Nowe oblicze Greya

Tekst
Autor:E L James
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nowe oblicze Greya
Nowe oblicze Greya
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62  49,60 
Nowe oblicze Greya
Nowe oblicze Greya
Audiobook
29  21,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bardzo. – Uśmiecha się szelmowsko i powoli wsuwa we mnie palec.


– Ale to było fajne – mówi. W jego spojrzeniu dostrzegam cień drwiny.

– Może dla ciebie.

W sumie jednak ma rację... było... podniecająco.

– O ile mnie pamięć nie myli, to, co wydarzyło się później, dało ci sporo satysfakcji.

Christian wraca do golenia, a ja wbijam wzrok w dłonie. Owszem, sporo. Nie miałam pojęcia, że brak włosów łonowych może aż tak bardzo zmienić doznania.

– Hej, tylko się droczę. Czy nie tak zachowują się mężowie beznadziejnie zakochani w swoich żonach? – Christian unosi mi brodę i patrzy w oczy. Z niepokojem próbuje wybadać moją reakcję.

Hmm... pora na rewanż.

– Siadaj – mówię.

Patrzy na mnie nierozumiejącym wzrokiem. Popycham go lekko w stronę białego taboretu. Skonsternowany siada, a ja wyjmuję mu z dłoni maszynkę.

– Ana – rzuca ostrzegawczo, gdy dociera do niego mój zamiar.

Nachylam się i całuję go w usta.

– Odchyl głowę – szepczę.

Waha się.

– Wet za wet, panie Grey.

Przygląda mi się z czujnym, rozbawionym niedowierzaniem.

– Wiesz, co robisz? – pyta niskim głosem.

Kręcę powoli głową, robiąc minę na tyle poważną, na ile jestem w stanie. Christian zamyka oczy, po czym poddaje się i odchyla głowę.

A niech mnie, pozwala mi się ogolić. Niepewnie kładę dłoń na jego włosach nad czołem i chwytam je mocno, aby unieruchomić mu głowę. Zaciska mocno powieki i rozchyla usta, biorąc głęboki oddech. Bardzo delikatnie przesuwam maszynką w górę szyi aż do brody, odsłaniając kawałek gładkiej skóry. Christian wypuszcza powietrze.

– Sądziłeś, że zamierzam zrobić ci krzywdę?

– Z tobą nic nigdy nie wiadomo, Ano, ale nie, wiem, że rozmyślnie mnie nie skrzywdzisz.

Ponownie przesuwam maszynką po szyi, odsłaniając jeszcze więcej gładkości.

– Nigdy bym cię z rozmysłem nie skrzywdziła, Christianie.

Otwiera oczy i obejmuje mnie, gdy tymczasem ja delikatnie przesuwam maszynką po policzku.

– Wiem – mówi, przechylając głowę tak, że mam jeszcze lepszy dostęp. Jeszcze dwa ruchy i koniec.

– Zrobione, i nie polała się ani kropla krwi. – Uśmiecham się z dumą.

Przesuwa ręką w górę mej nogi, unosząc materiał koszuli nocnej, po czym pociąga mnie do siebie, manewrując tak, bym siadła na nim okrakiem. Opieram dłonie o jego przedramiona. Naprawdę jest nieźle umięśniony.

– Mogę cię dziś gdzieś zabrać?

– Nie będzie opalania? – pytam zjadliwie, unosząc brew.

Oblizuje nerwowo usta.

– Nie, dziś nie będzie. Pomyślałem, że wolałabyś zająć się czymś innym.

– Cóż, jako że naznaczyłeś mnie malinkami, skutecznie udaremniając leżakowe plany, jasne, czemu nie?

Postanawia zignorować mój ton.

– To kawałek drogi stąd, ale z tego co czytałem, warto tam jechać i mój tato też poleca to miasteczko. Nazywa się Saint-Paul-de-Vence. Mają tam kilka galerii. Pomyślałem, że moglibyśmy kupić kilka obrazów lub rzeźb do nowego domu, gdybyśmy natrafili na coś, co nam się spodoba.

Odsuwam się. Sztuka... chce kupować dzieła sztuki. Jak ja mam to robić?

– Co się stało? – pyta.

– Nie znam się na sztuce, Christianie.

Wzrusza ramionami i uśmiecha się do mnie.

– Kupimy tylko to, co nam się spodoba. Nie mam na myśli inwestycji.

Inwestycje? Jezu.

– No co?

Kręcę głową.

– Posłuchaj, wiem, że mamy dopiero szkice od architekta wnętrz, ale co nam szkodzi popatrzeć, poza tym to bardzo stare, zabytkowe miasteczko.

Och, architekt. Że też musiał mi o niej przypomnieć... Gia Matteo, przyjaciółka Elliota, która zaprojektowała wnętrze domu Christiana w Aspen. Podczas naszych spotkań czepiała się Christiana niczym jakaś pijawka.

– No a teraz o co ci chodzi?! – wykrzykuje. Kręcę głową. – Mów – nakazuje.

Jak mogę mu powiedzieć, że nie lubię Gii? Moja niechęć jest irracjonalna. Nie chcę wyjść na zazdrośnicę.

– Chyba nie złościsz się jeszcze o to, co zrobiłem wczoraj? – Wzdycha i chowa nos między moimi piersiami.

– Nie. Głodna jestem – burczę, wiedząc doskonale, że to akurat powstrzyma go od dalszego wypytywania.

– Czemu mi o tym nie powiedziałaś? – Zsuwa mnie z kolan i wstaje.

Saint-Paul-de-Vence to warowne średniowieczne miasteczko na szczycie wzgórza, jedno z najbardziej malowniczych miejsc, jakie w życiu widziałam. Przechadzam się z Christianem po brukowanych uliczkach, rękę trzymając w tylnej kieszeni jego szortów. Taylor i Gaston albo Philippe – nie jestem w stanie ich rozróżnić – chodzą za nami. Docieramy do wysadzanego drzewami placu, gdzie trzech starszych panów gra w bule. Jeden, pomimo upału, ma na głowie tradycyjny beret. Jest tu dość sporo turystów, ale przy boku Christiana czuję się bezpiecznie. Tyle tu do oglądania – wąskie uliczki i przejścia prowadzące do dziedzińców z kamiennymi fontannami, rzeźby sprzed wieków i te współczesne, fascynujące niewielkie butiki i sklepiki.

W pierwszej galerii Christian przygląda się z roztargnieniem wiszącym na ścianie fotografiom erotycznym, ssąc zausznik okularów przeciwsłonecznych. To prace Florence D’elle – nagie kobiety w różnych pozach.

– Niezupełnie to miałam na myśli – burczę z dezaprobatą. Przywołują wspomnienie kartonu ze zdjęciami, który znalazłam w jego garderobie, naszej garderobie. Ciekawe, czy rzeczywiście je zniszczył.

– Ja też nie – mówi Christian, uśmiechając się do mnie. Bierze mnie za rękę i przechodzimy do kolejnego artysty. Leniwie zastanawiam się, czy powinnam mu pozwolić, żeby zrobił zdjęcia mi.

Następna jest malarka specjalizująca się w martwej naturze – owoce i warzywa z bardzo bliska w nasyconych, pięknych barwach.

– Te mi się podobają. – Pokazuję na trzy obrazy przedstawiające papryczki. – Przypominają mi, jak kroiłeś u mnie warzywa. – Chichoczę.

Usta Christiana wykrzywiają się lekko, kiedy bez powodzenia próbuje ukryć rozbawienie.

– Sądziłem, że poszło mi całkiem nieźle – mruczy. – Może nie jakoś szczególnie szybko, ale prawda jest taka... – bierze mnie w ramiona – że mnie rozpraszałaś. Gdzie byś je powiesiła?

– Co?

Christian muska mi nosem ucho.

– Obrazy, gdzie byś je powiesiła? – Przygryza mi ucho, a ja czuję to w lędźwiach.

– W kuchni – mamroczę.

– Hmm. Dobry pomysł, pani Grey.

Zerkam na cenę. Pięć tysięcy euro za jeden. O kurwa!

– Są naprawdę drogie!

– No i? – Ponownie trąca mnie nosem. – Przyzwyczaj się do tego, Ano.

Puszcza mnie i podchodzi niespiesznie do biurka, za którym siedzi młoda, odziana w biel kobieta. Wyraźnie pożera go wzrokiem. Mam ochotę przewrócić oczami, ale kieruję uwagę z powrotem na obrazy. Pięć tysięcy euro... o mamusiu.

Zjedliśmy lunch i siedzimy właśnie na kawie w hotelu Le Saint Paul. Widoki są oszałamiające. Winnice i pola słoneczników tworzą radosny patchwork, wśród którego porozrzucane są małe, schludne domki. Dzień jest taki pogodny, że widok rozpościera się aż do morza migoczącego na linii horyzontu. Moje rozmyślania przerywa Christian.

– Pytałaś, dlaczego zaplatałem ci włosy – mówi cicho. Ton jego głosu napawa mnie niepokojem. On chyba czuje się winny.

– Tak. – Cholera.

– Wydaje mi się, że dziwka pozwalała mi bawić się swoimi włosami. Nie wiem, czy to wspomnienie, czy tylko sen.

Ma na myśli swoją biologiczną matkę.

Przygląda mi się, a z jego twarzy niczego się nie da wyczytać. Serce podchodzi mi do gardła. Co mam powiedzieć, kiedy słyszę coś takiego?

– Lubię, kiedy się bawisz moimi włosami. – W moim głosie słychać wahanie.

Patrzy na mnie niepewnie.

– Naprawdę?

– Tak. – To prawda. Chwytam jego dłoń. – Myślę, że kochałeś swoją matkę, Christianie.

Jego oczy stają się wielkie, ale nic nie mówi.

O cholera. Posunęłam się zbyt daleko? Powiedz coś, Szary, błagam. On jednak zachowuje milczenie, przyszpilając mnie niezgłębionym spojrzeniem szarych oczu. Wydaje się zagubiony.

Przenosi wzrok na moją dłoń i marszczy brwi.

– Powiedz coś – szepczę, ponieważ nie mogę znieść panującej między nami ciszy.

Kręci głową i bierze głęboki oddech.

– Chodźmy.

Puszcza moją dłoń i wstaje od stolika. Minę ma pełną rezerwy. Przekroczyłam granicę? Nie mam pojęcia. Serce mi zamiera i nie wiem, czy powiedzieć coś jeszcze, czy po prostu odpuścić. Decyduję się na to drugie i posłusznie wychodzę za nim z restauracji.

Na uroczej wąskiej ulicy bierze mnie za rękę.

– Gdzie chcesz iść?

On mówi! I nie jest na mnie zły – dzięki Bogu. Oddycham z ulgą i wzruszam ramionami.

– Cieszę się, że jednak się do mnie odzywasz.

– Wiesz, że nie lubię rozmawiać o tamtym gównianym okresie. Było, minęło.

Nie, Christianie, nie minęło. Ta myśl mnie zasmuca i po raz pierwszy się zastanawiam, czy kiedykolwiek minie. Zawsze będzie Szarym... moim Szarym. Chcę, żeby się zmienił? Nie, chyba nie – na tyle tylko, aby czuł się kochany. Podnoszę na niego wzrok i przez chwilę podziwiam jego zniewalającą urodę... i należy on do mnie. Nie chodzi o to, że urzeka mnie jedynie jego piękna twarz i oszałamiające ciało. Tak naprawdę przyciąga mnie to, co się kryje za tą perfekcją... jego delikatna, pokaleczona dusza.

Obejmuje mnie ramieniem i kierujemy się w stronę miejsca, gdzie Philippe/Gaston zaparkował przestronnego mercedesa. Wsuwam dłoń w tylną kieszeń szortów Christiana, ciesząc się, że nie jest na mnie zły. No ale prawda jest taka, że który czterolatek nie kocha swojej mamy, bez względu na to, jak kiepsko wywiązuje się ona ze swoich obowiązków? Wzdycham ciężko i przytulam go jeszcze mocniej. Wiem, że za nami drepcze nasza ochrona i przez chwilę się zastanawiam, czy coś jedli.

 

Christian zatrzymuje się przed niewielkim sklepem jubilerskim i patrzy najpierw na wystawę, potem na mnie. Ujmuje moją wolną dłoń i przesuwa kciukiem po jasnoczerwonej linii, którą zostawiły kajdanki.

– To nie boli – zapewniam go. Przekręca się tak, że druga dłoń wysuwa się z kieszeni jego spodni. Ją też ujmuje i obraca delikatnie, aby przyjrzeć się nadgarstkowi. Czerwoną linię zasłania platynowy zegarek Omega, który podarował mi przy śniadaniu podczas naszego pierwszego poranka w Londynie. Wygrawerowane na nim słowa nadal mnie zachwycają.

Anastasio

Jesteś moim Więcej

moją Miłością, moim Życiem

Christian

Wbrew wszystkiemu, pomimo tej całej swojej „szarości” mój mąż potrafi być taki romantyczny. Przenoszę wzrok na bladoczerwony ślad na nadgarstku. No ale potrafi być także brutalny. Puszcza mi lewą dłoń, unosi brodę i niespokojnie bada wyraz mojej twarzy.

– To nie boli – powtarzam.

Unosi dłoń do ust i na wewnętrznej stronie nadgarstka składa delikatny, przepraszający pocałunek.

– Chodźmy – mówi i pociąga mnie za sobą do sklepu.

– Proszę. – Christian rozpina platynową bransoletkę, którą właśnie kupił. Jest przepiękna, delikatna: filigrany w kształcie drobnych kwiatków z maleńkimi diamencikami w środku. Zapina mi ją na nadgarstku. Jest szeroka i zakrywa czerwony ślad. Do tego kosztowała trzydzieści tysięcy euro. Tyle zrozumiałam z prowadzonej po francusku rozmowy ze sprzedawczynią. Jeszcze nigdy nie miałam na sobie nic tak drogiego.

– Tak już lepiej – mruczy.

– Lepiej? – szepczę, wpatrując się w błyszczące, szare oczy, świadoma tego, że chuda jak tyczka sprzedawczyni przygląda się nam z zazdrością i dezaprobatą.

– Wiesz dlaczego – odpowiada Christian niepewnie.

– Nie potrzebuję tego. – Potrząsam nadgarstkiem. Bransoletka łapie wpadające przez okno promienie słońca i na ścianach zaczynają tańczyć małe połyskujące tęcze.

– A ja tak.

Dlaczego? Dlaczego on tego potrzebuje? Czuje się winny? Z powodu czego? Śladów na nadgarstkach? Biologicznej matki? Niezwierzenia mi się? Och, mój Szary.

– Nie, Christianie, nie potrzebujesz. Już tyle mi podarowałeś. Magiczną podróż poślubną, Londyn, Paryż, Lazurowe Wybrzeże... i siebie. Szczęściara ze mnie – szepczę, a jego spojrzenie łagodnieje.

– Nie, Anastasio, to ja mam ogromne szczęście.

– Dziękuję. – Staję na palcach, zarzucam mu ręce na szyję i całuję... nie w podziękowaniu za bransoletkę, ale za to, że jest mój.

W samochodzie nastrój ma refleksyjny. Wygląda przez szybę na pola jaskrawożółtych słoneczników pławiących się w popołudniowym słońcu. Za kierownicą siedzi jeden z bliźniaków – chyba Gaston – a Taylor zajmuje miejsce obok. Christian pogrążył się w rozmyślaniach. Ujmuję jego dłoń i ściskam pokrzepiająco. Zerka na mnie, po czym zabiera dłoń i kładzie ją na mym udzie. Mam na sobie krótką, rozkloszowaną biało-błękitną spódnicę oraz niebieską dopasowaną bluzeczkę na ramiączkach. Christian waha się i nie wiem, czy jego dłoń zamierza przesuwać się w górę, czy w dół. Wstrzymując oddech, czekam na delikatny dotyk jego palców. Co on ma zamiar zrobić? Decyduje się ruszyć w dół. Nagle chwyta mnie za kostkę i kładzie moją stopę na swoich kolanach. Przekręcam się tak, że siedzę teraz przodem do niego.

– Drugą nogę też chcę.

Rzucam nerwowe spojrzenie Taylorowi i Gastonowi, którzy patrzą przed siebie na drogę, i kładę drugą stopę na kolanach Christiana. Unosi rękę i wciska umieszczony na drzwiach z jego strony guzik. Przed nami opuszcza się przyciemniana szyba i dziesięć sekund później można powiedzieć, że jesteśmy sami. Wow... nic dziwnego, że z tyłu tego auta jest tyle miejsca na nogi.

– Chcę się przyjrzeć twoim kostkom – wyjaśnia cicho Christian. Spojrzenie ma niespokojne. Ślady po kajdankach? Jezu... myślałam, że już zamknęliśmy ten temat. Nawet jeśli zostały ślady, maskują je paseczki od sandałów. Nie przypominam sobie, bym rano je widziała. Delikatnie przesuwa kciukiem po prawym podbiciu. To łaskocze. Christian uśmiecha się lekko i wprawnie rozpina jeden pasek. I poważnieje, gdy dostrzega czerwone ślady.

– To nie boli – mamroczę.

Zerka na mnie i widzę, że jest smutny. Usta ma zaciśnięte. Kiwa głową, jakby mi wierzył, a ja strząsam sandał na podłogę. Wiem jednak, że już go straciłam. Znowu jest roztargniony i zamyślony, mechanicznie głaszcząc mi stopę, wyglądając jednocześnie przez szybę.

– Hej. Czego się spodziewałeś? – pytam miękko.

Odwraca się do mnie i wzrusza ramionami.

– Nie spodziewałem się, że widząc te ślady, poczuję się tak, jak w tej chwili – mówi.

Och! W jednej chwili powściągliwy, a w następnej rozmowny? Jakie to... w stylu Szarego! I jak ja mam za nim nadążyć?

– A jak się czujesz?

– Mocno niefajnie – mówi cicho.

O nie. Odpinam pasy i przysuwam się bliżej niego, pozostawiając nogi na jego kolanach. Mam ochotę wejść mu na kolana i mocno przytulić i tak bym zrobiła, gdyby z przodu znajdował się tylko Taylor. Powstrzymuje mnie świadomość, że jest tam także Gaston. Szkoda, że przepierzenie nie jest jeszcze ciemniejsze.

Ujmuję dłonie Christiana.

– To malinki mi się nie podobają – szepczę. – Wszystko inne... to, co mi zrobiłeś... – jeszcze bardziej ściszam głos – ...kajdankami, mnie się to podobało. Bardziej niż podobało. To było odlotowe. Kiedy tylko będziesz chciał, możemy zrobić powtórkę.

Poprawia się na siedzeniu.

– Odlotowe?

Moja wewnętrzna bogini unosi zaskoczona głowę znad powieści Jackie Collins.

– Tak. – Uśmiecham się szeroko. Napieram palcami na jego twardniejące krocze i bardziej widzę, niż słyszę, jak wciąga powietrze.

– Sądzę, że powinna pani zapiąć pasy, pani Grey. – Głos ma niski, a ja raz jeszcze obejmuję go palcami. Robi kolejny wdech, a jego spojrzenie ciemnieje. Ostrzegawczo chwyta moją kostkę. Chce, żebym przestała? Kontynuowała? Nieruchomieje, krzywi się, po czym wyjmuje z kieszeni nieodłącznego BlackBerry. Zerka na zegarek i odbiera telefon. Marszczy brwi.

– Barney – warczy.

Cholera. Znowu przeszkadza nam jego praca. Próbuję opuścić nogi, ale Christian nie puszcza kostki.

– W serwerowni? – pyta z niedowierzaniem. – Aktywował się system przeciwpożarowy?

Pożar! Zabieram nogi z jego kolan i tym razem mnie nie powstrzymuje. Wracam na swoje miejsce, zapinam pasy i bawię się nerwowo bransoletką za trzydzieści tysięcy euro. Christian ponownie wciska guzik przy drzwiach i przepierzenie się podnosi.

– Ktoś ranny? Jakieś szkody? Rozumiem... Kiedy? – Christian raz jeszcze zerka na zegarek, po czym przeczesuje palcami włosy. – Nie. Ani do straży pożarnej, ani na policję. Przynajmniej na razie.

Pożar? W biurze Christiana? W głowie mam gonitwę myśli. Taylor odwraca się, aby słyszeć rozmowę.

– Tak? Dobrze... w porządku. Chcę mieć szczegółowy raport z wyliczeniem zniszczeń. I pełną listę wszystkich osób, które miały tam dostęp w ciągu ostatnich pięciu dni, łącznie z personelem sprzątającym... Każ Andrei zadzwonić do mnie... Tak, wygląda na to, że argon jest rzeczywiście skuteczny.

Raport dotyczący zniszczeń? Argon? To chyba jakiś pierwiastek?

– Wiem, że jest wcześnie... Przyślij mejl za dwie godziny... Nie, muszę wiedzieć. Dziękuję, że zadzwoniłeś. – Christian rozłącza się, po czym od razu wybiera w telefonie jakiś numer. – Welch... Dobrze... Kiedy? – Po raz kolejny obrzuca spojrzeniem zegarek. – W takim razie godzina... tak... Całodobowa ochrona w drugim magazynie danych... okej. – Kończy rozmowę. – Philippe, za godzinę muszę się znaleźć na pokładzie.

– Monsieur.

Cholera, to Philippe, nie Gaston. Samochód przyspiesza.

Christian zerka na mnie. Wzrok ma nieprzenikniony.

– Ktoś ranny? – pytam cicho.

Kręci głową.

– Niewielkie szkody. – Ściska mi uspokajająco dłoń. – Nic się tym nie martw. Mój zespół się wszystkim zajął. – No i proszę bardzo, wrócił pan prezes, spokojny i zupełnie niewytrącony z równowagi.

– Gdzie wybuchł pożar?

– W serwerowni.

– W Grey House?

– Tak.

Jego odpowiedzi są zdawkowe, więc wiem, że nie chce rozmawiać na ten temat.

– Czemu tak mało szkód?

– Serwerownia jest wyposażona w supernowoczesny system przeciwpożarowy.

No, a jakżeby inaczej.

– Ana, proszę... nie martw się.

– Nie martwię się – kłamię.

– Nie mamy pewności, czy to było podpalenie – mówi, docierając tym do sedna mego niepokoju.

Moja dłoń mknie ze strachem ku szyi. Charlie Tango, a teraz to?

Co dalej?

ROZDZIAŁ CZWARTY

Nie mogę sobie znaleźć miejsca. Christian już ponad godzinę temu zaszył się w gabinecie na jachcie. Próbowałam czytać, oglądać telewizję, opalać się – w ubraniu – ale nie jestem w stanie się odprężyć i nie opuszcza mnie uczucie niepokoju. Przebrawszy się w szorty i T-shirt, zdejmuję niedorzecznie drogą bransoletkę i ruszam na poszukiwanie Taylora.

– Pani Grey – mówi, podnosząc z zaskoczeniem głowę znad powieści Anthony’ego Burgessa. Siedzi w mniejszym salonie, przylegającym do gabinetu Christiana.

– Chciałabym się wybrać na zakupy.

– Dobrze, proszę pani. – Wstaje.

– Chcę popłynąć skuterem.

Otwiera usta.

– Eee. – Marszczy brwi, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Nie chcę tym zawracać Christianowi głowy.

Wzdycha.

– Pani Grey... eee... nie wydaje mi się, aby panu Greyowi się to spodobało, a nie chciałbym stracić posady.

Och, na litość boską! Mam ochotę przewrócić oczami, ale tylko je mrużę, wzdycham głośno i wyrażam, jak mi się wydaje, odpowiednią porcję pełnego frustracji oburzenia, że nie jestem panią własnego losu. Z drugiej strony nie chcę, aby Christian wkurzył się na Taylora – ani rzecz jasna na mnie. Pukam więc do drzwi gabinetu i wchodzę.

Christian rozmawia przez BlackBerry, opierając się o mahoniowe biurko. Podnosi wzrok.

– Andrea, chwileczkę – rzuca do aparatu.

Minę ma poważną. Patrzy na mnie z grzecznym wyczekiwaniem. Kurde, czemu się czuję, jakbym się znalazła w gabinecie dyrektora szkoły? Ten mężczyzna wczoraj mnie skuł kajdankami. Nie dam mu się onieśmielać, to w końcu mój mąż, do diaska. Prostuję się i posyłam mu szeroki uśmiech.

– Wybieram się na zakupy. Zabieram ze sobą ochronę.

– Jasne, weź jednego z bliźniaków i Taylora – odpowiada i wiem już, że dzieje się coś naprawdę poważnego, gdyż nie zadaje mi dalszych pytań. Stoję i patrzę na niego, zastanawiając się, czy mogę mu jakoś pomóc. – Coś jeszcze? – pyta. Chce, żebym już poszła.

– Kupić ci coś? – pytam.

Obdarza mnie tym swoim słodko nieśmiałym uśmiechem.

– Nie, maleńka, niczego mi nie trzeba – odpowiada. – Załoga się mną zajmie.

– Świetnie. – Mam ochotę go pocałować. A co, wolno mi, to przecież mój mąż. Podchodzę do niego zdecydowanym krokiem i całuję go w usta, kompletnie go zaskakując.

– Andrea, oddzwonię – rzuca do telefonu. Odkłada go na biurko, bierze mnie w ramiona i całuje namiętnie. Kiedy mnie puszcza, brak mi tchu. Oczy ma pociemniałe z pożądania. – Rozpraszasz mnie. Muszę załatwić tę sprawę, aby móc wrócić do naszego miesiąca miodowego. – Przesuwa palcem wskazującym po mojej twarzy.

– W porządku. Przepraszam.

– Nie przepraszaj, proszę, uwielbiam, gdy mnie rozpraszasz. – Całuje kącik mych ust. – Idź wydać trochę pieniędzy. – Puszcza mnie.

– Dobrze.

Z uśmiechem opuszczam gabinet. Moja podświadomość kręci głową i sznuruje usta. „Nie powiedziałaś mu, że bierzesz skuter” – beszta mnie tym swoim śpiewnym głosem. Ignoruję ją. Co za megiera.

Taylor czeka pod drzwiami.

– Na górze wszystko uzgodnione. Możemy płynąć? – Uśmiecham się, starając się, aby w moim głosie nie słychać było sarkazmu.

Taylor nie kryje uśmiechu pełnego podziwu.

– Pani przodem, pani Grey.

Taylor cierpliwie zaznajamia mnie ze wszystkimi kontrolkami i przyciskami przy kierownicy skutera. Jego spokój i łagodność sprawiają, że dobry z niego nauczyciel. Znajdujemy się na motorówce podskakującej lekko na spokojnej wodzie w porcie obok Fair Lady. Towarzyszy nam Gaston, ze spojrzeniem ukrytym za ciemnymi szkłami okularów, a za sterami motorówki siedzi mężczyzna z załogi jachtu. Jezu, troje ludzi, tylko dlatego że chcę się wybrać na zakupy. To niedorzeczne.

 

Zapinam kapok i obdarzam Taylora promiennym uśmiechem. Wyciąga rękę, aby mi pomóc wsiąść na skuter.

– Proszę zawiązać pasek z kluczykiem wokół nadgarstka, pani Grey. Jeśli pani spadnie, silnik automatycznie zgaśnie – wyjaśnia.

– Okej.

– Gotowa?

Kiwam entuzjastycznie głową.

– Proszę przekręcić kluczyk, kiedy znajdzie się pani jakieś półtora metra od nas. Popłyniemy za panią.

– Okej.

Odpycha skuter od motorówki, a kiedy unosi w górę kciuk, przekręcam kluczyk i silnik budzi się do życia.

– Okej, pani Grey, dalej to łatwizna! – woła Taylor.

Dodaję gazu. Skuter wyskakuje do przodu, po czym gaśnie silnik. Do diaska! Jak Christian to robi, że wszystko wydaje się takie proste? Próbuję jeszcze raz, i jeszcze, i silnik znowu gaśnie. Kuźwa.

– Gaz trzeba dodawać powoli, pani Grey! – woła Taylor.

– Jasne, jasne – mamroczę pod nosem.

Próbuję raz jeszcze, bardzo powoli naciskając, i skuter rusza do przodu – ale tym razem silnik nie gaśnie. Tak! Płynie dalej. Ha! I płynie! Mam ochotę krzyczeć i piszczeć z podniecenia, opanowuję się jednak. Oddalam się powoli od jachtu i wpływam do głównego portu. Za sobą słyszę gardłowy ryk motorówki. Kiedy dodaję gazu, skuter wystrzeliwuje do przodu, prześlizgując się po wodzie. Z ciepłą bryzą we włosach i rozpryskującą się wokół mnie wodą czuję się wolna. Ale odjazd! Nic dziwnego, że Christian nigdy nie daje mi prowadzić.

Zamiast kierować się w stronę brzegu i przedwcześnie kończyć zabawę, skręcam, aby zrobić kółko wokół naszego okazałego jachtu. Wow, to jest naprawdę fajne. Ignoruję Taylora i resztę ekipy i po raz drugi okrążam Fair Lady. Gdy kończę to robić, na pokładzie dostrzegam Christiana. Chyba przygląda mi się zdumiony, choć trudno mi to dostrzec z takiej odległości. Odważnie unoszę jedną rękę i macham do niego entuzjastycznie. Wygląda jak wyciosany z kamienia, w końcu jednak unosi rękę i wykonuje coś na kształt machnięcia. Nie widzę jego miny, ale coś mi mówi, że wcale tego nie chcę, kieruję się więc w stronę mariny, prześlizgując się po błękitnej powierzchni Morza Śródziemnego, skrzącej się w popołudniowym słońcu.

Przy nabrzeżu czekam i pozwalam, by pierwszy do brzegu dobił Taylor. Minę ma ponurą i serce mi zamiera. Za to Gaston sprawia wrażenie lekko rozbawionego. Zastanawiam się, czy wydarzyło się coś, co ochłodziło relacje galijsko-amerykańskie i podejrzewam, że chodzi o mnie. Gaston wyskakuje z motorówki i zawiązuje cumy, Taylor zaś pokazuje mi, abym podpłynęła obok. Bardzo powoli manewruję skuterem, by znalazł się przy burcie motorówki. Spojrzenie Taylora nieco łagodnieje.

– Proszę po prostu wyjąć kluczyk, pani Grey – mówi spokojnie, łapiąc za kierownicę. Wyciąga rękę, aby mi pomóc przesiąść się do motorówki. Zwinnie zeskakuję ze skutera mile zaskoczona tym, że się przy tym nie wywracam.

– Pani Grey – mówi nerwowo Taylor, a jego policzki robią się różowe. – Pan Grey nie jest zbyt zadowolony z tego, że wsiadła pani na skuter. – Przestępuje z zakłopotaniem z nogi na nogę. Dociera do mnie, że zadzwonił do niego wzburzony Christian.

Och, mój ty biedny, patologicznie nadopiekuńczy mężu, co ja mam z tobą począć?

Uśmiecham się pogodnie do Taylora.

– Rozumiem. Cóż, pana Greya tu nie ma, a skoro nie jest zbyt zadowolony, na pewno sam mi o tym powie, kiedy wrócimy na jacht.

Taylor wzdryga się.

– Dobrze, pani Grey – mówi cicho, podając mi torebkę.

Gdy wysiadam z motorówki, na jego twarzy dostrzegam cień niechętnego uśmiechu i sama także mam ochotę się uśmiechnąć. Nie mogę uwierzyć, jak wielką mam słabość do Taylora, ale nie lubię, gdy mnie strofuje – nie jest w końcu moim ojcem ani mężem.

Wzdycham. Christian jest zły – a w tej akurat chwili ma na głowie wystarczająco dużo zmartwień. Co ja sobie myślałam? Gdy stoję na nabrzeżu i czekam, aż Taylor wysiądzie z motorówki, wyczuwam wibrującego w torebce BlackBerry. Your Love Is King Sade to melodyjka zastrzeżona dla Christiana.

– Cześć – mówię cicho.

– Cześć – odpowiada.

– Wrócę na jacht w motorówce. Nie złość się.

Chyba go tym zaskoczyłam.

– Ale fajnie było, wiesz? – szepczę.

Wzdycha.

– Cóż, jakżebym śmiał kłaść kres twojej zabawie. Po prostu bądź ostrożna. Proszę.

O kurczę! Pozwolenie na zabawę!

– Dobrze. Chcesz czegoś z miasta?

– Tylko ciebie, w jednym kawałku.

– Zrobię, co w mojej mocy, by tak się stało, panie Grey.

– Miło mi to słyszeć, pani Grey.

– Naszym celem jest sprawianie przyjemności – odpowiadam, chichocząc.

Słyszę w jego głosie uśmiech.

– Mam drugi telefon. Na razie, mała.

– Na razie, Christianie.

Rozłącza się. Kryzys skuterowy chyba został zażegnany. Samochód już czeka i Taylor otwiera przede mną drzwi. Wsiadając, mrugam do niego, a on kręci z rozbawieniem głową.

W samochodzie wystukuję szybki mejl.


Nadawca: Anastasia Grey

Temat: Dziękuję Ci

Data: 17 sierpnia 2011, 16:55

Adresat: Christian Grey

Za to, że nie zachowałeś się jak zrzęda.

Twoja kochająca żona

xxx


Nadawca: Christian Grey

Temat: Próbuję zachować spokój

Data: 17 sierpnia 2011, 16:59

Adresat: Anastasia Grey

Proszę bardzo.

Wróć w jednym kawałku.

To nie jest prośba.

x

Christian Grey

Prezes & Nadopiekuńczy Mąż, Grey Enterprises Holdings, Inc.

Czytając jego odpowiedź, uśmiecham się. Mój kochany kontroler.

Czemu w ogóle chciałam jechać na zakupy? Przecież ich nie znoszę. Ale w głębi duszy wiem czemu, i zdecydowanym krokiem mijam butiki Chanel, Gucci, Diora i innych projektantów, by antidotum na to, co mi dolega, znaleźć w końcu w małym sklepiku z pamiątkami dla turystów. To cienka srebrna bransoletka na kostkę z małymi serduszkami i dzwoneczkami. Pobrzękuje uroczo i kosztuje pięć euro. Zakładam ją jeszcze w sklepie. To jestem ja – to właśnie mi się podoba. Od razu czuję się swobodniej. Nie chcę stracić kontaktu z dziewczyną, której to się podoba, nigdy. Zdaję sobie sprawę z tego, że przytłacza mnie nie jedynie Christian, ale także jego bogactwo. Czy kiedykolwiek się do tego przyzwyczaję?

Taylor i Gaston posłusznie chodzą za mną pośród popołudniowego tłumu i wkrótce zupełnie zapominam o ich obecności. Chcę kupić coś dla Christiana, coś, co oderwie jego myśli od wydarzeń w Seattle. Ale co mam kupić komuś, kto ma wszystko? Zatrzymuję się na niewielkim nowoczesnym placu otoczonym sklepami i przesuwam wzrokiem po wszystkich po kolei. Kiedy dostrzegam sklep ze sprzętem elektronicznym, przypomina mi się nasza dzisiejsza wizyta w galerii, a jeszcze wcześniej w Luwrze. Podziwialiśmy tam wtedy Wenus z Milo... W mojej głowie rozbrzmiewają słowa Christiana: „Wszyscy podziwiamy kobiece kształty. Uwielbiamy na nie patrzeć, nieważne, czy to rzeźba, obraz czy film”.

Przychodzi mi do głowy zuchwały pomysł. Potrzebna mi jedynie pomoc w wyborze odpowiedniego prezentu, a znam tylko jedną osobę, która mogłaby mi jej udzielić. Wyjmuję z torebki BlackBerry i dzwonię do José.

– Kto...? – mamrocze sennie.

– Z tej strony Ana.

– Ana, cześć! Gdzie jesteś? Wszystko w porządku? – Wydaje się już bardziej przytomny, wręcz niespokojny.

– Jestem w Cannes na południu Francji i wszystko w porządku.

– Na południu Francji, powiadasz? Mieszkasz w jakimś niezłym hotelu?

– Eee... nie. Na jachcie.

– Jachcie?

– Dużym jachcie. – Wzdycham.

– Rozumiem. – Jego głos staje się chłodniejszy.

Cholera, nie powinnam była do niego dzwonić. Coś takiego nie jest mi teraz potrzebne.

– José, potrzebuję twojej rady.

– Mojej rady? – pyta zdziwiony. – Jasne – dodaje i tym razem ton głosu ma znacznie przyjaźniejszy.

Opowiadam mu swój plan.

Dwie godziny później Taylor pomaga mi przedostać się z motorówki na trap jachtu. Gaston i marynarz pokładowy zajmują się skuterem. Christiana nigdzie nie widać, więc przemykam się chyłkiem do naszej kajuty, aby zapakować mu prezent. Przepełnia mnie dziecięce podekscytowanie.

– Dość długo cię nie było.

Christian mnie zaskakuje, kiedy przyklejam ostatni kawałek taśmy. Odwracam się i widzę, że stoi w drzwiach kajuty, bacznie mnie obserwując. A jednak napytałam sobie skuterem biedy? Czy może chodzi o pożar w biurze?