Zachód słońca na Santorini

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wiesz, co wtedy powiedział do kamer? „Nienawiść i przemoc są usprawiedliwione, jeśli kierować je przeciwko podludziom”.

Dziesiątego maja 2011 roku Manolis Kantaris – biznesmen, czterdzieści cztery lata – poszedł po samochód zaparkowany kilka ulic od domu. W domu na terenie zagłębia czekała na niego żona. Miał po nią przyjechać i zabrać do szpitala, bo synek już pchał się na świat, poród powinien się zacząć lada moment. Mężczyzna miał na ramieniu aparat fotograficzny. Zabrał go zawczasu, żeby nie zapomnieć i móc pstrykać ostatnie ciążowe foty. Minął market Persepolis, przeciął głośną ulicę Acharnon, zostawił za sobą syryjską kafejkę internetową i kilka zakładów fryzjerskich. Był już przy samochodzie, gdy podeszło do niego trzech młodych nie-Greków, imigrantów. „Dawaj aparat” – syknął jeden z drugim. „Camera, now, give!”

Kantaris myślał pewnie, że ma przeciwko nim jakąś szansę, że jak odmówi, to może sobie pójdą. Przecież wokół było pełno ludzi. Odmówił, ale oni zamiast uciec, wyjęli nóż. Dźgali go w plecy, ramię i szyję. Wyrwali aparat i w długą.

„Gdzie on się podziewa?” – pomyślała żona i poczłapała sprawdzić, co się dzieje. Zobaczyła męża leżącego w kałuży krwi. W wywiadzie po latach powie, że nie spanikowała, jest lekarką, wiedziała, że musi zachować spokój. Próbowała zaciskać rany, razem z ratownikami i umierającym mężem wsiadła do karetki. Wysiadła wdową. Kilka godzin później urodziła syna.

Dziennikarze popędzili na miejsce zbrodni, gdzie już zgromadzili się przechodnie i dokąd z pobliskiego Ajios Pandelejmonas zdążyli dobiec sąsiedzi, „zaniepokojeni mieszkańcy” – wtedy już powszechnie kojarzeni ze Złotym Świtem, zdemaskowani jako partyjni działacze. Ich „zaniepokojenie”, jak się okazało, było na pokaz, było narzędziem w propagandowej walce, która przebiegała według znanego schematu: udajemy, że jesteśmy zwykłymi obywatelami i boimy się groźnych imigrantów, że państwo nas olewa i że tylko złociści idą nam z odsieczą, kopniakami przeganiając barbarzyńców z naszej dzielnicy. Jesteśmy im nieskończenie wdzięczni. I wy, rodacy w całej Grecji, też powinniście, bo gdy przyjdzie wasza kolej, gdy was zaleje imigrancka fala, tylko złociści zjawią się z pomocą. Złociści, z którymi my współtworzymy partię!

Jeden z „zaniepokojonych” najpierw opowiadał do kamer, że nie widział samego morderstwa, ale był w pobliżu, usłyszał hałas i poszedł sprawdzić, co się dzieje. Nazajutrz przypomniał sobie, że jednak widział zajście – na własne oczy widział imigrantów dźgających Kantarisa. „– Było ich trzech, wszyscy śniadzi: z Maroka, Tunezji, może z Algierii, w każdym razie z Afryki Północnej – powiedział do kamer. – Tylu ich się tu kręci, odkąd wybuchła arabska wiosna, że nie mamy przez nich życia”[3].

Wieczorem 10 maja doszło do pierwszych ataków odwetowych. Oberwało kilkoro przypadkowych imigrantów – od zakapturzonych, ubranych na czarno facetów na motorach. Nie patyczkowali się. Podjeżdżali, krzyczeli apo pu ise i nie czekając na odpowiedź, walili pałami po nogach, po głowie, gdzie popadło. Ofiary nie wzywały karetek, nie zgłaszały się na policję – bały się, że zamiast pomocy dostaną areszt i nakaz deportacji.

Jedenastego maja cała Grecja żyła brutalnym morderstwem. Złoty Świt zwierał szeregi, zapowiadał na następny dzień wielki marsz protestacyjny. A kolejni przypadkowi imigranci dostawali po żebrach.

Pół godziny po północy z 11 na 12 maja Alim Abdul Manan – dwudziestojednolatek z Bangladeszu – wracał do domu. Na skrzyżowaniu podjechał do niego motocykl. Kierowca zgasił silnik, pasażer zeskoczył z siedzenia, podbiegł do Alima i wyciągnął nóż. Dźgnął mężczyznę pięć razy, po czym wskoczył z powrotem na motor, krzycząc: „Zarżniemy wszystkich, których spotkamy na drodze!”[4]. Odjechali. Alim umarł, zanim karetka dojechała do szpitala. Za jego śmierć nikt nie odpowiedział, bo policja nie znalazła sprawców.

Kilkanaście godzin po zabiciu Banglijczyka, w miejscu, gdzie zginął Manolis Kantaris, gromadzili się już złociści, ich sympatycy, „zaniepokojeni mieszkańcy”, członkowie innych prawicowych organizacji oraz policjanci. Za chwilę miał stąd ruszyć antyimigrancki marsz, procesja krwawej zemsty. Ale najpierw przemowy. „Kochani patrioci” – zaczął jeden ze złocistych. „Według konstytucji władza ma działać dla dobra obywateli i narodu. W ostatnich latach władze działają przeciwko nam, przeciwko narodowi. Jako patrioci musimy bronić konstytucji, podobnie jak nasi bracia policjanci. Musimy działać razem z nimi, zjednoczeni. Nie możemy akceptować przemocy – musimy na przemoc odpowiadać. Nie może być tak, że obcy wchodzi bez pozwolenia do mojego domu, robi, co chce i włos mu z głowy nie spadnie. Nie! Ja takiego obcego zabiję! (Tłum skanduje: Przemocą we wrogów ojczyzny!, Grecja dla Greków, dla chrześcijan!). Jesteśmy tu wszyscy, przyjaciele zabitego Manolisa, żeby powiedzieć jego dzieciom, że miarka się przebrała. Koniec! Grecja musi pozostać Grecją! Nie chcemy tu żadnych imigrantów. Nie pozwolimy, by nas mordowali!”

Mówca zakończył słowami: „Po stronie Greków stoi Złoty Świt!”.

Brawa!

Mikrofon przejął rzecznik Złotego Świtu Ilijas Kasidiaris, który próbował przekonywać, że wiec jest obywatelski, ponadpartyjny – choć to on, twarz partii, jeden z partyjnych wiceliderów, zapraszał do udziału, dawał głos kolejnym mówcom, choć to on określił trasę marszu i szedł na jego czele. Nie lubi odmawiać sobie splendoru, ale tym razem wiedział, że za kilka godzin, gdy poleje się krew, przyznanie się do organizacji wiecu może okazać się kłopotliwe. „Jest nas dużo, przyjechaliśmy z całej okolicy. Nie zasłaniamy twarzy, bo to dla nas duma i honor, że możemy trzymać w dłoni grecką flagę, a nie jakąś szmatę”. Chwilę później: „Stoję przed wami jako obywatel. Owszem, reprezentuję Złoty Świt, ale dziś nie ma powodu, by bawić się w politykę. Dziś wszyscy jesteśmy Grekami”.

Przekazał mikrofon koledze: „Nie przyszliśmy tu płakać. Przyszliśmy, by odzyskać kontrolę nad naszym terenem, nad naszymi dzielnicami. Jeśli musi się w tym celu polać krew, niech się leje!”.

Zebrani zaczęli skandować tradycyjny partyjny okrzyk: „Krew, honor, Złoty Świt!”.

Natychmiast włączył się rzecznik Kasidiaris i zaproponował inny okrzyk: „Obcy won z Grecji!”.

„Obcy won!”[5].

Gdy pochód ruszył, mobilizowanie do okrzyków wziął na siebie kolega rzecznika partii, właściciel sklepu Falanga, Iljas Panajotaros. Ten sam, który rok wcześniej zapowiadał pogromy.

Z marszu co rusz odłączały się grupki złocistych uzbrojonych w noże, kije bejsbolowe, kastety, a nawet śrubokręty. Gdy tylko wypatrzyli kogoś o ciemniejszym kolorze skóry, od razu atakowali. Znów rzucali w powietrze: apo pu ise, i znów nie czekali na odpowiedź. Bili i szli dalej. Tłukli szyby w imigranckich sklepach, restauracjach, kafejkach internetowych. Tłukli i szli dalej. Bili, tłukli, szli dalej. A ich koledzy na motorach, jak sępy, krążyli po sąsiednich ulicach. I jeb kogoś po plecach! Jeb po nogach!

W szpitalnych dyżurkach rozdzwoniły się telefony – dyspozytorzy słali w miasto karetki.

Raez, Pakistańczyk, wtedy w Grecji od jedenastu lat: „Rzuciło się na mnie pięciu kolesi w czarnych kapturach i zaczęli mnie kopać. Upadłem na ulicę, ale oni nie przestawali. Okładali mnie jakimiś pałami – po głowie, twarzy, po plecach. Jakimś cudem udało mi się uciec. Gonili mnie i walili w drzwi mojego bloku, gdy schowałem się w środku”[6].

Badara Gueye, dwadzieścia osiem lat, Senegalczyk: „Jak zobaczyliśmy, co się dzieje na ulicach, zamknęliśmy się w domu i zostaliśmy tam przez dwa dni. Słyszeliśmy krzyki: wychodźcie, zabijemy was!”[7].

Mohammed, trzydzieści trzy lata, Sudańczyk: „W przeszłości byłem zawodowym sportowcem. Biegam maratony, mam szybkie nogi. Ci kolesie trzy razy próbowali mnie złapać, ale im się nie udało. Nie mogli mnie dogonić”[8].

Youseff, dwadzieścia sześć lat, Afgańczyk: „Było ich około dwudziestu. Zatrzymali autobus miejski, pięciu z nich weszło do środka i zaczęli krzyczeć do imigrantów: na ziemię, na ziemię! Przeżyłem to samo w Iranie – tam do autobusów wchodziła policja i wyłapywała Afgańczyków. Ale tu jest Europa – pomyślałem! Takie rzeczy w Europie?! W dodatku to nie policja, tylko zwykli ludzie. Kazali nam wysiąść. Wysiadłem, dostając parę kuksańców. Znam grecki, ale uznałem, że jak się odezwę po grecku, wezmą to za prowokację. Więc zacząłem mówić po niemiecku. W końcu odepchnąłem jednego z nich i uciekłem. Prawie wpadłem pod samochód. Odwróciłem się i widziałem, jak ci kolesie rzucają się w pogoń za innymi, którym udało się uciec”[9].

Rauf Malik, Pakistańczyk, wtedy w Grecji od szesnastu lat: „Przechodziłem obok grupy około czterdziestu osób. Usłyszałem: apo pu ise, skąd jesteś? Z Pakistanu – odpowiedziałem i wtedy natychmiast się na mnie rzucili. Bili mnie po głowie, po twarzy. Krzyczeli: zabijemy cię, bo wy zabiliście Kantarisa. Jakiś Grek chciał mi pomóc, ale za karę także i on oberwał. Krzyczał, żebym uciekał. Zostawiłem motor i pobiegłem do policjanta, opowiedziałem mu, co się stało, a on na to: wynocha, nic nie mogę poradzić”[10].

Iftichar Malik, Pakistańczyk, właściciel sklepu: „Widziałem, jak pałami wybijają witryny, co najmniej dziesięć sklepów zniszczyli. Pobili pięciu Chińczyków, którzy w nich pracowali, rozwalili im głowy, więc karetki zabrały ich do szpitala. Oberwały także dzieci, które bawiły się na podwórku. Wszystko to działo się na oczach policjantów – stali i nie reagowali”[11].

 

W ciągu kilku godzin do dwóch ateńskich szpitali trafiło około czterdziestu osób, z czego blisko połowa w stanie ciężkim. Dominowały rany kłute, złamane kończyny, żebra, nosy i szczęki.

Ataki trwały nieprzerwanie jeszcze dwa dni. W sumie pobitych zostało ponad sto osób, a według nieoficjalnych danych – raczej bliżej dwustu, w tym kilku sprawiedliwych Greków, którzy stanęli w obronie Azjatów i Afrykańczyków. Imigranci, zbyt przestraszeni, by zgłosić atak, szukali pomocy u Lekarzy bez Granic lub czekali w domach, aż krwiaki same się wchłoną, siniaki wyblakną, rany zasklepią.

Dziennikarze pisali o „orgii przemocy” na niespotykaną skalę, o „czystym rasizmie”, o „kryształowych nocach”. W dokumentach sądowych wprost pisano o pogromach.

– To był straszny czas. Jak z horroru – mówi mi Javed Aslam, przewodniczący Związku Pakistańczyków w Grecji i Pracowniczej Unii Imigrantów, pięćdziesięciolatek z gęstą, siwą brodą, który ponad połowę życia przeżył w Atenach. Spotykamy się w jego biurze w centrum, obok gmachu urzędu miasta. – Mniej więcej wtedy zacząłem prowadzić listę z nazwiskami wszystkich pobitych imigrantów, którzy zgłaszali się do mnie po pomoc. Jest na niej ponad pięćset nazwisk – ale ofiar było o wiele więcej. Ile ja spędziłem wieczorów w szpitalnych izbach przyjęć! Nie zliczę. Pęknięcia czaszki, połamane nogi i ręce, wybite oczy, odcięte palce. Złociści bili, jakby ich nie obchodziło, czy zabiją.

Do siedziby Związku złociści też przyszli, ale jak mówi Aslam, na szczęście nikogo nie zastali. Próbowali podpalić drzwi i napisali na nich, że Pakistańczycy mają się wynosić.

– Policja? Praktycznie nie reagowała. Nawet wtedy, gdy zginął Alim z Bangladeszu. Na serio zaczęła reagować o wiele później, kiedy doszło do kolejnego morderstwa.

Po trwających kilka dni pogromach policja zatrzymała jednego napastnika – Ilijasa Koliopulosa, bezrobotnego kelnera, ojca trójki dzieci. Twierdził, że w dniu marszu był w okolicy Ajios Pandelejmonas przypadkowo – szukał pracy i tam go zawiało. Chodząc od knajpy do knajpy, zobaczył zgromadzenie i niewiele myśląc, przyłączył się. Kamery przemysłowe uwieczniły, jak razem z innymi napastnikami tłucze szyby imigranckich sklepów i demoluje ich wnętrza. Mówił, że żałuje, że chciał pokryć straty, jakie spowodował, ale nie doprosił się o wycenę. Podczas przesłuchania nie wspomniał jednak, że jest członkiem Złotego Świtu i że partia dwa lata wcześniej dała mu miejsce na listach w wyborach parlamentarnych. Sąd skazał go na rok więzienia. Tylko jego jednego. Nie ucierpiała partia ani żaden z prowodyrów, reżyserów i wykonawców pogromu, których widać na dziesiątkach zdjęć i filmów: Kasidiaris dowodzący zgromadzeniem, Panajotaros podgrzewający pogromową atmosferę okrzykami, obecni w tłumie i aktywni Janis Lagos, Panajotis Iliopulos, Efstatios Bukuras. Złoty Świt nie odżegnywał się od organizacji pogromu. Wręcz przeciwnie, był dumny z tego, jak skutecznie udało się go przeprowadzić. Słychać to na nagraniach z partyjnego spotkania, jakie odbyło się zaledwie kilka dni później[12].

NGO-sy, aktywiści, antyfaszyści, dziennikarze i prawnicy zdobyli tony dowodów na udział złocistych w pogromie. Składali pisma, słali listy otwarte, przypominali, apelowali nawet do Sądu Najwyższego. Na próżno. Po pięciu latach dochodzenia, prowadzonego przez wydział prokuratury do walki z rasizmem, sprawa się przedawniła. „Ten pogrom był najbardziej jaskrawym przykładem rasistowskiej przemocy w ostatnich dekadach – odbywał się w biały dzień, w centrum stolicy, przy udziale wielu osób, w obecności policji, kosztem życia i zdrowia cudzoziemców. Powodem do bicia był kolor skóry, nic więcej. Sprawcy przemocy mogą dziś czuć ulgę – nie będą ścigani za swoje czyny. […] Przemoc na tle rasowym, jeśli nie jest karana, lubi się powtarzać. Pełną odpowiedzialność za przyszłe ataki będzie ponosiło greckie państwo” – napisali prawnicy i aktywiści antyfaszystowscy Tanasis Kambajanis i Kostas Skarmeas[13].

Policja potrzebowała nieco ponad tygodnia, by namierzyć morderców Manolisa Kantarisa. Ujęła dwóch młodych Afgańczyków – trzeci napastnik zniknął. Zanim trafili do aresztu, mordercy zdążyli sprzedać aparat fotograficzny, który ukradli ofierze – zarobili na nim sto dwadzieścia euro. Sąd skazał ich na dożywocie.

Wdowa po Kantarisie odesłała bukiet kwiatów, jaki przysłał jej z kondolencjami lider Złotego Świtu Nikos Michaloliakos. Oświadczyła, że nie chce mieć z nim i jego ludźmi nic wspólnego.

Mijam hotel New Dream przy placu Attiki. Dwie gwiazdki, w porywach trzy. Tanio, czysto, miła obsługa – czytam w internetowych opiniach. Na zdjęciach widzę ściany pokoi pomalowane na bordowo i wytarte różowe dywany. Firma, która prowadzi interes, wynajmuje czteropiętrowy, narożny budynek z wielkim szyldem na dachu od Eleni Zaruli, żony Nikosa Michaloliakosa. Małżonkowie wspólnie rozliczają się z podatków i w zeznaniu za rok 2011 wykazali dochód z wynajmu w wysokości zero euro – choć interes ma się świetnie, generuje spory zysk. Wśród klientów dominują „ekspresowi”: wchodzą z ulicy w towarzystwie prostytutki, proszą o klucz do pokoju, a po godzinie są z powrotem na dole i robią check out. Koszt – dwadzieścia pięć euro. Dociekliwi dziennikarze oskarżyli właścicieli budynku o kreatywną księgowość, bo brak dochodu z wynajmu musiałby oznaczać, że są filantropami lub biznesowymi nieudacznikami. W całej historii pojawili się też podejrzani pośrednicy i firmy krzaki należące do Albańczyków. „To atak na nasze dobre imię, na naszą uczciwość, próba szkalowania nas i pogrążenia naszych politycznych karier” – oburzali się małżonkowie, pozywając dziennikarzy do sądu[14]. W oświadczeniu nie odnieśli się do informacji, jakoby hotel New Dream zarabiał na zagranicznych prostytutkach i zatrudniał niemal wyłącznie zagranicznych pracowników. „Opuszczając hotel, zrozumieliśmy, że w Grecji tolerowani są tylko ci imigranci, którzy pracują dla rodziny Michaloliakosa i że lider partii bierze w obronę zarówno przestraszonych staruszków z Ajios Pandelejmonas, jak i hotelowych oszustów podatkowych” – napisali autorzy głośnego reportażu[15].

Skręcam w ulicę Aristomenus, wąską, jednokierunkową, mniej więcej w połowie drogi między placem Attiki a kościołem Ajios Pandelejmonas. Mijam salon fryzjerski Magda i kilka od dawna nieczynnych sklepów. Tu się przede wszystkim mieszka – w złączonych ze sobą, całkiem przyjemnych blokach. Większość z nich posiada sutereny, do których wchodzi się prosto z ulicy, nie przez klatkę schodową. Ich okna są okratowane. Teraz te półpiwnice stoją puste, ale dekadę temu wynajmowali je imigranci – na sypialnie albo na improwizowane meczety. Bo Ateny, jako jedyna europejska stolica, nie miały meczetu z prawdziwego zdarzenia przez blisko dwa wieki. Odkąd w 1833 roku wynieśli się stąd Turcy, istniejące meczety sukcesywnie się zamykały, a na nowe nie było politycznej zgody. Wypracowano ją w parlamencie dopiero w 1890 roku. Od tamtego momentu potrzeba było zaledwie stu trzydziestu lat, by meczet mógł przyjąć pierwszych wiernych – uroczyste otwarcie świątyni nastąpiło w listopadzie 2020 roku, w środku pandemii koronawirusa. Kilka dni po otwarciu i automatycznym ograniczeniu liczby modlących się z trzystu pięćdziesięciu do trzynastu – rząd wprowadził drugi lockdown i meczet został zamknięty do odwołania. W 2010 roku nowy meczet istniał jedynie na papierze, więc ateńscy muzułmanie modlili się w piwnicach, garażach, starych fabrykach. Działało ich około siedemdziesięciu, a jeden znajdował się właśnie przy Aristomenus. Niełatwo go dziś odnaleźć. Chodzę po ulicy z wydrukowanym zdjęciem z gazety, porównuję wejścia do kolejnych suteren, kolor ścian, kolor krat, rodzaj płyt chodnikowych, stopień ich popękania. Pytam przechodniów, ale nie pamiętają, mieszkają tu od niedawna. Wreszcie – jest!

Stoję przed miejscem, gdzie w październiku 2010 roku złociści i ich sympatycy, w tym Temida Skordeli, chcieli żywcem spalić czterdziestu modlących się Banglijczyków.

– Nazywam ją panią Skordeli, chociaż żadna z niej wielka pani – mówi Naim Elgantour, przewodniczący Unii Muzułmanów Grecji. – Poznałem ją osobiście, kilka razy rozmawialiśmy i nie były to miłe rozmowy. Kiedyś starliśmy się w telewizyjnym studiu. Zaprosiłem ją wtedy na kawę: pójdźmy, zobaczmy, może bez kamer uda się nam rozwiązać problemy, które wymieniała. Zgodziła się. Umówiliśmy się przy placu Wiktorii. Siedzimy, rozmawiamy, szybko pojąłem, że jej nie zależy na rozwiązaniu problemów. Gdyby nie te rzekome problemy z imigrantami, Złoty Świt nie miałby politycznej agendy, a ją samą przestałyby zapraszać telewizje. Zapytałem, czy ma dzieci. Czy nie jest jej wstyd, że gdy Złoty Świt organizuje swoje ataki przeciwko imigrantom, zawsze ustawia dzieci i młodzież w pierwszej linii. Co z nich wyrośnie, jak od małego uczą ich nienawiści? Odrzekła, że nie ma dzieci, ale gdyby miała, wywiozłaby je. Nie jest głupia, by je tu wychowywać, tak powiedziała.

Naim ma sześćdziesiąt pięć lat i pochodzi z Egiptu. Do Grecji przybył w innej epoce, prawie pół wieku temu. Samolotem, po prostu. Wystąpił o wizę, dostał ją bez problemu i przyleciał. W jego okolicy mieszkało dużo Greków, potomków budowniczych Kanału Sueskiego. Przyjaźnił się z nimi, słuchał ich opowieści o Grecji, przyleciał i został. – Łączy nas Morze Śródziemne, a to oznacza, że z grubsza jesteśmy do siebie podobni – mówi.

Naim niemal od ręki dostał greckie obywatelstwo, po czym odbył roczną, obowiązkową służbę w armii. Nie dali mu dotknąć karabinu ani żadnej innej broni, takie były wtedy zasady: muzułmanin mógł służyć w armii, ale od broni miał się trzymać z daleka. Nie wolno było mu ślepo ufać.

Nauczył się języka, zaprzyjaźnił z ateńskimi Grekami i razem z nimi pracował. Ożenił się z Greczynką – Anną, która dla niego przeszła na islam i teraz jest rzeczniczką prasową Unii Muzułmanów Grecji. Oboje są aktywistami, walczą o równe traktowanie muzułmanów, pomagają prześladowanym. Siedzimy w ogrodzie rodzinnego domu Anny w dzielnicy Iliupoli, u stóp góry Imitos (Wiwi mówiła mi, że bywa, że zimą pada tu śnieg, a ulice zajmuje gołoledź, gdy u niej, czyli w sąsiedniej Glyfadzie, nieco niżej, ludzie wciąż paradują ubrani na krótki rękaw). Ich dzieci chodzą do lokalnych szkół i czują się Grekami. Po prostu – Grekami, za to Naim o sobie mówi, że też jest Grekiem, ale trzeciej kategorii. Tłumaczy: pierwsza kategoria to prawosławni Grecy, druga, gorsza kategoria to katolicy i żydzi. Trzecia to oni, muzułmanie.

– O nic nie możemy się w tym kraju doprosić, państwo nie uznaje naszych świąt ani obrzędów, nie zgadza się, byśmy mieli własny cmentarz, przez co chowamy naszych bliskich na cmentarzach komunalnych i po trzech latach, zgodnie z grecką praktyką, a wbrew naszej religii, musimy wykopywać ich kości. Wreszcie, nie mamy meczetu z prawdziwego zdarzenia. Ten nowy to żart: budynek wygląda jak fabryka, nie ma ani jednego minaretu i może pomieścić garstkę ludzi, a nas jest w Atenach ponad pół miliona! Jego otwarcie to też wygodny pretekst, by zamykać nieoficjalne meczety, jak ten, w którym myśmy się modlili, Al Andalus w Pireusie. Trzydzieści dwa lata działał! Owszem, w piwnicy, ale spełniał swoją rolę. Teraz kazali nam się wynosić, bo niby nie mamy pozwolenia. Nie mamy, nie mieliśmy przez trzydzieści dwa lata i jakoś nikomu to nie przeszkadzało.

Anna woła mnie na bok, otwiera drzwi garażu.

– Zobacz, wszystkie te dywany, poduszki, książki, kasety, wszystkie naczynia, wszystko, co tu widzisz, pochodzi z Al Andalus. Przenieśliśmy to do nas, bo nie mogliśmy tego tak zwyczajnie wyrzucić.

Meczet przy ulicy Aristomenus, dekadę temu podpalony przez złocistych, też trzeba było zamknąć. Oboje, Naim i Anna, pamiętają aż za dobrze tamten dzień i kilkanaście kolejnych, gdy w odpowiedzi na próbę masowego morderstwa i zastraszenia wypowiedzieli neofaszystom wojnę.

Był 31 października 2010 roku. Gdy Banglijczycy zeszli do meczetu na popołudniowe modły, zbiegli się złociści. Było ich około siedemdziesięciu. Założyli na drzwi kłódkę i przekręcili klucz. Następnie stłukli szybę, wlali do środka benzynę i wrzucili koktajle mołotowa. Ogień szybko zajął zasłony, dywany i meble. W meczecie wybuchła panika. Czterdziestu mężczyzn zdzierało gardła, błagając o ratunek. Któryś zadzwonił po policję, któryś po straż pożarną, inny po Naima. Szarpali za klamkę, ale ciężkie, metalowe drzwi były zamknięte, zablokowane kłódką. Przez okna nie dało się uciec, bo po pierwsze były okratowane, a po drugie wyjście zablokowaliby Skordeli i spółka, stojący na ulicy, obserwujący, uradowani. Ogień szedł też wzdłuż ściany na zewnątrz, ciemny dym osmalił elewację i balkon staruszki z parteru, z mieszkania bezpośrednio nad meczetem. Banglijczycy próbowali rzucać na płonące przedmioty własne koszule i T-shirty, dławili ogień butami. Mieli do dyspozycji tylko jeden mały kran, z którego woda ciekła wąską stróżką – uzbierać w dłoniach paręnaście kropli, by przed modlitwą obmyć twarz i ręce, proszę bardzo, ale ugasić pożar przy tak marnym ciśnieniu – niepodobna.

 

– Spaliliby się, gdyby strażacy przyjechali spóźnieni – wspomina Naim. – Na szczęście szybko się zjawili i nie zważając na złocistych, pryskając wodą przez wybite okna, ugasili ogień. Ja też pędziłem na złamanie karku. Na miejscu zobaczyłem taką scenę: odjeżdżający strażacy, kilku policjantów i wielka grupa złocistych, czyli podpalaczy, z panią Skordeli na czele. Banglijczycy wciąż byli w meczecie, oszołomieni, przestraszeni, przemoczeni. Jeden przez drugiego krzyczeli: wypuśćcie nas, open, open, a ci, co znali już grecki, wołali anikste, anikste. Ale policjanci nie reagowali.

– Bali się – dodaje Anna – że jak wypuszczą mężczyzn z meczetu, złociści ich zlinczują. Zamiast rozpędzić podpalaczy pałami, policjanci zaczęli ich prosić, by się rozeszli. Tyle uprzejmie, co nieskutecznie. Oni byli z posterunku na Ajios Pandelejmonas, a tamtejszy komendant przyjaźnił się ze Złotym Świtem, dzięki niemu złociści mogli liczyć na taryfę ulgową. Przymykał oko na rozboje, antyimigranckie ataki, gwarantował im bezkarność.

Policjanci wreszcie wyprosili u Skordeli zgodę na bezpieczny korytarz dla Banglijczyków. Zaczekali, aż złociści rozejdą się po sąsiedztwie – oblepiwszy wcześniej ścianę wyborczymi ulotkami lidera partii Nikosa Michaloliakosa – po czym zdjęli kłódkę, otworzyli drzwi i wypuścili mężczyzn, mówiąc, że muszą biec tak szybko, jak tylko potrafią, żeby tamci ich nie złapali.

Naim nie wierzył własnym uszom.

– „Uciekajcie, żeby was nie złapali”? To jest kpina, to jest zgoda na to, by Grecją rządzili neofaszyści.

O próbie spalenia żywcem czterdziestu osób, zaplanowanej, motywowanej nienawiścią, przeprowadzonej w centrum wielkiego europejskiego miasta, napisały tylko dwa dzienniki, a i to po prośbie ze strony Naima. Nie było porażających zdjęć, wywiadów z pogorzelcami, relacji przerażonych sąsiadów i świadków zdarzenia. Nie było aktu oskarżenia. Temida Skordeli nie została zatrzymana, przesłuchana, pouczona. Prokuratura nikomu nie postawiła zarzutów.

– A gdyby ktoś chciał podpalić kościół w trakcie mszy? – pyta Anna. – Gdyby, dajmy na to, imigranci zamknęli w katedrze Ajios Pandelejmonas modlących się w niedzielę Greków? Co by się działo?! O waszym Jedwabnem powstały filmy, książki. Ludzie pamiętają. A tu nic – cisza. Greccy dziennikarze nie są zainteresowani, ale jak zaprowadziliśmy tam młodą reporterkę z Norwegii, to się biedna popłakała.

Jeszcze tego samego wieczora złociści ranili trzydziestosześcioletniego Egipcjanina. Ibrahim Hani był w okolicy, zobaczył przepychanki przy meczecie. Zapytał policjanta, o co chodzi, ale ten kazał mu się wynosić. Dwaj mężczyźni rzucili się za nim w pogoń. Gdy go dopadli, dźgnęli go trzy razy nożem – w plecy i rękę. Hani trafił do szpitala.

Przez kolejne dwa tygodnie Naim z wybranymi przyjaciółmi – głównie Palestyńczykami i Egipcjanami, postawnymi, silnymi, skorymi do bijatyki, jeśli zajdzie potrzeba – chodzili modlić się do osmalonego meczetu.

– Nie było nam po drodze, zwykle modliliśmy się w Al Andalus, ale uznaliśmy, że nie damy się zastraszyć, nie pozwolimy, by złociści osiągnęli swój cel. Więc chodziliśmy tam codziennie, a oni codziennie na nas czekali, obserwowali nas z drugiego końca ulicy. Jak dwie wrogie armie. Bali się do nas zbliżyć, nie chcieli się bić, bo wiedzieli, że my nie jesteśmy strachliwi jak nasi bracia z Bangladeszu czy Pakistanu. Oni są niscy, chudzi, niezbyt silni, nie potrafią się bronić. Co innego Palestyńczycy.

Wojna podjazdowa trwała do połowy listopada.

– Złocistym udało się przekupić jednego Banglijczyka. W zamian za łapówkę okrzyknął się prezesem banglijskiego komitetu i udając że ma szerokie poparcie wśród muzułmanów, wystąpił do władz miasta z wnioskiem o zamknięcie meczetu. Rzekomo dlatego, że pomieszczenie nie nadaje się do użytku i budzi złe wspomnienia. Gdy się o tym dowiedziałem, było za późno. Pan „prezes” wkrótce otworzył w suterenie biuro podróży, a gdy pobrał zaliczki na poczet biletów, ulotnił się i tyle go widzieli.

Kolejny przystanek: plac Wiktorii, nazwany na cześć dawnej brytyjskiej królowej. Uchodźcy drzemią w popołudniowym słońcu. Wymęczeni upałem, pragnieniem, życiową beznadzieją, czekaniem bez końca, bezradnością, nudą, żalem i strachem, leżą na kocach, którymi przykryli marmurową posadzkę, pod drzewkami, na których rozwiesili płachty kolorowego materiału – próbują w ten sposób zatrzymać słońce. Dobrze ponad sto osób, głównie Afgańczycy. Jeden młody chłopak, siedzący na murku przed wejściem do stacji kolejki, powiedział mi, że jest tu z całą rodziną od dwóch tygodni.

– O, tam są. – Pokazuje ręką na drugi koniec placu. – Rodzice i dwie małe siostry.

Pół roku byli w obozie w Morii, aż dostali nakaz eksmisji. Usłyszeli, że w ich sprawie na Lesbos niczego już nie załatwią, muszą płynąć do Aten. Nie wiedzą, co dalej. Czekają.

Uchodźcy nie mają na twarzach masek przeciwko wirusowi. Nawet najstarsi z nich, nawet wiekowe babcie, najbardziej narażone. Co im po maseczkach, jak nie mają wody do mycia rąk, jak nie dla nich dystans społeczny, jak ich bańkę każdego ranka przebijają tłumy nieznajomych idących do metra?

Są tutaj, bo rząd premiera Mitsotakisa postanowił w środku pandemii wyeksmitować z obozów na wyspach kogo tylko się da. I niech sobie radzą. Mają pozwolenie na tymczasowy pobyt, mogą się gdzieś zatrudnić. Ale żeby dostać legalną pracę, muszą pokazać numer identyfikacji podatkowej, a żeby zdobyć numer, muszą zadeklarować adres zamieszkania – tego jednak zrobić nie mogą, bo mieszkają na placu. Żeby wynająć mieszkanie i zdobyć adres, muszą mieć pieniądze, ale nie mogą ich zarobić, bo nie mają pracy. A żeby dostać pracę…

Gdyby rząd nie wyeksmitował ich z Morii, wkrótce i tak byliby bezdomni, bo tydzień po mojej wizycie na placu Wiktorii obóz na Lesbos doszczętnie spłonął. Pożar wybuchł nocą 9 września 2020 roku. Ogień szybko zajmował kolejne baraki, namioty i szałasy, ludzie wybiegali z obozu i gromadzili się na drodze – trzynaście tysięcy osób. Nikt nie ucierpiał, ale Moria poszła z dymem, zostało po niej pogorzelisko. Grecka policja przeprowadziła ekspresowe śledztwo i oświadczyła, że ogień podłożyli czterej Afgańczycy, po tym, jak się dowiedzieli, że wśród imigrantów stwierdzono trzydzieści pięć przypadków koronawirusa. Wiele osób nie wierzyło w oficjalne dane i obawiało się, że faktyczna liczba zakażonych była dużo wyższa, biorąc pod uwagę przeludnienie i nieludzkie warunki panujące w obozie. Według innej hipotezy podpalaczami mieli być lokalni neofaszyści. Po kilku dniach rząd z pomocą wojska uruchomił nowy obóz w nieodległej Kara Tepe – uruchomił, czyli na gołej ziemi rozbił wielkie, wieloosobowe namioty. Wystarczyły pierwsze jesienne ulewy i cały obóz stał po kolana w wodzie, a gazety pisały o szczurach, które nocami podgryzają uchodźczym dzieciom nóżki.

Mieszkańcy z okolic placu Wiktorii przynoszą uchodźcom bułki, wodę mineralną, mleko dla najmłodszych. Organizacje pomocowe przywożą ciepłe posiłki. Paru knajpiarzy pozwala korzystać z toalet i podładować telefony. Wieczorami kręcą się tu starzy faceci, którzy oferują młodym chłopakom i dziewczynom darmowy prysznic w swoich domach, a po prysznicu kolację. Za seks płacą piętnaście euro.

Mijam tych śpiących Afgańczyków, niewiele sobie robiących z ulicznego hałasu i upału. Mam wrażenie, że to leżą atrapy człowieka, ciała puste jak wydmuszki, lekkie, nieruchome życie z nich uleciało.