WięźniarkiTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wielorództwo

Jeżeli w więzieniu zgłasza się do mnie bezdzietna pacjentka w wieku dwudziestu pięciu lat, są dwie możliwości: albo jest kobietą bezpłodną, albo lesbijką.

W przypadku większości kobiet w tym wieku normą jest dwójka lub trójka dzieci, ale nierzadkie są też matki czwórki lub piątki potomstwa. Kiedy przyjmuję pacjentki w więziennej przychodni, nie ma dnia, aby nie trafiła się też matka siedmiorga, ośmiorga, a nawet większej liczby dzieci. Tak imponująca płodność zapewne mogłaby wzbudzić zazdrość kobiet żyjących sto lat temu.

Geny, korpulentna Mulatka w wieku trzydziestu czterech lat, aresztowana za handel narkotykami w strefie wschodniej, miała dziesięcioro dzieci. Pierwszy raz zaszła w ciążę jako jedenastolatka, a ojciec dziecka, jej najstarszego syna, liczył sobie lat dwanaście.

– Jak miałam utrzymać te dzieci, głupia jak but, bez wykształcenia, męża i pomocy rodziny?

Ciąże nastolatek to plaga w fawelach i ubogich środowiskach, a społeczeństwo nawet nie próbuje przyznać się do jej istnienia. Cała problematyka antykoncepcji dotyczy ludzi z klasy średniej i wszystkich wyższych – mają oni dostęp do pigułek, wkładek wewnątrzmacicznych, środków o przedłużonym działaniu, podwiązania jajowodów, wazektomii oraz do tajnych gabinetów, gdzie przeprowadza się aborcje w bezpiecznych warunkach. Nastolatki z biedniejszych warstw społecznych są i pod tym względem grupą bezlitośnie upośledzoną.

Dziewczynka, która zachodzi w ciążę w wieku piętnastu lat i rzuca szkołę, aby zająć się dzieckiem, negatywnie determinuje przyszłość zarówno własną, jak i dziecka, a przy tym zubaża rodziców, zmuszonych do utrzymywania dodatkowego dziecka, jako że poczucie odpowiedzialności ojców dzieci z niechcianych ciąż jest bliskie zeru.

Czujemy się wstrząśnięci faktem, że dziewczynka zachodzi w ciążę tak młodo, ale nie bierzemy pod uwagę tego, że wszystkie inne jej ciąże będą przebiegać w podobnych warunkach: bieda, niewiedza, nędzne i przeludnione miejsca zamieszkania, alkoholizm, krak, przemoc domowa i kontakty z okolicznym półświatkiem.

Ryzyko, że młodociane matki zetkną się z handlem narkotykami, że zwiążą się ze złodziejem, byłym więźniem lub członkiem zorganizowanej grupy przestępczej, jest wysokie, bo tylko tacy mają porządne motocykle, markowe obuwie, ciemne okulary, modne dżinsy, złote łańcuchy na szyi – czyli dobra normalnie dostępne dla tych, którzy się uczą lub pracują – a do tego jeszcze rewolwer za paskiem i pieniądze w kieszeni.

Związanie się z jednym z takich mężczyzn gwarantuje ochronę, pomoc finansową i społeczny status w środowisku – tylko ktoś, komu życie niemiłe, pozwala sobie obrazić kobietę gangstera. Niestety dla kobiety oznacza to także igranie z ogniem, wejście do sfery, z której tylko krok do zbrodni i więzienia.

Marta przyszła na świat w jednym z osiedli tworzących dzielnicę Mateus w strefie wschodniej. Najmłodsza z trzech córek, niedługo mogła cieszyć się ojcem, który odszedł z domu, aby związać się z dziewczyną zaledwie pełnoletnią.

W wieku jedenastu lat już pomagała siostrom składać samochodziki zabawki, aby pomóc utrzymać dom; zaczynała tę jednostajną pracę po powrocie ze szkoły, a kończyła w porze kąpieli, przed pójściem do łóżka. Z koleżankami z sąsiedztwa mogła się bawić tylko w niedziele.

Mając lat dwanaście, zaczęła się spotykać z chłopcem piętnastoletnim, który zapłodnił ją pewnej zimnej soboty pod kocem na kanapie w salonie, naprzeciwko telewizora, a obecne przy tym matka i siostry nawet się nie zorientowały.

Marta przez długie godziny cierpiała bóle porodowe, aż położna zdecydowała się ją operować. Dziewczynka urodziła się, zanim matka skończyła czternaście lat.

Nie mogła żyć z tym chłopakiem.

– Wszyscy byliśmy bandą buraków. Nie wiadomo, która rodzina była bardziej dziadowska, jego czy nasza.

W pierwszych miesiącach chłopak przychodził codziennie, aby zobaczyć córeczkę. Później zaczął pracować jako dostawca w sklepie spożywczym i odwiedziny ograniczyły się tylko do weekendów. Kiedy niemowlę miało osiem miesięcy, Marta znowu zaszła w ciążę.

Matka i siostry były niepocieszone. Jak utrzymają kolejne dziecko przy tak nędznej pomocy ze strony ojca?

Sytuacja stała się jeszcze gorsza, gdy Marta odkryła, że chłopak zrobił też dziecko jej koleżance z klasy, która mieszkała na sąsiedniej ulicy. Stali się wrogami.

– Z zemsty zabroniłam mu odwiedzać córkę. Po co mi taki dupek?

Urodziła drugą córkę przed ukończeniem szesnastego roku życia.

Rok później poznała Edinha da Honda, pomocnika szefa pobliskiej meliny narkotykowej cieszącego się sławą bezlitosnego egzekutora, który budził strach w zadłużonych użytkownikach.

– Z początku też się go bałam, ale potem zrozumiałam, że to dobry człowiek, mówił mi takie piękne rzeczy.

Krewni robili wszystko, aby przestrzec ją przed ryzykiem wiązania się z mężczyzną z marginesu, który mógł w każdej chwili trafić za kratki lub skończyć w rynsztoku z kulką w głowie. Nie pomogło. Po sześciu miesiącach przeprowadziła się wraz z dwiema córkami do domu narzeczonego.

Wbrew oczekiwaniom chłopak okazał się dobrym partnerem.

– Podjął się roli ojca dziewczynek, odbierał je ze szkoły, sprawdzał zeszyty i prace domowe i niczego nam nie brakowało; dawał mi do ręki pieniądze na domowe wydatki i mówił, co trzeba kupić.

Jedyne zastrzeżenie było takie, że Edinho da Honda wracał do domu dopiero o świcie. Kiedy Marta się temu dziwiła, mówił jej, że ma o nic nie pytać, bo im mniej wie o jego życiu, tym lepiej dla niej i córek.

Pewnej nocy Edinho wrócił wcześniej.

– Mam dwoje dzieci z poprzedniego związku. Ich matka po całych dniach pali krak. Mogę je przywieźć tutaj?

Mówi, że choć zaskoczona, ochoczo się na to zgodziła.

– W ten sposób chciałam się jakoś odwdzięczyć za czułą opiekę, jaką nas otaczał.

Przez trzy lata wiedli harmonijne życie rodzinne, a Marta zaszła w kolejną ciążę. W siódmym miesiącu życia nowego dziecka potwierdziły się najgorsze obawy matki Marty – Edinho zginął na motorze, trafiony serią z karabinu maszynowego naprzeciw wejścia do knajpy, gdzie odbierał dług.

Marta nie wpadła w rozpacz.

– Bóg jeden wie, ile wtedy wycierpiałam, ale miałam czwórkę dzieci i piąte w drodze, a te dzieci mogły liczyć tylko na mnie.

Siódmego dnia po pogrzebie poszła prosić o pomoc szefa narkotykowej mety. Złożył jej kondolencje z powodu straty partnera, który nigdy nie mógł się jej dość nachwalić. Obiecał, że mordercy nie pozostaną bezkarni dłużej niż tydzień:

– Za krew płaci się krwią.

A potem oznajmił, że potrzebuje zaufanej księgowej. Praca biurowa w godzinach nocnych. Mogłaby spędzać dni z dziećmi i zatrudnić kogoś, kto by się nimi zajmował nocami. Pieniądze nie grają roli.

Interesy na mecie szły tak dobrze, że szef otworzył w okolicy dwie kolejne. Za kontrolę kwot związanych z transakcjami kupna i sprzedaży, z łapówkami, wynagrodzeniem dostawców i producentów odpowiadała Marta. Poza szefem była jedyną osobą, która kontrolowała finansową stronę całego biznesu. Za świadczone usługi dostawała dwa tysiące reali tygodniowo, co w tamtych czasach było fortuną.

Jako że w tej dziedzinie gospodarki nic, co dobre, nie trwa wiecznie, interes upadł, kiedy grupa policjantów zażądała stu tysięcy reali miesięcznie za zezwolenie na dalsze prowadzenie procederu we wszystkich trzech punktach. Szef uznał tę kwotę za przesadną.

Marta została aresztowana w biurze, razem z pięcioma sprzedawcami. Szefa zostawiono na wolności, aby, jak to ujęto, „mógł jeszcze przemyśleć swoje postępowanie”.

W więzieniu otrzymywała od niego pomoc. Piątka dzieci została rozlokowana po domach sióstr i matki. Rodzina przetrwała jako całość, bez problemów finansowych.

– Nie roztrwoniłam tego wszystkiego. Wpłacałam wszystko do banku na konta matki i moich dwóch sióstr, które do dzisiaj są niezamężne. Jesteśmy ze sobą blisko i wszystkich ustawiłam w życiu, jak trzeba.

Tego ranka była wyjątkowo szczęśliwa.

– W ubiegły weekend urodziła mi się wnuczka.

– Wnuczka? Ile ty masz lat?

– Dwadzieścia osiem.

– Dwadzieścia osiem?

– Starzeję się, doktorze.

Alkohol, trawa i kokaina

Więzienie wolne od nielegalnych środków odurzających jeszcze nie powstało. Być może w Stanach Zjednoczonych lub w Japonii istnieje jeden czy drugi niewielki zakład karny, w którym przeprowadza się wyjątkowo surowe kontrole, lecz w ośrodkach, gdzie pod kluczem siedzi ogromna liczba więźniów, unicestwienie handlu narkotykami jest praktycznie niemożliwe.

Jest to skądinąd jeden z argumentów zwolenników legalizacji narkotyków: jeżeli władza nie potrafi przeszkodzić nawet w tym, by przenikały przez stalowe bramy więzień, śmieszne jest przekonanie, że policyjne represje wykorzenią je z ulic miast.

Jak w więzieniu kobiecym sprawdzać drobiazgowo, jedne po drugich, wszystkie pudła i skrzynie, które docierają na teren zakładu na pakach ciężarówek wjeżdżających przez bramę, aby dostarczać jedzenie dla ponad dwóch tysięcy kobiet, produkty potrzebne w firmach działających na terenie zakładu i materiały remontowe oraz inne towary niezbędne do utrzymywania ośrodka karnego, jednocześnie go nie paraliżując? Ile godzin byłoby trzeba w niedziele, aby dokładnie przeszukać ubranie każdego odwiedzającego, pochwy i odbyty wszystkich kobiet, torby z żywnością i przedmiotami codziennego użytku? Jak wyłonić skorumpowanego funkcjonariusza, który przymyka oko na to, że ktoś przemyca na teren zakładu poważną partię marihuany? Jak przy ograniczonej liczbie strażników zlokalizować celę, gdzie wśród nocnej ciszy destylowana jest Głupia Maryśka?

 

Głupia Maryśka, tradycyjny więzienny bimber, wytwarzana jest w celach brazylijskich zakładów karnych nieprzerwanie od lat dwudziestych ubiegłego wieku. W dużym pojemniku miesza się surowe ziarna kukurydzy lub ryżu, wodę, cukier, suche drożdże i skórki dowolnych owoców, które akurat są pod ręką. Pojemnik zakrywa się cienkim płótnem, po czym zamyka szczelnie pokrywą, aby charakterystyczny zapach nie rozchodził się po galerii. Mieszanka leżakuje przez tydzień i fermentuje.

Z uwagi na wewnętrzne ciśnienie trzeba bardzo uważać w chwili otwarcia pojemnika. Zawartość filtruje się przez czyste płótno, a części stałe wyrzuca do toalety, by nie zostawiać śladów. Ciecz zostaje przelana do pojemnika z otworkiem u góry, w którym szczelnie osadzony jest plastikowy wężyk połączony ze zwiniętą spiralnie miedzianą rurką, i wszystko stawia się na ogniu.

Kiedy ciecz zaczyna wrzeć, para wypełnia wężyk, po czym przechodzi przez rurkę, nieustannie schładzaną zimną wodą laną z kubka. Schładzanie kondensuje parę, która skraplając się, skapuje do butelki podstawionej pod wylotem spiralki. Trunek jest gotowy do spożycia.

Głupia Maryśka, wytwór więziennego rzemiosła, musi się mierzyć z niegodziwą konkurencją firmowych butelek koniaku, wódki, cachaçy, whisky oraz niewinnie wyglądających galaretek nasączanych sowitymi dawkami alkoholu, które co jakiś czas niezauważone przenikają na teren zakładu. Zaletą bimbru jest jego cena, około pięćdziesięciu reali za litr, wobec stu lub stu pięćdziesięciu reali za konkurencyjną butelkę komercyjną – tu ceny wahają się zależnie od trudności, jakich nastręcza ich przemycenie przez salę rewizji.

Osoby odpowiedzialne za dyscyplinę starają się maksymalnie ograniczać spożywanie napojów alkoholowych. Pod ich wpływem kobiety biją się, stwarzają kłopoty dyscyplinarne, atakują funkcjonariuszki werbalnie, a czasem i fizycznie.

Pomimo środków represji bardzo nieliczne są okresy, gdy w więzieniu panuje abstynencja z powodu braku towaru. Jeden z najdłuższych rozpoczął się w październiku 2014 roku i był reakcją na awanturę z udziałem grupy pijanych więźniarek, która zirytowała przestępczych liderów w najwyższych sferach PCC. Na „odprawie” w następnym tygodniu, czyli naradzie, podczas której Pierwsze Komando podejmuje decyzje mające regulować kodeks codziennego postępowania we wszystkich więzieniach pozostających pod jego kontrolą, siostry liderki poszczególnych pawilonów otrzymały od przełożonych rozkaz, aby zawiesić produkcję Głupiej Maryśki. Kara była surowa, jak wszystkie kary o charakterze dyscyplinarnym wymierzane przez świat przestępczy – prohibicja trwała sześć miesięcy.

Kiedy jedna z sióstr z Komanda opowiedziała mi tę historię, odparłem:

– Śmieszycie mnie. Mówicie, że jesteście kozaczki, zakapiorki i gangsterki, które rządzą całym pudłem, ale gdy nadchodzi czas odprawy, musicie słuchać mężczyzn.

Po czym się roześmiałem. Ona nie uznała tego za zabawne.

Wewnętrzny handel kokainą jest bardziej rentowny. Według cennika obowiązującego na początku 2017 roku stugramowa paczuszka marihuany warta była osiemset reali, podczas gdy tę samą ilość kokainy sprzedawano po dwa tysiące czterysta reali, a towar ten ma jeszcze jedną zaletę: jest bezwonny i zajmuje mniej miejsca, co ułatwia transport. Jak w przypadku innych produktów skomercjalizowanych ceny w więzieniu wahają się zgodnie z prawem podaży i popytu.

Niepohamowana kompulsja, jaką powoduje w ludzkiej psychice stosowanie kokainy, sprawia, że jej użytkowniczki tracą kontrolę i zaciągają długi. Wchodzą wówczas w okres znany jako „termin”, który trwa dwadzieścia dni. Jeżeli dług nie zostanie w tym czasie spłacony, dwudziestego pierwszego dnia rozpoczyna się kolejny okres, „czerwony”, trwający dni siedem. Jeżeli do jego upływu kwota nadal nie zostanie zwrócona, nadchodzi czas na ostatni, dziesięciodniowy tym razem okres, zwany „tolerancją”.

Kiedy tolerancja osiągnie kres, dłużniczka, która nie poprosi funkcjonariuszek o jak najszybsze przeniesienie do celi w sektorze bezpieczeństwa, staje się ofiarą przemocy ze strony egzekutorek długu. Zabójstwa, które zdarzały się w Carandiru, tutaj nie są dozwolone wskutek wyraźnego zakazu wydanego przez Komando. Pobicia dopuszczalne są jedynie za przyzwoleniem więziennych liderek.

Kilka lat temu ujrzałem na centralnej galerii osobliwą scenę – utleniona blondynka, najwyżej metr sześćdziesiąt wzrostu, prowokowała do sprzeczki więzienną strażniczkę Genildę, najwyższą i najsilniejszą z wszystkich funkcjonariuszek tego zakładu, która stała przed nią niewzruszona.

Kiedy spytałem Valdemara, dlaczego Genilda biernie znosi agresywne zniewagi skazanej, wyjaśnił:

– Ta więźniarka ma teraz czerwony, więc szuka pretekstu, aby sobie załatwić przeniesienie do celi karnej. Genilda ma ponad dwudziestoletnie doświadczenie, wie, że jeśli zareaguje, tamta osiągnie swój cel i bez problemu trafi tam, gdzie chce, za znieważenie strażniczki. Lepsze to, niż wyjść na niehonorową zdzirę.

Euforia wywołana przez kokainę jest tak silna, że odciska uporczywe wspomnienia w sieciach neuronowych odpowiedzialnych za uczucie przyjemności. Intensywność działania narkotyku w mózgowych ośrodkach nagrody sprawia, że całkowicie traci znaczenie radość zabawy z dzieckiem, spotkanie z przyjacielem, towarzystwo kochanej osoby, drobny sukces zawodowy, zadowolenie z solidnie wykonanej pracy, piękno krajobrazu lub dzieła sztuki. Kiedy kokainy zabraknie, świat blednie, codzienność upływa w barwach wiecznej szarości, a życie staje się trudnym do zniesienia ciężarem.

Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, jej moc uzależniająca nie obezwładnia. Podczas abstynencji użytkownik może doświadczyć spadku nastroju oraz odczuwać brak przyjemności i podniecenia, jakie ten środek wywołuje, ale nie przechodzi symptomatycznych kryzysów jak w przypadku odstawienia alkoholu, heroiny lub nikotyny. Dlatego specjaliści zalecają osobom w trakcie odwyku, aby unikały kontaktu z narkotykiem, z użytkownikami i miejscami, gdzie zwykły go przyjmować.

Cierpienia abstynencyjne pojawiają się, kiedy człowiek widzi proszek, kiedy powraca do miejsca, w którym go dawniej zażywał, gdy ponownie znajduje się w sytuacjach dawniej towarzyszących przyjmowaniu narkotyku lub styka się z osobą pod jego wpływem. Serce zaczyna wtedy łomotać, dłonie drętwieją, a całe ciało ogarnia niekontrolowany niepokój – symptomy te przypominają przeczucie nagłej śmierci, typowe dla zespołu lęku panicznego. Równocześnie mogą wystąpić kolki brzuszne i mdłości, czasem z towarzyszeniem wymiotów i biegunki.

Tak jak w przypadku regularnego przyjmowania innych substancji psychoaktywnych z czasem organizm wykształca postępującą tolerancję – zjawisko, które zmusza użytkownika do ciągłego zwiększania dawek.

W tej fazie efekt podniecenia może być skażony przez myśli prześladowcze i urojenia: obawa, że policja zaraz wtargnie przez okno, że pod łóżkiem czai się wróg lub że za chwilę wydarzy się coś strasznego. Ten paranoiczny lęk, który powtarza się z każdą wciąganą dawką, sprawia, że uzależniona osoba zyskuje pejoratywne miano „wykrętasa”.

Pomimo przeraźliwych majaków kompulsja wciągnięcia kolejnej ścieżki nie maleje nawet wtedy, kiedy proszek nie daje już przyjemności, lecz jedynie ataki paniki. Umysł wpadł w pułapkę. Niczym uwarunkowany w laboratorium szczur, który za wszelką cenę stara się nacisnąć dźwigienkę, aby uzyskać następną dawkę, użytkownik skupia się na nieustającym poszukiwaniu euforii, jakiej doświadczał w przeszłości, teraz zastąpionej przez lęki i paranoje.

Jeżeli istnieje jakaś dziedzina medycyny, w której przez ostatnie trzydzieści lat nabrałem wyjątkowego doświadczenia, to jest nią leczenie uzależnienia od kompulsywnie stosowanej kokainy. Kiedy w 1989 roku trafiłem do Carandiru, modne było przyjmowanie jej dożylnie, która to metoda rozpowszechniła się po cichu na peryferiach São Paulo i została wykryta przez publiczną służbę zdrowia dopiero wraz z pojawieniem się pierwszych przypadków AIDS. Wydaje się to niewiarygodne, ale w tamtych czasach powszechne było przekonanie, że stosowanie kokainy ogranicza się wyłącznie do najbogatszych warstw społecznych.

Podczas pierwszych badań nad rozpowszechnianiem się wirusa HIV, które wówczas zrobiliśmy, z 1492 więźniów ośrodka karnego Carandiru objętych programem wizyt intymnych 17,3 procent okazało się nosicielami, z czego ponad 90 procent zostało zarażonych wskutek dzielenia się igłami i strzykawkami.

Przeprowadzone przez nas badania równoległe wykazały, że wskaźnik wśród więźniów transwestytów wynosi siedemdziesiąt osiem procent i zbliża się do pułapu stu procent wśród tych, którzy przebywali w zakładzie od ponad sześciu lat.

Nigdy nie słyszałem, aby gdziekolwiek na świecie przeprowadzono badanie, które by wyłoniło jakąś specyficzną populację, w której wszyscy bez wyjątku są nosicielami wirusa HIV.

W 1992 roku do miasta zawitał krak, zmiótł z mapy stosowaną dożylnie kokainę, zredukował rozpowszechnianie się HIV i rozplenił się niczym epidemia. W Carandiru wkrótce zacząłem odnosić wrażenie, że siedem tysięcy skazanych pali krak.

Dezorganizacja społeczna i zaburzenia wewnętrznej hierarchii były tak wielkie, że w Oddziale Żółtym, gdzie chroniły się osoby, na które wskutek konfliktu z towarzyszami wydano wyrok śmierci, przebywało w pewnym czasie ponad sześciuset zadłużonych więźniów, niemal dziesięć procent całej więziennej populacji.

Straciłem już rachubę, ile razy wzywano mnie, abym stwierdził śmierć wskutek przedawkowania lub mordu dokonanego na niewypłacalnych dłużnikach. Wypisywałem akt zgonu chłopaka zadźganego nożem za to, że był komuś winien paczkę papierosów. Widziałem niespełna trzydziestoletnich mężczyzn, którzy mieli ręce i nogi sparaliżowane w wyniku udarów naczyniowych mózgu wywołanych przez nadmierne dawki narkotyku. Nigdy nie podejrzewałem, że jakaś substancja może spowodować tak wielki zamęt społeczny i tyle ludzkich tragedii.

Kiedy w mojej klinice jakiś skazany wypierał się stosowania kraku, wychodziłem z założenia, że musi to być kłamstwo. Sądzę, że trafiłem więcej razy, niż się pomyliłem.

Nabrałem przekonania, że bez względu na to, jak surowy wprowadzi się nadzór, krak nigdy nie zostanie wykorzeniony z systemu penitencjarnego. Myliłem się. Kiedy Komando przejęło władzę nad większością zakładów karnych stanu São Paulo i uznało, że sprzedaż kraku zakłóca dyscyplinę i ład ekonomiczny, wydało dekret: kto zostanie przyłapany na paleniu kraku, ma być pobity w ramach „upomnienia uświadamiającego”. Kto nim handluje, musi umrzeć.

W przeciwieństwie do naszego kodeksu karnego, pełnego zniuansowanych okoliczności łagodzących i obciążających, apelacji i sprzecznych orzecznictw, kodeks świata przestępczego należy do tradycji oralnej i przewiduje wszystkie możliwe wykroczenia. Biurokracja zredukowana jest do minimum, sądy działają błyskawicznie, kary mają być wymierzane natychmiastowo, a wina nigdy nie ulega przedawnieniu. Znam przypadki mężczyzn zamordowanych ponad dwadzieścia lat po tym, jak okradli towarzysza lub zgwałcili kobietę.

Nie mogłem uwierzyć, że więzienia rzeczywiście zostały uwolnione od kraku. Kiedy przekonałem się, że to prawda, miałem nadzieję, że to samo stanie się na ulicach, analogicznie do wyplenienia stosowanej dożylnie kokainy, które na początku lat dziewięćdziesiątych zaczęło się w Carandiru, a potem objęło także peryferie miasta. I znowu się myliłem. Wyjaśniła mi to Janina, ważąca ponad sto kilo dziewczyna aresztowana za handel narkotykami w okolicach alei Duque de Caxias, w centralnym regionie São Paulo.

– To się nie skończy, doktorze. Gdyby chciał pan zarabiać dilerką na ulicy, nie da pan rady bez sprzedawania kraku.

Mimo że muszą istnieć inne drogi, o których nie wiem, większość narkotyków przenika do więzienia wraz z odwiedzającymi, co potwierdzają kobiety, które o to pytam.

Likwidacja mrówczego przemytu prowadzonego przez osoby odwiedzające zakład karny jest niemożliwa. Drobne ilości mogą być zaszyte w ubraniu, przemyślnie ukryte w torbach z darami, w obcasach butów, pieluszkach niemowląt, paczkach papierosów, w tamponach i podpaskach, w laskach, protezach i aparatach ortopedycznych osób starszych. Jak to wszystko przeszukać? Ile czasu byłoby trzeba, aby sprawdzić każdego odwiedzającego? Choćby podjęto wszystkie możliwe środki ostrożności, nie ma sposobu, żeby powstrzymać ludzką pomysłowość.

Wszystkie kobiety, bez względu na wiek, są poddawane przykrej kontroli: muszą usiąść na ławeczce do wykrywania metalu oraz zdjąć majtki i kucnąć nad leżącym na ziemi lustrem, aby funkcjonariuszka mogła skontrolować genitalia. Kiedyś przyłapano pewną młodą matkę, która ukryła we włosach łonowych czarną plastikową torebeczkę z kokainą. W chwili zsuwania majtek i kucania pakuneczek ten zakrywała bluzka, w lustrze odbijały się tylko genitalia, bez czegokolwiek podejrzanego. Aby skutecznie ukryć torebeczkę, użyła kleju dentystycznego. Ciekawe, ile kobiet przed nią przeszło bezkarnie rewizję, stosując tę metodę?

 

Młoda strażniczka wyznała, że skraca rewizję kobiet, które nie dbają o higienę osobistą:

– Są takie, które przez dwa dni nie wymieniają podpaski czy tamponu. Od czegoś takiego żołądek podchodzi do gardła. Każę wtedy natychmiast wciągnąć majtki z powrotem. Wiem, że mogą tam być prochy, ale co, mam się w tym grzebać? Nie jestem ginekolożką.

Problemy medyczne z użytkowniczkami kokainy są ogromne. Skarżą się na rozkołatane nerwy, niepokój, zaburzenia snu, niedrożność nosa, krwawienie przegrody nosowej, nieraz do tego stopnia ogarniętej martwicą lub przeżartej, że między dwoma kanałami nosowymi pojawia się dziura, tworząc jeden otwór. Niektóre skazane przy każdym wciągnięciu proszku czują bolesne kłucie w zatokach obejmujące skronie. Częstą komplikacją jest bakteryjne zapalenie zatok. Przychodzą do mnie przybite z powodu zaciągniętych długów i niemożności oparcia się wszechobecnej pokusie.

Nierzadko błagają o pomoc, proszą w imię Boga, abym uwolnił je od męki, która zmieniła ich życie w piekło. Kiedy im mówię, że medycyna nie umie leczyć tego rodzaju kompulsji, że nie dysponujemy w tej kwestii żadnymi skutecznymi lekarstwami i że jedynym dla nich wyjściem jest trzymanie się z dala od proszku, od miejsc, gdzie się go używa, i od osób pozostających pod jego wpływem, pytają z rezygnacją w głosie:

– Tutaj? Niby jak?

W pewien czwartek we wrześniu 2015 roku, kiedy po raz ostatni przed pójściem do łóżka sprawdzałem wiadomości na WhatsApp, znalazłem tam filmik przysłany przez znajomego z podpisem: „Popatrz na swoje dziewczynki z więzienia”.

Nie mogłem uwierzyć w to, co ujrzałem. Gdybym nie znał wielu osób, które brały w tym udział, byłbym gotów się założyć, że mam do czynienia z internetowym fotomontażem.

Chodziło o imprezę zorganizowaną poprzedniego dnia na jednym z pięter Pawilonu Trzy, niedługo po tym, jak skończyłem przyjmować pacjentki. Poza polem widzenia funkcjonariuszek z punktu kontrolnego położonego na pierwszym piętrze odbywał się huczny jubileusz. Na jednej z kładek łączących dwa skrzydła cel czwartego piętra widać było, po lewej stronie kadru, stolik, na nim zaś tacę z nierdzewnej stali, gdzie liczne pieczołowicie usypane ścieżki kokainy tworzyły napis upamiętniający dwudziestą drugą rocznicę narodzin Komanda, powstałego w 1993 roku w następstwie masakry w więzieniu Carandiru.

Na środku innego stołu leżała beżowa plastikowa taca, na której uformowano dwa rzędy białego proszku, każdy złożony z dwudziestu dwóch ścieżek. Po prawej stronie kadru, na tacy niebieskiej, raz po raz pojawiała się dłoń jakiejś więźniarki z paznokciami pokrytymi różowym lakierem, która za pomocą karcianej piątki kier formowała kolejne ścieżki.

Wewnętrzne galerie tego piętra, najbliższa kładka oraz ta piętro niżej roiły się od kobiet miarowo klaszczących w dłonie i skandujących „To piętnastka, to piętnastka!”, honorując w ten sposób pierwszą liczbę sekwencji 15.3.3, czyli miejsc liter P i C w porządku alfabetycznym, liczbowego kryptonimu organizacji.

Na lewo od stolika wyłoniła się w pewnej chwili jedna z więziennych liderek, otyła kobieta z nadciśnieniem cierpiąca na trudną w leczeniu cukrzycę, i poprosiła, aby skazane ustawiły się po obu stronach w kolejce. Tłumaczyła się, że towaru nie ma zbyt wiele, każdej przypadnie odrobina, ale za to co trzecia w kolejności dostanie też trochę trawy. Przepraszała, że nie zdążyła przygotować tortu urodzinowego.

Nagranie przedstawiało więźniarki stojące w zdyscyplinowanym ogonku i z namaszczeniem wciągające po kolei należne im działki. Na prawo od stołu ktoś nalewał z dużej plastikowej butli do wyciągniętych w jego stronę kubków jakiś napój alkoholowy pomarańczowej barwy.

Filmik, nagrany telefonem komórkowym przez jedną ze skazanych, został przesłany zaufanej osobie, która przesłała go innej zaufanej osobie. Po dwudziestu czterech godzinach za pośrednictwem portalu YouTube nagranie znalazło się w moim telefonie. Jakże nieodpowiedzialną naiwnością było zezwolenie na to, aby tę imprezę sfilmować, pomyślałem po obejrzeniu całości.

Odpowiedź Biura Zarządu Więziennego była natychmiastowa: szef bezpieczeństwa i dwóch innych funkcjonariuszy stracili stanowiska, Wydział Dyscyplinarny administracji wszczął dochodzenie, przeprowadzono drobiazgową rewizję we wszystkich celach i ogłoszono zniesienie niektórych przywilejów. Całe więzienie zapłaciło za tę zuchwałą manifestację.

Więźniarki, które rozpoznano, dostały „tramwaj”, czyli przeniesienie do innych zakładów karnych, a liderka całego przyjęcia była pierwszą kobietą w brazylijskim systemie penitencjarnym, którą ukarano izolatką w więzieniu o zaostrzonym rygorze w Presidente Venceslau.

Dwa tygodnie później, kiedy ponownie zacząłem przyjmować pacjentki w Pawilonie Trzy, uskarżały się na utratę dawnych przywilejów i ulg, zaostrzenie norm dyscyplinarnych i rewizje przeprowadzane nie przez funkcjonariuszy policji wojskowej, którzy dotychczas spełniali te funkcje, ale przez Grupę Szybkiego Reagowania (GIR), agentów więziennictwa specjalnie szkolonych w tłumieniu buntów, robieniu rewizji i zaprowadzaniu siłą porządku w więzieniach stanu São Paulo. Powołanie GIR było konsekwencją masakry w Carandiru w 1992 roku, kiedy władze wreszcie zdały sobie sprawę z tego, jakim absurdem jest wprowadzanie policji wojskowej na teren więzienia.

Podczas badań lekarskich z poważną miną oznajmiałem kolejnym pacjentkom, że widziałem je na nagraniu. Niektóre wypierały się uczestnictwa w zdarzeniu, niektóre oblatywał strach, że zostaną rozpoznane i przeniesione do innego zakładu, co w takim wypadku z pewnością by nastąpiło. Oddychały z ulgą, kiedy im wyjaśniałem, że tylko tak żartuję, aby dla zaspokojenia ciekawości wybadać, czy były na przyjęciu.

Kiedy spróbowałem tej strategii z panią Célią, która więcej życia spędziła w więzieniu niż na wolności, nie powiodło się.

– Wykluczone, proszę pana, nie mógł mnie pan tam widzieć. Kiedy tylko zaczęła się ta cała afera, schowałam się w celi. Jak cię nie widzą, to cię nie zapamiętają.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?