Autobiografia na czterech łapach

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dorota Sumińska

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2008

Wydanie pierwsze

Redaktor prowadzący

Waldemar Popek

Redakcja

Maria Rola

Drzewo genealogiczne

Barbara Górska

Korekty

Barbara Borowska, Ewa Kochanowicz, Urszula Srokosz-Martiuk

Opracowanie graficzne, projekt okładki

Marek Wajda

Na okładce z lewej: Helena i Józef Sawiccy, ok. 1913, z prawej: Dorota Sumińska (z archiwum autorki)

Redakcja techniczna

Bożena Korbut

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2009

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia informacyjna: 0 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN 978-83-08-04269-4

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp z o.o.


CZĘŚĆ PIERWSZA Moje korzenie sięgają daleko – do wołyńskich lasów i łąk...

Falemicze na Wołyniu – dwór w majątku hrabiego Adama Halki-Ledóchowskiego.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Paś się, krowo, paś!

Nie pamiętam już, który z wielkich myślicieli u schyłku swego życia powiedział, że zamiast zgłębiać rozprawę filozoficzną, woli studiować pasącą się krowę. Z całym szacunkiem dla filozoficznych dzieł, ale miał wiele racji. Krowa niesłusznie posądzana o to, że nigdy nie zmienia zdania (chyba że zmieni zdanie na temat smakowitości trawy i przeniesie się w inne miejsce), może stanowić ciekawy obiekt obserwacji.

Nie miałam jeszcze dwóch lat, a już krowa budziła moje zainteresowanie. Byłam jedynaczką i czasem dorosłym domownikom przychodziło się ze mną bawić. Ulubioną zabawą było pasienie krowy. Babcia, nazywana przeze mnie Bebą (mama mojej mamy), wcielała się w rolę krowy i chodziła na czworakach po korytarzu. Ja z bacikiem (nigdy go nie użyłam) maszerowałam za nią, powtarzając „paś się, krowo, paś”. Bebunia musiała co jakiś czas zaryczeć. Głaskałam ją wtedy po głowie i powtarzałam „paś się...”.

Pasienie się nie jest zajęciem szczególnie wyczerpującym. Trochę bolą kolana, ale to szybko mija. Kiedy więc w domu nadchodziła pora tak zwanego wielkiego prania (pralek automatycznych wtedy jeszcze nie było), Beba mówiła: „to ja już wolę się popaść”, i zajmowała się wnuczką.

Urodziłam się w Warszawie, ale moje korzenie sięgają daleko od stolicy. Do wołyńskich lasów i łąk, na których pasły się krowy mojej prababki, i dalej, aż do Niemna, nad którego brzegiem spacerował ze swym bokserem Wampem mój pradziadek Józef Sawicki, ojciec Beby.

Wróćmy jednak do krowy. Nie było mnie jeszcze nawet w najśmielszych planach, kiedy krowa o imieniu Aza przechadzała się po gazonie w majątku Falemicze na Wołyniu. Aza nie tylko wyskubywała kwiaty z trawnika, ale paradowała zaopatrzona w coś w rodzaju wielkiego stanika. Była mistrzynią mleczności i jej ogromne wymię wymagało ochrony w postaci biusthaltera. Nikt nie miał prawa powiedzieć Azuni złego słowa. Wolno jej było wszystko, nawet wejść do jadalni.

Aza była ulubienicą pierwszej damy w Falemiczach – mojej prababki ze strony ojca, hrabiny Ewy Halka-Ledóchowskiej. Ewa, poza tym, że była panią na Falemiczach, była najprawdziwszą Tatarką. Jej historia jest jeszcze bardziej niezwykła niż biustonosz Azy, bo jakże spadkobierca fortuny, hrabia Adam Halka-Ledóchowski, mógł ożenić się z prostą dziewczyną, Tatarką nie mówiącą po polsku. Teoretycznie nie mógł, ale Adam nie był „teoretyczny”, lecz nad wyraz praktyczny. Ożenił się z nią. Historia związku tych dwojga mogłaby konkurować z romansem Romea i Julii.

Spadkobierca fortuny Ledóchowskich był bardzo atrakcyjną partią. Mnóstwo panien wzdychało nie tylko do przystojnego kawalera, ale i do jego majątku. Każda z nich chętnie zostałaby hrabiną Ledóchowską, ale Adam nie kwapił się do ożenku. Konie, konie i jeszcze raz konie. Był nie tylko wspaniałym jeźdźcem, ale i hodowcą. Szczególnie upodobał sobie delikatne rumaki z Arabii. Większość dni spędzał w siodle. Nie znaczy to wcale, że zaniedbywał obowiązki ziemianina.

Adam Halka-Ledóchowski, mój pradziadek, ok. 1900, jeszcze przed ślubem.

Adam konno objeżdżał swoje wsie, pola i lasy. Dziś mało kto wie, na czym pole gało prowadzenie tak wielkiego majątku. Przez lata tłoczono w polskie głowy komunistyczne bzdury na temat okrutnych obszarników wyciskających ostatnie poty z „chłopów małorolnych”. W majątku Falemicze były przedszkola i szkoły dla dzieci wieśniaków, i szpitalik dla potrzebujących pomocy lekarskiej. Wielodzietni pracownicy majątku mogli liczyć na pomoc nie tylko w codziennym życiu. Wesela, posagi i pogrzeby też były finansowane przez dwór

Wszyscy znamy powiedzenie „pańskie oko konia tuczy”; Adam też je znał. Nie zdawał się na zarządców, ale sam kontrolował swoje włości.

Był zwykły wiosenny dzień. Słońce stało już wysoko, gdy Adam wsiadał na konia. Musiał pojechać do kowala. Po zimowym odpoczynku sprzęt rolniczy wymagał kowalskiego oka i ręki. Trzeba było sprawdzić, czy zarządca dostarczył kowalowi to, co wymagało wizyty w kuźni. Nikt dziś nie wie, o czym myślał, kiedy podjeżdżał pod kowalskie obejście, ale na pewno nie zdawał sobie sprawy, że ta wizyta zmieni całe jego życie.

Mój pradziadek szczególnie upodobał sobie delikatne rumaki z Arabii.

Kowal był wyraźnie w dobrym nastroju i radośnie witał pana hrabiego. Biedak nie miał pojęcia, jak krótko potrwa jego szczęście. Nie był już młody, całkiem niedawno pochował żonę, a tu „gęba się śmieje od ucha do ucha”. „Chyba niedługo będę prosił Jaśnie Pana o błogosławieństwo, żenić mi się chce”.

Zdziwił się Adam – młodzi ludzie zazwyczaj nie rozumieją, że „w starym piecu diabeł pali”. „A kogóż to kowal powiedzie do ołtarza, może wdowę po Macieju ze stajni?”. „E, nie, Jaśnie Pan nie uwierzy, jako i ja nie wierzę, że może jeszcze syna się dochowam. Mam tu taką dziewkę. Młoda, silna i urodna, jeno po naszemu nic nie gada”. „Co? Niemowa?”, zdziwił się Adam. „Mowa, mowa, tylko nie po naszemu. Po tatarsku tylko jakby grucha, bo ona nie nasza, jeno tatarska”.

Nie zdążył Adam spytać, skąd kowal wytrzasnął tatarską narzeczoną, bo z kuźni wyszła owa „niemowa”. Trochę przestraszona, nie wyglądała na szczęśliwą. Czarne jak węgiel włosy odgarniała z czoła, a w oczach równie czarnych zobaczył Adam smutek i bunt. Była tak piękna, że nie można było oczu oderwać. Nie miała więcej niż piętnaście lat, a w twarzy tyle dumy i godności. Obyty w świecie arystokrata teraz słowa nie mógł z siebie wydusić. Zakręcił się, coś bąknął, wskoczył na konia i odjechał. Od tej chwili nie przestawał myśleć o tajemniczej narzeczonej kowala. Pewnie nawet przed samym sobą trudno mu było się przyznać, że jest na zabój zakochany. Wszystko przemawiało za tym, że jego uczucie skazane jest na niepowodzenie. Dzieliła ich przepaść kulturowa. W tamtych czasach taki związek mógł zaistnieć tylko w zaciszu alkowy, ale Adamowi nie o to chodziło.

Nie było komu się zwierzyć z szalonej miłości. Nie wiedział, czy może liczyć na przychylność dziewczyny. Nie mógł patrzeć na roześmianą gębę kowala, więc podkradał się opłotkami i podglądał, jak „niemowa” krząta się po kowalskim obejściu. Szybko przekonał się, że może liczyć na jej wzajemność. Serce zabiło mu mocniej. Nie zastanawiał się ani przez chwilę, porwał dziewczynę. Za jej zgodą oczywiście.

Niełatwo było ukryć, że dziewczyna jest w Falemiczach, tym bardziej że Adam sprowadził rozlicznych nauczycieli, którzy zajęli się edukacją Tatarki. Pierwszą osobą dopuszczoną do tajemnicy był ksiądz. Ochrzcił dziewczynę imieniem Ewa i zajął się jej religijnym wykształceniem. Nauka polskiego, francuskiego, dobrych manier, gry na fortepianie trwała cztery lata. Na szczęście jazdy konnej nie trzeba jej było uczyć.

Ewa była bardzo bystra. Szybko opanowała język polski, nauczyła się pisać i czytać. Francuski też szybko przyswoiła. Powoli stawała się damą. Kiedy skończyła dziewiętnaście lat, ten sam ksiądz, który ją ochrzcił, zapytał, już na stopniach ołtarza, czy ślubuje miłość i wierność Adamowi. Odpowiedziała bez namysłu „tak”. Adam powtórzył za nią jak echo. Zostali mężem i żoną z prawdziwej miłości.

Ślub był o tyle dziwny, że nie zjawił się nikt z rodziny panny młodej – co zrozumiałe, ale i ze strony pana młodego nie było prawie nikogo. Rodzina Ledóchowskich nie potrafiła zaakceptować wyboru Adama. Pomimo to wesele było huczne i wszyscy dobrze się bawili. Podobno na weselu był nawet kowal, któremu Adam już wcześniej sowicie wynagrodził powetowaną, jak się okazało, stratę.

Z czasem rodzina Adama dała za wygraną. Ewa stanęła na wysokości zadania i weszła w rolę prawdziwej pani na Falemiczach. Przyszło jej to tym łatwiej, że Adam nie tyle kochał, ile uwielbiał swoją żonę. To był rzadko spotykany i ze wszech miar udany związek. Byli nierozłączni. Nawet podczas szalonych przejażdżek bryczką, kiedy Adam nie mógł ani na chwilę puścić lejców, Ewa przypalała mu papierosa i wtykała w usta. O dziwo, nigdy się nie wywrócili, choć pędzili przez pola z tatarsko-ułańską fantazją.

 

Adam nie tyle kochał, ile uwielbiał swoją żonę. Moi pradziadkowie – Ewa i Adam Halka-Ledóchowscy, 1932.

Adam i Ewa dochowali się dwójki dzieci.

Jest rok 1908. Akurat rodzi się moja babcia Irena, a Adam szaleje z niepokoju o cierpiącą żonę.

Dziecko było spore i poród trochę się przedłużał. Lekarz i położna opiekowali się rodzącą, a Adam biegał w tę i z powrotem po schodach. Parł i jęczał głośniej niż Ewa. Ciągle nękał lekarza pytaniami, co ma zrobić, aby ulżyć żonie. Mówił, że chce cierpieć tak samo jak ona. Zirytowany lekarz, aby mieć święty spokój, podał mu parasol i powiedział: „Jeśli Jaśnie Pan hrabia umieści to w swoich trzewiach, otworzy i spróbuje wyjąć, poczuje Pan hrabia to, co szanowna pani hrabina teraz”. Adam zemdlał. Wkrótce do pełnej świadomości przywrócił go głośny płacz małej Irenki.

Za parę lat, przy następnym porodzie, było już łatwiej. Urodził się Leoś. Już bez histerycznej pomocy ojca.

Dzieci rosły zdrowo i dorosły. W latach dwudziestych ubiegłego wieku Irena była już panną na wydaniu i przyszedł czas, by pomyśleć o do brej partii dla pięknej hrabianki ze skazą tatarsko-polskiego mezaliansu. W tamtych czasach nie zapominano o tym, „kto kogo rodził”.

Adam i Ewa dochowali się dwójki dzieci. Irena (moja babcia) i jej brat Leon, Żytomierz 1915.

Mała dygresja: tym powiedzonkiem posługiwała się często szwagierka i przyjaciółka mojej drugiej babci – Janiny (Beby), mamy mojej mamy. Ciocia Zosia, bo tak jej było na imię (chrzestna matka mojej mamy, też Zofii), kiedy przedstawiano jej młodego człowieka, pytała: „Kto pana rodził?”. Było to w czasach mojej młodości, czyli w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, i tego typu pytanie zawsze wywoływało pełną konsternację u nieszczęśnika. Zazwyczaj, jąkając się, odpowiadał: „m… mama”.

Tak więc mama babci Ireny nie była w tamtych czasach „upoważniona” do rodzenia hrabianek. Nic nie pomogło, że żona przyjmuje tytuł od męża ani że córka dziedziczy tytuł po ojcu. Takie były czasy i takie obyczaje.

Ślub moich dziadków: Ireny Ledóchowskiej i Piotra Sumińskiego. Obok Piotra jego matka Sabina Sumińska, 2° Jasieńska, z domu Oczosalska,1932. Prababcia Ewa Ledóchowska, ok. 1912.

Choć babcia Irena była hrabianką, i to bardzo bogatą, to jednak miała skazę w postaci matki niskiego stanu. A czas upływał nieubłaganie – nie można było dopuścić, aby Irena wyszła za mąż za kogoś z niższym niż hrabiowski tytułem. Niełatwo jednak znaleźć wśród arystokracji kogoś, kto zaryzykowałby utratę pozycji towarzyskiej dla takiego mariażu. Nie każdy był Adamem Ledóchowskim.

Prababcia Ewa Ledóchowska, 1963.

Hrabia „gołodupiec”

Babcia Irena, hrabina Leszczyc-Sumińska, żyje do dziś. Ma sto lat. Jest wdową od dawna. Jej mąż, mój ukochany dziadziuś Piotr, odszedł – nie z powodu gruźlicy, na którą chorował bardzo długo bez zdiagnozowania. Nie przyczyniły się do tego miliony wypalonych papierosów ani siedem, tak – siedem, zawałów serca. W wieku osiemdziesięciu kilku lat dziadziuś złamał nogę i unieruchomienie zabiło go w ciągu trzech miesięcy. To był rok 1987.

Dziadek Piotr był dla mnie kimś niesłychanie ważnym. Jestem pewna, że to on zaszczepił we mnie głód wiedzy przyrodniczej. Wart jest oddzielnej książki. Już jego wygląd wiele o nim mówił. Wysoki, o szlachetnych rysach, zawsze elegancki, zawsze pod muszką. Nigdy nie widziałam dziadzia w niedbałym stroju. Nigdy nie słyszałam z jego ust wulgaryzmu. Miał ogromną wiedzę przyrodniczą. Jego publikacje dotyczące europejskich zwierząt łownych do dziś nie mają sobie równych. Znał biegle, w mowie i piśmie, kilka języków, z łaciną i greką włącznie. Był najwspanialszym gawędziarzem, jakiego kiedykolwiek dane mi było słuchać. Z wykształcenia leśnik, z zamiłowania „człowiek lasu”, myśliwy i jeździec – Piotr Paweł Stefan Marcin Maria hrabia Sumiński herbu Leszczyc. W 1932 roku ożenił się z Ireną Ledóchowską.

Państwo młodzi – Irena i Piotr Sumińscy, moi dziadkowie, 1932.

To była już zupełnie inna historia.

Tu zabrakło najważniejszego – miłości. Nie wiem, jak Adam i Ewa mogli zapomnieć o swoim płomiennym uczuciu, kiedy popchnęli córkę w ramiona człowieka, którego niewiele znała i którego nie kochała. Dlaczego moja druga prababka ze strony ojca – hrabina Sabina Sumińska, z domu Oczosalska, herbu Paprzyca, kobieta jak na lata dwudzieste niezwykle światła i postępowa, ożeniła syna z właściwie nie znaną mu kobietą?

Wnioski nasuwają się same. Pierwszy to taki, że dzieci Sumińskich i Ledóchowskich były bardzo posłuszne rodzicom,a drugi, że chodziło o „pieczeń”, którą , obie rodziny przy okazji tego ślubu zamierzały upiec.

Hrabina Sabina Sumińska, z domu Oczosalska,herbu Paprzyca, moja prababka ok. 1900.

Hrabia Artur Edward Sumiński, herbu Leszczyc, mój pradziadek,ok. 1900.

Młodziutki Piotr Sumiński, tak jak pozostali trzej bracia, był we władaniu silnej i apodyktycznej matki. Prababka Sabina należała do kobiet ze wszech miar niezwykłych. W tamtych czasach nawet kobiety wysoko urodzone rzadko były tak wykształcone jak ona. Urodziła się w 1881 roku. Jako absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego, została wykładowcą języków obcych (angielskiego, niemieckiego, francuskiego, hiszpańskiego i włoskiego) w swojej Alma Mater i na innych uczelniach, między innymi na Sorbonie.

Sabina Sumińska z synami:od lewej – Albert, Artur, Piotr (mój dziadek), ok. 1911. Mój pradziadek chorował na gruźlicę, która w tamtych czasach, zbierała śmiertelne żniwo. Nie oszczędziła i jego– zawiadomienie o śmierci.

Wysoka i dumna emancypantka budziła respekt, ale nie u wszystkich. Nie przestraszył się jej Artur

Edward hrabia Sumiński herbu Leszczyc. Wykształcona panna była mu przychylna i zostali małżeństwem. Z tego związku urodziło się trzech synów – najstarszy Albert oraz, w roku 1908, bliźnięta: Artur i Piotr, mój dziadek.

Mąż Sabiny chorował na gruźlicę, która w tamtych czasach zbierała śmiertelne żniwo. Nie oszczędziła i jego. Sabina została wdową w finansowych tarapatach. Leczenie męża było nie tylko mało skuteczne, ale i bardzo kosztowne, a rodzina, choć arystokratyczna, nie należała do najbogatszych. Na szczęście Sabina niedługo pozostawała sama. Wyszła za mąż po raz drugi za doktora medycyny o nazwisku Jasieński. Doczekali się jednego syna – Stanisława.

Sabina Sumińska, 2° Jasieńska, z synami: najstarszym Albertem, bliźniakami Arturem i Piotrem Sumińskimi oraz najmłodszym Stasiem Jasieńskim, Podkamień, 1926.

Niestety historia powtórzyła się i gruźlica zabrała prababce drugiego męża. Sabina była bardzo dzielna. Pracowała i nie szczędziła środków na edukację czterech synów. Trzymała ich krótko, wychowała i wykształciła znakomicie.

W końcu lat dwudziestych trzej najstarsi synowie są już dorośli. Mają świetne pochodzenie i wykształcenie, ale fortuna im nie sprzyja, a tu trafia się znakomita okazja do poprawienia sytuacji finansowej choćby jednego z nich. Dlaczego padło na Piotra, nie wiadomo. Może on jeden nie miał jeszcze swojej wybranki?

Wesele odbyło się w Falemiczach. Ledóchowscy nie szczędzili środków. Panna młoda otrzymała w posagu ogromny majątek. Stała się teraz hrabiną bez skazy. Nie ma wątpliwości, że zarówno Irena, jak i Piotr nie czuli do siebie tego, o czym marzą młodzi ludzie. Były to zupełnie inne czasy i ludzie byli inni, obowiązywała kindersztuba. Mimo to moi dziadkowie okazali się wzorowym małżeństwem. Ani ich dzieci, ani wnuki nigdy nie słyszały, by między nimi doszło do kłótni czy nawet do jakiejkolwiek różnicy zdań. Przypuszczam, że z czasem naprawdę się pokochali. Najdziwniejsze było to, że prababcia Ewa, sama kiedyś biedna jak mysz kościelna, nigdy nie wybaczyła swojemu zięciowi kiepskiego stanu portfela. Byłam wtedy małą dziewczynką – prababcia zmarła w roku 1964, gdy miałam 7 lat – ale doskonale ją pamiętam.

Irena i Piotr Sumińscy, moi dziadkowie, w ogródku na Saskiej Kępie, 1986.

Dziadek Piotr umiał i lubił opowiadać, niezwykle barwnie, nakręcając się własną opowieścią, gestykulował i robił miny. Kiedy wszyscy wokoło gapili się na dziadzia z rozdziawionymi ustami, prababcia szeptała pod nosem „hrabia gołodupiec”.

Tumin

Tumin znam tylko ze zdjęć i opowieści rodzinnych; tam urodził się mój ojciec Edward – pierworodny syn Piotra i Ireny. Wszystko zostało za wschodnią granicą. Często myślę, co czuli ludzie, zostawiając za sobą dorobek życia przodków, swoje ukochane konie, krowy, jabłonie i zapach domu?

Adam i Ewa podarowali córce Tumin – majątek ze starą, już wtedy zabytkową leśniczówką, w której Józef Ignacy Kraszewski pisał Starą baśń. Dziadek Piotr dobudował do leśniczówki pokaźny dwór, ale i tak stary drewniany budynek był centralnym i najważniejszym miejscem w nowym domu Sumińskich. To tu przyjmowano gości, biesiadowano i omawiano ważne rodzinne sprawy. To tu po naradzie podjęto decyzję, że mój ojciec urodzi się w Krakowie, w najlepszej wówczas klinice położniczej. Zanim jednak do tego doszło, Tumin zdążył zadziwić okolicę.

Dziadziuś chciał zaimponować swoim teściom. Myślę, że nie najlepiej czuł się jako „gołodupiec” i postanowił pokazać wszystkim, jak bardzo zasługuje na miano ziemianina. Był nie tylko ambitny i wykształcony, ale miał dużą wiedzę przyrodniczą i talent do gospodarowania. Założył jabłoniowy sad. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ale cenne odmiany jabłoni rosły w lesie. Pośród prastarego lasu, między sosnami i jałowcami, dziadek zasadził sprowadzone z zagranicy sadzonki szlachetnych odmian jabłoni. Wszyscy się dziwili i nie wierzyli w sukces tego przedsięwzięcia. Ale w niedługim czasie okazało się, że jabłek równych tumińskim nie ma w okolicy, a nawet jeszcze dalej. Przyjeżdżali sadownicy z dalekich stron, aby podpatrzyć i naśladować dziadka, a on puchł z dumy.

Tumin – majątek ze starą, zabytkową leśniczówką, w której Józef Ignacy Kraszewski pisał Starą baśń.

Częstym gościem w Tuminie był przyjaciel Piotra, legenda fotografii przyrodniczej, Włodzimierz Puchalski. Pan Włodzimierz był bardzo wysoki i zawsze nabijał sobie guza w niskich drzwiach leśniczówki, ale to nie przeszkadzało mu pokochać Tumin i bogatą w obiekty fotograficzne okolicę. Kiedyś przyjechał specjalnie, by uwiecznić moment opuszczania gniazda przez młode gągoły. Gągoły to takie niezwykłe kaczki, które wybierają na gniazda dziuple, na przykład po dzięciole czarnym. Pisklęta wyskakują z dziupli nawet z dużej wysokości, jeżeli z zewnątrz zawoła je matka. Właśnie na tę chwilę polował z aparatem nasz wielki fotograf przyrody. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że Włodzimierz Puchalski był absolutnie oddany swojej pracy i hobby w jednym. Potrafił tygodniami żyć jak Robinson Crusoe, aby „złapać” ten jedyny moment z życia przyrody.

Częstym gościem w Tuminie był przyjaciel Piotra, Włodzimierz Puchalski.

W tym przypadku sprawa wydawała się prosta. Znane było miejsce gniazdowania gągoła, a poczynione przez leśnika obserwacje gwarantowały sukces. Pan Włodzimierz wy- szedł rano, zabierając tylko kilka pomarańczy. Był pewny, że wróci na obiad. Zabronił komukolwiek tropić go po śladach. Bał się spłoszyć ptaki. Przepadł na trzy dni. Najpierw zjadł pomarańcze, potem skórki. Wrócił głodny jak wilk, ale szczęśliwy. Na zdjęciach uwiecznił kaczęta gągoła wypadające z dziupli jak ulęgałki. Były to chyba pierwsze w Europie fotografie podpatrujące wyczyn tych niezwykłych kaczątek i pochodziły właśnie z Tumina.

 

W Tuminie stawiał pierwsze kroki nie tylko pierworodny syn Ireny i Piotra, mój ojciec, Edward Hubert Stanisław Maria hrabia Sumiński, ale także jego siostra Maria, zwana Miją.

W Tuminie stawiał pierwsze kroki Edward Hubert Stanisław Maria hrabia Sumiński (mój ojciec), a także jego siostra Mija, 1936.

Ojciec urodził się w październiku 1933 roku i stał się ukochanym wnukiem Adama i Ewy. Pradziadek Adam był bardzo surowy wobec własnych dzieci, ale kiedy wziął na ręce Edzia, zwariował. Edzio był częstym gościem w Falemiczach. Jego dziadkowie najchętniej porwaliby go na stałe. W Falemiczach panowały surowe zwyczaje i dzieciom nie wolno było na przykład wchodzić do gabinetu Adama, ale wszystko się zmieniło, gdy na świat przyszedł pierworodny wnuk. Adam sadzał Edzia na środku swojego wielkiego biurka i pozwalał mu bawić się wszystkim, co mu wpadło w ręce. Śmiał się, gdy malec zrzucał z hukiem przyciski do papieru, i mawiał: „To wszystko twoje, Edziuniu”. Niestety, ani Falemicze, ani Tumin nie zostały w rękach spadkobierców rodziny Ledóchowskich i Sumińskich. Siedem lat później wybuchła wojna i poddała tragicznej próbie ludzi i miejsca.