ZauroczenieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Przypisy

Tytuł oryginału: FALLING IN LOVE

Opracowanie redakcyjne: ANNA KOŁAT

Korekta: JOLANTA SPODAR, JANINA ZGRZEMBSKA

Projekt okładki: TOMASZ LEC

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © 2015 by Donna Leon and Diogenes Verlag AG Zürich

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2019, Noir sur Blanc, Warszawa

All rights reserved

ISBN 978-83-7392-642-4

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Ady Pesch

Le voci di virtù

Non cura amante cor, o pur non sente.

Kochające serce nie zwraca uwagi na głos cnoty

ani go nie słyszy.

Rodelinda

Georg Friedrich Händel

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Kobieta klęczała nad swoim ukochanym, z twarzą i całym ciałem zesztywniałymi z przerażenia, wpatrując się w krew na swojej dłoni. On leżał na wznak z ręką wysuniętą w taki sposób, jakby błagał, żeby coś mu dała – być może jego życie. Dotknęła piersi mężczyzny, nakłaniając go, żeby wstał i żeby mogli się stamtąd wydostać. On jednak się nie poruszył. Kobieta potrząsnęła nim jak śpiochem, który nie ma ochoty zwlec się z łóżka.

Odruchowo przytknęła czerwoną od krwi dłoń do ust, aby stłumić okrzyk. Wiedziała, że musi być cicho; nie mogła pozwolić, by dowiedzieli się, że tu jest. Po czym groza zatriumfowała nad ostrożnością i kobieta wiele razy wykrzyknęła imię mężczyzny. Powtarzała w myślach, że on nie żyje i że wszystko skończone, w ten jakże krwawy sposób.

Spojrzała tam, gdzie wcześniej trzymała dłoń, i dostrzegła wybroczyny. Jak to możliwe, że z tak małych ran wypłynęło tyle krwi? Otarła usta drugą dłonią i ta zabarwiła się na czerwono. Widząc krew, zatrwożona, znowu wymówiła jego imię. Wszystko skończone, wszystko skończone. Wypowiedziała je ponownie, tym razem głośniej. On jednak nie mógł już jej usłyszeć ani odpowiedzieć. Bezwiednie pochyliła się, żeby go pocałować, chwyciła mężczyznę za ramiona w daremnej próbie tchnięcia weń odrobiny życia, lecz dla nich obojga życie już się skończyło.

Z lewej strony kobiety dobiegł głośny krzyk przywódcy zabójców jej ukochanego. Położyła dłoń na piersi. Strach odebrał jej mowę, zdołała jedynie jęknąć niczym boleśnie zranione zwierzę. Obróciła głowę i wtedy ich zobaczyła. Słyszała krzyki, lecz nie miała pojęcia, co mówią. Teraz, kiedy on nie żył, poczuła tylko nagły strach o siebie i lęk przed tym, co mogli jej zrobić.

Wstała i odsunęła się od niego; nie było odwrotu. Zginął i wszystko przepadło: cała nadzieja i wszystkie obietnice, które stały się teraz wygasłe i nierealne.

Zabójcy – czterech po lewej stronie i jeszcze pięciu następnych po prawej – wyszli na zaśmiecony dach, na którym doszło do morderstwa. Przywódca grupy coś krzyknął, ale kobieta nie była już w stanie usłyszeć ani jego, ani kogokolwiek czy czegokolwiek innego. Wiedziała jedynie, że musi uciekać, lecz oni zagrodzili jej drogę z obu stron. Odwróciła się i ujrzała za sobą krawędź dachu; w zasięgu jej wzroku nie było innych budynków – nie miała dokąd uciec ani gdzie się ukryć.

Miała wybór, ale był on tak naprawdę pozorny: szybka śmierć była lepsza niż to, co właśnie stało się z nim lub co z pewnością stałoby się z nią, gdyby wpadła w ich ręce. Gdy biegła ku krawędzi dachu, potknęła się raz i drugi, ale po chwili z niespodziewaną gracją wskoczyła na wystający rant i spojrzała przez ramię na biegnących w jej stronę mężczyzn.

– O Scarpia, avanti a Dio! – zawołała, po czym odwróciła się i skoczyła.

Muzyka zamarła, a potem rozbrzmiewała jeszcze przez chwilę, jak zawsze pod koniec tego nędznego, słabiutkiego horroru. Następnie na długi moment zapadała cisza, a do oszołomionych widzów dotarło, co właśnie usłyszeli i zobaczyli. Od czasów Callas – czyli od pięćdziesięciu lat – nie słyszano i nie widziano niczego podobnego do tej Toski. Przecież w rzeczywistości Tosca zabiła Scarpię, szefa policji, czyż nie? A jej ukochanego zastrzeliły te kreatury w mundurach. A ona naprawdę skoczyła do Tybru. Na Boga, ta kobieta umiała grać, a nawet więcej – umiała śpiewać. To jest całkowicie realne: zabójstwo, pozorowana egzekucja, która okazuje się prawdziwa, oraz końcowy skok Toski, kiedy już nic nie zostało i nie miała nic do stracenia. To romantyczne banialuki, całość przekracza wręcz granice parodii, tylko dlaczego w takim razie widzowie siedzą, klaszczą i wrzeszczą jak opętani?

Kurtyna powoli się rozsunęła i na środek wyszła Flavia Petrelli. Miała na sobie suknię czerwieńszą niż krew oraz tiarę, która najwyraźniej ocalała po skoku do rzeki. Spojrzała na widownię i na jej twarzy pojawił się pełen niedowierzania zachwyt. „To z mojego powodu cały ten zgiełk?”. Jej usta rozchyliły się w szerokim uśmiechu, a dłoń – jakimś cudem niezabrudzona krwią lub czymś, co miało ją przypominać – powędrowała na obnażony dekolt i spoczęła na rozemocjonowanym sercu, jakby trzeba było je zmusić do pozostania na miejscu.

Oderwała rękę od piersi i – chłonąc falę braw – wyciągnęła przed siebie ramiona tak, że można było odnieść wrażenie, iż pragnie objąć wszystkich widzów. Po chwili obie ręce trafiły z powrotem na dekolt i artystka pochyliła się z wdziękiem, na wpół kłaniając się, na wpół klękając. Aplauz się wzmógł, słychać było głosy kobiet i mężczyzn krzyczących: brava lub – w przypadku tych, którzy byli ślepi lub nie byli Włochami – bravo. Chyba nie miała nic przeciwko temu, jeśli tylko dalej wyrażali głośno swój zachwyt. Ukłoniła się jeszcze raz, po czym uniosła twarz, jakby pragnęła ją skąpać w kaskadzie oklasków.

Pierwsza, długa róża, żółta niczym słońce, spadła tuż przed nią. Śpiewaczka mimowolnie cofnęła stopę, jakby się bała, że zrobi kwiatu krzywdę albo że jej samej coś się stanie. Po czym schyliła się, by podnieść różę ze sceny. Zrobiła to tak wolno, że jej ruchy wydały się wystudiowane, nieomal wyćwiczone. Przycisnęła kwiat do piersi i skrzyżowała na nim dłonie. Uśmiech kobiety na jego widok lekko zbladł – „To dla mnie? Dla mnie?” – ale twarz, zwrócona w stronę górnych balkonów, promieniała radością.

 

Róże nadal spadały, jakby przyzywane reakcją Petrelli: najpierw dwie, potem trzy następne, rzucane osobno z prawej strony, później kolejne, aż w końcu u jej stóp leżały dziesiątki kwiatów, upodobniając ją do Joanny d’Arc. Gąszcz różanych płomieni sięgał jej kostek, a nawet wyżej.

Flavia uśmiechała się, słysząc owacje. Ponownie się ukłoniła, cofnęła i zniknęła za kurtyną. Kilka chwil później ukazała się znowu, trzymając za rękę swojego żywego ukochanego. Na widok tenora oklaski się nasiliły, jak wcześniej krzyki pachołków Scarpii, narastając do poziomu szaleństwa, do którego jakże często doprowadzało widownię pojawienie się przystojnego młodego śpiewaka, który brał lekko wszystkie wysokie tony i nie szczędził ich w swoim śpiewie. Oboje spoglądali nerwowo pod nogi, próbując nie wchodzić na dywan z róż, po chwili jednak zrezygnowali z tych prób i rozgniatali kwiaty stopami.

Brzmienie owacji podpowiedziało Flavii, że teraz to jemu biją brawo. Zareagowała więc instynktownie, zrobiła krok do tyłu i przyłączyła się do oklasków, wysoko podnosząc dłonie. W chwili gdy brawa zaczęły słabnąć, stanęła u boku tenora, ujęła go za rękę i wsparła się na nim, a następnie po przyjacielsku cmoknęła w policzek, tak jak całuje się brata bądź dobrego kolegę. On z kolei chwycił jej dłoń i podniósł nad głowę, jakby sygnalizował, kto jest zwycięzcą w tej rywalizacji.

Śpiewak cofnął się o krok, żeby zrobić jej miejsce na scenie, depcząc kolejne róże, ale Petrelli wymknęła się już za kulisy. On podążył za nią. Po chwili wskrzeszony Scarpia, w brokatowym żakiecie nadal pokrytym karmazynowymi plamami, wyszedł przed kurtynę i przesunął się w prawo, unikając stąpania po różach. Ukłonił się raz, potem znowu, i skrzyżował ręce na zakrwawionej piersi, żeby okazać wdzięczność.

Następnie sięgnął za kotarę i wyciągnął stamtąd Flavię, która drugą ręką trzymała młodego tenora. Scarpia poprowadził w tanecznej procesji dwójkę zmartwychwstałych bohaterów dalej w prawo, rozgniatając leżące na scenie kwiaty; Flavia muskała je brzegiem sukni. Podnieśli złączone dłonie, kłaniając się razem; twarz każdego z nich była równie zadowolona – rozpromieniona radością i poczuciem wdzięczności za wyrazy uznania ze strony widowni.

Flavia uwolniła się od dwóch mężczyzn i znowu wymknęła za kurtynę, tym razem po to, by wyłonić się zza niej w towarzystwie dyrygenta. Był on najmłodszą osobą na scenie, ale opanowaniem dorównywał starszym kolegom. Ruszył naprzód, nie zwracając uwagi na róże, i obrzucił wzrokiem publiczność. Uśmiechnął się i ukłonił, po czym gestem kazał powstać orkiestrze, by ta odebrała swoją porcję podziękowań. Ukłonił się ponownie, cofnął i stanął między Flavią a tenorem. Postąpili we czworo do przodu i ukłonili się raz, i drugi, zadowoleni i wdzięczni. Natężenie owacji minimalnie się zmniejszyło, więc wyczulona na takie sygnały Flavia pomachała radośnie do publiczności, jakby miała zaraz wsiąść do pociągu lub na statek, po czym wyprowadziła swoich kolegów za kulisy. Brawa osłabły, a gdy artyści nie pojawili się ponownie, powoli umilkły. Na koniec z pierwszego balkonu rozległ się męski okrzyk Evviva Flavia!, który wywołał wprawdzie trochę gwałtownych oklasków, ale po chwili zapadła cisza przerywana jedynie szmerem rozmów, gdy widzowie posuwali się powoli do drzwi.

Rozdział 2

Gra dobiegła końca. Flavia bez słowa pozostawiła trzech mężczyzn i ruszyła w kierunku swojej garderoby. Tenor spojrzał za nią takim samym wzrokiem, jaki ożywiał twarz Cavaradosiego, gdy ten myślał o jej dolci baci, o languide carezze, których utrata byłaby gorsza niż śmierć. Scarpia wyjął telefonino, żeby zadzwonić do żony i powiedzieć jej, że za dwadzieścia minut będzie w restauracji. Dyrygent – który od Flavii oczekiwał jedynie tego, by przestrzegała jego tempi i dobrze śpiewała – opuścił kolegów, skinąwszy w milczeniu głową, i skierował się do własnej garderoby.

W połowie korytarza obcas Flavii zaplątał się w brzeg jej szkarłatnej sukni i diwa poleciała do przodu. Od upadku ustrzegła się tylko dzięki temu, że napotkała na swej drodze jedną z pomocnic garderobianej. Młoda kobieta wykazała się zaskakującą siłą i szybkim refleksem: chwyciła śpiewaczkę w ramiona i zdołała utrzymać jej ciężar oraz pęd, nie dając się przewrócić na ziemię.

Gdy tylko Flavia odzyskała równowagę, wyswobodziła się z objęć młodej kobiety, pytając:

– Nic ci się nie stało?

– Nie ma o czym mówić, signora – odparła pomocnica, masując sobie bark.

Flavia dotknęła jej ręki i powiedziała:

– Dziękuję, że mnie złapałaś.

– Zrobiłam to odruchowo, po prostu panią chwyciłam – wyjaśniła kobieta, po czym dodała po chwili: – Nie sądzi pani, że na dziś wieczór jeden upadek wystarczy?

Flavia skinęła głową, jeszcze raz podziękowała i ruszyła dalej korytarzem do garderoby. Już miała otworzyć drzwi, ale zatrzymała się, czując, że drży. Była to opóźniona reakcja na powstrzymany w ostatniej chwili upadek oraz na zastrzyk adrenaliny, którego zawsze dostarczały występy na scenie. Wiedząc, że robi jej się słabo, oparła rękę o framugę i zamknęła oczy. Minęło kilka chwil. Wreszcie zmobilizowały ją głosy dolatujące z drugiego końca korytarza, otworzyła więc drzwi i weszła do garderoby.

Róże tutaj, róże na scenie, róże wszędzie. To robiło wrażenie. Na widok kwiatów w wazonach, zajmujących każdy skrawek powierzchni, Flavia wstrzymała oddech. Zamknęła za sobą drzwi. W bezruchu przyglądała się morzu żółtych płatków, a jej niepokój wzmógł się, kiedy zauważyła, że wazony nie są zwykłymi pojemnymi naczyniami, które w większości teatrów trzymano na takie okazje. Zwykle były one wyszczerbione, a nawet zapaćkane farbą, nieraz wzięte z rekwizytorni w celu wykorzystania tam, gdzie nie rzucały się w oczy.

– Oddio – mruknęła, robiąc krok w tył. W tym momencie w drzwiach stanęła jej garderobiana, ciemnowłosa kobieta na tyle wiekowa, że mogłaby być matką dziewczyny, która uratowała ją przed upadkiem. Jak po każdym przedstawieniu przyszła zabrać kostium i perukę Flavii z powrotem do magazynu.

– Czy widziałaś, Marino, kto przyniósł te kwiaty? – ośmieliła się zapytać Flavia. Wykonała niejednoznaczny ruch ręką i przesunęła się, aby wpuścić kobietę do środka.

– O, che belle! – wykrzyknęła na widok róż Marina. – Ileż one musiały kosztować! Jest ich co najmniej kilkaset. – Ona również zauważyła wazony: – A skąd one się tu wzięły?

– Nie są z teatru?

Marina pokręciła głową.

– Nie. Nic takiego nie mamy na stanie. Są prawdziwe. – Widząc zdziwienie na twarzy Flavii, wskazała na wysoki wazon w białe i przezroczyste prążki. – To znaczy szklane. Ten jest zrobiony przez Veniniego – dodała. – Lucio tam kiedyś pracował. Poznaję.

– Nie rozumiem – odparła Flavia, zastanawiając się, po co w ogóle poruszała ten temat. Odwróciła się plecami do garderobianej i zapytała: – Możesz rozpiąć mi zamek?

Kobieta pomogła jej zdjąć kostium i buty. Flavia ściągnęła szlafrok z oparcia krzesła i usiadła przed lustrem, po czym niemal bezwiednie zaczęła ścierać grubą warstwę makijażu. Marina powiesiła suknię na drzwiach i stanęła za Flavią, żeby pomóc jej zdjąć perukę. Wsunęła pod nią palce i ściągnęła z głowy, to samo zrobiła z gumowym czepkiem zasłaniającym włosy. Gdy tylko Flavia uwolniła się od ciasnego czepka, zatopiła palce we włosach i przez całą minutę drapała się, wzdychając z ulgą i przyjemnością.

– Wszyscy mówią, że nie ma nic gorszego – zauważyła Marina. – Peruka. Nie wiem, jak wy to znosicie.

Flavia przeczesała palcami włosy kilka razy, wiedząc, że w przegrzanym pomieszczeniu szybko wyschną. Były krótkie jak u chłopca i między innymi dlatego tak rzadko rozpoznawano ją na ulicy. Jej wielbiciele pamiętali ze sceny długowłosą piękność, a nie tę kobietę z krótkimi, kręconymi włosami, przyprószonymi siwizną. Pomasowała głowę jeszcze mocniej i w miarę jak włosy schły, czuła coraz większą ulgę.

Zadzwonił telefon. Odebrała dość niechętnie, rzucając swoje nazwisko do słuchawki, w której usłyszała męski głos:

– Czy może mi pani powiedzieć, signora, jak długo jeszcze zostanie pani w garderobie?

– Pięć minut – odparła jak zawsze, bez względu na to, czy miało jej to zająć tyle czasu, czy pół godziny więcej. Poczekają. – Dario, kto przyniósł te kwiaty? – zapytała, zanim zdążył się rozłączyć.

– Przywieziono je łodzią.

Cóż, skoro znajdowali się w Wenecji, nie mogły trafić tu w żaden inny sposób, ale Flavia nie skomentowała tego, tylko zapytała:

– Czy wiesz, kto je przysłał? Czyja to była łódź?

– Nie wiem, signora. Zjawili się dwaj mężczyźni, którzy wszystko zostawili przed drzwiami teatru – wyjaśnił, a po chwili dodał: – Łodzi nie widziałem.

– Podali jakieś nazwisko?

– Nie, signora. Myślałem, że... cóż, myślałem, że skoro jest ich tyle, będzie pani wiedziała, od kogo one są.

– Pięć minut – powtórzyła Flavia, ignorując tę ostatnią uwagę, i odłożyła słuchawkę. Marina zabrała ze sobą suknię oraz perukę i wyszła, pozostawiając Flavię samą w ciszy garderoby.

Petrelli spojrzała na swoje odbicie w lustrze, chwyciła garść chusteczek i dopóty wycierała nimi twarz, dopóki nie usunęła prawie całej charakteryzacji. Pamiętając, że przy wyjściu będą czekali na nią ludzie, podkreśliła oczy tuszem do rzęs i zamaskowała oznaki zmęczenia odrobiną makijażu. Wzięła ze stołu szminkę i nałożyła ją starannie na usta. Ogarnęło ją znużenie. Przymknęła powieki, by poczekać, aż znowu poczuje przypływ energii. Po chwili otworzyła oczy i przyjrzała się leżącym na stole przedmiotom, po czym wyjęła z szuflady bawełnianą torbę na ramię i zgarnęła do niej wszystko: kosmetyki, grzebień, szczotkę oraz chustkę.

Nie przynosiła już do teatru – żadnego teatru – nic wartościowego. Kiedyś, w Covent Garden, ukradziono jej płaszcz; w Palais Garnier zniknął notes z adresami, jedyna rzecz zabrana z torebki, którą zostawiła w szufladzie. Komu, na litość boską, potrzebny był jej notes, a biorąc pod uwagę fakt, że miała go od wieków, kto byłby w stanie rozszyfrować ten miszmasz pokreślonych nazwisk i ulic, zaktualizowanych adresów mejlowych oraz numerów telefonicznych, zapewniających jej kontakt z innymi przedstawicielami tej dziwnej i „geograficznie nieustabilizowanej” profesji, którą uprawiała? Na szczęście większość danych miała też w swoim komputerze, lecz odzyskanie niektórych zajęło jej wiele tygodni. Potem, nie mogąc znaleźć notesu, który by się jej podobał, postanowiła zawierzyć komputerowi i modliła się, żeby żaden wirus ani awaria nie skasowały ukradkiem wszystkich zgromadzonych w nim na nowo adresów i telefonów.

Było to dopiero trzecie z przedstawień zaplanowanych w repertuarze, więc to, że przed wyjściem czekają ludzie, było rzeczą pewną. Flavia najpierw włożyła czarne rajstopy, a potem spódnicę i sweter, w których przyszła do teatru. Wsunęła nogi w buty, zarzuciła na siebie wyjęty z szafy płaszcz i owinęła szyję wełnianym szalem – czerwonym jak jej suknia z przedstawienia; Flavia często nazywała swoje szale hidżabami – bez szala nie mogłaby wyjść z domu.

Zatrzymała się w progu i jeszcze raz obrzuciła spojrzeniem garderobę, zadając sobie pytanie: czy tak wyglądają realia, które zastąpiły marzenia o sukcesie? Mały, bezosobowy pokój, używany przez pewien czas przez jedną osobę, a w następnym miesiącu przez inną; jedna szafa, lustro okolone – jak na filmach – żarówkami; bez wykładziny na podłodze; niewielka łazienka z prysznicem i umywalką. Koniec. Jeżeli ktoś to miał, był gwiazdą, przypuszczała kiedyś Flavia. Ona to miała, więc musi być gwiazdą. Czuła się jednak nie gwiazdą, lecz kobietą po czterdziestce – to wyznanie przychodziło jej z wielkim trudem – która właśnie harowała jak wół przez ponad dwie godziny, a teraz musiała iść i uśmiechać się do obcych ludzi, którzy chcieli posiąść jej cząstkę, chcieli być jej przyjaciółmi, powiernikami oraz, jak wiadomo, kochankami.

Ona zaś pragnęła jedynie pójść do restauracji i coś zjeść, wypić, a potem wrócić do domu, zadzwonić do obojga dzieci, żeby sprawdzić, jak się czują, i życzyć im dobrej nocy. Chciała też, gdy już zacznie opadać gorączka towarzysząca występowi i niepostrzeżenie wróci normalne życie, pójść do łóżka i przekonać się, czy zdoła zasnąć. Gdy znała bądź lubiła swoich kolegów współpracujących przy produkcji, cieszyła się na przyjemną kolację po przedstawieniu, na żarty i opowieści o agentach, menedżerach i dyrektorach teatrów – czyli na obcowanie z osobami, które wspólnie z nią doświadczały cudu wspólnego tworzenia muzyki. Jednak tutaj, w Wenecji, mieście, gdzie spędziła mnóstwo czasu i gdzie powinna znać wiele osób, nie miała ochoty obracać się w towarzystwie kolegów: barytona, mówiącego tylko o swoich sukcesach, dyrygenta, który nie darzył jej sympatią i nie potrafił tego ukryć, oraz tenora, który chyba się w niej zakochał – mówiąc to w duchu, spojrzała w lustro – z pewnością bez cienia zachęty z jej strony. Nie dość, że miał zaledwie dziesięć lat więcej od jej syna, to jeszcze był zdecydowanie zbyt niewinny, by interesować ją jako człowiek.

 

Kiedy tak stała, uświadomiła sobie, że skutecznie zapomniała o kwiatach. I o wazonach. Gdyby człowiek, który je przysłał, był przy wyjściu, powinna przynajmniej pokazać się z jednym bukietem.

– Do diabła z nim – powiedziała do kobiety w lustrze, która skinęła jej głową na znak zgody podyktowanej życiową mądrością.

Po raz pierwszy zdarzyło się to w Londynie, dwa miesiące wcześniej, po ostatnim spektaklu Nozze, gdy po pierwszym wywołaniu przed kurtynę i podczas wszystkich kolejnych spadł na nią deszcz pojedynczych żółtych róż. Potem na solowym recitalu w Sankt Petersburgu żółte róże spadły na scenę wśród dość wielu bardziej tradycyjnych wiązanek. Oczarowało ją to, że niektórzy Rosjanie, w większości kobiety, podchodzili po przedstawieniu pod scenę i wręczali jej bukiety kwiatów. Flavia lubiła widzieć oczy osoby, która ją obdarowywała lub mówiła coś miłego: było to, na swój sposób, bardziej ludzkie.

Następnie tutaj, w wieczór premiery, gdy dziesiątki róż spadły na scenę niczym żółty deszcz, chociaż po występie nie znalazła w garderobie ani jednej. Dziś wieczorem pojawiły się jednak znowu. Bez nazwiska, bez informacji, bez listu wyjaśniającego tak wyjątkowy gest.

Flavia grała na zwłokę. Nie chciała podejmować decyzji w sprawie kwiatów pod przymusem, nie chciała też iść i podpisywać programów ani prowadzić rozmów towarzyskich z nieznajomymi bądź – co czasem było jeszcze gorsze – z tymi fanami, którzy przychodzili na wiele spektakli i sądzili, że dzięki częstym wizytom mają prawo się z nią spoufalać.

Zarzuciła bawełnianą torbę na ramię i znowu przeczesała dłonią włosy, były suche. W głębi korytarza dostrzegła garderobianą.

– Marina! – zawołała.

– Sì, signora – odpowiedziała kobieta, podchodząc do Flavii.

– Gdybyście miały ochotę, ty i inne garderobiane, weźcie sobie róże do domu. Każdy, kto chce.

Marina nie odpowiedziała od razu, co zaskoczyło śpiewaczkę. Jak często kobiety otrzymują dziesiątki róż? Potem jednak twarz garderobianej pojaśniała z oczywistej radości.

– To bardzo miłe z pani strony, signora, ale nie chce pani zatrzymać chociaż trochę dla siebie? – Machnęła ręką w kierunku pokoju, gdzie stały kwiaty.

Flavia pokręciła głową.

– Nie, możecie wziąć wszystkie.

– A pani wazony? – zapytała Marina. – Nic im się nie stanie, jeżeli je tutaj zostawimy?

– One nie są moje. Jeżeli chcesz, je także możesz zabrać – odparła Flavia, klepiąc ją po ramieniu. Po czym dodała ciszej: – Weź sobie wazon Veniniego, dobrze? – I odwróciła się w stronę windy, która miała ją zawieźć do czekających wielbicieli.