Mister

Tekst
Autor:E L James
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mister
Mister
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,40  58,72 
Mister
Mister
Audiobook
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


Tytuł oryginału: The Mister

Copyright © 2019 by Erika James Limited

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Violetta Dobosz, Daria Kuczyńska-Szymala, Katarzyna Petecka-Jurek (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt okładki i zdjęcie: Erika Mitchell

Zdjęcie na okładce użyte dzięki uprzejmej zgodzie Royal Borough of Kensington and Chelsea

Zdjęcie na tyle okładki: © Kwangmoozaa/Shutterstock

Adaptacja okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Katarzyna Wiśniewska

Korekta: Marta Chmarzyńska, Aneta Iwan, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-940-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl www.soniadraga.pl www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga www.facebook.com/50TwarzyGreya

E-wydanie 2019

Konwersja: eLitera s.c.

.

TEJ AUTORKI:

Pięćdziesiąt twarzy Greya

Ciemniejsza strona Greya

Nowe oblicze Greya

Grey

Mroczniej

Dla Tii Elby

dziękuję Ci za Twoją mądrość, siłę, dobry humor i rozsądek,

ale przede wszystkim za Twoją miłość.

.

DOCHODZĄCA – gosposia, która nie mieszka z pracodawcą, tylko przychodzi codziennie do pracy.

PROLOG

NIE. NIE. NIE. Tylko nie ta czerń. Nie ta dławiąca ciemność. Nie ten plastikowy worek. Ogarnia ją panika, która wyciska powietrze z płuc. Nie mogę oddychać. Nie mogę oddychać. W gardle narasta metaliczny posmak strachu. Muszę to zrobić. To jedyny sposób. Nie ruszaj się. Zachowaj spokój. Oddychaj wolno. Oddychaj płytko. Tak jak powiedział. Niedługo będzie po wszystkim. Skończy się i wtedy będę wolna. Wolna. Wolna.

Rusz się. No już. Biegnij. Biegnij. Biegnij. Naprzód.

Biegnie co sił w nogach, najszybciej jak może, ale nie spogląda za siebie. Strach gna ją naprzód, kiedy szukając drogi ucieczki, wymija tych nielicznych, którzy wybrali się na późnowieczorne zakupy. Szczęście jej sprzyja: automatyczne drzwi są otwarte. Przemyka pod jaskrawymi świątecznymi dekoracjami i dociera na parking. Biegnie, wciąż biegnie. Między zaparkowanymi samochodami, potem do lasu. Biegnie wąską ścieżynką. Chce przeżyć. Przedziera się przez krzaki jeżyn, małe gałązki uderzają ją w twarz. Biegnie, aż rozsadza jej płuca. Naprzód. Naprzód. Naprzód. Nie zatrzymuj się.

Zimno. Zimno. Za zimno. Zmęczenie mąci jej umysł. Zmęczenie i zimno. Wiatr zawodzi w gałęziach drzew, wdziera jej się pod ubranie, przenika do szpiku kości. Dziewczyna kuli się pod krzakiem, zgrabiałymi rękoma buduje wokół siebie gniazdo z opadłych liści. Spać. Potrzebuje snu. Kładzie się na zimnej, twardej ziemi, zbyt zmęczona, by się bać, zbyt zmęczona, by zasnąć. A tamte? Czy im się udało? Zamyka oczy. Dały radę uciec? Oby były wolne. Oby było im ciepło...

Jak doszło do tego wszystkiego?

Budzi się. Leży między kubłami na śmieci owinięta gazetami i kartonami. Cała dygocze, tak bardzo jest jej zimno. Ale musi iść dalej. Ma adres. Dziękuje za niego Bogu, w którego wierzyła jej babcia. Drżącymi palcami rozwija karteczkę. Tam musi iść. Teraz. Teraz. Teraz.

Krok za krokiem. Iść. Tylko tyle może zrobić – iść. Iść. Iść. Śpi w jakiejś bramie. Budzi się i idzie dalej. Iść. Pije wodę z kranu w McDonaldzie. Jedzenie pachnie tak kusząco.

Jest jej zimno. Skręca ją z głodu. Idzie, wciąż idzie, kierując się mapą. Skradzioną. Skradzioną z jakiegoś sklepu. Sklepu, w którym migały lampki i grała świąteczna muzyka. Ledwo udaje jej się utrzymać w ręku skrawek papieru. Jest zniszczony i podarty po wielu dniach chowania go w bucie. Jest zmęczona. Zbyt zmęczona. Brudna. Potwornie brudna i przerażona. To miejsce jest jej jedyną nadzieją. Unosi drżącą rękę i naciska dzwonek.

Magda już na nią czeka. Napisała do niej matka i wszystko wyjaśniła. Kobieta wita ją z otwartymi ramionami. Zaraz jednak się cofa. Jezu, dziecko. Co się z tobą działo? Spodziewałam się ciebie w zeszłym tygodniu!

ROZDZIAŁ PIERWSZY

BEZMYŚLNY SEKS – WIELE za nim przemawia. Żadnych zobowiązań i oczekiwań, zero rozczarowań. Muszę tylko zapamiętać ich imiona. Jak się nazywała ta ostatnia? Jojo? Jeanne? Jody? Nieważne. Była jakąś bezimienną dupą, która non stop jęczała, w łóżku i poza nim. Leżę, gapiąc się na falujące refleksy Tamizy odbijające się na suficie. Nie mogę spać. Jestem zbyt niespokojny, żeby zasnąć.

Dzisiaj to była Caroline. Nie mieści się w kategorii bezimiennych dup. Nigdy się w niej nie znajdzie. Co ja, do cholery, miałem w głowie? Zamykam oczy, próbując uciszyć uparty głosik, który w kółko mnie pyta, czy pójście do łóżka z najlepszą przyjaciółką – i to nie pierwszy raz – było dobrą decyzją. Caroline, pogrążona w drzemce, leży obok mnie, ze smukłym ciałem skąpanym w srebrzystym blasku styczniowego księżyca. Długie nogi splotła z moimi, głowę oparła na mojej piersi.

Źle robimy, bardzo, bardzo źle. Pocieram twarz, usiłując zetrzeć z niej obrzydzenie do samego siebie, a Caroline się wierci, wybudzając ze snu. Wymanikiurowanym paznokciem sunie po mięśniach na moim brzuchu i zatacza kółka wokół pępka. Chwytam jej rękę i podnoszę do ust.

– Chyba dość narozrabialiśmy jak na jedną noc, Caro?

Całuję każdy palec po kolei, żeby nieco złagodzić gorycz odrzucenia. Jestem zbyt zmęczony i zniechęcony dokuczliwym, nieprzyjemnym poczuciem winy, które mnie zżera. Na miłość boską, przecież to Caroline, moja najlepsza przyjaciółka i żona mojego brata. To znaczy była żona.

Nie. Nie była żona. Wdowa po nim.

To takie smutne i tragiczne słowo. I smutne i tragiczne okoliczności.

– Och, Maximie, proszę cię. Chcę zapomnieć – szepcze i składa ciepły, wilgotny pocałunek na mojej piersi. Odrzucając z twarzy jasne włosy, spogląda na mnie spod długich rzęs, a w jej oczach malują się niedosyt i smutek.

Potrząsam głową, ujmując w dłonie jej uroczą twarz.

– Nie powinniśmy.

– Przestań. – Ucisza mnie, przykładając mi palec do ust. – Proszę. Potrzebuję tego.

Wzdycham ciężko. Pójdę do piekła.

– Proszę – błaga mnie.

Niech to szlag. Już w nim jestem.

I tylko dlatego, że ja również cierpię – przecież też tęsknię za bratem, a Caroline jest ostatnim, co mnie z nim łączy – odnajduję ustami jej wargi i przewracam ją na plecy.

KIEDY SIĘ BUDZĘ, pokój skąpany jest w jaskrawym zimowym słońcu, tak ostrym, że muszę zmrużyć oczy. Obracam się i z ulgą spostrzegam, że Caroline wyszła, pozostawiając po sobie jedynie uczucie żalu – i liścik na poduszce.

Kolacja z tatą i Macochą?

Proszę, przyjdź.

Oni też są w żałobie.

Kocham Cię! Buziaki!

Ożeż.

Nie tego chcę. Zamykam oczy, wdzięczny, że jestem sam we własnym łóżku i, mimo naszych nocnych wyczynów, zadowolony, że zdecydowaliśmy się wrócić do Londynu już dwa dni po pogrzebie.

Jakim cudem, do cholery, to wszystko wymknęło mi się z rąk?

„Wypijmy jednego przed snem”, tak wczoraj powiedziała, a ja spojrzałem w jej wielkie, przepełnione smutkiem błękitne oczy i od razu wiedziałem, czego chce. Tak samo popatrzyła na mnie tamtej nocy, kiedy dowiedzieliśmy się o wypadku i śmierci Kita. Wtedy nie zdołałem jej się oprzeć. Wiele razy było już bardzo blisko, ale dopiero tamtej nocy poddałem się losowi i przeleciałem żonę mojego brata. Koniec końców i tak by do tego doszło.

A teraz zrobiliśmy to znowu, choć ledwie dwa dni temu złożyliśmy Kita do grobu.

Posyłam sufitowi grymas niezadowolenia. Bez dwóch zdań jestem żałosną namiastką człowieka. Zresztą tak samo jak Caroline. Ona przynajmniej ma wymówkę: przechodzi żałobę, obawia się o własną przyszłość, a ja jestem jej najlepszym przyjacielem. Do kogo innego mogłaby się zwrócić w potrzebie? Ja za to posunąłem się zdecydowanie za daleko w „pocieszaniu” żałobnicy.

 

Marszcząc czoło, gniotę liścik i ciskam nim o drewnianą podłogę. Patrzę, jak turla się pod kanapę zawaloną moimi ubraniami. Nade mną falują wodniste cienie, jakby światło i ciemność się ze mnie naigrawały. Zamykam oczy, żeby ich nie widzieć.

Kit był dobrym człowiekiem.

Kit. Kochany Kit. Ulubieniec wszystkich, nawet Caroline, w końcu to jego wybrała. Przed oczami pojawia mi się niechciany obraz zmasakrowanego, pustego ciała Kita leżącego pod prześcieradłem w szpitalnej kostnicy. Biorę głęboki wdech, starając się odegnać to wspomnienie, a w gardle narasta mi gula. Zasługiwał na kogoś lepszego niż Caro i ja – jego brat darmozjad. Nie zasługiwał na tę... zdradę.

Ożeż.

Kogo ja próbuję oszukać?

Caroline i ja jesteśmy siebie warci. Oboje tego chcieliśmy. Oboje się na to zgodziliśmy, a poza tym jesteśmy dorośli i, praktycznie rzecz biorąc, wolni. Ona to lubi. Ja też to lubię i właśnie to mi wychodzi najlepiej – pieprzenie chętnej, atrakcyjnej kobiety do białego rana. Tak przepieprzam cały wolny czas – pieprząc dziewczyny. Seks utrzymuje mnie w formie, a w trakcie namiętnych uniesień dowiaduję się wszystkiego, co muszę wiedzieć o kobiecie. Co sprawia, że oblewa się potem. Czy krzyczy, czy płacze, kiedy dochodzi.

Caroline jest płaczką.

Caroline właśnie straciła męża.

Cholera.

A ja straciłem starszego brata, jedyny wzór do naśladowania, jaki miałem przez kilka ostatnich lat.

Cholera.

Kiedy zamykam oczy, znowu widzę bladą, martwą twarz Kita. Ta strata tkwi we mnie niczym wielka, ziejąca pustką dziura.

Niepowetowana strata.

Po jaką cholerę wybrał się na motor w taką ponurą, lodowatą noc? To przekracza moje granice rozumowania. Kit jest – był – tym rozważnym, odpowiedzialnym ucieleśnieniem zdrowego rozsądku. Z nas dwóch to właśnie on przynosił zaszczyt rodowemu nazwisku, stał na straży jego reputacji i zachowywał się jak należy. Pracował w City i jednocześnie zarządzał pokaźnym rodzinnym majątkiem. Nie podejmował pochopnych decyzji, nie prowadził samochodu jak wariat. Był tym odpowiedzialnym z naszej pary. Szedł naprzód, nigdy się nie cofał. Nie był marnotrawnym nieudacznikiem jak ja – jego całkowite przeciwieństwo. Specjalizuję się w byciu czarną owcą w rodzinie. Nikt nie ma wobec mnie żadnych oczekiwań, jestem tego pewien. Zawsze tak było.

Podnoszę się. W jaskrawym świetle dnia mam raczej ponury nastrój. Pora udać się do siłowni w piwnicy. Oprócz seksu w formie utrzymują mnie bieganie i szermierka.

TANECZNA MUZYKA DUDNI mi w uszach, a pot spływa po plecach; oddycham głęboko. Odgłos moich stóp uderzających o bieżnię oczyszcza mój umysł, kiedy zmuszam ciało do maksymalnego wysiłku. Gdy biegam, na ogół jestem skupiony i wdzięczny, że w końcu coś czuję – nawet jeśli jest to tylko ból rozpierający płuca. Dzisiaj nie chcę nic czuć, nie po tym koszmarnym tygodniu, który mam za sobą. Pragnę tylko fizycznego bólu wywołanego morderczym wysiłkiem. Nie bólu straty.

Biegnij. Oddychaj. Biegnij. Oddychaj.

Nie myśl o Kicie. Nie myśl o Caroline.

Biegnij. Biegnij. Biegnij.

Bieżnia spowalnia, ja także. Truchtem pokonuję ostatni odcinek mojego ośmiokilometrowego biegu, pozwalając, by powróciły rozgorączkowane myśli. Po raz pierwszy od dawna mam do załatwienia bardzo dużo spraw.

Zanim zmarł Kit, dni upływały mi na dochodzeniu do siebie po nocnych wyczynach i planowaniu rozrywki na nadchodzący wieczór. To by było tyle. Tak wyglądało moje życie. Nie lubię obnosić się ze swoim próżniactwem, ale w głębi duszy wiem, że jestem cholernie bezużyteczny. Skończywszy dwadzieścia jeden lat, uzyskałem dostęp do pokaźnego funduszu powierniczego, co oznacza, że nie musiałem przepracować ani jednego dnia. W przeciwieństwie do mojego starszego brata. Pracował ciężko, ale nie miał wyboru.

Dzisiaj natomiast będzie inaczej. Jestem wykonawcą testamentu Kita, co zakrawa na jakiś żart. Jestem pewien, że miał niezły ubaw, wybierając akurat mnie. Teraz jednak, kiedy jego ciało spoczęło w rodzinnym grobowcu, testament musi zostać odczytany i... no cóż, wykonany.

A Kit zmarł, nie pozostawiając spadkobierców.

Gdy bieżnia się zatrzymuje, przechodzi mnie dreszcz. Nie chcę myśleć o tym, co to oznacza. Nie jestem jeszcze gotowy.

Chwytam iPhone’a, zarzucam ręcznik na szyję i biegiem pokonuję schody do mojego mieszkania na szóstym piętrze.

Rozbieram się i rzucam ubranie na podłogę w sypialni, kierując kroki do łazienki. Myjąc pod prysznicem włosy, zastanawiam się, jak powinienem postąpić z Caroline. Znam ją od szkolnej ławy. Od razu rozpoznaliśmy w sobie bratnie dusze i zbliżyliśmy się do siebie – dwoje trzynastolatków z rozbitych rodzin, tkwiących w szkole z internatem. Byłem nowy, a Caroline wzięła mnie pod swoje skrzydła. Staliśmy się nierozłączni. To ona była i zawsze będzie moją pierwszą miłością, pierwszą dziewczyną, z którą poszedłem do łóżka... zresztą z kiepskim rezultatem. A po latach wybrała mojego brata, nie mnie. Mimo to udało nam się pozostać przyjaciółmi i trzymać ręce z daleka od siebie nawzajem – przynajmniej do śmierci Kita.

Cholera. To się musi skończyć. Nie chcę i nie potrzebuję żadnych komplikacji. Kiedy się golę, z lustra patrzą na mnie poważne zielone oczy. Nie spieprz sytuacji z Caroline. Poza nią nie masz zbyt wielu bliskich. Jest twoją najlepszą przyjaciółką. Porozmawiaj z nią. Przemów jej do rozumu. Przecież wie, że do siebie nie pasujecie. Kiwam głową do swojego odbicia, czując pewną determinację, i wycieram pianę z twarzy. Rzucam ręcznik na podłogę i idę do garderoby. Zgarniam z półki czarne dżinsy i z ulgą odkrywam wiszące na wieszakach świeżo wyprasowaną białą koszulę oraz przyniesioną z pralni czarną marynarkę. Dzisiaj jem lunch z prawnikami naszej rodziny. Wsuwam buty i chwytam płaszcz. Na zewnątrz jest bardzo chłodno.

Cholera, przecież jest poniedziałek.

Przypomina mi się, że dzisiaj późnym rankiem przychodzi posprzątać Krystyna, moja dochodząca w matuzalemowym wieku. Z portfela wyjmuję pieniądze i kładę je na konsolce w przedpokoju, po czym włączam alarm i wychodzę frontowymi drzwiami. Zamykam je na klucz i nie czekając na windę, zbiegam schodami.

Na Chelsea Embankment powietrze jest czyste i rześkie, tylko obłoczek mojego oddechu zakłóca jego przejrzystość. Spoglądam na drugi brzeg ponurej szarej Tamizy, na którym wznosi się Pagoda Pokoju. Mnie też marzy się pokój, ale pokój ducha, a tego mogę jeszcze długo nie zaznać. Liczę, że podczas lunchu uzyskam odpowiedzi na przynajmniej niektóre z moich pytań. Uniesioną ręką zatrzymuję taksówkę i każę się zawieźć do Mayfair.

W GEORGIAŃSKIM SPLENDORZE JEDNEJ z kamienic Brook Street mieści się siedziba firmy adwokackiej Pavel, Marmont i Hoffman, z której usług korzystamy od 1775 roku.

– Pora dorosnąć – mruczę do siebie i otwieram rzeźbione drewniane drzwi.

– Dzień dobry panu.

Młoda recepcjonistka uśmiecha się promiennie, a jej oliwkową cerę barwi lekki rumieniec. Jest śliczna, ale w nienachalny sposób. W normalnych okolicznościach po pięciu minutach rozmowy zdobyłbym jej numer telefonu, ale nie po to tu dzisiaj przyszedłem.

– Jestem umówiony z panem Rajahem.

– Pana nazwisko?

– Maxim Trevelyan.

Zerka na ekran komputera, potrząsa głową i marszczy brwi.

– Proszę usiąść.

Skinieniem wskazuje dwa skórzane fotele typu chesterfield ustawione w wyłożonym boazerią holu. Opadam na ten, który stoi bliżej, i biorę poranne wydanie „Financial Times”. Recepcjonistka nieco nerwowo rozmawia przez telefon, a ja studiuję pierwszą stronę gazety. Nic z niej do mnie nie dociera. Kiedy podnoszę wzrok, widzę, jak przez podwójne drzwi z wyciągniętą ręką zmierza ku mnie sam Rajah.

Wstaję.

– Lordzie Trevethick, proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje z powodu pańskiej bolesnej straty – mówi, kiedy wymieniamy uścisk dłoni.

– Bardzo proszę, wystarczy Trevethick – odpowiadam. – Nie przywykłem jeszcze do tytułu brata.

Teraz już mojego.

– Oczywiście. – Pan Rajah przytakuje skinieniem głowy z uprzejmym poważaniem, które działa na mnie irytująco. – Pozwoli pan ze mną? Lunch jadamy w jadalni wspólników i muszę przyznać, że możemy się pochwalić jedną z najlepszych piwniczek w Londynie.

JAK ZACZAROWANY WPATRUJĘ się w tańczące płomienie ognia w kominku w moim klubie w Mayfair.

Hrabia Trevethick.

To teraz ja.

Niepojęte. I przerażające.

Jakże zazdrościłem bratu jego tytułu i pozycji w rodzinie, kiedy byłem młodszy! Rodzice, zwłaszcza matka, faworyzowali Kita od dziecka, ale w końcu to on był dziedzicem, a nie synem rezerwowym. Kiedy się urodził, otrzymał tytuł wicehrabiego Porthtowan, a w wieku dwudziestu lat, po nagłej śmierci ojca, został dwunastym hrabią Trevethick. Ja, mając teraz lat dwadzieścia osiem, jestem szczęśliwym numerem trzynaście. I chociaż wcześniej pragnąłem tej godności i wszystkiego, co się z nią wiąże, teraz, kiedy już do mnie należy, czuję, jakbym wkraczał na terytorium brata.

Wczoraj pieprzyłeś jego hrabinę. To coś więcej niż wkroczenie na cudze terytorium.

Pociągam łyk whisky Glenrothes i unoszę szklankę.

– Za ducha – szepczę i się uśmiecham, rozbawiony ironią. Mój ojciec pijał właśnie glenrothes, podobnie jak mój brat, a od dziś ta butelka, rocznik 1992, należy do mnie.

Nie pamiętam, w którym momencie pogodziłem się z tym, że Kit odziedziczył wszystko, i przestałem się z nim kłócić, ale to musiało być krótko przed dwudziestką. On miał tytuł i dziewczynę, a ja musiałem to zaakceptować. Teraz to wszystko należy do mnie. Wszystko.

Nawet twoja żona. Cóż, przynajmniej ostatniej nocy była moja.

Ironia polega jednak na tym, że Kit nie zapisał Caroline niczego w spadku.

Niczego.

Właśnie tego się obawiała.

Skąd to zaniedbanie? Najnowszą wersję dokumentu sporządził cztery miesiące temu, ale jej nie zostawił niczego. Małżeństwem byli zaledwie od dwóch lat...

Co on sobie myślał?

Rzecz jasna, Caroline może podważyć testament. Nikt nie miałby jej tego za złe.

Pocieram twarz.

Co ja mam zrobić?

Mój telefon brzęczy.

Gdzie jesteś?

Wiadomość od Caroline. Wyłączam komórkę i zamawiam kolejnego drinka. Wolałbym się z nią dziś nie spotykać. Chcę się zatracić w kimś innym. Kimś nowym. Kimś, kto nie jest ze mną w żaden sposób związany. Może załatwię też sobie trochę koksu. Wyjmuję telefon i otwieram Tindera.

– NO, NO, MAXIM, jakie piękne mieszkanie!

Patrzy na mętne wody Tamizy, w której migoczą światła Pagody Pokoju. Biorę od niej żakiet i rzucam go na oparcie kanapy.

– Masz ochotę na drinka czy coś mocniejszego? – proponuję.

Nie zabawimy zbyt długo w salonie. Jakby czytając mi w myślach, odrzuca na plecy lśniące czarne włosy. Przygląda mi się uważnie brązowymi oczami podkreślonymi czarną konturówką.

– Coś mocniejszego? – dopytuje uwodzicielskim tonem, oblizując wargi i unosząc brew. – A ty co będziesz pił?

Ach... Nie zrozumiała aluzji, więc żadnej koki, ale i tak wyprzedza moje myśli. Podchodzę do niej na tyle blisko, żeby musiała unieść głowę, by na mnie spojrzeć. Pilnuję się, żeby jej nie dotknąć.

– Nie chce mi się pić, Heather – zniżam głos, zadowolony, że udało mi się zapamiętać jej imię. Przełyka ślinę i rozchyla wargi.

– Mnie też nie – mówi szeptem, a wymowny uśmiech odbija się w jej oczach.

– To na co masz ochotę?

Widzę, że patrzy na moje usta. To oczywiste zaproszenie. Zwlekam chwilę, żeby mieć pewność, że dobrze odczytuję jej intencje, po czym nachylam się i ją całuję, ledwie muskając wargi. Delikatny, niemal zdawkowy dotyk.

– Myślę, że wiesz, czego chcę.

Wplata palce w moje włosy i przyciąga mnie do swoich ciepłych i spragnionych ust. Wyczuwam w nich brandy i odrobinę papierosów. Ten smak mnie rozprasza. Nie pamiętam, żebym w klubie widział, jak pali. Mocno przyciągam Heather do siebie, jedną ręką przytrzymując ją w talii, a drugą przesuwając po bujnych krągłościach. Jest szczupła, ale ma duże, jędrne piersi, którymi teraz kusząco na mnie napiera. Zastanawiam się, czy w smaku będą równie dobre jak w dotyku. Ręką pieszczę jej plecy i całuję ją jeszcze namiętniej, rozkoszując się jej chętnymi ustami.

 

– To czego chcesz? – pytam, nie odrywając się od jej warg.

– Ciebie. – Oddech ma przyspieszony, głos zdradza podniecenie. Jest napalona. Zaczyna rozpinać moją koszulę. Kiedy ściąga mi ją z ramion, stoję bez ruchu i pozwalam, by ubranie osunęło się na podłogę.

Mam ją wziąć tutaj czy w łóżku? Wybieram wygodę i biorę Heather za rękę.

– Chodź ze mną.

Ciągnę ją łagodnie, a ona posłusznie wychodzi za mną z salonu i idzie przez hol do sypialni.

W pokoju jest porządek, tak jak myślałem.

Dzięki Ci, Boże, za Krystynę.

Włączam lampki nocne i prowadzę Heather w stronę łóżka.

– Obróć się.

Robi, o co proszę, ale na chwilę traci równowagę w wysokich szpilkach.

– Spokojnie.

Chwytam ją za ramiona i przyciągam do siebie mocno. Odwracam jej głowę, tak by móc spojrzeć jej w oczy. W pierwszej chwili wpatruje się w moje usta, zaraz jednak podnosi wzrok. Ma takie błyszczące oczy. Jasne. Skupione. Ale dość trzeźwe. Muskam wargami jej szyję, językiem smakując miękką, pachnącą skórę.

– Chyba powinniśmy się położyć.

Rozpinam zamek jej krótkiej czerwonej sukienki i zsuwam ją z ramion Heather. Zatrzymuję się na chwilę, kiedy moim oczom ukazuje się zarys piersi skrytych pod czerwonym stanikiem. Kciukami muskam koronkowy materiał. Heather jęczy i wygina plecy w łuk, wciskając mi biust w dłonie.

O, tak.

Wsuwam kciuki pod delikatną tkaninę i zataczam nimi kółka wokół jej twardniejących sutków, a ona sięga rękami do tyłu, szukając guzika przy moim rozporku.

– Mamy całą noc – mruczę i puszczając ją, cofam się o krok, by sukienka mogła opaść na podłogę.

Czerwone stringi podkreślają jej kształtną pupę.

– Odwróć się, chcę na ciebie popatrzeć.

Obraca się, odrzucając włosy na plecy, i zerka na mnie pożądliwie spod opuszczonych rzęs. Piersi ma naprawdę wspaniałe.

Uśmiecham się. Ona też.

Zapowiada się niezła zabawa.

Chwyta za pasek moich dżinsów i pociąga tak gwałtownie, że jej cudowne cycki znowu przywierają mocno do mojej piersi.

– Pocałuj mnie – odzywa się niskim, pełnym pożądania głosem.

Przesuwa językiem po górnych zębach, a moje ciało reaguje, napinając mięśnie krocza.

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, pani.

Ujmuję w dłonie jej głowę, wplatam palce w jedwabiste loki i całuję ją, tym razem już znacznie gwałtowniej. Ona w odpowiedzi chwyta mnie za włosy, a nasze języki się splatają. Przerywa i spogląda na mnie z lubieżnym błyskiem w oczach, jak gdyby dopiero teraz zobaczyła mnie pierwszy raz i ten widok jej się spodobał. Po chwili jej usta znów wpijają się w moje.

Rany, ona naprawdę tego chce.

Zwinne palce odnajdują guzik przy moich dżinsach i szarpią go. Ze śmiechem chwytam jej dłonie i popycham ją delikatnie, aż oboje lądujemy na łóżku.

HEATHER. MA NA imię Heather i śpi obok mnie jak zabita. Zerkam na budzik przy łóżku. Piętnaście po piątej. Jest niezła w łóżku, bez dwóch zdań. Ale teraz chcę, żeby już sobie poszła. Jak długo muszę tu jeszcze leżeć i słuchać jej miękkiego oddechu? Może powinniśmy byli pójść do niej, wtedy mógłbym wyjść, kiedy tylko bym chciał. Ale moje mieszkanie było bliżej, a żadne z nas nie chciało dłużej czekać. Wpatrując się w sufit, odtwarzam w myślach przebieg wczorajszego wieczoru, próbując sobie przypomnieć wszystko, czego się o niej dowiedziałem – jeśli w ogóle coś mi powiedziała. Pracuje w telewizji – czy też „tele”, jak ją nazywa – i rano musi być w pracy, a to oznacza, że niedługo powinna stąd wyjść, prawda? Mieszka w Putney. Jest seksowna. I chętna. O tak, bardziej niż chętna. W czasie stosunku lubi leżeć na brzuchu, dochodzi po cichutku i ma utalentowane usta, które doskonale wiedzą, jak pobudzić do życia wykończonego mężczyznę. Na to wspomnienie mój penis się porusza i przez chwilę rozważam, czy nie obudzić jej na jeszcze jedną rundę. Ciemne włosy ma rozrzucone na poduszce, a jej twarz we śnie przybiera błogi wyraz, który wzbudza we mnie ukłucie zazdrości. Ignoruję je i zastanawiam się, czy gdybym poznał ją lepiej, nadal odnajdywałbym w niej ten sam spokój.

Och, do kurwy nędzy, niech sobie wreszcie pójdzie.

„Masz problem z bliskością” – słyszę w myślach zrzędzenie Caroline.

Caroline. Cholera.

Moje dżinsy leżą zmięte na podłodze. Z tylnej kieszeni wyjmuję telefon i odkrywam trzy płaczliwe SMS-y i kilka nieodebranych połączeń, które mnie wkurzają. Zerkam na śpiącą obok mnie dziewczynę – nie, nie wierci się – i czytam wiadomości od szwagierki.

GDZIE JESTEŚ?

ZADZWOŃ DO MNIE!

<FOCH>

Co z nią jest nie tak?

Wie, w czym rzecz; wystarczająco długo mnie zna. Szybkie bzykanko nie zmieni tego, co do niej czuję. Kocham ją... na swój sposób, ale tylko jako przyjaciółkę, dobrą przyjaciółkę.

Twarz wykrzywia mi grymas złości. Nie zadzwoniłem do niej. I nie chcę tego robić. Nie wiem, co mam jej powiedzieć.

Tchórz, szepcze moje sumienie. Muszę z tym zrobić porządek. Nade mną znów podskakuje i migocze odbicie Tamizy, tym razem wolnej i spokojnej. Kpi sobie ze mnie, przypomina, co straciłem.

Wolność.

A co mam teraz?

Odpowiedzialność.

Cholera.

Obezwładnia mnie poczucie winy, obce i nieprzyjemne uczucie – Kit zostawił mi w spadku wszystko. Wszystko. A Caroline została z niczym. Jest żoną mojego brata. Pieprzyliśmy się. Nic dziwnego, że czuję się winny. W głębi duszy wiem, że ona też ma z tym problem. Właśnie dlatego wyszła w środku nocy, nie budząc mnie i się nie żegnając. Szkoda, że dziewczyna, która teraz leży obok mnie, nie zrobiła tego samego.

Szybko odpisuję Caro.

Dużo pracy dzisiaj. U Ciebie okej?

Jest piąta rano. Caroline na pewno śpi. Jestem bezpieczny. Zajmę się tym dzisiaj, ale trochę później... albo jutro.

Heather porusza się i otwiera oczy.

– Cześć. – Uśmiecha się do mnie nieśmiało. Odpowiadam tym samym, ale wtedy jej twarz gaśnie. – Powinnam już iść – mówi.

– Iść? – Czuję, jak budzi się we mnie nadzieja. – Nie musisz iść. – Udaje mi się powiedzieć to w miarę szczerze.

– Nie, naprawdę muszę. Ta czerwona sukienka do pracy raczej się nie nadaje. – Siada, skromnie otulając swoje krągłości jedwabną kołdrą. – To było... przyjemne, Maximie. Jeśli zostawię ci swój numer, zadzwonisz do mnie? Wolę rozmawiać przez telefon, niż pisać na Tinderze.

– Jasne – kłamię bez mrugnięcia.

Przyciągam ją do siebie i czule całuję. Uśmiecha się zawstydzona. Kiedy wstaje, owija się szczelnie kołdrą i zaczyna zbierać swoje ubrania z podłogi.

– Wezwać ci taksówkę? – pytam.

– Pojadę uberem.

– Mogę to załatwić.

– Okej, dziękuję. Jadę do Putney.

Podaje mi adres, ja wstaję, wciągam porzucone dżinsy i zabierając ze sobą telefon, wychodzę z sypialni, żeby dać jej nieco prywatności. To, jak niektóre kobiety zachowują się po wszystkim, jest takie dziwne: są cichutkie i zawstydzone. Heather w niczym nie przypomina lubieżnej, wyuzdanej syreny, jaką była w nocy.

Zamawiam samochód i czekam, spoglądając na ciemną rzekę. Kiedy w końcu wychodzi z sypialni, podaje mi skrawek papieru.

– Mój numer.

– Dzięki. – Wsuwam karteczkę do tylnej kieszeni spodni. – Taksówka będzie za pięć minut.

Stoi niepewnie, kompletnie pogrążona we wstydzie po minionej nocy. Cisza staje się coraz bardziej nieznośna, a Heather rozgląda się po pokoju, byle tylko nie spojrzeć na mnie.

– Piękne mieszkanie. Takie przestronne – mówi, a ja wiem, że tą pogawędką próbuje zagłuszyć skrępowanie. Zauważa mój fortepian i gitarę. – Grasz? – Podchodzi do fortepianu.

– Tak.

– Dlatego masz takie zręczne palce – mówi i natychmiast marszczy czoło, gdy orientuje się, co właśnie powiedziała. Jej policzki spływają uroczym rumieńcem.

– A ty grasz? – pytam, nie zwracając uwagi na jej ostatnie słowa.

– Nie, w drugiej klasie grałam trochę na flecie, ale nic poza tym. – Na jej twarzy maluje się ulga, pewnie dlatego, że zignorowałem jej uwagę na temat moich palców. – A to? – Ręką wskazuje na konsolety i iMaca, które stoją na biurku w kącie pokoju.

– Bawię się w didżejkę.

– O?

– Kilka razy w miesiącu w klubie w Hoxton.

– Dlatego masz tyle winyli! – Patrzy na półki wzdłuż ściany, na których trzymam swoją kolekcję płyt.

Kiwam głową.

– Jesteś też fotografem? – Gestem wskazuje na czarno-białe krajobrazy, które wiszą w wielkich ramach w salonie.

– Owszem. Czasem staję nawet po drugiej stronie aparatu.

Patrzy na mnie, wyraźnie nie rozumiejąc.

– Zajmuję się modelingiem. Pozuję głównie do sesji high-fashion dla magazynów.

– Aha, teraz rozumiem. Naprawdę jesteś bardzo złożonym facetem. – Uśmiecha się, teraz już nieco bardziej pewna siebie. I dobrze. Jest prawdziwą boginią.

– Człowiekiem renesansu – odpowiadam z przesadną skromnością, a ona przestaje się uśmiechać i robi zakłopotaną minę.

– Coś się stało? – pyta.

Stało? O czym ona, do cholery, mówi?