Dalej na czterech łapach

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Literackie


Kraków 2012

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Spotkanie po latach

Śmierć Ciapka

Drapek przeżywa żałobę

Pożegnanie z ojcem

Wyprawa na Koh Chang

Jeden dzień na rafie koralowej

Mnisia maść

Skuterem przez Koh Kut

Lusia z Wołomina

Ulubieniec Tomka – Bubek

Pinio – drugi Picuś

W zimowy wieczór przy kominku

Wampirza oferta z Supraśla

Szymon z Gór Świętokrzyskich

Kot podwanienny

Błogosławiona codzienność

Pożegnanie z Misią, powitanie Sarenki

Wiki i Leon

Koh Chang po roku

Szlakiem Buddy

I znów rozstanie

Dziura porozumienia

Tydzień nad Morzem Czarnym

Krymskie koty

Lubię jeździć do Hajnówki

Przyjaciele, czyli pies w celi

Niech sobie pani weźmie łosia

Borneo

Wielka małpia miłość

Można wygrać nie tylko w lotto

Atrybuty nosaczy z Borneo

W gościnie u pana Ho

Przez slumsy Manili

Z Manili do Port Barton

Szynka, ale dla psa

Pamiątka z Filipin

Fotel pożądania

Rozczarowania

Lokatorki pod kuchennym zlewem

Marzenia

Moje marzenie

Nasze święta

Zaczyna się nowy dzień

Dlaczego koty sikają na blat kuchenny?

Wiosenne strzyżenie psów

Pszczoły i szerszenie

I znów niespodzianka od mamy

Goście z Londynu

Ratunku!

Chciałabym mieć zaczarowane zapałki

Moje pisanie

Pixi weszła do mojej dłoni

Co zrobić z gołębiem?

Wyrzuty sumienia przy koszeniu trawy

Jak reagują ludzie, którzy odwiedzają pani dom?

Euro 2012

Szczęście

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Redakcja: MARIA ROLA

Korekta: HENRYKA SALAWA, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, MAŁGORZATA WÓJCIK

Opracowanie graficzne, projekt okładki: MAREK WAJDA

Przygotowanie zdjęć do druku: PIOTR KOŁODZIEJ, MAREK WAJDA

Redakcja techniczny: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Infomarket

Na okładce (od lewej): Igor Varga, Marta Stachowiak, Bogusława Krakowiak, Tomasz Wróblewski, Dorota Sumińska oraz Bolek, Pinio, Drapcio, Bombik i Czikita (fot. Michał Mazurkiewicz)

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2012

ISBN 978-83-08-05022-4

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 430 00 96

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.


Bo ja ciągle chodzę na czworaka.

A to szukam tego, co koty wrzuciły za komodę,

a to węszę, bo gdzieś wyczuwam

wonną niespodziankę.

Spotkanie po latach

Czternastego października 2011 roku Tomek przywiózł z Warszawy rydze. W naszej okolicy nie ma rydzów, więc pozostaje Hala Mirowska, a raczej bazarek pod halą. Nie zaglądałam do torby. Schowałam do lodówki. Na jutro. Jak wróci z dyżuru, będzie wystawne śniadanie. No i jest następny dzień. Ku mojemu zaskoczeniu w torbie nie ma ani jednego rydza. Jakieś rydzopodobne grzyby. Złapałam książkę – klucz do bezpiecznego grzybobrania. Krowiak aksamitny! Trujący! Tak, kupił trujące grzyby od przypadkowej zbieraczki. Nie zajrzał do środka. Nie kupuje się kota w worku, a tym bardziej grzybów. A co by było, gdybym nie znała się na grzybach? Nie napisałabym tej książki. Niczego bym nie napisała. Tomek też już nikogo by nie wyleczył, bo oboje lubimy grzyby.

Przypomniał mi się październik sprzed czterech lat. Był ciepły. Zatrzymaliśmy się w lesie i znaleźliśmy sporo podgrzybków. Nie one jednak były najważniejsze. To była nasza pierwsza randka po trzydziestu dwu latach. Wcześniejszą zaliczyliśmy bardzo dawno. Chodziliśmy do tej samej szkoły i w klasie maturalnej zostaliśmy parą. Było to w 1975 roku. Na krótko, ale nigdy nie zapomniałam chłopaka, który dla mnie wypalił sobie papierosem niechlubny tatuaż.


Tomasz Wróblewski w wojsku z kolegami.

Archiwum rodzinne autorki

W tamtych czasach młodzież dzieliła się na tę hipisującą i gitowców. Oczywiście byli też niezdeklarowani, ale w mniejszości. Po podstawówce Tomek poszedł do Liceum im. Dąbrowskiego. Nie zagrzał tam miejsca zbyt długo. Wyrzucili go za gitowskie ekscesy. Dla tych, co nie wiedzą – git-człowiek to łobuz mówiący gwarą wzorowaną na więziennej grypserce. Jego mottem było „prostowanie” ludzi, a szczególnie tych z długimi włosami i pacyfką na szyi. Znak rozpoznawczy: krótkie włosy i cynkwaisy, czyli wytatuowane na dłoniach lub twarzy kropki. Takiegoż Tomeczka przyjęły podwoje naszej, zdecydowanie niegitowskiej szkoły.

 

Uczniowie IX Liceum im. Klementyny z Tańskich Hoffmanowej mieli bardzo pacyfistyczne przekonania, bardzo długie włosy i słuchali Doorsów. Też bardzo. Z całą pewnością dusza Tomka nie była do końca gitowska, bo zapuścił włosy i kropka między palcami zaczęła mu przeszkadzać. Choć może jemu mniej niż mnie. Bohatersko wypalił ją w czasie wycieczki do Torunia. Nie doceniłam tego, a przecież był to niezaprzeczalny dowód miłości. Potem były egzaminy na studia i drogi nasze się rozeszły. Ja zdałam na weterynarię, on na medycynę.

W roku 2008 zadzwonił do mnie kolega z podstawówki. Organizował spotkanie naszej klasy i oznajmił, że wszystkie potrzebne informacje znajdę na portalu Nasza Klasa. Mimo iż używam komputera do pisania i wysyłania tego, co wypocę, pozostałam w zeszłym wieku i jestem komputerową analfabetką. Zapytałam: – A co to jest? – Szczerze mówiąc, już słowo „portal” zabrzmiało groźnie. Chwila ciszy i dostałam dokładną instrukcję. Chyba się zastanawiał, czy warto mnie zapraszać, skoro żyję w poprzedniej epoce. Był na tyle uprzejmy, że pozostał przy telefonie i krok po kroku kierował moimi palcami na klawiaturze.

– Jestem w Naszej Klasie! – krzyknęłam, zadziwiona, że się udało. Zauważyłam, że mogę także zajrzeć do mojego liceum. Wyświetliły się nazwiska zalogowanych kolegów. Był wśród nich Tomek. No i potem już szybko były podgrzybki. Tak naprawdę to z nas też były niezłe grzyby – takim mianem określało się kiedyś tych, co weszli w poprodukcyjny wiek. Mieliśmy po pięćdziesiąt jeden lat, a mimo to poczuliśmy się jak nastolatki.

Tomek przyjechał do mnie w odwiedziny. Akurat popsuła się pralka. W moim przypadku to katastrofa. Przy niespełna dwudziestce zwierząt pranie to warunek istnienia.

Dziwnie patrzy się na siebie po tak długim czasie. Dziwnie i miło. Wiedzieliśmy o sobie trochę, tym bardziej że przed spotkaniem rozmawialiśmy dużo przez telefon.

– No to co, jedziemy po pralkę? – zapytał.

Pojechaliśmy do Nowego Dworu Mazowieckiego, bo to tylko siedem kilometrów od mojego domu. Wracając, zatrzymaliśmy się w lesie. Niby to zbieraliśmy grzyby, ale każde zerkało na swoją dawną sympatię. Zaczerwienił się, gdy spotkały się nasze spojrzenia. Kiedyś był trochę podobny do Jamesa Deana. Bardzo ładny chłopak z iskrzącym spojrzeniem. Miał bujne włosy i sylwetkę sportowca. Możecie nie uwierzyć, ale mimo łysiny i brzuszka takim go zobaczyłam. Może sprawił to ów rumieniec, a może po latach widzimy to, co w nas niezniszczalne. Tomek pozostał tym samym chłopakiem. Niczego mu nie zabrały minione lata.

Jestem pewna, że gdyby teraz pan doktor miał tatuaż, też by go dla mnie wypalił. W każdym razie kupiona wtedy pralka do dziś pierze nasze ubrania. I mam nadzieję, że jak się popsuje, to następna też upierze.


Od lewej: Bogusława Krakowiak, Igor Varga, Tomasz Wróblewski, Marta Stachowiak, Dorota Sumińska, oraz psy: Bombik i Bolek.

Archiwum rodzinne autorki

Śmierć Ciapka

Tomek zaczął nas odwiedzać prawie codziennie. Celowo nie napisałam „mnie odwiedzać”, bo w domu kłębiło się od dusz różnego gatunku. Pominąwszy ludzką część mieszkańców, czyli mnie, moją córkę Martę i moją prawą, a czasem i lewą rękę – Bogusię, było jeszcze dużo czworonożnych lokatorów. Psy – Ciapek, Drapek, Kajtek, Bolek, Misia i Czikita. Koty – Zula, Maciuś, Rudy, Mundek, Unek, Lucjan, Mała Mi, Białka, Ufo i Bietka. Prócz nich dwa jeże – Cholerek i Cecylka. Nie przeraził się, gdy wszedł między nas po raz pierwszy, a po pół roku stał się domownikiem.

Miałam już za sobą trzy małżeństwa. Każde coś zostawiło w mojej duszy, a pierwsze nawet w ciele. Dało mi motor do działania – córkę. Najważniejszą osobę w moim życiu. Drugie pozwoliło poznać miłość. Trzecie – poznać strach. A teraz? Teraz jest to, co najważniejsze – nadzieja. Nadzieja na to, że miłość zostanie z nami na zawsze. Że strach nigdy nie zapuka do serca i że najważniejsze dla nas osoby – syn Tomka, Piotrek, i moja Marta – choć czasem będą z nas dumne. Bo my z nich jesteśmy dumni. Fajnie jest tak myśleć i czuć. Fajnie choć na starość mieć w duszy to minimum spokoju.

Taki właśnie był wieczór 22 czerwca 2009 roku. To chyba był poniedziałek. Wróciłam koło siódmej wieczorem. Siedzieliśmy na tarasie i rozmawialiśmy o mojej mamie. W wigilię rocznicy jej śmierci zawsze o niej rozmawiamy. Tomek pamięta moją mamę doskonale. Co prawda nie zdążył spotkać jej znów po tych trzydziestu dwu latach – zmarła w 2006 roku – ale nie zapomniał szczególnie tego, jak kiedyś zwracała mu uwagę, że czas odwiedzin w moim pokoju dobiega końca. Zawsze po dziewiątej wieczorem zaglądała do nas i mówiła: „Tomku, czy twoja mama się nie niepokoi?”. To był sygnał do pożegnania. Mama bardzo dbała o zachowanie norm wyniesionych z własnego domu. Nie wypadało, aby kawaler zbyt długo przesiadywał u panny. I nie przesiadywał.

Mama do końca swoich dni pozostała niezwykle uważna na tak zwany dobry ton. Nie ma co ukrywać, że jej samej utrudniało to, a nawet uniemożliwiało spełnienie wielu pragnień. Nie była wprawdzie zbyt wymagająca, ale nigdy nie pozwoliła sobie na żadne szaleństwo. Bała się, że ktoś ją źle oceni. Na pewno tęskniła za romantyczną miłością z egzotycznymi podróżami i odrobiną luksusu – jak zresztą marzyła o tym większość kobiet z pokolenia szarej komuny. Jej pierwszą miłością był mój ojciec, szalony, choć biedny jak mysz kościelna. Dostarczał tego, o co sama nigdy nie ośmieliłaby się pokusić. Nie przejmował się opinią, a wręcz prowokował. Czy za nim tęskniła, kiedy odszedł? Po stokroć tak, ale nigdy się do tego nie przyznała.

Był rok 2001 i u ojca urodziły się szczeniaki. Chciał stworzyć nową rasę. Nazwał ją „owczarek izerski”, od gór, gdzie mieszkał. Krzyżował owczarki kaukaskie, bernardyny i „dolewał” troszkę owczarka podhalańskiego. Miał z tego wyjść duży, dzielny i bardzo inteligentny pies, marzenie każdego hodowcy. I wyszedł. Ojciec miał szósty zmysł genetyka. Mimo że nie dysponował nowoczesną technologią, umiał tak dobierać pary rodzicielskie, aby potomstwo spełniało jego oczekiwania. Nie pamiętam, którym pokoleniem był miot z 2001 roku. W każdym razie oszczeniła się Draka. Według ojca, najbardziej udany efekt jego zabiegów hodowlanych.

Mój wymarzony dom pod Warszawą rósł jak grzyb po deszczu. Po sprzedaniu maminego mieszkania w Warszawie wiedziałyśmy, że za kilka miesięcy czeka nas przeprowadzka. Na razie mama zamieszkała ze mną i z Martą w moim mieszkanku przy ulicy Klaudyny. Było ciasno, ale perspektywa obszarniczych włości (kupiłam dwa tysiące metrów kwadratowych ziemi) umilała ciasnotę. Powierzchnia tylko czterdzieści pięć metrów kwadratowych, a na niej trzy kobiety, cztery koty i trzy psy. No i część mamy dobytku, na szczęście meble przechowała koleżanka. Z trudem się mijałyśmy, a tu mama postanawia, że musimy mieć dużego psa. „Obszarnik” zawsze ma stróża. I to nie byle jakiego. Dużego, dzielnego i bardzo inteligentnego. A do tego nie ma co czekać, aż dom będzie gotowy, bo szczeniak powinien być w docelowej rodzinie już od siódmego tygodnia życia. Tak się uparła, że nie było dyskusji. Próbowałam ją przekonać, że skoro to ma być wielkie psisko, to może poczekajmy. Przecież i tak weźmiemy jakiegoś psa ze schroniska albo sam przyjdzie.

– Nie! To ma być ten! Od Edka! – Edek to właśnie mój ojciec, a mama już postanowiła.

Pojechałyśmy z moją przyjaciółką Dorotą Szuszkiewicz. Ponad pięćset kilometrów, bo tyle dzieliło nas od ojcowych włości.

Wszystkie szczeniaki są cudowne. Słodkie, niewinne psie dzieci. Było chyba pięć puchatych kulek. Wybrałam najspokojniejszą, o imieniu Cerber. Nie, mój pies nie może się tak nazywać!

– Ale musi być na „c”! – ojciec był nieustępliwy.

– No to będzie Ciapek.


Pies Ciapek.

Fot. Paweł Ulatowski

Miał siedem tygodni. Szarożółty puszek ze spojrzeniem sarny. Bardzo źle zniósł podróż. Mdliło go i na pewno bał się nowego otoczenia. Robiłyśmy popasy, aby odetchnął świeżym powietrzem, ale i tak miał smutną minę. Gdy wniosłam go do mieszkania, od razu przylgnął do mamy. Zakochał się w niej, zresztą z wzajemnością. Po pewnych perturbacjach wychowawczych wyrósł na dużego, dzielnego i bardzo inteligentnego rycerza o gołębim sercu. W całej historii mojego życia z psami był najzacniejszym z moich towarzyszy. Nie umiem znaleźć innego słowa niż „zacny”, bo dobre serce i charakter miały i mają też inne psy. Ciapek był lojalny i wyrozumiały. Miał poczucie humoru, ale pozbawione złośliwości. Taki superpies. Bał się jedynie fajerwerków i burzy. Mimo równie zacnej jak on sam wagi (osiemdziesiąt kilogramów) właził mi wówczas do łóżka i trząsł się jak galareta. Tylko wtedy chciał być malutki i skryć się w moich ramionach. Był gościnny i towarzyski. Chętnie przyjmował nowych członków rodziny. Opiekował się szczeniakami i kociętami. Te lubił najbardziej. Oblizywał je swoim ogromnym jęzorem, tak że po Ciapkowych karesach kociak wyglądał jak po kąpieli.

W czerwcu 2009 roku Ciapek miał prawie osiem lat. Tamtego wieczoru był trochę zgaszony. Ostatnio coraz częściej bywał „stary”. I nie ma co się dziwić. Mojemu ojcu nie udało się wyhodować psiej długowieczności. Mama Ciapka – Draka, zakończyła życie po siódmych urodzinach, a ojciec w wieku pięciu lat. Poza tym oba psy cierpiały na związaną z dużymi rozmiarami niewydolność serca. Jednak Ciapek trzymał się znakomicie i tylko czasem bywał trochę słabszy. Szczególnie w ciepłe letnie dni.

Czerwcowe wieczory słyną z upałów, więc nikogo nie zaniepokoiła ociężałość Ciaposława. Poszliśmy spać po jedenastej. Koło piątej rano obudziło mnie stukanie. To Ciapek walił ogonem w ścianę. Prosił, aby go wypuścić do ogrodu. Nic nadzwyczajnego. Często chciał wychodzić, gdy było jeszcze chłodno. Otworzyłam drzwi na taras i wróciłam do łóżka. Wstałam kilka minut przed siódmą. Wyszłam do ogrodu. Nigdzie nie było Ciapka. Pozostałe psy dosypiały po kanapach. Było bardzo cicho. Myślałam, że i on wrócił do domu i też jeszcze śpi, ale nigdzie go nie znalazłam. Zaczęłam wołać i sprawdzać, czy aby nie ma dziury w płocie. Nie było. Biegałam po ogrodzie coraz bardziej przerażona. Nagle za tarasem zobaczyłam złote futro. Leżał na boku. Nie oddychał. Wyglądał, jakby spał. Miał spokojny wyraz twarzy i zamknięte oczy. Psy też mają twarze. Przecież mają mięśnie twarzowe. Śmierć musiała nastąpić zaraz po wyjściu z domu. Przytuliłam się do niego, ale był już całkiem sztywny. Jak sztuczny. Nie jestem histeryczką, ale wstrząsnął mną jakiś nienormalny szloch. Z samego środka. Nie mogłam go opanować. To nie był płacz, ale rozpaczliwe rzężenie.

Straciłam przyjaciela. Tak nagle, zupełnie niespodziewanie, nie było przy mnie wielkiego lwa w psiej skórze. Poczułam się bezbronna i opuszczona. Dlaczego? – zapytałam w niebo.

Dziwnym trafem otrzymałam odpowiedź. Od mamy. Zabrała go w trzecią rocznicę swojej śmierci. Myślę, że wiedziała o Ciapkowym sercu. Było skazane na kardiomiopatię rozstrzeniową. Nie chciała, by cierpiał – zaostrzenie tej choroby daje bowiem bardzo przykre dolegliwości. Poza tym na pewno za nim tęskniła.

Pochowaliśmy Ciapka pod sosną. Trzeba było wykopać bardzo głęboki, duży grób. Kopało kilku mężczyzn. Pozostałe psy towarzyszyły mu do końca. Były spokojne. Tylko Drapek nie mógł sobie znaleźć miejsca. On nie wiedział o decyzji mamy i poczuł się jeszcze bardziej opuszczony niż ja.


Pies Drapek.

Archiwum rodzinne

Drapek przeżywa żałobę

Co to jest żałoba? Czerń, smutek, poczucie straty. Czasem tylko czerń i gra pozorów. Jednak ta prawdziwa jest rozpaczą i nigdy nie utuloną tęsknotą. Ludzie wymyślili czerń i pozory, ale rozpacz i tęsknota były dużo wcześniej. Drapek najszczerzej przeżywał żałobę po Ciapku – przybranym ojcu i prawdziwym przyjacielu.

Trafił do nas, gdy miał pięć tygodni, a Ciapek był już roczniakiem. Młodym łobuziakiem, który na widok malucha poczuł zew ojcostwa. Tak naprawdę od tamtej pory niestrudzenie pełnił ojcowskie obowiązki. To nic, że jego podopieczny dawno wydoroślał. Dla Ciapka Drapek zawsze był dzieciakiem. Drapek, kundelek ze śmietnika w Topolinie, skrzętnie wykorzystywał słabość przybranego ojca i mimo dorosłego wieku miał fiu-bździu w głowie. Taki wieczny młodzieniec. Beztroski, bo troski zostawiał Ciapkowi. Teraz dopadły go z całą mocą. Nie chciał żyć bez Ciapka. Postanowił czekać w miejscu, w którym widział go ostatni raz. Smutny dzień miał się ku końcowi, a Drapek leżał pod sosną. Nie chciał odejść od grobu przyjaciela. Sprowadziłam go do domu siłą. Rano od razu pobiegł pod sosnę. Odmawiał jedzenia przez trzy dni. Patrzył na mnie i mówił oczyma: – Zrób coś! Ja nie chcę bez Ciapka!

 

Przez trzy miesiące pełnił wartę przy grobie. Całe dnie warował i czekał. Potem zachodził tam kilka razy dziennie i nasłuchiwał. Do dziś zagląda do swojego „taty”, jakby mimo wszystko nie stracił nadziei na jego powrót.

Większość ludzi nie docenia psów. Nie umieją lub nie chcą wczuć się w ich duszę. Niektórzy nawet nie dają jej prawa bytu. Może sami nie mają duszy, no to jak mają wejrzeć w cudzą? W każdym razie psia dusza jest wrażliwsza niż ludzka. Skromna i cicha. Delikatna jak porcelana i jak porcelanę łatwo ją skruszyć.

Drapkowa rozsypała się w drobny mak. Nie jest już tym samym psem. Ten wesoły niegdyś nicpoń stał się ponurakiem. Postarzał się o sto lat i zaczął zrzędzić. Z byle powodu dobywa z siebie złowieszcze bulgoty. Nie, nie czyni nikomu krzywdy, ale zaczął ohydnie przeklinać. Szarpią nim sprzeczności. Kiedyś był synusiem tatusia. Myślę, że mimo lat czuł się szczeniakiem. Dziś też ma chwile, gdy chce być malutki. Nie ma już czułego taty, ale jest ulubiony koszyczek. Dziwne zastępstwo, jednak choć na chwilę pozwala na zapomnienie.

Kiedy Drapek trafił do nas, ważył może kilogram. Był malutki jak świnka morska. Przygotowałam mu łóżeczko w niezbyt dużym koszyku. Drapcio szybko wyrósł z kołyski i przeniósł się na „dorosłe” fotele i kanapy. Kilka miesięcy po śmierci Ciapka przypomniał sobie o koszyku, który cały czas stał koło kaloryfera. Od czasu do czasu sypiały w nim koty. Z dużym zdziwieniem przyglądały się, gdy Drapek wtłaczał do kosza swoje ciało. Nie wiem, jak mu się to udało, ale zwinął się w supeł i zasnął. Od tamtej pory przynajmniej raz dziennie sypia w swojej kołysce. Musi mu być niewygodnie, ale to nie jest ważne. Pewnie wydaje mu się, że jak zaśnie w koszyku, to przeszłość wróci. Obudzi się maluchem, na którego czeka tata. Budzi się, a tu nic. Dlatego miewa złe humory i bardzo rzadko ochotę na figle. Tylko czasem zapomina o smutku i pobawi się chwilę z Bubkiem albo Sarną.

Utrata Ciapka zaważyła na całym Drapkowym życiu. Była wielkim wstrząsem, który zupełnie zmienił jego psychikę. Stracił wiarę w jutro. Jego oczy mówią: nie ma po co, nie warto, nie chce mi się, dajcie mi spokój.

Do utraty wiary przyczynili się też ludzie. Nie, nikt nie skrzywdził go bezpośrednio. Nigdy bym na to nie pozwoliła. Są psy, które preferują jedną lub drugą ludzką płeć. Drapek kocha kobiety, ale zawsze chciał mieć pana. Przez pierwszy okres jego życia w naszym domu nie było mężczyzny. Potem wyszłam za mąż i Drapcio był zachwycony. Pokochał nowego pana, ale ów nie umiał docenić jego uczuć. Nie dorósł do tej roli. Rozstaliśmy się i Drapek znów nie miał przy sobie mężczyzny. Aż tu nagle córka przyprowadziła młodzieńca. Wyglądało na to, że się zakochała. Ona jak ona, ale Drapek oszalał z miłości. Tak bardzo adorował sympatię Marty, że Ciapek stał się zazdrosny. I co? I nic. Ten chłopak też nie docenił psich uczuć. Wyjechał i nie wrócił.

Kiedy Tomek zamieszkał z nami, Drapcio był już ostrożniejszy. Doszedł widać do wniosku, że faceci to szuje, i choć w tym przypadku się myli, trwa w swoim przekonaniu. Woli koszyk. Teraz, kiedy to piszę, leży pod moimi nogami i rzuca przeciągłe spojrzenie: „Wiem, że to o mnie. Prawda?”.

– Prawda, Drapciu.


Pies Drapek.

Archiwum rodzinne