InsulinoopornośćTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Wstęp

2  CZĘŚĆ 1 Rozdział 1. U endokrynologa Rozdział 2. U ginekologa Rozdział 3. U dietetyka Rozdział 4. U trenera sportowego Rozdział 5. Co się dzieje w twojej głowie? Rozdział 6. Diagnostyka

3  CZĘŚĆ 2 Rozdział 7. Mam insulinooporność – jak radzić sobie w codziennym życiu? Rozdział 8. Insulinooporność w pracy i szkole Rozdział 9. Święta z insulinoopornością Rozdział 10. Insulinooporność w restauracji Rozdział 11. Insulinooporność w podróży Rozdział 12. Żywieniowa wpadka Rozdział 13. Grupy wsparcia – pomocne czy nie?

4  CZĘŚĆ 3 Rozdział 14. Insulinooporność oraz nadwaga u dzieci i młodzieży Rozdział 15. Jak zmienić styl życia całej rodziny? PODSUMOWANIE

5  CZĘŚĆ 4 Witamina D a insulinooporność Hormony głodu i sytości a insulinooporność Szkodliwe diety 1000 kcal Zespół jelita drażliwego a insulinooporność Niealkoholowe stłuszczenie wątroby a insulinooporność Depresja – przyczyna czy skutek otyłości? Operacja bariatryczna – chirurgiczne leczenie otyłości

6  Bibliografia

7  O autorach

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Katarzyna Nawrocka

Korekta: Ewa Różycka, Anna Taraska-Pietrzak

Projekt okładki i stron tytułowych: KATAKANASTA Joanna Wasilewska

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

Copyright © Dominika Musiałowska, 2017

Copyright © for this edition JK Wydawnictwo sp. z o.o. sp. k., 2020

ISBN 978-83-66380-93-6

Wydanie II rozszerzone, Łódź 2020

JK Wydawnictwo sp. z o.o. sp. k., ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69

www.wydawnictwofeeria.pl

Wersję cyfrową wykonano w systemie Zecer firmy Elibri

Szczęście to po prostu dobre zdrowie i zła pamięć.

Ernest Hemingway

Książkę dedykuję mojemu mężowi Pawłowi oraz córce Oliwii, bez których nie udałoby mi się jej napisać, czytelnikom mojego bloga oraz wszystkim insulinoopornym z naszych grup wsparcia, a także Emilce, mojej drugiej córce, która dała mi energię do przygotowania rozszerzonego wydania tej książki.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

Wstęp

Od dzieciństwa chciałam napisać książkę. Było to moje marzenie przez wiele lat i oto teraz sen się ziścił. Jednak nigdy nie przypuszczałam, że napiszę książkę poświęconą tej tematyce. Wyobrażałam sobie raczej, że będzie to powieść obyczajowa, kryminał albo przynajmniej punkrockowa telenowela dla nastolatków. Widocznie los chciał, żeby była to książka o czymś zupełnie innym – o czymś, co ma znacznie większą wartość, bo nigdy nie lubiłam robić rzeczy pozbawionych sensu. I tak powstała Insulinoopornośćzdrowa dieta i zdrowe życie, która jest połączeniem mojej historii, wiedzy i doświadczenia z wiedzą wyjątkowych specjalistów oraz doświadczeniami innych pacjentów.

Mam nadzieję, że pomoże ona czytelnikom zrozumieć istotę insulinooporności oraz zachęci do zmiany stylu życia na zdrowszy. Chciałabym pokazać wam sens tych zmian oraz udowodnić, że jest to najlepsza (choć nie jedyna) droga, którą warto podążać.

Książka Insulinoopornośćzdrowa dieta i zdrowe życie jest elementem większego przedsięwzięcia, które realizuję pod tą nazwą od 2013 roku. Cztery lata później założyłam fundację, której celem jest wsparcie osób chorujących na insulinooporność oraz choroby dietozależne. Najpierw przez kilka lat zdobywałam wiedzę, doświadczenie, poznawałam tysiące historii osób walczących z insulinoopornością. Poznałam też wielu wyjątkowych specjalistów, którzy dzielili się swoją wiedzą podczas organizowanych przeze mnie konferencji. A wszystko zaczęło się od zwykłego bloga, którego stworzyłam tylko dla siebie…

Mowa oczywiście o blogu www.insulinoopornosc.com.

Kto by pomyślał, że przedsięwzięcie tak bardzo się rozrośnie? Na pierwszy wykład, który zorganizowałam, przyszło piętnaście osób, na ostatni ponad dwieście. Do 2020 roku w naszych konferencjach, warsztatach, szkoleniach i treningach sportowych wzięło udział w sumie kilkadziesiąt tysięcy pacjentów i specjalistów, a naszą działalność internetową (grupy wsparcia, blog, webinary prowadzone przez specjalistów i inne) śledzą setki tysięcy odbiorców. Cieszę się ogromnie, że przez dość krótki czas pomogłam tak wielu ludziom. Część osób trafiła do mnie z polecenia swoich lekarzy, dietetyków, psychologów, trenerów sportowych, edukatorów zdrowotnych i pielęgniarek. Jest to dla mnie ogromny zaszczyt i wyróżnienie.

Przede mną cała masa planów i wyzwań. Mam nadzieję, że działania fundacji pozwolą zrealizować jeszcze więcej projektów, które zwiększą społeczną świadomość dotyczącą insulinooporności oraz pomogą kolejnym potrzebującym. Mam też nadzieję, że ta książka otworzy wielu osobom oczy i umożliwi szybszą diagnostykę.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że „coraz więcej osób choruje na insulinooporność”. W dużym stopniu się z tym zgadzam, ale mam przeczucie, że prawdziwszy jest pogląd, iż liczba chorych na insulinooporność nieco wzrosła, bo przede wszystkim więcej udaje się diagnozować.

Ta książka nie powstałaby, gdyby nie pomoc wielu wyjątkowych osób. Przede wszystkim dziękuję mojemu mężowi Pawłowi za to, że zawsze we mnie wierzył, wspierał mnie i pomagał mi przy tworzeniu tej książki, oraz córeczce Oliwii, która jednym beztroskim uśmiechem dodaje mi sił i chęci do działania. Dziękuję specjalistom, którzy pod wieloma względami wpłynęli na kształt tej książki. Wyrazy mojej wdzięczności należą się dr. n. med. Maciejowi Jędrzejowskiemu, który udzielił nie tylko wywiadu do książki, lecz także konsultacji medycznej oraz dał mi wiele niezbędnych wskazówek, a także ogromnie zaangażował się w cały projekt i przyszłe działania fundacji. Dziękuję także dietetyczce mgr Magdalenie Makarowskiej, autorce rozdziału na temat zaleceń żywieniowych w insulinooporności, która tak naprawdę zmotywowała mnie do napisania tej książki, a zapraszając do współpracy przy swojej książce Dieta uzdrawiająca organizm, pokazała, że to wcale nie będzie takie trudne. Dziękuję Magdzie również za to, że angażuje się w edukację pacjentów, doradza w naszych grupach wsparcia, prowadzi wykłady i warsztaty oraz chętnie bierze udział we wszelkich działaniach w ramach naszego projektu. Dziękuję administratorkom naszych grup wsparcia i innym specjalistom, którzy współpracują z naszą fundacją. Dziękuję wszystkim insulinoopornym z naszych grup wsparcia, czytelnikom mojego bloga i uczestnikom konferencji. Za ciepłe słowa, wiadomości, komentarze oraz za to, że po prostu jesteście! Gdyby nie wy, ta książka nie miałaby sensu. Dziękuję za mnóstwo inspiracji oraz wasze doświadczenia i historie. Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili swój czas, żeby opowiedzieć mi o sobie, swoich rodzinach, przemyśleniach i marzeniach. Jesteście największą inspiracją i motywacją do działania! Dziękuję moim rodzicom i siostrom za wiarę we mnie i wsparcie. Mama zawsze mówiła, że uda mi się spełnić marzenia. Miała rację. Dziękuję wszystkim tym, którzy wspierali mnie przez te wszystkie lata chorowania, leczenia i dbania o zdrowie, i wszystkim, którzy znosili moje humory, huśtawki nastrojów i stany depresyjne.

 

Na końcu dziękuję PRZEZNACZENIU. To ono zesłało na mnie choroby, które najpierw stały się moim przekleństwem, a później furtką do lepszego życia, zdrowia oraz rozpoczęcia pracy w ramach największego i jedynego w Polsce projektu Insulinoopornośćzdrowa dieta i zdrowe życie.

Jak to się zaczęło? Moja historia

Od dziecka byłam aktywna. Brałam udział w różnych przedsięwzięciach teatralnych, śpiewałam, chodziłam na balet, akrobatykę, lekcje gry na pianinie. W szkole prowadziłam kółka artystyczne, byłam członkiem samorządów klasowych i szkolnych. Wszędzie było mnie pełno. Szczęśliwa, uśmiechnięta, z tysiącem zainteresowań.

Kilka lat później, podczas treningu, doszło do wypadku. Doznałam urazu kręgosłupa, trafiłam do szpitala z silnymi skurczami rąk, nóg i twarzy. „Powykręcało” mi wszystkie kończyny, tak że nie mogłam nimi ruszyć. Wtedy zdiagnozowano u mnie chorobę Scheuermanna, nazywaną też jałową martwicą kręgosłupa. Choroba dotyka dzieci i powoduje obumieranie trzonów kręgowych oraz krążków międzykręgowych. Jej potencjalnych przyczyn jest wiele. Znajdują się wśród nich zatory i zakrzepy, przeciążenia, zaburzenia odporności i zaburzenia hormonalne. Musiałam pożegnać się z akrobatyką i tańcem, a zająć się rehabilitacją. Wyobrażacie sobie, co czułam? Stres był przeogromny, a nienawiść do siebie i świata jeszcze większa. Wpadłam w depresję. Byłam załamana. Moi znajomi trenowali coraz intensywniej, a ja spędzałam godziny na rehabilitacji, zabiegach i masażach. Do tego często doświadczałam zasłabnięć. Stres wywoływał u mnie zawroty głowy i omdlenia. Zaczęłam miewać ataki paniki. Bałam się chodzić do szkoły, bo coraz gorzej radziłam sobie z lekcjami, miałam coraz większe problemy z koncentracją. Aktywność fizyczna z kilkunastu godzin tygodniowo ograniczyła się do kilku godzin rehabilitacji.

Nadszedł burzliwy okres dojrzewania i wtedy zaczęłam tyć. Od dziecka uwielbiałam słodycze, naleśniki i słodkie placuszki mojej mamy, ale w czasie, kiedy utrzymywałam wysoką aktywność fizyczną, waga była w porządku. A tu nagle szok. Tyłek jak trzydrzwiowa szafa, wielkie uda i łydki. Najpierw zaczęłam się inaczej ubierać, żeby ukryć te dodatkowe kilogramy, później wzięłam się za odchudzanie. Na początku ograniczyłam oczywiście słodycze i słodkie napoje. Następnie zaczęłam liczyć i ograniczać kalorie, później kombinowałam z dietami wegetariańskimi, South Beach, kapuścianą, kopenhaską, Dukana i innymi dietami cud. Waga spadała. Zaczęłam trochę ćwiczyć i biegać. Fizjoterapeuta powiedział, że już mogę, byle rozsądnie. Czułam się ciągle sfrustrowana koniecznością rozstania z zespołem teatralno-tanecznym. Szukałam odskoczni i możliwości odreagowania. Uciekłam w używki i anoreksję. Ważyłam 36 kg. Był to trudny dla mnie czas. Próby samodzielnego wyjścia z choroby skończyły się bulimią, przytyciem ponad 20 kg w dwa miesiące, a następnie długą i mozolną terapią, dzięki której udało mi się dociągnąć do liceum.

I w liceum wszystko się zaczęło… Częściowo uporałam się z zaburzeniami odżywiania, powoli wychodziłam z depresji, zaczęłam odczuwać chęć do życia. Nadal byłam zbuntowaną nastolatką, ale odzyskałam pogodę ducha. Dołączyłam do szkolnego kółka teatralnego, żeby czymś się zająć, wróciłam do grania na pianinie i w wieku szesnastu lat zaczęłam pracować w warszawskim klubie studenckim. Wykonywałam różne drobne prace: sprzątanie, obsługa szatni, sprzedaż koszulek i pomoc przy organizacji imprez.

Pewnego dnia poszłam z mamą do znajomego lekarza, który zrobił mi test obciążenia glukozą (OGTT). I tak dowiedziałam się, że mam hipoglikemię reaktywną. Dostałam zalecenia dietetyczne: odstawić produkty z białej mąki, słodycze oraz słodkie napoje i przejść na dietę o niskim indeksie glikemicznym. Potwierdziło się to, o czym w głębi duszy wiedziałam – łatwo przyswajalne węglowodany mi nie służą i bez bułeczek czuję się lepiej. Pilnowałam się zrywami, ale potem zapominałam o diecie. W liceum regularnie odwiedzałam też ginekologa, który przepisywał mi tabletki antykoncepcyjne na wyregulowanie cykli menstruacyjnych, ponieważ w trakcie anoreksji straciłam miesiączkę.

Mój dzień był wypełniony po brzegi. Szkoła, zajęcia dodatkowe, praca, nauka i imprezy. Miejsca na sen pozostawało niewiele. Czułam się coraz bardziej zmęczona i od czasu do czasu miałam napady kołatania serca i drżenia rąk. Wiedziałam, że to spadki cukru, ponieważ takie objawy miewały wcześniej moja mama i siostra. Nie odżywiałam się zdrowo. Pizza, zapiekanki, cola, hektolitry kawy, napoje energetyczne, bułki, drożdżówki, kanapki ze szkolnego bufetu, piwo i mnóstwo wypalonych papierosów. Czułam się coraz gorzej. Wiecznie chciało mi się spać, ale zrzucałam winę na pracę i brak snu. Każdy dzień był dla mnie ogromnie stresujący. Wisiała nade mną wizja matury i studiów. Dość wcześnie wyprowadziłam się z domu. Dało mi to w kość. Wynajmowałam ze znajomymi mieszkanie, jadałam makaron z gotowymi sosami oraz mrożoną pizzę i dalej pracowałam przy koncertach i imprezach. Udało się. Skończyłam liceum, zdałam maturę.

Ulżyło mi, ponieważ mogłam już iść do normalnej pracy, na etat, a nie tylko dorabiać wieczorami i weekendami jak dotychczas. Zaczęłam zaoczne studia pedagogiczne i dostałam pracę w dziale marketingu w teatrze. W końcu mogłam zaplanować sobie dzień. Pracowałam o stałych godzinach, wieczorami spotykałam się ze znajomymi i grałam na pianinie, a w weekendy chodziłam na uczelnię. Myślałam, że wszystko się unormuje, ale tak się nie stało. Zmęczenie się nie zmniejszało, stres rósł. Pojawiły się problemy z koncentracją i pamięcią. Nie umiałam się uczyć do sesji, wszystko mnie denerwowało. Znowu miewałam spadki cukru, do tego często pobolewał mnie żołądek. Od dawna dawała mi o sobie znać słaba odporność. Nie było miesiąca, żebym nie złapała jakiejś infekcji. Od wielu lat dokuczały mi też migreny. Zupełnie nie radziłam sobie ze stresem, zwłaszcza przed sesją. Potrafiłam przepłakać kilka dni przed egzaminami, a potem kombinować, co zrobić, żeby nie pójść na zaliczenie. Odkładałam wszystko na ostatnią chwilę, licząc, że to coś zmieni. Poranne wstawanie sprawiało mi coraz większą trudność. Najchętniej spałabym do południa. Spóźniałam się do pracy i na zajęcia. Przysypiałam w tramwaju, autobusie, przed komputerem. Po pierwszej oblanej sesji całkiem się załamałam. Stwierdziłam, że to nie dla mnie i powinnam zmienić kierunek.

Tym sposobem zaczęłam studia na kierunku strategia reklamy i PR. Wybrałam taką szkołę, która dawała mi większy spokój. Kolejne dwa lata upłynęły pod znakiem zmiany pracy (codzienna pobudka o siódmej rano okazała się ponad moje siły…). Otworzyłam agencję eventową i postanowiłam sama decydować, o której będę wstawać. Myślałam, że w ten sposób przejmę kontrolę nad swoim życiem, rzeczywistość jednak była inna. Regularnie zarywane noce, jeszcze większy stres, nasilające się migreny, napadowa hipoglikemia i coraz silniejsze bóle brzucha wygoniły mnie w końcu znowu do lekarza. Odszukałam wyniki testu obciążenia glukozą sprzed kilku lat i postanowiłam się przebadać. To było około 2010 roku. Lekarz stwierdził, że mam niską odporność, trochę niedoborów i zespół jelita drażliwego (stąd te bóle brzucha) i polecił ograniczyć stres. To była jedyna rada. Zaczęły wypadać mi włosy, skóra stała się sucha i podrażniona, dziąsła mi wiecznie krwawiły i nie znosiłam niskich temperatur… Potrafiłam płakać z zimna przy minus dwóch stopniach, opatulona w ciepłe ubrania. Nienawidziłam zimy i wychodzenia z domu. Znowu zaczęłam miewać stany depresyjne. Brzuch bolał coraz bardziej; dostałam leki, ale nie pomagały. Z powodu przesuszenia skóry pojawiały się rany na piszczelach, brzuchu, udach, ramionach i dłoniach. Nie działały żadne kremy i maści.

Czułam się tak źle, że rozpoczęłam bieganie po lekarzach. Stało się to wręcz moją obsesją, bo chciałam, żeby w końcu ktoś mi pomógł, ale zwykle odsyłano mnie z kwitkiem. Leki na żołądek, witamina C, probiotyki i paracetamol. Zaczęłam zastanawiać się, czy powodem nie są tabletki antykoncepcyjne. Odstawiłam je i wtedy posypało się już wszystko. Razem z włosami straciłam resztki chęci do życia. Zaczęłam tyć, znowu nie miesiączkowałam, łamały mi się paznokcie, bolały stawy, pogorszył się wzrok. Chodzenie sprawiało ogromny ból, zapominałam o najprostszych rzeczach. Musiałam wszędzie przyklejać sobie karteczki, nawet z przypomnieniami typu „pamiętaj, żeby umyć zęby”. W kółko wpadałam w histerię, nie mogłam sobie z niczym dać rady. Rzuciłam pracę, nie skończyłam kolejnej szkoły (bo zaspałam na egzamin końcowy i nie miałam siły zadbać o to, żeby do niego ponownie przystąpić). W odpowiedzi na błagalną prośbę o pomoc znowu usłyszałam, że mam zaburzenia lękowe, jestem hipochondryczką i histeryczką. Dostałam selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny (SSRI) i benzodiazepiny. A potem kompletnie zamknęłam się w domu. Całymi dniami spałam albo leżałam, patrząc w sufit. Nasiliły się biegunki, bóle brzucha i wymioty. Znajomi przynosili mi zakupy i przepisane leki, bo sama nie byłam w stanie wyjść z mieszkania.

Koleżanka zapytała, czy nie mam problemów z tarczycą albo cukrzycy. Powiedziałam, że chyba nie, chociaż miewam napady hipoglikemii, więc może powinnam wybrać się do diabetologa. Poszłam i wtedy pierwszy raz usłyszałam hasło „insulinooporność”. Na podstawie wyników insuliny i glukozy na czczo diabetolog wyliczył mi wskaźnik HOMA-IR (określający stopień insulinooporności), który wynosił u mnie wtedy 3, i wytłumaczył, że jest to taki stan, w którym insulina nie działa prawidłowo. Dowiedziałam się, że muszę stosować dietę o niskim indeksie glikemicznym i odstawić pszenicę oraz iść do endokrynologa, by uporać się z problemem braku miesiączek, których nie miałam już prawie dwa lata. Stwierdziłam, że skoro kiedyś dostałam już podobne zalecenia, to coś musi być na rzeczy.

Byłam w szoku, że mam insulinooporność, ale jednocześnie trochę mi ulżyło. Liczyłam, że coś się w moim życiu zmieni. I zmieniło się. Poszłam do kolejnych lekarzy: endokrynologa, gastrologa, neurologa. Co chwilę coś się okazywało. Byłam coraz bardziej przerażona, bo jeden problem pociągał za sobą kolejny. Endokrynolog spojrzał na moje poprzednie USG jajników i orzekł, że mam wielotorbielowatość, o czym nigdy nie wspominał mi ginekolog (który kiedyś stwierdził tylko, że mam przedwczesną menopauzę), oraz od dawna podwyższone TSH, więc muszę zrobić dokładne badania tarczycy. Zlecono USG tarczycy, przeciwciała oraz FT3 i FT4 oraz mnóstwo innych badań hormonalnych. Miałam bardzo niski poziom estradiolu i progesteronu, podwyższony siarczanu dehydroepiandrosteronu (DHEA-S) oraz hormonu anty-Müllerowskiego (AMH). Wyniki FT3 i FT4 wskazywały na niedoczynność tarczycy, a w USG oszacowano jej objętość na zaledwie 4 ml. Na podstawie wyników badań i wywiadu lekarz zdiagnozował zespół policystycznych jajników (PCOS, od ang. polycystic ovary syndrome) oraz chorobę Hashimoto. Zastanawiałam się, co jeszcze mi dolega. Byłam coraz bardziej przerażona.

Dostałam leki: Euthyrox oraz Duphaston. Mijały miesiące. Czułam się lepiej. Powoli zmieniałam swój styl życia. Rzuciłam w końcu palenie, ograniczyłam alkohol, zaczęłam się lepiej odżywiać. Zadbałam o to, żeby więcej spać i odpoczywać. Bardzo szybko zmniejszyła się liczba migren, a wraz z nią liczba silnych leków przeciwbólowych, których brałam bardzo dużo (miałam 4–5 silnych ataków migreny w miesiącu, a każdy atak trwał 2–3 dni…), poprawiła mi się cera, włosy przestały tak bardzo wypadać, nawet paznokcie były ładniejsze. Nie miałam już tak częstych spadków cukru, ale nadal zdarzały się problemy z żołądkiem… Biegunki nie dawały mi spokoju, i to do tego stopnia, że większość dnia spędzałam w toalecie. Okazało się, że mam anemię z niedoboru żelaza, witaminy B12 i kwasu foliowego, niedobór witaminy D, zaburzenia elektrolitowe i tężyczkę. Okulista na podstawie dokładnych badań stwierdził astygmatyzm i podejrzewał jaskrę. Neurolog natomiast podejrzewał zespół móżdżkowy oraz chorobę Addisona-Biermera. W kółko robiłam badania, rezonans, tomografię itd. Co drugi dzień biegałam po klinikach, poradniach, przychodniach i innych placówkach medycznych. Suplementacja niewiele pomagała. Pojawiły się problemy z chodzeniem, miewałam też częste skurcze, drętwienie rąk i nóg i ciężko było mi utrzymać równowagę. Musiałam przyjmować zastrzyki z witaminy B12, ponieważ nie wchłaniałam jej z przewodu pokarmowego, oraz kroplówki z powodu zaburzeń elektrolitowych. Powiedziano mi też, że ze względu na stopień wyniszczenia organizmu i rodzaj chorób nigdy nie będę mogła mieć dzieci, więc czas się z tym pogodzić. Pogodziłam się.

Następnie znów trafiłam do gastrologa. Po raz kolejny upierano się przy zespole jelita drażliwego, zlecono posiew kału i badania w kierunku bakterii. Okazało się, że mam Helicobacter pylori, na którą dostałam antybiotyki. Było trochę lepiej, ale nadal bez szału. Antybiotyki jeszcze bardziej osłabiły moją odporność. W kółko przechodziłam infekcje górnych dróg oddechowych. Moje płuca byłego palacza znajdowały się w opłakanym stanie. Wtedy padło pierwszy raz słowo „celiakia”. Nie zastanawiając się zbyt wiele, powiedziałam lekarzowi, że może warto zbadać mnie w tym kierunku. Uznał jednak, że to nie ma sensu, bo nie mam objawów celiakii. Na własną rękę odstawiłam gluten, czego nie poleca się bez wcześniejszej dokładnej diagnostyki celiakii. Po dwóch miesiącach diety bezglutenowej liczba biegunek znacznie się zmniejszyła, bóle brzucha zaczęły ustępować. Postanowiłam iść tą drogą. Wróciłam do gastrologa i powiedziałam o swoich obserwacjach. Zlecono przeciwciała w kierunku celiakii i gastroskopię. Wynik oznaczenia przeciwciał był ujemny, ponieważ stosowałam już dietę bezglutenową, natomiast gastroskopia wykazała charakterystyczny dla celiakii zanik kosmków jelitowych. Lekarz stwierdził, że celiakia jest prawdopodobna, więc zaleca stosowanie diety bezglutenowej.

 

Zrobiono mi przy okazji testy uczuleniowe, w których wyszła alergia na białka mleka krowiego (kazeinę), jajka, wołowinę, kurczaka, pszenicę, żyto, jabłka, kakao oraz liczne alergie wziewne – na brzozę, jesion, roztocza, pleśń, grzyby. Miałam nadzieję, że to koniec diagnoz, że w końcu wiem, co mi jest, i mogę zacząć się leczyć. Tylko jak? Insulinooporność – PCOS – Hashimoto – alergia – celiakia. Jak to wszystko ze sobą połączyć?

Zaczęłam od sporządzenia planu. Wypisałam wszystko, co mogę jeść, a czego nie. Wyrzuciłam przetworzoną żywność, mięso, gluten i wszystko, co miało w składzie cukier. Starałam się zapewniać sobie codzienną dawkę ruchu, zaczynając od spokojnych spacerów. Piłam dużo wody niegazowanej, jadłam sporo warzyw (na tyle, na ile mi pozwalał przewód pokarmowy), trochę ryb, jajek i produktów o niskim indeksie glikemicznym. Pilnowałam regularności posiłków i nie jadłam po godzinie dwudziestej.

Postanowiłam rozprawić się ze wszystkimi chorobami, a szczególnie z insulinoopornością, o której wiedziałam najmniej. Szukałam informacji w internecie, jednak około 2010 roku w sieci nie było tego zbyt wiele – jedynie krótka wzmianka w Wikipedii, jeden artykuł na portalu zdrowotnym i artykuły dla lekarzy, do których nie miałam dostępu. Praktycznie żadnych blogów i łatwych do ściągnięcia tekstów. Za to w języku angielskim – cała masa. Postanowiłam zbierać te materiały i notować swoje osiągnięcia zdrowotne, żeby bardziej się motywować. Wtedy właśnie powstał mój blog i grupa wsparcia, na której była nas wówczas tylko garstka. Czytałam wszelkie materiały dotyczące insulinooporności, w tym te zamieszczane na płatnych platformach dla lekarzy. Nagle na różnych portalach i blogach pojawiło się mnóstwo informacji na ten temat, zagadnieniem zainteresowali się dietetycy, powstały strony na Facebooku i oferty kierowane do insulinoopornych. Niestety nie zawsze skuteczne, a czasami wręcz szkodliwe.

Dołączyłam wtedy do Stowarzyszenia Edukacji Diabetologicznej (SED). To tam rozwinęłam skrzydła. Poznałam specjalistów ds. diabetologii, pielęgniarki i lekarzy. Zaczęłam lepiej rozumieć, na czym polega insulinooporność, wciąż pogłębiałam swoją wiedzę i opisywałam wszystko na blogu i Facebooku.

Przetestowałam na sobie diety roślinne, niskowęglowodanowe, o niskim indeksie glikemicznym i zdrowe, zbilansowane jedzenie. Każda z tych diet pomogła mi ustabilizować poziom glukozy i insuliny, jednak tylko zdrowe, zbilansowane jedzenie przyniosło trwałą poprawę. Prawdą jest, że nie jem mięsa, ale jem ryby i jajka. Nie ograniczam węglowodanów, za to staram się mądrze je wybierać. Jem te węglowodany, które mają wysoką wartość odżywczą. Uważam, że całkowita eliminacja węglowodanów z diety jest nie tylko niepotrzebna, ale wręcz szkodliwa. I widzę po sobie, że wreszcie, po latach męczarni, osiągnęłam właściwy efekt. Dopiero teraz czuję się znakomicie i jestem w świetnej formie. Udało mi się dopasować dietę i poziom aktywności fizycznej do swoich potrzeb, dostroić psychikę i zadbać o zdrowie.

Teraz się tym wszystkim dzielę. W tym przewodniku znajdziecie wskazówki, jak zmienić swój styl życia, a także informacje na temat zmian, które sama wprowadzałam, oraz moje obserwacje dotyczące was, insulinoopornych. W kolejnych rozdziałach książki pojawiają się bardzo ważne aspekty związane z leczeniem insulinooporności, które mają dać TRWAŁE efekty. Jeśli liczycie, że pomogę wam zgubić 30 kg w miesiąc, polecając rygorystyczne diety niskowęglowodanowe i katowanie się na siłowni, to możecie od razu zamknąć tę książkę i odłożyć ją na półkę albo sprzedać w internecie. Nie dam wam też konkretnego przepisu na to, jak wrócić do zdrowia. Każdy z nas jest inny i na każdego działa inna metoda. W tej książce znajdziecie za to liczne wskazówki, gdzie i jak szukać swojego złotego środka i zachować przy tym równowagę, bo właśnie ona jest w tym wszystkim najważniejsza.

Mnie przez wiele lat tej równowagi brakowało. Tułałam się po miejscach, w których nie powinnam się w ogóle znaleźć, otaczałam się ludźmi, którzy swoją toksycznością wysysali ze mnie całą energię. Żyłam w potwornym stresie, szukając spokoju ducha. Wszystkie moje choroby są tego wynikiem. Nadmierny stres, używki, zła dieta, brak snu, ogólnie niezdrowy styl życia wywołały cały zbiór chorób autoimmunologicznych, hormonalnych i psychicznych. Stres doprowadził do zaburzeń odżywiania, a spowodowane przez nie wyniszczenie organizmu pociągnęło za sobą dalsze konsekwencje zdrowotne. Pamiętajcie, że wielu chorób możemy uniknąć, nawet jeśli mamy do nich predyspozycje genetyczne. Często bowiem, żeby choroby się uaktywniły, musi zadziałać czynnik środowiskowy. Jestem tego przykładem. Ale miałam też na tyle dużo szczęścia, że udało mi się wyjść na prostą i wrócić do zdrowia.

Teraz czuję się świetnie, mam śliczne, zdrowe córeczki i cudownego męża. Spełniam swoje marzenia – napisałam książkę, otworzyłam fundację i pomagam tysiącom ludzi. Czuję się spełniona jako matka, żona i kobieta. Czuję wewnętrzny spokój i harmonię, coś, czego brakowało mi przez wiele lat życia.