Niewolnicy snów. Część 1

Tekst
Z serii: Niewolnicy snów #1
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Dominika Budzińska

Niewolnicy snów

CZĘŚĆ I

© Copyright by Dominika Budzińska & e-bookowo

Korekta: Patrycja Żurek

Projekt okładki: Krzysztof Krawiec


ISBN 978-83-7859-359-1



Wydawca:

Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:

wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wydanie IV 2015


Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Dla mojej ukochanej córki Julii, bez której świat nie miałby tylu barw.


Pokój był ponury i przerażająco ciemny. Gdzieś w oddali, jak przez mgłę, widać było niewielką smugę światła. Z trudem próbowała wedrzeć się do środka przez maleńkie okienko, zabezpieczone mosiężną, gęsto plecioną kratą. W pomieszczeniu czuć było zapach stęchlizny i potworną wilgoć. Pomimo panującej wszędzie ciemności można było dostrzec poszarzałe ściany, na których gdzieniegdzie widniały brunatne cienie, zbliżone momentami do arabskich malowideł.

Martika leżała nieruchomo. Przyglądała się ogromnej lampie umieszczonej tuż nad głową. Próbowała przypomnieć sobie skrawki ostatnich zdarzeń, odnaleźć w pamięci cokolwiek, co pomogłoby wyjaśnić tę niepojętą sytuację.

Lampa przypominała do złudzenia wielki reflektor ze szpitalnej sali operacyjnej. Dziewczynę ogarnął strach. Zastanawiała się, jak tu trafiła, a przede wszystkim dlaczego. Nic nie pamiętała.

Nagle usłyszała odgłos zbliżających się kroków, dochodzący jakby z oddali, a potem zgrzyt ciężkich metalowych drzwi. Do pomieszczenia wkradł się lodowaty chłód, paraliżując ciało. Próbowała coś powiedzieć, ale nie mogła wydobyć żadnego dźwięku. Nie mogła nawet otworzyć ust. Każda próba rozchylenia warg kończyła się bólem.

Oślepiło ją światło ogromnego reflektora. Po chwili jak we mgle zaczęły rysować się kontury postaci. Dobrze zbudowany mężczyzna z dość długimi, rzadkimi włosami pochylił się nad nią, po czym odszedł. Nie zdążyła zobaczyć jego twarzy. W jednym z jasnych halogenów, wchodzących w skład okrągłej lampy, ujrzała swoje odbicie.

Zielonymi oczami wpatrywała się w zmasakrowaną twarz, oszpeconą głębokimi ranami, z których powoli sączyła się krew.

Nie mogąc uwierzyć w to, co widzi, jeszcze raz dokładnie przyjrzała się ustom. Dopiero teraz, pośród licznie pokrywających je strupów, dostrzegła brązową nić. Wstrząsający widok na chwilę odebrał jej oddech. Miała zaszyte wargi. Poczuła, że się dusi. Przeszywający ból wbił się w ciało niczym ostry sztylet. Z każdą sekundą był coraz silniejszy. Przerażona, nie mogąc złapać oddechu i opanować narastającego strachu, straciła przytomność.

Kiedy się ocknęła, pokój był pusty. Mężczyzna zniknął, a wokół znów panowała ciemność. Poczuła ulgę. Ponownie zaczęła się rozglądać, badając wnikliwie każdy metr obskurnego pomieszczenia. Drzwi były uchylone. Z daleka dochodziły pojedyncze dźwięki klawiszy pianina. Brzmiały tak, jakby ktoś się bawił, nieudolnie uderzając w przypadkowo wybrany klawisz.

Czuła, jak wewnątrz cała drży, jak wali jej serce. Narastający strach był zbyt wielki, by mogła nad nim zapanować. Miała wrażenie, że za chwilę znowu straci przytomność. Jedyne, o czym marzyła, to znaleźć w sobie odrobinę siły, by jak najszybciej opuścić to koszmarne miejsce. Uciec jak najdalej. Uciec od myśli, które kłębiły się w głowie, od okrutnego obrazu, który ujrzała. Spróbowała wstać, lecz obolałe ciało leżało bezwładnie. Nie mogła wykonać żadnego ruchu.

– To nie dzieje się naprawdę – pomyślała. – To niemożliwe! Błagam, niech ktoś mi pomoże! Zabierzcie mnie stąd!

I

Pani Royensen delikatnie stąpała po pokrytej włoską terakotą podłodze, cichutko krzątając się po kuchni. Zawsze wstawała najwcześniej, by móc wszystko spokojnie przygotować. Chciała zdążyć, zanim obudzą się pozostali domownicy.

Stół, jak zwykle pięknie nakryty, przygotowany do wspólnego rodzinnego śniadania, wyglądał jak reklama nowego wystroju kuchni w ekskluzywnym katalogu. W niczym nie przypominał powszechnego mebla, służącego przeważnie do wypicia w pośpiechu porannej kawy i posmarowania dżemem lekko przypalonej grzanki. W tym domu jednak wszystko musiało być wyjątkowe i dopracowane z największą precyzją. I było. Emily Royensen osobiście dbała o każdy szczegół, składający się na codzienną egzystencję rodziny. Jako kochająca żona i matka, a także doskonała pani domu, czuła, że spoczywa na niej ogromna odpowiedzialność. W tej roli sprawdzała się wyjątkowo. Za nic na świecie nie zamieniłaby swojego idealnego życia. Wszystko, co miało ścisły związek z domem, a w szczególności z rodziną, traktowała z należytą powagą i sprawiało jej to niewypowiedzianą przyjemność.

Tak jak dopracowany był świat pani Royensen, tak ona sama była perfekcyjna, aż do przesady. Piękna kobieta, dość wysoka, z nieskazitelnie upiętymi w delikatny koczek włosami, zawsze w niezbyt wysokich szpilkach i eleganckim ubraniu, mądrym i zmysłowym spojrzeniem potrafiła oczarować każdego.

Mężczyźni podziwiali ją nie tylko za wygląd. Pani Royensen była oczytaną i wykształconą osobą, z którą można było prowadzić wielogodzinne rozmowy na każdy, nawet najtrudniejszy, temat. Kobiety zazdrościły jej urody i inteligencji, a przede wszystkim zaradności. Emily posiadała naturalną łatwość radzenia sobie z codziennymi, pozornie błahymi sprawami. Była lubiana za lojalność i pomoc, którą chętnie służyła w każdej sytuacji. Zawsze można było na niej polegać. Zawsze i bez wyjątku. Była po prostu idealna.

– Witaj, kochanie! – w kuchni zabrzmiał przyjemny męski głos, który na chwilę oderwał kobietę od misternych przygotowań.

Odwróciła się. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że widzi go po raz pierwszy. Poczuła się tak jak wtedy, kiedy kilkanaście lat temu jedli pierwsze wspólne śniadanie. Wciąż był przystojny. Spokojnym krokiem podeszła i tak jak tamtego poranka przytuliła się mocno, wdychając głęboko jego zapach. Była szczęśliwa.

– Witaj, Adamie – szepnęła i pocałowała go w policzek.

– Gdzie nasza panna? Pewnie jeszcze słodko chrapie, nie przyjmując do wiadomości powagi dzisiejszego dnia – mężczyzna uśmiechnął się i usiadł do stołu.

– Już po nią idę. Mamy jeszcze czas.

Emily włączyła ekspres do kawy, zwinnym ruchem wrzuciła trzy grzanki do tostera, a potem posłała mężowi pełne oddania spojrzenie i ruszyła w stronę schodów, starając się iść niemal bezszelestnie.

Uchyliła delikatnie drzwi. Martika siedziała na szerokim parapecie. Było to jej ulubione miejsce, na którym zawsze leżały kolorowe, miękkie poduchy. Spoglądała przez ogromne okno. Stare piękne drzewa i dziewiczy ogród skłaniały do codziennych samotnych rozmyślań, snucia marzeń i planów. Była zamyślona, jakby zupełnie nieobecna.

– Dzień dobry, córeczko – kobieta odezwała się po chwili. – Już wstałaś? – nie ukrywała zdziwienia. – Byliśmy z tatą przekonani, że wciąż smacznie śpisz. Nie chciałam cię budzić wcześniej – podeszła do dużego, zasłanego białą narzutą łóżka, poprawiła różową poduszkę, jeszcze raz wygładziła dłonią nierówne powierzchnie, po czym zaniepokojona brakiem odpowiedzi spojrzała na dziewczynę. – Coś się stało? Denerwujesz się?

– Nie, po prostu źle spalam. Jestem trochę zmęczona.

– Zejdziesz na śniadanie? – zapytała, głaszcząc córkę po policzku. – Tata już siedzi przy stole – dodała – pewnie umiera z głodu.

– Dobrze, już idę – westchnęła i ociężale zwlekła się z parapetu.

Suto zastawiony stół prezentował się okazale. Świeże owoce, półmisek drogich, wyszukanych serów, trochę chudych wędlin, trzy rodzaje marmolady babcinej roboty, jajka na bekonie, chrupiące grzanki, sok z pomarańczy, świeżo parzona kawa. Śniadania w tym domu zawsze były ucztą. Podobnie jak pozostałe posiłki. Jednak to właśnie poranną biesiadę Emily uważała za najważniejszą.

Martika nic nie mogła przełknąć. W końcu udało się ją namówić na sok i pół banana. Wciąż nie doszła do siebie po nocnym koszmarze. Nie mogła też uwierzyć, że to ostatnie chwile spędzone w tym domu.

II

Budynek szkoły otoczony był wysokimi brzozami. Był to stary gmach, pamiętający jeszcze lata dwudzieste. Dziś pięknie odrestaurowany służył miejscowej młodzieży, mieszcząc w sobie liceum, pokaźną bibliotekę i dom kultury. Na dziedzińcu stały nieliczne grupki młodej społeczności. Niektórzy palili papierosy. Skrzywiła się, przechodząc obok. Wciąż pamiętała, jak zakończyły się jej siedemnaste urodziny, obchodzone dość niedawno. Właśnie wtedy po raz pierwszy spróbowała papierosa, zaciągając się zbyt mocno. Skończyło się kaszlem, mdłościami i ostatecznie chwilowym porzuceniem myśli o niesmacznej używce.

Rozpoczął się pierwszy dzień w zupełnie nowej, nieznanej szkole. Nagle znalazła się gdzieś daleko od miejsca, które kochała, w którym zostawiła wspaniałych przyjaciół, spędziła beztroskie dzieciństwo, przeżyła pierwszy pocałunek i pierwsze młodzieńcze zauroczenie. Z tamtym miejscem łączyło ją tak wiele przyjemnych wspomnień. Bała się. Rozpoczynała nowy rozdział życia, na który nie była przygotowana.

– Cześć, to ty jesteś ta nowa? – usłyszała głos. – Wierzby szumiały, że przybędziesz. – Odwróciła się. – Nie wspomniano, żeś tak urodziwa! – chłopiec ujął jej dłoń. – Scott jestem. Dla bliższych znajomych może być Scotti – ukłonił się w pas, a potem uśmiechnął szczerze, ukazując nieskazitelną biel zębów.

 

– Martika – powiedziała nieśmiało, nie wiedząc, co się dzieje.

– Otóż najwyraźniej, piękna panno, będziemy wspólnie pochłaniać wiedzę w tym oto gmachu – rozłożył szeroko ręce. – Wskazać drogę? – zapytał po chwili, zawadiacko podnosząc brew.

Parsknęła śmiechem.

– Prowadź – wykonała ukłon godny damy.

– No i nie pomyliłem się – odparł. – Mam wręcz niesamowitą intuicję, jeśli chodzi o kobiety, zwłaszcza tak piękne.

– To znaczy? – zapytała rozbawiona jego pewnością.

– To znaczy, że miałem rację! – wykrzyknął, a następnie chwycił ją pod ramię. – Pani pozwoli.

Ruszyli długim, jasnym korytarzem w stronę klasy. Dziewczyna przyglądała się ciekawie kolorowym malowidłom na ścianach. Wydały jej się znajome.

– Czyje to prace? – zapytała.

– Sofie. Nasza artystka. Piękna, choć trochę dziwna bestyjka. Za chwilkę ją poznasz. Jest w naszej grupie.

– Te wszystkie obrazy? – nie mogła wyjść ze zdumienia.

– No właśnie. Też się dziwię. Że też jej się chce.

– Są takie… niesamowite.

– Niesamowite? – uśmiechnął się, kiwając z niedowierzaniem głową. – Dziewczyno, co ty mówisz? Są straszne, mroczne, przerażające! Ja bym się aż tak nie zachwycał.

– To musi być bardzo ciekawa osoba, ta Sofie. Pewnie wygląda dziwacznie, jak prawdziwa artystka.

– Będziesz zawiedziona.

Nie zdążyła zapytać dlaczego. Nagle znalazła się w sali, w której panował straszny hałas. Wszyscy przekrzykiwali się nawzajem. Spojrzała na Scotta. Ten jedynie wzruszył ramionami i wmieszał we wrzeszczący tłum.

Dziewczyna, ignorując zamieszanie, postanowiła się rozejrzeć. Pomieszczenie było spore jak na zwykłą szkolną klasę. Po prawej stronie na błękitnej ścianie wisiała wielka, czarna tablica. Widniał na niej napis namalowany żółtą kredą.

– „Drętwiarzom dziękujemy” – przeczytała, mrucząc pod nosem.

Zastanowiła się przez moment, do kogo mogą być skierowane te słowa, skoro nikt z przebywających w klasie nie wydawał się drętwy. Wręcz przeciwnie. Może to jej zgotowali tak serdeczne powitanie?

Spojrzała w lewo. Druga ściana była różowa. Wisiała na niej następna tablica. Zaskoczyło ją to.

Pozostała, biała ściana była bogato ozdobiona mnóstwem starych obrazów, oprawionych w szerokie, złote ramy. Przez dłuższą chwilę przyglądała się zaciekawiona. Były to portrety ludzi o identycznych twarzach. Zmieniały się tylko fryzury, kolory oczu, włosy i stroje. Portretów było tak dużo, że zajmowały całą powierzchnię, od sufitu po podłogę.

Ostatnia ściana składała się z siedmiu szerokich, drewnianych okien. Nic tutaj do siebie nie pasowało. Różowa i niebieska ściana, ponure obrazy, czerwone ławki, krzesła stojące na środku w dwóch długich rzędach, wreszcie dwie wielkie tablice.

W takim miejscu skupienie na lekcji wydawało się niemożliwe. Zastanawiała się, czy dziwny wystrój nie jest przypadkiem powodem panującego tu chaosu.

– Boże! Co to ma być? – pomyślała. – Gdzie ja jestem?

Chciała wrócić do Inverness. Do ukochanego portowego miasteczka. Do domu. Zatęskniła za Szkocją. Za miejscem, w którym spędziła tyle szczęśliwych chwil. Decyzja o przeprowadzce zaskoczyła wszystkich. Niespodziewanie została wyrwana z bezpiecznego świata, jak młode drzewko, które zdążyło zapuścić korzenie. Nie chciała wyjeżdżać aż na południe Anglii. Nie zdążyła się nawet pożegnać z niektórymi z przyjaciół. Tata po prostu tydzień temu przyszedł wieczorem z pracy i jakby nigdy nic, podczas kolacji oznajmił, że muszą natychmiast wyjechać. Firma, w której pracował, otwierała kolejną siedzibę w Wielkiej Brytanii, a on jako główny koordynator projektu był niezbędny. Mieli zaledwie kilka dni, by wszystko pozałatwiać, zamknąć ważne sprawy, spakować najbardziej potrzebne rzeczy, pożegnać znajomych. Kilka dni to zdecydowanie za mało, by choćby zacząć oswajać się z tą myślą, a co dopiero przejść do czynów. Miała żal do ojca, że nie umiał tego zorganizować inaczej. Rozumiała brak wpływu na decyzję szefa, ale przynajmniej mógł opóźnić termin wyjazdu. Zdążyłaby urządzić pożegnalne spotkanie, spędzić jeszcze trochę czasu z przyjaciółmi, a przede wszystkim wyjaśnić Paulowi, dlaczego muszą się rozstać.

Tak postanowiła. Nie widziała sensu związku na odległość. Od zawsze słyszała, że takie rozwiązania się nie sprawdzają, więc dlaczego tym razem miałoby być inaczej?

– Nie będzie pierwszej lekcji! Gościu od matmy się rozchorował! Biedaczysko! – usłyszała, jak ktoś wydziera się w tłumie, usilnie próbując go przekrzyczeć.

Sala opustoszała w ułamku sekundy. Nawet nie zauważyła, kiedy zostali sami.

– Gdzie wszyscy? – zapytała, jakby wyrwana z głębokiego snu.

– No jak to? W pubie, na piwku! – zaśmiał się Scott.

– Dochodzi dziewiąta rano – powiedziała, nie rozumiejąc żartu, wciąż była nieobecna.

– Może jeszcze nie wiesz, ale tutaj nie można się nudzić! – kontynuował. – W każdym przyzwoitym angielskim mieście spożywa się od rana! No, może w wyjątkowych sytuacjach kulturalnie po pracy, ale ta do takich nie należy! – odparł z powagą, obserwując reakcję.

Dziewczyna milczała. Stała, bezmyślnie wpatrzona w jeden z portretów. Twarz mężczyzny o przenikliwym spojrzeniu sprawiała wrażenie znajomej.

– Co mówiłeś? – zapytała po dłuższej chwili, patrząc w obraz.

– Obudź się, księżniczko! Tam już wszystkim plączą się nogi, a ty jeszcze śpisz? – próbował żartować.

– Dużo mamy czasu? – rzuciła znienacka.

– No ba, może i całe życie?

– Chodziło mi o następną lekcję.

– Wiem, o co ci chodziło – odparł, marszcząc czoło.

– Dziś kiepski ze mnie kompan. Ostatnio nie mam ochoty na żarty. Lepiej będzie, jak sam dołączysz do znajomych – powiedziała, kucając przy ścianie.

Wahał się przez moment, a potem bez słowa opuścił klasę. Nie zdziwiło jej to. Jego reakcja była jej zupełnie obojętna. Przeniosła się na parapet. Lubiła obserwować świat zza szklanej szyby. Czuła się wtedy wolna, ale i bezpieczna.

W domu często przesiadywała przy swoim wielkim oknie, na miękkich poduszkach. Spędzała długie godziny na rozmyślaniach. Poczuła żal. Miała ochotę płakać, ale świadomość, że ktoś mógłby nagle wejść do klasy, nie pozwalała jej na to.

Jeszcze raz spojrzała na twarz mężczyzny z portretu. Nie mogła sobie przypomnieć, skąd ją zna.

– Chodź na kawę, pogadamy – Scott dotknął jej ramienia.

– Boże, przestraszyłeś mnie! – krzyknęła. – Co tu robisz?

– Przepraszam, ale nie mogę biernie przyglądać się twemu cierpieniu.

– Skąd wiesz, że cierpię? Może po prostu wolę być sama? – oznajmiła mało przyjaźnie.

– Może i tak, ale patrząc na ciebie, nie mogę oprzeć się wrażeniu, żeś waćpanna trochę zagubiona w tym samotnym świecie – odparł z pewnością w głosie. – Ale nie przejmuj się, to chwilowe – ponownie dotknął jej ramienia. – Teraz wydaje ci się, że świat się rozsypał na drobne kawałki i że ich nie poskładasz, ale to tylko puzzle, z których prędzej czy później powstanie piękna układanka – spojrzał, jakby chciał wniknąć w jej myśli.

Zaskoczył ją. Dokładnie tak się czuła. Jeszcze przed sekundą o tym myślała. Oto znalazła się w miejscu beznadziejnym, w którym nic dobrego nie może się zdarzyć, a już na pewno nie można posklejać tego, co właśnie się rozpadło.

Dopiero teraz mu się przyjrzała. Był wysoki i nawet przez luźny granatowy sweter można było zauważyć, że bardzo umięśniony. Bujna czarna czupryna z figlarnie opadającą na czoło grzywką, ogromne ciemne oczy i niezwykle regularne rysy czyniły z niego przystojnego, młodego mężczyznę. Podobał jej się. W sumie to nawet jej ulżyło. Nie będzie musiała zbyt długo cierpieć. Paul został daleko, a ból po niedawnym rozstaniu nie pozwalał zapomnieć. Może było zbyt wcześnie. Potrzebowała jeszcze trochę czasu. Scott wydawał się bardzo miły. Przez moment przeszło jej przez myśl, że może tak miało być? Może ta nagła przeprowadzka ma sens.

– Mam coś dla ciebie – sięgnął do kieszeni spodni, szukając czegoś. Po chwili wyjął małe, kolorowe zawiniątko. – Proszę – położył niewielką paczuszkę na jej kolanie.

Trochę trwało, zanim zdecydowała się ją wziąć. Była zaskoczona.

– Co to? – zapytała, ciągle wahając się, czy na pewno powinna otworzyć.

– Zobacz sama. Mam nadzieję, że się spodoba.

– Nie powinnam – próbowała oddać prezent.

– Powinnaś – przekonywał.

– Nie sądzę.

– Daj spokój, po prostu otwórz! – niecierpliwił się.

– Nie znam cię i… – zaczęła.

– I co z tego?! – przerwał. – Przecież nie daję ci domu! Zachowujesz się jak dzikuska! Skąd ty się wzięłaś, kobieto? Przybysz z innej planety czy co? No zobacz, co jest w środku. Przecież nie bomba, do cholery! – krzyknął poirytowany.

Nie mogła zrozumieć, dlaczego tak się zdenerwował. Nie bawiła jej dziwna sytuacja, ale nie miała nic do stracenia. Powoli zaczęła rozwijać kolorowy papier. Otworzyła maleńkie beżowe pudełeczko i poczuła, jak przechodzi ją dreszcz. Na dnie leżała duża, czarna perła. Była identyczna jak ta, którą rok temu zobaczyła w Edynburgu na wystawie ekskluzywnego sklepu z biżuterią.

– Nie mogę tego przyjąć – wykrztusiła. – To żart? Co to ma być? To mi się śni, prawda? Znowu się śni! – nagle się rozpłakała.

Scott przytulił ją mocno. Poczekał, aż się trochę uspokoi. Potem delikatnie wsunął perłę w jej dłoń.

– Weź ją, proszę. O nic nie pytaj. Weź. To dla mnie ważne – wyszeptał.

Usiadł naprzeciwko, wpatrując się w dziewczynę. Siedziała skulona z opuszczoną głową. Kosmyki kasztanowych włosów zasłaniały twarz.

Była roztrzęsiona. Próbowała pozbierać myśli. Ostatnio w jej życiu działy się dziwne rzeczy. Wszystko nabrało zbyt szybkiego tempa. Zaledwie kilka dni temu opuściła oazę w Inverness, a świat zdążył kompletnie wywrócić się do góry nogami.

Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to nie dzieje się naprawdę. Myśli krążące w głowie wydawały się absurdalne. Niemożliwe, żeby z chłopakiem, którego znała ledwie od godziny, mogło ją coś łączyć. A jednak tak właśnie czuła. Jakby był kimś ważnym. Jakby łączyła ich niewytłumaczalna więź. Przerażał ją. Zachowywał się, jakby znał jej myśli. Przestraszyła się własnej bezsilności, tego, że biernie się temu poddaje. Nie rozumiała, co się dzieje. Nigdy taka nie była. Zawsze twarda, mająca własne zdanie, trzymająca się raczej na dystans nie nawiązywała łatwo kontaktów. Na jej przyjaźń i bezgraniczne oddanie trzeba było ciężko zapracować. Prawdziwi przyjaciele, których zostawiła w Szkocji to była sprawdzona grupa, w której każdy mógł na sobie polegać, zawsze i w każdej sytuacji.

Paul należał do tego grona. Poznali się, gdy mieli dziesięć lat. Właśnie wtedy państwo Westric wraz z trójką pociech zamieszkali w okazałej posiadłości, którą od rezydencji państwa Royensen oddzielał jedynie niezbyt dobrze przystrzyżony trawnik. Paul był najmłodszy z rodzeństwa. Jego dwie starsze siostry bliźniaczki były prawie dorosłe, więc nieczęsto bywały w domu i tym bardziej nieczęsto miały ochotę na wspólną zabawę z dziesięcioletnim bratem. Chłopiec nudził się całymi dniami, a że były wakacje, nie bardzo miał możliwość poznania kogoś z rówieśników.

Pech chciał, że któregoś dnia nie mogąc wymyślić niczego twórczego, zapragnął nagle zrobić porządek z mocno zarośniętym trawnikiem, oddzielającym ich dom od sąsiadów. Z zagraconego jeszcze nie do końca rozpakowanymi pudłami garażu z trudem wydobył kosiarkę i ruszył na podbój trawnika. Miał nadzieję, że jego inicjatywa i wysiłek włożony w ciężką pracę ogrodnika zostaną wkrótce docenione przez rodziców, którzy niebawem mieli wrócić z pracy.

Podekscytowany nieznanymi dotychczas umiejętnościami rozpędził się tak bardzo, że oprócz wąskiego pasa wysokiej trawy skosił również trawnik państwa Royensen, wraz ze wszystkim, co na nim rosło. Niestety, nie mógł przewidzieć, że właśnie tego popołudnia rodzina Royensen wróci z długich wakacji na Rodos i okaże się, że opustoszały do tej pory dom ma jednak właścicieli.

Nie zdążył posprzątać po ciężkiej pracy, kiedy niemalże równocześnie pod dom podjechały dwa samochody. Z bordowego jeepa wyskoczyli przerażeni rodzice chłopca, widząc, jak ich najmłodsze, niezwykle zadowolone dziecko kroczy dumnie w stronę garażu, pchając kosiarkę. Niczego jeszcze nieświadomi sąsiedzi powoli wyciągali walizki z samochodu. Na szczęście taksówkarz zaparkował przy ulicy. Od szokującego widoku, który za chwilę mieli ujrzeć, dzielił ich jeszcze chodnik i niewielki pagórek.

Państwo Westric próbowali uprzedzić sąsiadów, ale niestety nie zdążyli. Emily Royensen nie czekając, aż mąż wypakuje bagaże, w pośpiechu ruszyła w stronę domu. Jakież było jej zdziwienie, kiedy zamiast idealnie wypielęgnowanego ogrodu, pełnego przepięknych kolorowych kwiatów i specjalnie sprowadzanych egzotycznych roślin, zobaczyła coś, co przypominało boisko do piłki nożnej.

Na szczęście sprawę udało się załatwić polubownie. Przejęta pani Westric osobiście dopilnowała, by czarodziejski ogród państwa Royensen zakwitł na nowo, a co najważniejsze, pokryła wszelkie koszty. Tak właśnie rozpoczęła się przyjaźń Martiki i Paula, a także bliska znajomość Emily i Adama Royensen oraz Michaela i Robbyn Westric.

 

Scott wciąż obserwował z uwagą zamyśloną dziewczynę. Ciszę przerwał głośny dzwonek, po którym klasa zaczęła zapełniać się rozbawioną młodzieżą. Nikt nie zauważył siedzącej na parapecie pary. Najwyraźniej każdy tutaj żył swoimi sprawami i życiem, tak jakby nic i nikt więcej się nie liczył.

– Chodźmy stąd – chłopiec chwycił Martikę za rękę i pospiesznie wyprowadził z klasy. Szli szybkim krokiem, z trudem przeciskając się przez tłum uczniów, wypełniający szkolne korytarze.

Oszołomiona, nie zauważyła nawet, kiedy znaleźli się w pobliskim parku. Usiedli na ławce. Chwilę trwało, zanim spojrzała na niego i zaczęła rozmowę.

– Wytłumacz, proszę, co się dzieje. Mam kompletny mętlik – mówiła spokojnie, co jakiś czas robiąc dłuższe przerwy. – Nie rozumiem, znamy się chwilę, dajesz mi taki prezent – patrzyła zamyślona. – Wiem, co to jest i ile jest warta. Widziałam ją wtedy na wystawie. Od tego czasu nie mogę przestać o niej myśleć – przerwała spoglądając w niebo.

Było pochmurnie. Momentami zrywał się silny wiatr. Co jakiś czas przelatywało stado czarnych gawronów, kracząc złowieszczo. W powietrzu czuć było jesień.

Dziewczyna westchnęła głęboko. Przypomniał jej się podobny październikowy poranek w Inverness. Wtedy siedziała z Paulem na ławce w parku niedaleko rzeki, snując plany na przyszłość. To było dokładnie rok temu. A dzisiaj jest tutaj. Wszystko się zmieniło. Ona też.

– Wiem, co mówi astrologia na jej temat – zaczęła ponownie. – To właśnie nie daje mi spokoju – spojrzała na Scotta, mając nadzieję, że za chwilę wszystko wyjaśni, odpowie na dręczące pytania.

Chłopiec milczał. Sprawiał wrażenie nieobecnego. Zapragnęła znać jego myśli. Czuła, że to niesprawiedliwe. Skąd wiedział o niej tak wiele?

– Przypisuje się je znakowi Koziorożca – odezwał się nagle. – Uznaje za piękne, lecz ukrywające grozę czegoś nieznanego – mówił ściszonym głosem, patrząc przed siebie. – Zdaniem astrologów czarne perły są zwiastunami niezwykłych przeżyć i psychicznych wstrząsów. Ludzie szukający ciszy i spokoju powinni unikać tego klejnotu.

Była w szoku. Nie przestawał jej zaskakiwać.

– To były moje szesnaste urodziny – powiedziała, nie rozumiejąc, dlaczego to robi, dlaczego chce, żeby wiedział. – Rok temu, dwudziestego pierwszego września pojechaliśmy z rodzicami do Edynburga. Tata miał coś do załatwienia w firmie, a potem mieliśmy spędzić miłe popołudnie. Po obiedzie wybraliśmy się na słynną wystawę rzadkiej biżuterii, która jest co roku organizowana w sklepie jubilerskim na Starym Mieście – przerwała. – Stałam i patrzyłam jak zahipnotyzowana. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale ta perła jakby mnie opętała. Przeczytałam chyba wszystkie publikacje na temat czarnych pereł i nie znalazłam nic, co mogłoby pomóc zrozumieć tak wielkie uzależnienie od tego klejnotu. Podobno pierwsi poznali ją Chińczycy – kontynuowała. – Uważali za symbol mądrości i podejrzewali, że tworzy się w mózgu smoka. Hindusi wiązali ją z chmurami, słoniami, wężami, rybami. Grecy i Rzymianie uważali, iż powstaje, gdy kropla deszczu upadnie na skorupę małża, dlatego jest taką rzadkością. W Persji wierzono, iż jest owocem burzowego nieba, natomiast cejlońska legenda wiąże białą perłę ze łzą Ewy, a czarną z Adama. To dziwne – zastanowiła się – mój tata ma na imię Adam. Dopiero teraz na to wpadłam. Myślisz, że ma to jakiś związek? – zwróciła się do Scotta, nadal nie pojmując sytuacji. Nie poznawała siebie.

– Nie wiem, raczej nie, ale może czas da odpowiedź? – odparł tajemniczo, a potem uniósł jej zmarzniętą dłoń i delikatnie pocałował. – Masz ochotę na gorącą herbatę? Powinnaś się rozgrzać. Chodź, zapraszam, pokażę ci bardzo przyjemne miejsce.

– Poczekaj – była zdenerwowana. – Muszę wiedzieć.

– Prosiłem o coś – przerwał, wstając z ławki.

Nie dawała za wygraną. Podniosła się, stanęła naprzeciwko i już miała ponownie zaatakować, kiedy lunęło jak z cebra. Scott chwycił ją mocno za rękę. Biegli, z trudem łapiąc oddech. Strumienie deszczu zalewały im twarze, a silny wiatr utrudniał ucieczkę. Zrobiło się przeraźliwie ciemno. Co pewien czas gdzieniegdzie z hukiem uderzał piorun. Nie wiedziała, dokąd biegną, ale miała wrażenie, że trwa to wieczność.

Wreszcie kompletnie przemoczeni dotarli do małej kafejki. W środku było przyjemnie i ciepło. W niewielkim kominku tańczyły wesoło ogniste płomyki. Na lekko przechylonym drewnianym barze stał gramofon, z którego dochodziły dźwięki bluesa. Wszędzie paliły się świece. Lokal był nieduży i mieścił jedynie pięć małych, okrągłych stolików. Na każdym paliła się lampa naftowa. Stylowe krzesła pokryte były miękkimi poduszkami w indyjskie wzory. Ze stolików zwisały bezwładnie koronkowe obrusy, opadając na podłogę. W wielkiej witrynie, z nisko zawieszonym parapetem wisiały ciężkie, drapowane zasłony, co sprawiało, że pomieszczenie było całkowicie pozbawione światła. Pomimo tego miejsce robiło przytulne wrażenie.

Zdziwiła się, że lokal jest zupełnie pusty. Nie zauważyła nikogo z obsługi. Już miała zapytać, czy na pewno dobrze trafili, kiedy nagle nie wiadomo skąd, pojawiła się przy nich uśmiechnięta kobieta w kolorowej sukni. Dziewczyna zwróciła uwagę na ciemny, długi warkocz, sięgający prawie do pasa. Pomyślała, że nie może być prawdziwy.

– Mój Boże! – krzyknęła kobieta. – Jak wy wyglądacie? – podeszła do okna, uchyliła zasłonę, a potem mrucząc coś pod nosem, zniknęła za kotarą wiszącą obok baru. Po chwili pojawiła się z powrotem, niosąc dwa duże ręczniki.

Zaczęli pospiesznie wycierać przemoczone włosy i ubrania. Potem Scott odłożył ręczniki, wziął leżący na parapecie koc i okrył trzęsącą się z zimna dziewczynę. Usiedli przy kominku. Martika wpatrzona w płonący ogień próbowała rozgrzać skostniałe dłonie.

Kobieta bez słowa krzątała się za barem, coś przygotowując.

– Gorąca herbata z syropem imbirowym. Rozgrzewa zmarznięte duszyczki – powiedziała radośnie, po czym postawiła dwa gliniane kubki na stoliku obok kominka.

– Dziękuję, mamo – Scott posłał jej spojrzenie pełne wdzięczności.

Zaskoczona dziewczyna mało się nie udławiła, próbując wziąć pierwszy łyk.

– Dobrze, już dobrze – kobieta pogłaskała go po głowie. – Nie musisz tak patrzeć. I tak nie podoba mi się, że nie jesteś w szkole. Ale jak zwykle, muszę zrozumieć. Od czego są przecież kochające matki?

– To jest Martika – uśmiechnął się, przedstawiając nową znajomą.

– Miło mi.

– Mnie również – odpowiedziała, kiwając głową z niedowierzaniem. Jak to możliwe, że po raz kolejny udało mu się tak bardzo ją zaskoczyć?

– Nieprędko przestanie padać, więc macie lokal tylko dla siebie, niestety muszę was opuścić – oznajmiła kolorowa postać, a następnie zwinnie chwyciła stojący przy drzwiach parasol i już jej nie było.

– Zaskoczona? – podał kubek z herbatą.

– Odkąd cię poznałam, cały czas mnie zaskakujesz. Biorąc pod uwagę fakt, że minęły dopiero dwie godziny, zaczynam się bać – zamyśliła się. – Kim jesteś, Scott?

– Aniołem Stróżem – odparł bez zastanowienia.

– Nieważne – westchnęła. – Na dzisiaj mam dość zagadkowych odpowiedzi i niespodzianek. Wypiję herbatę i pójdę do domu. Muszę ochłonąć.

– Zostań. Porozmawiajmy. Opowiedz coś o twoim świecie – nalegał.

– Moim świecie? Było, minęło. Pewnie teraz to jest mój świat.

– Zaufaj mi.

– Już to robię, choć nie mam pojęcia dlaczego. Nic o tobie nie wiem.

– Znasz moją mamę – roześmiał się. – Wiesz, jak wyglądam i gdzie chodzę do szkoły. Potrafię spełniać marzenia. To mało?

– Masz rację – parsknęła śmiechem. – Na dobry początek pewnie wystarczy!

Nagle przypomniała sobie o perle. Przez zamieszanie zupełnie nie pamiętała, co z nią zrobiła. Zaczęła nerwowo przeszukiwać kieszenie.

– Tego szukasz? – podał pudełeczko. – Kiedy wybiegaliśmy z klasy, wziąłem ją od ciebie, nie pamiętasz? – pokręcił głową.

– Dziękuję – odetchnęła z ulgą. – Za wszystko.

– Jeszcze nic takiego nie zrobiłem.

– No, nie wiem. Podobno spełniłeś marzenia! To mało? – zrobiła rozbawioną minę i oboje zaczęli się śmiać.

Spędzili razem całe popołudnie. Mama Scotta wróciła dopiero pod wieczór, po to tylko by zamknąć lokal. W tak paskudny dzień nie można było liczyć na klientów. Rzadko ktoś tędy przechodził. Martika jednak wyczuwała w tym pewien podstęp. Wieczorem chłopiec odprowadził ją do domu. Była oczarowana. Z Paulem było zawsze cudownie, ale nigdy nie czuła się tak wyjątkowo jak teraz. Obecność Scotta dziwnie uzależniała, a bliskość sprawiała, że czuła dreszcze. Pierwszy raz działo się z nią coś, nad czym nie mogła zapanować i czego nie potrafiła pojąć. Podobało jej się to. Jedyne, czego teraz pragnęła, to poddać się temu bezgranicznie.