

Chło­piec spoj­rzał na połu­dniowy brzeg. Cóż za kon­trast! Rzeka zbli­żała się tu do wiel­kiej ściany kre­do­wego V. Pły­nęli wzdłuż stro­mego, wyso­kiego brzegu, za któ­rym wzno­siła się na ponad sto metrów potężna grań, cią­gnąca się jak okiem się­gnąć na wschód.

– Tam jest Kent, zie­mia, na któ­rej miesz­kają Kan­tio­wie – powie­dział ojciec. – Gdy­byś szedł przez parę dni tą gra­nią, to w końcu dotarł­byś do wyso­kich bia­łych kli­fów na końcu wyspy.

Potem opo­wie­dział w szcze­gó­łach, jak wygląda długi, połu­dniowo-wschodni pół­wy­sep i że w pogodne dni można doj­rzeć po dru­giej stro­nie morza nową rzym­ską pro­win­cję Galię.

– W doli­nach pomię­dzy wzgó­rzami są bogate gospo­dar­stwa – dodał.

– A czy oni są tak samo dzicy jak ple­miona na pół­noc od ujścia? – spy­tał Sego­vax.

– Nie. – Ojciec się uśmiech­nął. – Ale za to są bogatsi.

Przez jakiś czas pły­nęli w mil­cze­niu – chło­piec prze­peł­niony zachwy­tem, ojciec w głę­bo­kiej zadu­mie.

– A kie­dyś – ode­zwał się w końcu ojciec – mój dzia­dek powie­dział mi coś dziw­nego. Gdy był mały, śpie­wano pio­senkę o tym, że dawno, dawno temu rósł tu wielki las. – Wska­zał na wschód, w kie­runku morza. – Ale potem przy­szła wielka powódź i na zawsze ten las pogrze­bała. – Umilkł. Obaj pró­bo­wali to sobie wyobra­zić.

– I co jesz­cze ci powie­dział?

– Że w tam­tych cza­sach, gdy poja­wili się tu pierwsi ludzie, cała zie­mia tam – wska­zał na pół­noc – była pokryta lodem. Wszystko było zamar­z­nięte. Ten lód był jak ściana.

– I co się z nim stało?

– Chyba słońce go roz­to­piło.

Sego­vax spoj­rzał na pół­noc. Nie umiał sobie wyobra­zić tej zie­lo­nej kra­iny pokry­tej zmar­z­liną.

– Czy zie­mia może znów zamar­z­nąć?

– A jak myślisz?

– To nie­moż­liwe – powie­dział Sego­vax sta­now­czo. – Słońce zawsze wscho­dzi.

Obser­wo­wał kra­jo­braz, w miarę jak łódka pły­nęła w dół coraz szer­szej rzeki. Ojciec patrzył z czu­ło­ścią na syna, modląc się bez­gło­śnie do bogów, by po jego śmierci chło­piec żył długo i pło­dził swoje dzieci.

Póź­nym popo­łu­dniem zoba­czyli ujście. Poko­nali wła­śnie duży zakręt. Rzeka miała już pół­tora kilo­me­tra sze­ro­ko­ści.

– Chcia­łeś zoba­czyć morze – powie­dział ojciec cicho.

– Chcia­łem. – Tylko tyle mógł z sie­bie wydo­być.

Ujście było bar­dzo dłu­gie. Po lewej niski brzeg zata­czał łuk, otwie­ra­jąc się jesz­cze sze­rzej; po pra­wej aż po hory­zont cią­gnęły się kre­dowe skały Kentu. A pomię­dzy nimi leżało otwarte morze.

Ocze­ki­wał cze­goś innego. Spo­dzie­wał się, że morze będzie opa­dać w stronę wid­no­kręgu, tym­cza­sem wyda­wało się, że otwarty bez­kres wody unosi się, jakby ocean nie chciał pozo­stać na swoim miej­scu, lecz spie­szył rzece na powi­ta­nie. Sego­vax patrzył na morze, na wzbu­rzone fale poprze­ci­nane pasami ciem­niej­szej wody. Powie­trze pach­niało solą. Poczuł dreszcz pod­nie­ce­nia. Oto miał przed sobą wielką przy­godę. Ujście było bramą, a Lon­di­nos, wła­śnie to sobie uświa­do­mił, było nie tylko pięk­nym miej­scem nad rzeką, ale też punk­tem począt­ko­wym podróży wio­dą­cej do tego wspa­nia­łego, otwar­tego świata. Patrzył na morze zato­piony w myślach.

– A tam, po pra­wej – ode­zwał się ojciec – pły­nie duża rzeka. – Wska­zał na wyso­kie wybrzeże, gdzie kilka kilo­me­trów za przy­ląd­kiem rzeka Medway, prze­ci­na­jąc kre­dową grań, łączyła się z ujściem ich rzeki.

Pły­nęli w dół ujścia jesz­cze przez godzinę. Prąd zwal­niał, woda burzyła się coraz bar­dziej. Wikli­nowa łódka pod­ska­ki­wała na falach prze­le­wa­ją­cych się przez burtę. Woda była teraz bar­dziej zie­lona, ciem­niej­sza. Dna nie dało się już zoba­czyć. Chło­piec zaczerp­nął dło­nią tro­chę wody i prze­ko­nał się, że jest słona. Ojciec uśmiech­nął się.

– Prąd się odwraca – powie­dział.

Sego­vax zauwa­żył ze zdzi­wie­niem, że koły­sa­nie łódki przy­pra­wia go o mdło­ści. Skrzy­wił się, ale ojciec par­sk­nął śmie­chem.

– Nie­do­brze ci? Tam będzie jesz­cze gorzej. – Mach­nął w kie­runku morza. Chło­piec spoj­rzał nie­pew­nie na odle­głe fale. – Na­dal chcesz tam popły­nąć? – spy­tał ojciec, odga­du­jąc jego myśli.

– Tak. Kie­dyś.

– Na rzece jest bez­piecz­niej – zauwa­żył ojciec. – Morze zabrało już wielu ludzi. Jest okrutne.

Sego­vax ski­nął głową. Nagle poczuł silne mdło­ści. Ale któ­re­goś dnia, przy­siągł sobie w myślach, dowie się, jak sma­kuje wielka przy­goda, bez względu na wszystko.

– Czas wra­cać – powie­dział ojciec. A po chwili dodał: – Mamy szczę­ście. Wiatr się zmie­nia.

Rze­czy­wi­ście. Wiatr naj­pierw ustał, a potem zaczął wiać z połu­dnio­wego wschodu. Rybak zawró­cił łódź, żagiel zało­po­tał. Ruszyli w powrotną drogę.

Sego­vax wes­tchnął. Pomy­ślał, że to będzie naj­pięk­niej­szy dzień w jego życiu, tylko on z ojcem na łodzi i morze. Woda robiła się coraz spo­koj­niej­sza. Popo­łu­dniowe słońce wciąż świe­ciło cie­pło. Zachciało mu się spać.

Sego­vax obu­dził się gwał­tow­nie, czu­jąc, że ojciec go sztur­cha. Posu­wali się bar­dzo wolno. Zamknął oczy przed godziną, a dopiero wpły­wali w rzeczny zakręt, zosta­wia­jąc ujście za sobą. Obu­dziw­szy się, wydał z sie­bie okrzyk zdzi­wie­nia.

– A teraz spójrz tam – mruk­nął ojciec, poka­zu­jąc coś w odle­gło­ści nie więk­szej niż kil­ka­set metrów.

Z pół­noc­nego brzegu pły­nęła duża tra­twa. Dwu­dzie­stu męż­czyzn popy­chało ją dłu­gimi drą­gami w poprzek nurtu. Sego­vax zauwa­żył za nimi drugą tra­twę. Ale naj­bar­dziej nie­zwy­kły był ich ładu­nek. Na każ­dej stał przy­mo­co­wany linami wspa­niały rydwan.

Cel­tycki rydwan był strasz­li­wym pojaz­dem. Cią­gnięty przez szyb­kie konie, dwu­ko­łowy, lekki i sta­bilny, woził wojow­nika w peł­nym uzbro­je­niu i dwóch pomoc­ni­ków. Nie­zwy­kle zwrotny, poru­szał się bły­ska­wicz­nie na polu bitwy, a jadący na nim ludzie mio­tali w prawo i w lewo włócz­nie albo strze­lali z łuków. Cza­sem wojow­nicy przy­mo­co­wy­wali do kół ostrza kos, które cięły na kawałki każ­dego, kto się zbli­żył. Rydwan na tra­twie był wspa­niały. Poma­lo­wany na czer­wono i czarno, błysz­czał w pro­mie­niach słońca. Sego­vax patrzył zafa­scy­no­wany. Ojciec zawró­cił łódkę i popły­nął za tra­twami na połu­dniowy brzeg.

Ale pierw­szy zachwyt chłopca był niczym w porów­na­niu z eks­cy­ta­cją, która go ogar­nęła, gdy zbli­żyli się do brzegu, a ojciec zawo­łał nagle:

– Na bogów! Sego­va­xie, widzisz tego męż­czy­znę na czar­nym koniu? – Chło­piec ski­nął głową. – To prze­cież sam Cas­si­ve­lau­nus.

Ojciec kazał Sego­va­xowi zacze­kać przy łodzi, a sam zagad­nął męż­czyzn i pomógł im wycią­gać tra­twy na brzeg.

Chło­piec sie­dział obok ich małej łódki, przez rzekę prze­wie­ziono co naj­mniej dwa­dzie­ścia rydwa­nów i pięć­dzie­siąt wspa­nia­łych koni. Tych naj­więk­szych mieli dosia­dać wojow­nicy. Te mniej­sze, ale rów­nie szyb­kie, zaprzę­gano do rydwa­nów. Widać było, że wszyst­kie pocho­dzą z dobrej hodowli. Przez rzekę prze­pra­wiono też mnó­stwo ludzi i całe wozy broni. Nie­któ­rzy wojow­nicy mieli na sobie kosz­towne opoń­cze w jaskra­wych kolo­rach i złote ozdoby. Widok potęż­nych, dziel­nych Cel­tów, jego roda­ków, napeł­niał chłopca dumą. A potem sam wielki wódz – wysoki męż­czy­zna z dłu­gimi wąsami i w czer­wo­nej opoń­czy – przy­wo­łał ojca do sie­bie i zaczął z nim roz­ma­wiać. Sego­vax widział, że ojciec klęka przed wodzem, że mówią coś do sie­bie, wódz uśmie­cha się ser­decz­nie, kła­dzie dłoń na ramie­niu ojca, a potem daje mu małą bro­szę. Oto naj­więk­szy wódz na całej wyspie oka­zuje uzna­nie jego ojcu, odważ­nemu, ale prze­cież tylko zwy­kłemu wie­śnia­kowi. Sego­vax aż pokra­śniał ze szczę­ścia.

Ojciec wró­cił póź­nym popo­łu­dniem. Uśmie­chał się, ale myśli miał zaprząt­nięte czymś innym.

– Czas na nas – powie­dział. Sego­vax ski­nął głową z wes­tchnie­niem. Naj­chęt­niej zostałby tu na zawsze.

Wkrótce pły­nęli szybko rzeką; ojciec mocno pra­co­wał wio­słami. Patrząc wstecz, Sego­vax widział, jak na brzeg wycią­gane są ostat­nie tra­twy.

– Czy to zna­czy, że gotują się do walki? – zapy­tał.

Ojciec rzu­cił mu zdzi­wione spoj­rze­nie.

– Nie domy­śli­łeś się, synu? – powie­dział cicho. – Są w dro­dze na wybrzeże. – Wio­sło­wał ryt­micz­nie. – Rzy­mia­nie nad­cią­gają.

Bran­wen patrzyła z cie­ka­wo­ścią na matkę. Spała jesz­cze, gdy ojciec i Sego­vax wypły­nęli łodzią. Zapo­wia­dał się spo­kojny i raczej nudny dzień. Przez cały ranek matka i inne kobiety plo­tły koszyki z wikliny; sie­działy przed chatą, gawę­dząc cicho i patrząc na bawiące się nie­opo­dal dzieci. I sie­działyby tak zapewne przez całe przed­po­łu­dnie, gdyby nie druid.

Przy­pły­nął sam czół­nem. Poja­wił się jak zwy­kle nie­ocze­ki­wa­nie. Zgod­nie z pra­daw­nym oby­cza­jem, naka­zał wie­śnia­kom przy­nieść koguta i trzy kur­częta na ofiarę, a potem pole­cił im udać się ze sobą do świę­tego miej­sca po dru­giej stro­nie rzeki. Podą­żyli za nim na tra­twach i w skó­rza­nych łód­kach, nie wie­dząc, jaka intu­icja czy prze­czu­cie kazało star­cowi opu­ścić nagle jego wysepkę.

Nie skie­ro­wali się na wprost ku bliź­nia­czym wzgó­rzom Lon­di­nos, lecz do sze­ro­kiego stru­mie­nia, który opły­wał wzgó­rza od zachod­niej strony. Wysie­dli z łódek i prze­szli do miej­sca odda­lo­nego o pięć­dzie­siąt metrów od brzegu. Nie było tu nic oprócz trzech szorst­kich kamieni, się­ga­ją­cych czło­wie­kowi do kolan, które stały wokół zagłę­bie­nia w ziemi.

 

Święta stud­nia. Nikt nie wie­dział, kiedy ani dla­czego ją wyko­pano. Zasi­lał ją nie­wielki stru­mień. Mówiono, że mieszka w niej łagodna wodna boginka.

Wziąw­szy jedno z kur­cząt, druid wymam­ro­tał modli­twę, a potem, na oczach ludzi, wpraw­nym ruchem pod­ciął mu gar­dło i wrzu­cił do studni; po chwili usły­szeli, jak ptak wpada do wody.

Wró­cili do łodzi, prze­do­stali się na drugą stronę odnogi i zaczęli się wspi­nać na zachod­nie wzgó­rze. Tutaj, tuż pod szczy­tem od strony rzeki, roz­cią­gał się pas murawy z sze­ro­kim wido­kiem na wodę. Na środku znaj­do­wał się mały krąg wyko­pany na kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów w głąb ziemi. Miej­sce rytu­al­nego uśmier­ca­nia zwie­rząt. Druid zło­żył w ofie­rze koguta i dwa pozo­stałe kur­czaki, spry­sku­jąc krwią trawę wewnątrz okręgu i mówiąc pół­gło­sem:

– Prze­la­li­śmy dla was krew, bogo­wie rzeki, ziemi i nieba. Chroń­cie nas w potrze­bie.

Zabrał mar­twe ptaki i naka­zaw­szy wie­śnia­kom wra­cać do domu, ruszył w kie­runku dru­giego wzgó­rza, by tam samot­nie obco­wać z bogami.

Miesz­kańcy wio­ski nie mieli tu już nic do roboty. Speł­nili swoje zada­nie. Wsie­dli do łodzi z uczu­ciem zado­wo­le­nia, że zro­bili to, co do nich nale­żało.

Z wyjąt­kiem Car­ti­man­dui.

Bran­wen nie­prze­rwa­nie obser­wo­wała matkę. Zda­wała sobie sprawę, że jej zacho­wa­nie jest dziwne.

Bo dla­czego Car­ti­man­dua, zamiast wsiąść do łodzi tak jak wszy­scy, zaczęła nagle bła­gać jed­nego z męż­czyzn, by zosta­wił jej skó­rzaną łódkę? Dla­czego teraz, kiedy miesz­kańcy wio­ski prze­pra­wili się już na połu­dniowy brzeg, wędro­wały obie po wzgó­rzach, szu­ka­jąc dru­ida, który znik­nął tajem­ni­czo? Dla­czego matka jest taka blada i zde­ner­wo­wana?

Dziew­czynka nie mogła tego wie­dzieć, ale powód był pro­sty. Nagłe poja­wie­nie się kapłana i zło­że­nie ofiar mogło ozna­czać jedno. Za sprawą swo­ich nie­zwy­kłych mocy i kon­taktu z bogami sta­rzec zoba­czył, że nie­bez­pie­czeń­stwo jest bli­sko. A więc nastała straszna godzina. Nad­cho­dzili Rzy­mia­nie. Po raz kolejny Car­ti­man­duę zalała fala drę­czą­cych wąt­pli­wo­ści.

A może popeł­niła błąd? Co powinna teraz zro­bić? Nie wie­dząc nawet, co powie ani o co zapyta, wró­ciła na wzgó­rze, żeby poszu­kać dru­ida. On udzieli jej naj­lep­szej wska­zówki, zanim będzie za późno.

Nio­sąc nie­mowlę i cią­gnąc Bran­wen za rękę, prze­cięła zachod­nie wzgó­rze i prze­ska­ku­jąc po kamie­niach, prze­szła na drugą stronę potoku pły­ną­cego mię­dzy bliź­nia­czymi wznie­sie­niami. Wspięła się na wschodni szczyt z nadzieją, że znaj­dzie tam kapłana. Ale nie, tam też go nie było. Już chciała zre­zy­gno­wać, gdy nagle zoba­czyła słup dymu wzno­szący się z dru­giej strony wzgó­rza. Ruszyła szyb­kim kro­kiem.

Wschod­nie wzgó­rze Lon­di­nos nie scho­dziło równo ku rzece. Mniej wię­cej w poło­wie zbo­cze się zaokrą­glało, a potem opa­dało stromo ku brze­gowi. W ten spo­sób po połu­dniowo-wschod­niej stro­nie wznie­sie­nia powstało coś w rodzaju natu­ral­nego amfi­te­atru – tra­wia­sta plat­forma nad wodą sta­no­wiła scenę, a stok wzgó­rza widow­nię. Scenę pokry­wała darń i niskie krzewy. I wła­śnie tam, tuż nad wodą, druid roz­pa­lił małe ogni­sko.

Car­ti­man­dua przy­glą­dała mu się z góry, oba­wia­jąc się podejść. Z dwóch powo­dów.

Po pierw­sze, widziała, co sta­rzec robi. Wyjął z mar­twych pta­ków kości i wło­żył je do ognia. A to ozna­czało, że czyni wróżby – był to jeden z naj­bar­dziej tajem­nych cel­tyc­kich rytu­ałów, któ­rego nie wolno było zuchwale zakłó­cać. A drugi powód doty­czył samego miej­sca.

Kruki.

Od nie­pa­mięt­nych cza­sów pofa­lo­wane wzgó­rza nad rzeką zamiesz­ki­wała kolo­nia kru­ków.

Car­ti­man­dua wie­działa, że ptaki te, jeśli trak­tuje się je z sza­cun­kiem, są dobrym zna­kiem. Mówiono, że ich potężne duchy mogą obro­nić cel­tyc­kie ple­miona. Zapewne dla­tego druid wybrał to miej­sce na odczy­ta­nie prze­po­wiedni. Ale mimo to Car­ti­man­dua zadrżała. Wiel­kie kruki z moc­nymi dzio­bami zawsze budziły w niej strach. Wyglą­dały tak ponuro, nie­zdar­nie machały skrzy­dłami i pod­ska­ki­wały na mura­wie, wyda­jąc z sie­bie ochry­płe kra­ka­nie. Jeśli odważy się tam zejść, któ­ryś z nich w każ­dej chwili może chwy­cić ją strasz­li­wymi szpo­nami za rękę czy nogę i wbić się dzio­bem w ciało.

Druid pod­niósł głowę i ją zoba­czył. Przez chwilę patrzył na nią, naj­wy­raź­niej ziry­to­wany. A potem bez słowa ski­nął, by do niego pode­szła.

– Zacze­kaj tutaj – powie­działa do Bran­wen, poda­jąc jej nie­mowlę. – I nie ruszaj się stąd.

Wcią­gnęła głę­boko powie­trze w płuca i zeszła po zbo­czu obok kru­ków.

Bran­wen zapa­mię­tała te dłu­gie minuty na całe życie. Bała się, sto­jąc na szczy­cie tra­wia­stego stoku sama z maleń­kim dziec­kiem i patrząc na matkę i dru­ida w dole. Widziała ze swo­jego miej­sca Car­ti­man­duę, ale czuła się nie­swojo w tym peł­nym grozy miej­scu. I gdyby nie to, że ją też prze­ra­żały kruki, zbie­głaby do matki.

Widziała, że matka mówi coś z powagą do dru­ida, a sta­rzec powoli kręci głową. Potem chyba Car­ti­man­dua o coś go gorąco pro­siła. W końcu sta­rzec wyjął z ogni­ska kilka kości i uważ­nie je obej­rzał. I coś powie­dział. Nagle z dołu roz­legł się strasz­liwy dźwięk, roz­niósł się tak gło­śnym echem, że kruki pode­rwały się w powie­trze, a potem opa­dły z gniew­nym kra­ka­niem. Taki strasz­liwy, żało­sny lament mogło wydać z sie­bie zde­spe­ro­wane zwie­rzę.

Ale to krzy­czała Car­ti­man­dua.

Nikt nie odgadł jego tajem­nicy. Sego­vax był z sie­bie zado­wo­lony. Od ich powrotu w Lon­di­nos pano­wał oży­wiony ruch. Czar­no­brody dostoj­nik zja­wił się w wio­sce jesz­cze przed nimi, a ojca natych­miast wysłano do brodu w górze rzeki, gdzie byli już inni męż­czyźni. I mieli tyle zajęć, że rodzina pra­wie wcale rybaka nie widy­wała.

Przy­go­to­wa­nia toczyły się pełną parą. W dno brodu wbi­jano zaostrzone pale. Męż­czy­znom z wio­sek leżą­cych w pro­mie­niu wielu kilo­me­trów naka­zano ści­na­nie drzew na mocną pali­sadę, która miała sta­nąć wzdłuż brze­gów wysepki dru­ida.

Co dzień przy­cho­dziły nowe wie­ści. Ale nie były jed­no­znaczne.

„Wszyst­kie ple­miona Bry­tów przy­się­gły, że pójdą za Cas­si­ve­lau­nu­sem”, oznaj­mił jeden posła­niec, a inny dorzu­cił: „Cel­tyc­kie ple­miona w Galii pla­nują powsta­nie. Tutaj nad­we­rę­żymy siły Cezara, a oni ode­tną mu odwrót”. „Nie­któ­rzy wodzo­wie zazdrosz­czą Cas­si­ve­lau­nu­sowi – ostrze­gali mądrzejsi. – Nie wolno im ufać”.

Począt­kowo nowiny były pomyślne. Cezar wylą­do­wał nie­da­leko bia­łych kli­fów na połu­dnio­wym wybrzeżu i roz­po­czął marsz przez Kent, ale bogo­wie wyspy ude­rzyli natych­miast. Tak jak poprzed­nim razem potężny sztorm o mało nie znisz­czył rzym­skiej floty, zmu­sza­jąc najeźdź­ców do odwrotu i napra­wie­nia uszko­dzeń. A kiedy Cezar po raz drugi ogło­sił wymarsz, Cel­to­wie na szyb­kich rydwa­nach ata­ko­wali jego oddziały i zada­wali im dotkliwe straty. „Ni­gdy nie dojdą do rzeki”, mówili ludzie. Ale robót for­ty­fi­ka­cyj­nych nie prze­ry­wano.

Sego­vax trwał w sta­nie zawie­sze­nia – budzą­cym strach, ale jed­no­cze­śnie eks­cy­tu­ją­cym. Był pewien, że Rzy­mia­nie wkrótce się poja­wią. A wtedy przyj­dzie czas na jego tajemny plan.

– Cel­to­wie ich znisz­czą – zapew­niał z dumą sio­strę.

Prze­kra­dał się brze­giem do miej­sca, skąd mógł obser­wo­wać przy­go­to­wa­nia. Dru­giego dnia rano zaczęto spła­wiać w dół rzeki dodat­kowe pnie drzew.

Car­ti­man­dua była roz­darta, lęk wprost ją obez­wład­niał. Zaczy­nała się dener­wo­wać, gdy Bran­wen od niej odcho­dziła. Kiedy nie­mowlę pła­kało, natych­miast do niego bie­gła. Gdy Sego­vax gdzieś zni­kał, a zda­rzało się to czę­sto, gorącz­kowo go szu­kała, a zna­la­zł­szy, przy­ci­skała zakło­po­ta­nego chłopca do piersi.

Ale przede wszyst­kim nie­ustan­nie spo­glą­dała w kie­runku brodu, gdzie pra­co­wał jej mąż. Męż­czyźni od dwóch dni zosta­wali tam nawet na noc i choć wraz z innymi kobie­tami zano­siła mu jedze­nie, nie udało im się poroz­ma­wiać.

Gdyby tylko mogła to pojąć. Gdyby mogła zro­zu­mieć, co się kryje w strasz­nych sło­wach dru­ida.

Może nie powinna była o nic pytać. Wcale nie chciał z nią roz­ma­wiać. Ale jej nie­po­kój był tak silny, że nie umiała się powstrzy­mać.

– Powiedz mi – bła­gała – jaki los czeka mnie i moją rodzinę?

Druid wahał się, ale w końcu, nie­mal wzru­sza­jąc ramio­nami, wycią­gnął z ogni­ska kilka kości, obej­rzał je uważ­nie i ski­nął głową, jakby zoba­czył coś, czego i tak się spo­dzie­wał. Ale co to miało zna­czyć?

– Darzysz miło­ścią trzech męż­czyzn – powie­dział posęp­nie. – I jed­nego stra­cisz.

Straci? Któ­rego? Mogło cho­dzić jedy­nie o męża, Sego­vaxa i naj­młod­szego syna. W jej życiu nie było innych męż­czyzn. Druid na pewno miał na myśli męża. Ale prze­cież udało jej się go oca­lić. Wszy­scy razem popłyną bez­piecz­nie w górę rzeki.

Dzień po przy­by­ciu czar­no­bro­dego dostoj­nika, który nad­zo­ro­wał męż­czyzn przy­go­to­wu­ją­cych się do obrony, odszu­kała go.

– Czy umowa na­dal obo­wią­zuje? – zapy­tała.

– Już ci to mówi­łem – odpo­wie­dział znie­cier­pli­wiony i odpra­wił ją gestem.

A więc co to mogło ozna­czać? Czyżby Bran­wen miał się przy­da­rzyć jakiś wypa­dek, który unie­ważni ich targ? Coś się sta­nie Sego­va­xowi albo nie­mow­lę­ciu? Mio­tana udręką nie­pew­no­ści, czuła się jak zwie­rzę schwy­tane w pułapkę, które pró­buje ochro­nić raz jedno, raz dru­gie młode przed ata­kiem dra­pież­ni­ków kła­pią­cych zębami.

W końcu, po kilku dniach nie­pew­no­ści, nade­szła wia­do­mość, że Cas­si­ve­lau­nus zgro­ma­dził oddziały, gotowy do wal­nej bitwy.

Wojow­nicy napły­wali sze­ro­kim stru­mie­niem – pie­chu­rzy, konni, woź­nice rydwa­nów. Kolejne oddziały, zgrzane i pokryte kurzem, sta­wały nad bro­dem.

Ludzie dono­sili o zdra­dzie, o dezer­cjach dowód­ców. „Rzy­mia­nie ich prze­ku­pili – mówili. – Oby spa­dła na nich klą­twa bogów”. Byli źli, ale nie przy­gnę­bieni. „Jedna porażka nic nie zna­czy. Rzy­mia­nie jesz­cze posma­kują naszej zemsty”. Ale gdy Sego­vax odwa­żył się zapy­tać jed­nego z wojow­ni­ków w rydwa­nie, jacy są Rzy­mia­nie, usły­szał szczerą odpo­wiedź: „Umieją trzy­mać szyk. Budzą strach”.

Na połu­dniu nie zostały już żadne linie obrony. Teraz barierą miała być rzeka.

– Bitwa roze­gra się tutaj – powie­dział ojciec pod­czas jed­nej z nie­licz­nych wizyt w wio­sce. – I tu powstrzy­mamy Cezara.

Następ­nego dnia oznaj­miono kobie­tom, że mają się przy­go­to­wać do ewa­ku­acji. „Wyru­szy­cie jutro”.

Następ­nego ranka Sego­vax bacz­nie obser­wo­wał, jak ojciec przy­pa­suje miecz. Zazwy­czaj miecz leżał w cha­cie zawi­nięty w skóry, dwa razy do roku ojciec wyj­mo­wał go i oglą­dał. Przy takich oka­zjach Sego­vaxowi wolno było go potrzy­mać, ale nie mógł doty­kać ostrza. „Jesz­cze zardze­wieje”, mówił ojciec. Sta­ran­nie sma­ro­wał miecz tłusz­czem, a potem cho­wał go do pochwy z drewna i skóry i jesz­cze raz owi­jał skó­rami.

Miecz był typo­wym przy­kła­dem cel­tyc­kiej broni. Miał dłu­gie, sze­ro­kie ostrze z żelaza z podłużną pręgą. Na ręko­je­ści był pro­sty jelec w kształ­cie krzyża, głow­nię wyrzeź­biono w kształ­cie ludz­kiej głowy groź­nie patrzą­cej na wroga.

Sego­vaxa ogar­nęło dziwne wzru­sze­nie. Po wielu dniach mor­der­czej pracy ojciec wyglą­dał na wycień­czo­nego. Przy­gięte plecy mówiły, że doku­cza mu ból. Ramiona zwi­sały jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle. W jego dobrych oczach kryło się zmę­cze­nie. A jed­nak, mimo że wątły i wraż­liwy, był odważny. Nie­mal rwał się do walki. Z jego twa­rzy i całej postaci ema­no­wała pełna deter­mi­na­cji męskość, góru­jąca nad fizyczną sła­bo­ścią. Kiedy zdjął ze ściany tar­czę i dwie włócz­nie, w oczach Sego­vaxa zamie­nił się w szla­chet­nego wojow­nika, co napeł­niło chłopca dumą.

Po tych przy­go­to­wa­niach rybak odcią­gnął chłopca na stronę i ode­zwał się do niego z powagą:

– Jeśli coś mi się sta­nie, ty będziesz jedy­nym męż­czy­zną w rodzi­nie. Masz opie­ko­wać się matką, sio­strą i bra­tem. Rozu­miesz?

A potem przy­wo­łał Bran­wen. Zaczął jej mówić, że ma być grzeczna, ale nie­do­rzecz­ność takich pouczeń roz­śmie­szyła go, więc tylko przy­tu­lił córkę i poca­ło­wał.

 

Wszystko było gotowe. Kobiety i dzieci sie­działy w czte­rech dużych czół­nach na końcu mie­rzei. Zapasy żyw­no­ści i skromny doby­tek zała­do­wano na dwie tra­twy. Męż­czyźni stali nie­opo­dal, cze­ka­jąc na roz­kazy dowo­dzą­cego nimi dostoj­nika, który wła­śnie zbli­żał się rzeką od strony pali­sady.

Po kilku chwi­lach czar­no­brody kapi­tan sta­nął obok. Obrzu­cił miesz­kań­ców wio­ski twar­dym spoj­rze­niem. Napo­tkał wzrok Car­ti­man­dui, która wraz z trójką dzieci stała w jed­nej z łodzi. Ski­nął nie­zau­wa­żal­nie głową.

Przyj­rzał się męż­czy­znom i szybko wyzna­czył trzech spo­śród nich.

– Popły­nie­cie na łodziach jako straż. Miesz­kańcy z innych wio­sek mają się zebrać o pięć dni drogi w górę rzeki. Tam jest fort. I tam powie­dzą wam, co dalej. – Spoj­rzał na męża Car­ti­man­dui. – Ty też popły­niesz z nimi. Będziesz dowo­dził. Każ­dej nocy macie wysta­wiać wartę. – Odwró­cił się, chcąc odejść.

Zalała ją fala ulgi. Dzięki wam, bogo­wie. Przy­naj­mniej na jakiś czas wszy­scy będą bez­pieczni. Zamie­rzała usiąść, gdy nagle zdała sobie sprawę, że mąż nie rusza się z miej­sca.

Popa­trzyła na inne kobiety i dzieci. Uśmiech­nęła się. Zoba­czyła wtedy, że mąż coś mówi. Zaczęła się wsłu­chi­wać.

– Nie mogę z nimi popły­nąć.

Kapi­tan zmarsz­czył brwi. Przy­wykł do posłu­szeń­stwa. Ale ojciec Sego­vaxa krę­cił głową.

Co on mówi? Nagle zro­zu­miała. Jakże może się sprze­ci­wiać?

– To roz­kaz – powie­dział kapi­tan ostro.

– Ale ja zło­ży­łem przy­sięgę. Parę dni temu – tłu­ma­czył rybak. – Samemu Cas­si­ve­lau­nu­sowi. Przy­sią­głem, że będę z nim wal­czył pod Lon­di­nos.

Wszy­scy to usły­szeli. Car­ti­man­dua zaczerp­nęła gwał­tow­nie powie­trza, oblał ją lodo­waty chłód. Nic jej nie wspo­mniał o przy­się­dze. Ale prze­cież od powrotu znad morza rzadko go widy­wała.

– Przy­sięgę? – Kapi­tan był wyraź­nie zakło­po­tany.

– Dał mi zapinkę, spójrz­cie tylko – mówił dalej rybak. – Kazał mi ją nosić pod­czas bitwy, żeby mógł mnie roz­po­znać. – Wyjął bro­szę z sakiewki przy­wią­za­nej do paska.

Zapa­dła cisza. Kapi­tan patrzył na bro­szę. Może i miał przed sobą pro­stego wie­śniaka, ale przy­sięga była rze­czą świętą. A przy­sięga zło­żona naj­wyż­szemu wodzowi… Nie miał wąt­pli­wo­ści, że zapinka pocho­dzi od Cas­si­ve­lau­nusa. Spoj­rzał na Car­ti­man­duę. Jej twarz miała barwę popiołu. Spoj­rzał na dziew­czynkę. Ładna. Ale nic nie mógł na to pora­dzić. Umowa prze­stała obo­wią­zy­wać.

Mruk­nął coś z iry­ta­cją i wska­zał innego męż­czy­znę.

– Ty. Będziesz dowo­dził zamiast niego. Ruszaj­cie.

Patrząc na odda­la­jącą się łódź, wio­zącą jego żonę i dzieci, rybak poczuł smu­tek, ale i zado­wo­le­nie. Nie był tak silny jak inni męż­czyźni –jego syn to widział. Ale teraz z pew­no­ścią usły­szał, i to przy wszyst­kich, że jego ojciec zło­żył przy­sięgę naj­więk­szemu wodzowi Bry­tów.

Łodzie posu­wały się wolno. Gdy wpły­nęli w zakręt, zoba­czył gro­ma­dzące się woj­sko. Całe rzędy rydwa­nów; za pali­sadą pło­nęły ogni­ska, przy któ­rych zbie­rały się grupki męż­czyzn. „Mówią, że jutro, gdy przy­bę­dzie Cas­si­ve­lau­nus, będziemy tu mieli cztery tysiące rydwa­nów”, opo­wia­dał mu ojciec. Chło­piec myślał z dumą, że ojciec należy teraz do tej wiel­kiej armii.

Zosta­wili za sobą bród i wysepkę dru­ida, przez kil­ka­set metrów pły­nęli na połu­dnie. Potem rzeka znów zakrę­cała w prawo, więc chło­piec stra­cił z oczu miej­sce bitwy. Oba brzegi były tu niskie i błot­ni­ste, zie­lone i aż cięż­kie od wierzb.

Bran­wen oparła się głową o niego i zasnęła. Matka w mil­cze­niu wpa­try­wała się w wodę.

Rzeka wiła się zako­lami przez sze­roką, pła­ską dolinę łąk i traw usia­nych gdzie­nie­gdzie drze­wami. W pew­nej chwili Sego­vax zauwa­żył, że zaczęli pły­nąć pod prąd. Fala przy­pływu nie docie­rała do tego miej­sca. Morze nie się­gało aż tak daleko.

Tej nocy roz­bili obóz pod wierz­bami, a rano ruszyli dalej, teraz już w towa­rzy­stwie kobiet z innej wio­ski. I znów sło­neczny dzień upły­nął im na spo­koj­nej żeglu­dze. Nikt nie zauwa­żył, że wraz z zapad­nię­ciem zmroku Sego­vaxa ogar­nęło pod­nie­ce­nie. Nie mogli się prze­cież domy­ślać, że posta­no­wił zre­ali­zo­wać swój tajemny plan.

Skra­dał się w ciem­no­ściach. Na nie­bie nie było księ­życa, ale gwiazdy świe­ciły jasno. Nikt się nie poru­szył. Noc była cie­pła. Tym razem roz­bili obóz na dłu­giej, wąskiej wyspie. O zacho­dzie słońca niebo przy­brało ciem­no­czer­woną barwę, zapo­wia­da­jącą pogodny dzień. Wszy­scy byli zmę­czeni po podróży. Roz­pa­lili duże ogni­sko, zje­dli, a potem pokła­dli się do snu.

Usły­szał pohu­ki­wa­nie sowy. Ostroż­nie, trzy­ma­jąc w dłoni włócz­nię, zbli­żał się do wody.

Miesz­kańcy dru­giej wio­ski nie­śli ze sobą dwie skó­rzane łódki – jedna miała spi­cza­sty dziób jak czółno. Gdy tylko ją zauwa­żył, wie­dział, że to jego szansa. Leżała teraz na błot­ni­stym brzegu. Była tak lekka, że zdo­łał pocią­gnąć ją jedną ręką. Zaczął spusz­czać ją na wodę, gdy usły­szał za sobą zna­jomy tupot drob­nych stó­pek. Bran­wen. Wes­tchnął. Ona chyba ni­gdy nie śpi.

– Co robisz?

– Ciiii!

– Dokąd się wybie­rasz?

– Do ojca.

– Żeby wal­czyć?

– Tak.

Przy­jęła tę wia­do­mość w mil­cze­niu.

– Zabierz mnie ze sobą – popro­siła po chwili.

– Nie. Masz zostać tutaj.

– Nie zostanę!

– Bran­wen, dobrze wiesz, że nie możesz ze mną jechać.

– Mogę.

– Nie umiesz wal­czyć. Jesteś za mała.

Mimo ciem­no­ści zauwa­żył, że jej twarz czer­wie­nieje, a dło­nie zaci­skają się w pię­ści.

– Jadę z tobą.

– To nie­bez­pieczne.

– Nie szko­dzi.

– Wszyst­kich pobu­dzisz.

– Nie obcho­dzi mnie to. Będę krzy­czeć. – Ta groźba była bar­dzo realna.

– Pro­szę cię, Bran­wen. Poca­łuj mnie.

– Nie!

Przy­tu­lił ją. Ude­rzyła go. A potem, zanim zdą­żyła kogo­kol­wiek obu­dzić, zepchnął łódkę na wodę i wsko­czył do środka. Po chwili, wio­słu­jąc z całych sił, znik­nął jej z oczu w ciem­no­ściach.

Udało się! Pota­jem­nie zapla­no­wał tę wyprawę, kiedy zaczęły docho­dzić wie­ści o inwa­zji, zanim jesz­cze druid zło­żył tar­czę w ofie­rze. Każ­dego dnia ćwi­czył się w rzu­ca­niu włócz­nią, aż osią­gnął taką bie­głość, że nie­wielu doro­słych mogło mu dorów­nać. I wresz­cie nada­rzyła się spo­sob­ność. Będzie wal­czył u boku ojca. Jeśli poja­wię się na początku bitwy, ojciec nie będzie mógł mnie ode­słać, pomy­ślał.

Miał przed sobą całą noc. Poru­sza­jąc się z prą­dem i poma­ga­jąc sobie wio­słami, pły­nął dwa, a nawet trzy razy szyb­ciej niż łodzie zmie­rza­jące w górę rzeki. Wyda­wało mu się, że brzegi zostają w tyle w sza­lo­nym pędzie.

Ale miał zale­d­wie dzie­więć lat. Po godzi­nie jego ramiona osła­bły, po dwóch zaczęły boleć. Jed­nak nie pod­da­wał się. Minęły kolejne dwie godziny. Zatę­sk­nił za snem. Jesz­cze ni­gdy nie czu­wał o tak póź­nej porze. Parę razy głowa mu opa­dała i wtedy budził się gwał­tow­nie.

A gdyby tak, mówił do sie­bie w myślach, poło­żyć się na chwilę, jed­nak instynkt ostrze­gał go: jeśli to zro­bisz, obu­dzisz się dopiero w połu­dnie. Zauwa­żył, że gdy wyobraża sobie ojca, ten widok dodaje mu sił. I tak, pozwa­la­jąc cza­sem odpo­cząć zmę­czo­nym ramio­nom i myśląc jedy­nie o tym, że ojciec czeka na niego na polu bitwy, posu­wał się upar­cie coraz dalej. Będą wal­czyć ramię w ramię. Może nawet razem zginą. Niczego bar­dziej nie pra­gnął.

Z począt­kiem świtu był już w miej­scu, gdzie docie­rał prąd pły­wowy. Na szczę­ście trwał odpływ, więc nurt niósł go szybko w kie­runku Lon­di­nos i morza.

Słońce wze­szło, rzeka zro­biła się znacz­nie szer­sza. Po godzi­nie dotarł do zna­jo­mego zakrętu. Był tak pod­nie­cony, że zapo­mniał o zmę­cze­niu. Minął zakręt. Wyspa dru­ida leżała nie­całe pół­tora kilo­me­tra dalej. Zasko­czony wstrzy­mał oddech.