Żona nazistyTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Edith Hahn była młodą, niezależną studentką prawa, gdy gestapo zamknęło ją wraz z matką w wiedeńskim getcie i wydało im dokumenty oznaczone literą „J”. Niedługo później Edith została wywieziona do obozu pracy. Choć udało się jej uprosić nazistowskich funkcjonariuszy, by oszczędzili jej matkę, gdy wróciła do domu, dowiedziała się, że matka została deportowana. Edith zdarła z ubrań żółte gwiazdy i zeszła do podziemia, choć wiedziała, że skazuje się na los poszukiwanej. Żywiła się tym, co udało się jej znaleźć, każdej nocy szukała bezpiecznego noclegu. Jej chłopak, Pepi, za bardzo się bał, by jej pomóc, ale pewna chrześcijańska przyjaciółka znalazła w sobie dość odwagi: podarowała Edith własne dokumenty, dzięki którym ta przedostała się do Monachium. Tam poznała członka Partii Nazistowskiej Wernera Vettera, który się w niej zakochał. Choć protestowała, choć w końcu wyznała mu, że jest Żydówką, Werner ożenił się z nią i zachował jej tożsamość w tajemnicy.

Edith niezwykle szczegółowo wspomina swoje wypełnione nieprzemijającym, paraliżującym strachem życie. Opowiada o niemieckich urzędnikach, którzy, niejako od niechcenia, wypytywali o pochodzenie jej rodziców; o tym, jak rodząc córkę, odmówiła przyjęcia środków przeciwbólowych, ponieważ bała się, że straci jasność rozumowania i ujawni swoją przeszłość; o tym, jak jej mąż dostał się do rosyjskiej niewoli i trafił na Syberię, a ona z córką, po zbombardowaniu ich domu, musiała ukrywać się w szafie, podczas gdy pijani czerwonoarmiści gwałcili kobiety na ulicach.

Na przekór zagrożeniu, jakie stwarzało to dla jej życia, Edith Hahn stworzyła niezrównany rejestr historii swojego przetrwania: ocaliła wszystkie prawdziwe i fałszywe dokumenty, listy od straconej miłości, Pepiego, a nawet zdjęcia, które udało się jej zrobić w obozach pracy.

Setki dokumentów zaprezentowane na wystawie w waszyngtońskim Muzeum Holokaustu składają się na iście heroiczną opowieść – to skomplikowana i dająca do myślenia historia. Historia zwycięstwa.

Tytuł oryginału

The Nazi Officer’s Wife:

How One Jewish Woman Survived the Holocaust

Copyright © 2015 by Pritchards Trustees Ltd, as Trustee of the Edith Hahn Trust

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2019

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Published by arrangement with William Morrow, an imprint of HarperCollins Publishers. All rights reserved.


Korekta:

Dariusz Marszałek

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek


www.wydawnictwoniezwykle.pl


Dystrybucja: ATENEUM www.ateneum.net.pl


Numer ISBN: 978-83-7889-912-9


Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

Przedmowa

Opowiedziana tu historia pozostawała celowo ukryta przez długie lata. Ocaleni z Zagłady, w której tak wiele osób poniosło śmierć, często nie chcą wracać myślą do tamtych czasów. Także i ja nie mówiłam o tym okresie życia, gdy byłam „nurkiem” – uciekinierką przed Gestapo żyjącą z fałszywą tożsamością niejako pod powierzchnią społeczeństwa – w narodowosocjalistycznych Niemczech. Wolałam o tym w miarę możliwości zapomnieć i nie obciążać młodszego pokolenia smutnymi wspomnieniami. To moja córka Angela nalegała, bym zostawiła spisane świadectwo, opowiedziała o tym światu.

W 1997 roku postanowiłam sprzedać swoje archiwum listów, zdjęć i dokumentów z czasów wojny. Na aukcji w Sotheby’s w Londynie nabyli je moi dwaj długoletni przyjaciele i oddani filantropi zajmujący się historią, Drew Lewis i Dalck Feith, z zamiarem ofiarowania go Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, i tam archiwum się obecnie znajduje. Jestem im niezmiernie wdzięczna za hojność i troskę. Te dokumenty pomogły pobudzić wiele wspomnień. Dziękuję współpracującej ze mną Susan Dworkin, że z takim zrozumieniem i empatią pomogła mi oblec je w słowa.

Dziękuję także Ninie Sasportas z Kolonii, która przeprowadziła dokładne studia, pozwalające potwierdzić moje wspomnienia, oraz Elizabeth LeVangia Uppenbrink z Nowego Jorku, która przetłumaczyła wszystkie dokumenty i listy na zrozumiały, idiomatyczny angielski. Słowa wdzięczności kieruję także do Nicholasa Kolarza, Roberta Levine’a, Suzanne Braun Levine, naszego redaktora Colina Dickermana i współpracującej z nim Karen Murphy, a także naszego wydawcy Roba Weisbacha – wysoko cenionych przeze mnie krytyków i współpracowników, którzy dodawali mi ducha, użyczali energii i mądrości.

Przede wszystkim jednak książka ta powstała dzięki mojej córce Angeli Schlüter, gdyż to jej pytania, zadawane w duchu miłości, jej potrzeba, by wiedzieć, jej poszukiwanie dziwnej, niezwykłej przeszłości zainspirowały mnie, by w końcu opowiedzieć tę historię.

Edith Hahn Beer
Netanja, Izrael
Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1
Cichy głosik z tamtych czasów

W pewnym momencie zabrakło cebuli. Pielęgniarki Czerwonego Krzyża, z którymi pracowałam w Szpitalu Państwowym w Brandenburgu, mówiły, że Führer potrzebuje cebuli do produkcji gazu trującego, żeby zwyciężyć naszych wrogów. Sądzę jednak, że w tamtym czasie – był maj 1943 roku – wielu obywateli Trzeciej Rzeszy chętnie wyrzekłoby się przyjemności zagazowania wrogów, gdyby w zamian mogło zjeść cebulę.

Pracowałam wówczas na oddziale dla cudzoziemskich robotników i jeńców wojennych. Przygotowywałam herbatę dla wszystkich pacjentów i rozwożąc ją wózeczkiem, starałam się uśmiechać i pogodnie mówić Guten Tag.

Pewnego dnia wjechałam do kuchni z brudnymi filiżankami i natknęłam się tam na jedną z pielęgniarek. Była żoną oficera i pochodziła z Hamburga; na imię miała chyba Hilde. Stała i kroiła cebulę. Powiedziała mi, że przyniosła ją sobie na obiad. Spojrzała na mnie badawczo, sprawdzając, czy wiem, że kłamie.

Popatrzyłam na nią bez wyrazu i uśmiechnęłam się głupawo, a potem zabrałam się za mycie filiżanek, jakbym nie miała pojęcia, że kupiła cebulę na czarnym rynku, by nakarmić nią śmiertelnie rannego rosyjskiego jeńca – pozwolić mu w ostatnich dniach życia skosztować czegoś, za czym tęsknił. Obie te rzeczy – kupno cebuli i życzliwość dla Rosjanina – mogły dla Hilde oznaczać wyrok więzienia.

Pielęgniarka z Hamburga należała do rzadkich wyjątków, do tych nielicznych Niemców, którzy naruszali hitlerowskie prawa. Personel naszego szpitala najczęściej bowiem kradł jedzenie przeznaczone dla cudzoziemskich pacjentów i zabierał do domu dla rodzin i siebie. Trzeba pamiętać, że pielęgniarki w większości nie były wykształconymi kobietami z postępowych domów, dla których pielęgnacja chorych stanowiłaby święte powołanie. Bardzo często pochodziły ze wsi w Prusach Wschodnich, gdzie los skazywał je na trwającą całe życie harówkę na polach i w gospodarstwach; pielęgniarstwo stanowiło dla nich jedną z nielicznych szans ucieczki od takiego przeznaczenia. Dorastały w epoce hitleryzmu, karmione narodowosocjalistyczną propagandą, i naprawdę wierzyły, że jako nordyckie „Aryjki” należą do rasy wyższej. Uważały, że ci Rosjanie, Francuzi, Holendrzy, Belgowie i Polacy, którzy trafili do naszego szpitala, znaleźli się na świecie po to, żeby im służyć. Kradzież talerza zupy takim podlejszym stworzeniom nie była więc grzechem, tylko całkowicie usprawiedliwionym postępkiem.

Wydaje mi się, że w Brandenburgu musiało być ponad dziesięć tysięcy cudzoziemskich jeńców. Pracowali w fabryce samochodów Opla, zakładach lotniczych Arado i w innych obiektach przemysłowych. Większość tych, których widywałyśmy w szpitalu, uległa wypadkom przy pracy. Budowali potęgę gospodarczą Trzeciej Rzeszy, a prasy do metalu zgniatały im dłonie, płomienie z pieców kuźniczych powodowały poważne oparzenia, pryskały na nich żrące substancje chemiczne. Należeli do narodu niewolników, podbitego i bezbronnego; zabrani od rodziców, żon i dzieci, tęsknili za domem. Nie śmiałam patrzeć im w oczy ze strachu, że zobaczę w nich samą siebie – własne przerażenie i własną samotność.

W naszym szpitalu każdy pawilon pełnił inną funkcję. Stołówka dla personelu pielęgniarskiego znajdowała się w jednym budynku, pralnia w innym, urazy ortopedyczne opatrywało się w jeszcze kolejnym, a chorzy zakaźnie przebywali w osobnym. Jeńców rygorystycznie oddzielano od pacjentów niemieckich, niezależnie od tego, na co chorowali. Słyszeliśmy, że pewnego razu cały budynek przeznaczono dla obcokrajowców chorych na tyfus, który bierze się z zanieczyszczonej wody. Jak mogli się zarazić tą chorobą w naszym pięknym, zabytkowym mieście, które stało się inspiracją dla nieśmiertelnych koncertów, gdzie woda jest czysta, a żywność starannie racjonowana i kontrolowana przez rząd? Tego my, proste dziewczyny, nie potrafiłyśmy pojąć. Wiele moich współpracownic uważało, że cudzoziemcy sami są sobie winni, ponieważ życie w brudzie jest dla nich naturalne. Nie dopuszczały do siebie myśli, że choroba wzięła się z koszmarnych warunków, w jakich ci robotnicy byli zmuszeni żyć.

Pamiętajcie, że tak naprawdę nie byłam pielęgniarką, ale salową, przyuczoną jedynie do prostych zadań. Karmiłam pacjentów, którzy sami nie byli w stanie tego robić, i odkurzałam nocne stoliki. Szorowałam baseny. Pierwszego dnia w pracy wyszorowałam dwadzieścia siedem basenów – w zlewie, jakby to były naczynia. Myłam gumowe rękawiczki. Nie wyrzucało się ich po jednorazowym użyciu, jak te dzisiejsze cienkie białe. Nasze były ciężkie, trwałe, do wielokrotnego użytku. Musiałam je talkować w środku. Czasami przygotowywałam czarny balsam, nakładałam na bandaż i robiłam kompresy, by łagodziły nieco bóle reumatyczne. I to tyle. Nie wolno mi było wykonywać żadnych zadań o bardziej medycznym charakterze.

 

Raz polecono mi, żebym pomogła w transfuzji krwi. Krew jednego pacjenta spływała do miski, a stamtąd zasysano ją do żył innego chorego. Moim zadaniem było mieszanie krwi, by nie krzepła. Zrobiło mi się niedobrze i wybiegłam z sali. Powiedzieli sobie: „Cóż, Grete jest po prostu głupią wiedeńską dziewczyną właściwie bez wykształcenia, niewiele lepszą od sprzątaczki – czego można od niej oczekiwać? Niech karmi cudzoziemców, którzy odcięli sobie palce w maszynach”.

Modliłam się, żeby na moim dyżurze nikt nie umarł. Niebiosa musiały mnie wysłuchać, bo jeńcy czekali, żeby mój dyżur się skończył, i umierali dopiero po nim.

Starałam się być dla nich miła; próbowałam mówić do Francuzów po francusku, żeby złagodzić nieco ich tęsknotę za domem. Zapewne uśmiechałam się zbyt promiennie, dlatego też pewnego sierpniowego poranka przełożona pielęgniarek wytknęła mi, że odnoszę się do cudzoziemców z nadmierną życzliwością, więc przenoszą mnie na położnictwo.

Widzicie, wszędzie byli donosiciele. Dlatego właśnie pielęgniarka, która przygotowywała zakazaną cebulę swemu rosyjskiemu pacjentowi, tak się przestraszyła na widok mnie, Margarethe, nazywanej krótko „Grete”, niewykształconej dwudziestoletniej salowej z Austrii. Nawet ja mogłam przecież pracować dla Gestapo albo SS.


W początkach jesieni 1943 roku, wkrótce po moim przeniesieniu na oddział położniczy, karetka przywiozła aż z Berlina ważnego przemysłowca. Niedawno przeszedł udar, potrzebował ciszy, spokoju i stałej opieki medycznej. Alianci od stycznia prowadzili naloty na Berlin, rodzina i przyjaciele uznali więc, że chory szybciej dojdzie do siebie w Brandenburgu, na który nie spadały bomby, a ponieważ personel szpitalny nie musiał zajmować się rannymi, pacjent mógł liczyć na bardziej osobistą opiekę. Zabrano mnie od noworodków i przydzielono do jego obsługi, być może dlatego, że byłam najmłodsza i najmniej wykształcona.

Nie była to przyjemna praca. Chory został częściowo sparaliżowany; trzeba mu było podawać jedzenie pokrojone na malutkie kawałeczki, prowadzić go do łazienki, kąpać i regularnie przewracać z boku na bok. Poza tym jego miękkie, bezwładne ciało wymagało masowania.

Nie opowiadałam zbyt wiele o nowym pacjencie Wernerowi, mojemu narzeczonemu, bo obawiałam się, że może to w nim obudzić nadmierne ambicje i będzie nalegał, żeby skorzystać z bliskiego kontaktu z tak ważną osobistością. Werner zawsze wypatrywał korzyści. Doświadczenie go nauczyło, że w Trzeciej Rzeszy awansuje się nie dzięki talentowi i umiejętnościom, tylko dzięki koneksjom: przyjaciołom na wysokich stanowiskach, wpływowym krewnym. Werner był malarzem, obdarzonym wyobraźnią i talentem. Mimo tego przed dojściem do władzy Hitlera i narodowych socjalistów pozostawał bezrobotny i bezdomny; zdarzało mu się nawet sypiać w lesie, pod gołym niebem. Potem nadeszły dla niego lepsze czasy. Wstąpił do NSDAP i został kierownikiem malarni w zakładach lotniczych Arado. Nadzorował pracę wielu cudzoziemskich robotników. Wkrótce miał zostać oficerem Wehrmachtu i moim oddanym mężem. Nie spoczął jednak na laurach. Był typem człowieka, który zawsze wypatrywał czegoś ekstra, jakiegoś zaczepienia, sposobu, by wspiąć się wyżej, zdobyć pozycję, gdzie w końcu spotka go zasłużona – jego zdaniem – nagroda. Był człowiekiem niespokojnym i impulsywnym, marzącym o sukcesie. Gdybym opowiedziała mu wszystko o swoim ważnym pacjencie, być może jego marzenia sięgnęłyby zbyt daleko. Powiedziałam więc tylko tyle, ile trzeba – nie więcej.

Gdy mój pacjent otrzymał kwiaty od samego Alberta Speera, ministra Rzeszy odpowiedzialnego za uzbrojenie i amunicję, zrozumiałam, dlaczego pozostałe pielęgniarki tak chętnie przydzieliły mi tę pracę. Opieka nad wysoko postawionymi członkami partii była ryzykowna. Upuszczony basen czy przewrócona szklanka z wodą mogły spowodować poważne kłopoty. A co, jeśli go zbyt szybko przewrócę na drugi bok, zbyt mocno będę tarła przy myciu, nakarmię zupą, która okaże się za gorąca, za zimna, zbyt słona? A jeśli, nie daj Boże, dostanie kolejnego udaru albo umrze podczas mojego dyżuru?

Drżąc na samą myśl o tak wielu zagrożeniach, w obawie, że zrobię coś niewłaściwego, starałam się wykonywać wszystkie czynności jak najlepiej. Przemysłowiec uznał oczywiście, że jestem wspaniała.

– Jest siostra świetną pracownicą – pochwalił mnie, gdy go myłam. – Musi siostra chyba mieć już duże doświadczenie jak na kogoś tak młodego.

– Och nie, proszę pana – powiedziałam cichym głosikiem. – Dopiero co skończyłam szkołę. Robię tylko to, czego mnie nauczono.

– I nigdy przedtem nie zajmowała się siostra chorym po udarze?

– Nie, proszę pana.

– To zdumiewające.

Z dnia na dzień zaczynał się poruszać nieco sprawniej i wyraźniej mówić. Stopniowy powrót sił dodawał mu otuchy, poprawił więc mu się też humor.

– Niech mi siostra powie – spytał, gdy masowałam mu stopy – co ludzie tu, w Brandenburgu, myślą o wojnie?

– Och, naprawdę nie wiem, proszę pana.

– Ależ na pewno słyszy siostra różne rzeczy… Interesuje mnie opinia publiczna. Co ludzie sądzą o przydziale mięsa?

– Jest wystarczający.

– A o wieściach z Włoch?

Czy powinnam się zdradzić z wiedzą o lądowaniu aliantów? Czy się odważę? Ale czy odważę się nie przyznać?

– Wszyscy uważamy, że Brytyjczycy zostaną pokonani, proszę pana.

– A czy zna siostra kogoś, kto ma narzeczonego na froncie wschodnim? Co żołnierze piszą w listach do domu?

– Och, żołnierze nie piszą o walkach, proszę pana, bo nie chcą, żebyśmy się martwiły. A poza tym obawiają się, żeby nie zdradzić jakiegoś ważnego szczegółu, bo gdyby wróg przechwycił pocztę i ją przeczytał, to ich towarzysze mogliby się znaleźć w niebezpieczeństwie.

– A słyszała siostra, że Rosjanie to kanibale? Czy słyszała siostra, że zjadają swoje dzieci?

– Tak, proszę pana.

– I wierzy w to siostra?

Zebrałam się na odwagę.

– Niektórzy w to wierzą, proszę pana. Ale mnie się wydaje, że gdyby Rosjanie zjadali swoje dzieci, to nie byłoby ich tylu, ilu najwyraźniej jest.

Roześmiał się. Miał życzliwe, pełne humoru spojrzenie i miły sposób bycia. Przypominał mi nawet nieco mego dziadka, którym opiekowałam się lata temu, gdy doznał udaru… tak dawno, w innym życiu. Zaczęłam się nieco swobodniej czuć przy tym ważnym przemysłowcu i mniej się pilnować.

– Co mógłby zrobić Führer, żeby naród był szczęśliwy, siostro? Jak siostra myśli?

– Mój narzeczony mówi, że Führer kocha Niemcy jak żonę, dlatego sam nie ma żony, i że dla naszego szczęścia zrobiłby wszystko. Więc gdyby pan z nim rozmawiał, to może powiedziałby pan Führerowi, że bylibyśmy bardzo, bardzo szczęśliwi, gdyby przysłał nam trochę cebuli.

To go rozbawiło.

– Jest siostra dla mnie dobrym lekarstwem. Szczera i życzliwa, uosobienie niemieckiej kobiecości. Proszę mi powiedzieć, czy siostry narzeczony walczy na froncie?

– Jeszcze nie, proszę pana. Ma specjalne umiejętności, więc pracuje przy przygotowywaniu samolotów dla Luftwaffe.

– Ach, to bardzo dobrze, bardzo dobrze – powiedział. – Moi synowie także są wspaniałymi młodymi ludźmi. Bardzo dobrze sobie radzą. – Pokazał mi zdjęcie wysokich, przystojnych chłopaków w mundurach. Awansowali w NSDAP i zajmowali teraz ważne stanowiska. Mój pacjent był z nich bardzo dumny.

– Łatwo jest zostać kardynałem – skomentowałam – gdy ma się kuzyna papieża.

Przestał się przechwalać i przyjrzał mi się uważnie.

– Widzę, że wcale nie jest pani taką prostą dziewczyną – zauważył. – Widzę, że jest pani bardzo bystrą młodą kobietą. Gdzie pobierała pani nauki?

Ścisnęło mnie w żołądku. Zaschło mi w gardle.

– Moja babcia tak zawsze mówiła – odparłam, obracając go, by mu umyć plecy. – Takie rodzinne powiedzonko.

– Gdy już będę wracał do Berlina, chciałbym zabrać panią w charakterze prywatnej pielęgniarki. Porozmawiam z pani przełożonymi.

– Och… Bardzo bym chciała, ale mój narzeczony i ja już niedługo zamierzamy się pobrać, więc nie mogę wyjechać z Brandenburga, to niemożliwe. Ale dziękuję panu! Dziękuję! To dla mnie zaszczyt! Wielki zaszczyt!

Mój dyżur dobiegł końca. Życzyłam pacjentowi dobrej nocy i na miękkich nogach wyszłam z pokoju. Byłam mokra od potu. Koleżance, która przyszła mnie zastąpić, powiedziałam, że to ze zmęczenia przy ćwiczeniu ciężkich kończyn pacjenta. Prawdziwą przyczyną był jednak fakt, iż omal się nie zdradziłam. Najmniejszy przejaw wyrafinowania czy wykształcenia – nawiązanie do literatury lub historii, wykraczające poza zakres dostępny dla zwykłej austriackiej dziewczyny – groził mi ujawnieniem, tak jak obrzezanie mężczyznom.

Idąc do domu, do osiedla Arado na wschodnich obrzeżach miasta, gdzie mieszkałam z Wernerem, milionowy już chyba raz rugałam się w duchu za nieostrożność. Powinnam ukrywać wszelkie przejawy rozumu, patrzeć tępo i trzymać buzię na kłódkę.


W październiku 1943 roku spotkał mnie wielki zaszczyt. Miasto Brandenburg planowało wiec, na który każda grupa pracowników miała wysłać przedstawiciela. Z takiego czy innego powodu nie mogła wziąć w nim udziału żadna ze starszych pielęgniarek; podejrzewam, że nie miały ochoty świętować, bo słyszały, jak kiepsko radzą sobie niemieckie wojska w Rosji, Afryce Północnej i Włoszech (choć nie potrafię sobie wyobrazić, skąd miałyby to wiedzieć, skoro niemieckie radio nie podawało pełnych informacji, a wszyscy wiedzieli, że słuchanie Radia Moskwa, BBC, Głosu Ameryki czy szwajcarskiego Beromünster stanowiło przestępstwo graniczące ze zdradą). W każdym razie pozostałe pielęgniarki Czerwonego Krzyża wybrały mnie na przedstawicielkę naszej grupy pracowniczej do udziału w wiecu. Werner był ze mnie bardzo dumny. Potrafię sobie wyobrazić, jak się przechwalał przed kolegami w Arado: „Nic dziwnego, że wybrali moją Grete! Jest prawdziwą patriotką, oddaną ojczyźnie!”. Ten mój Werner miał poczucie humoru i znakomicie wyłapywał przejawy ironii losu.

Na ten wielki dzień ubrałam się starannie. Założyłam uniform pielęgniarki Czerwonego Krzyża. Brązowe włosy uczesałam prosto i naturalnie, bez spinek, loków czy brylantyny. Nie nosiłam makijażu ani żadnej biżuterii poza cienką złotą obrączką z maleńkim diamencikiem – prezentem od ojca na szesnaste urodziny. Byłam dość drobna – niewiele ponad 152 centymetry – a w tamtych czasach cieszyłam się znakomitą figurą. Ukrywałam ją jednak, wkładając rozciągnięte białe pończochy i bezkształtny kitel. Ktoś taki jak ja wówczas wolał nie wyglądać szczególnie atrakcyjnie. Miło – tak. Czysto – tak. Ale przede wszystkim zwyczajnie. Tak, by nie zwracać na siebie uwagi.

Wiec, jak się okazało, był odmienny od tych, do których już przywykliśmy. Żadnych werbli ani głośnych marszów, żadnych pięknych młodych ludzi w mundurach, machających flagami. Zwołano go po to, by pokonać defetystyczny nastrój, który ogarnął Niemcy minionej zimy po klęsce pod Stalingradem. W sierpniu ministrem spraw wewnętrznych mianowano Heinricha Himmlera, stawiając mu główne zadanie: „Odnowić wiarę Niemców w Zwycięstwo!”. Jeden mówca po drugim wzywał, byśmy ciężej pracowali i wspierali naszych dzielnych walczących żołnierzy, ponieważ jeśli przegramy wojnę, powróci straszna bieda – jaką większość Niemców pamiętała sprzed nadejścia epoki narodowego socjalizmu – a my wszyscy stracimy pracę. Jeśli nie możemy już patrzeć na wieczorny Eintopf, jednodaniowy posiłek, który według Josefa Goebbelsa był właściwy dla ponoszącego ofiary narodu toczącego „wojnę totalną”, powinniśmy pamiętać, że po Zwycięstwie będziemy jak królowie delektować się prawdziwą kawą i chrupiącym chlebem upieczonym z białej mąki i całych jajek. Powiedziano nam, że powinniśmy robić, co w naszej mocy, by wydajność pracy nie malała, a także donosić na każdego, kogo podejrzewamy o nielojalność – zwłaszcza osoby słuchające wrogich rozgłośni radiowych, podających „znacznie przesadzone” informacje o niemieckich klęskach w Afryce Północnej i we Włoszech.

„Mój Boże – pomyślałam – zaczynają się niepokoić”.

Najwyraźniej „panów świata” z wolna ogarniał strach i niepewność. Zakręciło mi się w głowie, zabrakło mi oddechu. W myślach zaczęła mi rozbrzmiewać dawna piosenka.

„Ciii – napomniałam się. – Za wcześnie, żeby śpiewać. Ciiii”.

Tego wieczoru, gdy Werner i ja nastawiliśmy radio na kanał BBC, modliłam się, by wiadomości o militarnych niepowodzeniach Niemiec oznaczały, że wojna się wkrótce skończy, a ja nareszcie nie będę musiała udawać kogoś innego.

 

Nie odważyłam się jednak podzielić tą nadzieją nawet z Wernerem. Ukrywałam euforię, mówiłam cicho, starałam się nie zwracać na siebie uwagi. Niewidzialność. Milczenie. Takie właśnie zwyczaje sobie narzuciłam, gdy żyłam jako „nurek” – ci, którzy przeżyli Zagładę, nadali tę nazwę żydowskim uciekinierom z nazistowskiej machiny śmierci ukrywającym się w sercu Trzeciej Rzeszy.

W późniejszych latach, gdy byłam żoną Freda Beera i mieszkałam bezpiecznie w Anglii, wyzbyłam się tych wojennych zwyczajów. Teraz jednak, gdy Freda już nie ma, a ja jestem stara i nie potrafię się obronić przed wspomnieniami, znów do mnie wracają. Siedzę tu, tak jak teraz z wami, w ulubionej kawiarni na placu w mieście Netanja, nad morzem, w ziemi Izraela. Gdy ktoś się zatrzymuje, by pogadać i mówi: „Giveret Beer, proszę opowiedzieć, jak to było podczas wojny, gdy żyła pani z członkiem NSDAP w Niemczech, udając Aryjkę, ukrywając prawdziwą tożsamość, w ciągłym strachu przed ujawnieniem?”, odpowiadam cichym głosikiem, oszołomiona własną niewiedzą: „Och, nie wiem. Chyba już tego nie pamiętam”. Mój wzrok traci ostrość, mój głos staje się rozmarzony, niepewny, cichy. To mój głos z tamtych lat spędzonych w Brandenburgu, gdy byłam dwudziestodziewięcioletnią żydowską studentką prawa widniejącą w rejestrze poszukiwanych przez Gestapo, która udawała, że jest niewykształconą dwudziestoletnią salową.

Musicie mi wybaczyć, jeśli ów głos z tamtych czasów jest zbyt cichy, zamierający i niepewny. Powinniście mi przypominać: „Edith! Mów głośniej! Opowiedz swoją historię”.

Minęło już ponad pół wieku.

Chyba nadeszła pora.