GłosyTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

Ben Rawlence Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Dariusz Rosiak Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha

Jean Hatzfeld Więzy krwi

Aleksandra Boćkowska Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe

Ewa Winnicka Był sobie chłopczyk

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka (wyd. 3)

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła”

Marcin Kącki Poznań. Miasto grzechu

Piotr Lipiński Bierut. Kiedy partia była bogiem

Tomasz Grzywaczewski Granice marzeń. O państwach nieuznawanych

Cezary Łazarewicz Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej

Zbigniew Rokita Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium

Swietłana Aleksijewicz Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości (wyd. 4)

David I. Kertzer Porwanie Edgarda Mortary. Skandal, który pogrążyłPaństwo Kościelne

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu (wyd. 2)

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet

Paweł Smoleński Królowe Mogadiszu

Rob Schmitz Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski 81 : 1. Opowieści z Wysp Owczych (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Lud. Z grenlandzkiej wyspy

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia

Maria Hawranek, Szymon Opryszek Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z Fusów. Reportaże z Turcji

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 2 zmienione)

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 3)

Wojciech Górecki Buran. Kirgiz wraca na koń

Agnieszka Rybak, Anna Smółka Wieża Eiffla nad Piną. Kresowe marzenia II RP

Piotr Lipiński, Michał Matys Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.

Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy (wyd. 2)

Paweł Smoleński Wnuki Jozuego

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 3)

W serii ukażą się m.in.:

Marta Madejska Aleja Włókniarek (wyd. 2)

Grzegorz Stern Borderline. Dwanaście podróży do Birmy

Jacek Hugo-Bader Biała gorączka (wyd. 4)

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka
Głosy
Co się zdarzyło na wyspie Jersey


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Matt Cardy / Getty Images

Copyright © by Dionisios Sturis i Ewa Winnicka, 2019

Redakcja Tomasz Zając

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-837-2

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Saint Helier, niedziela, 14 sierpnia 2011, godzina 14.55

I Koniec lata

II Miliony, militaria, krowy i kartofle

III Chaos

IV Rodzina

V Sprawiedliwość

VI Więzienie

VII Pamięć

VIII Specjaliści

IX Code Blue

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Saint Helier, niedziela, 14 sierpnia 2011, godzina 14.55

Przez otwarte okno domu na Victoria Crescent słychać krzyki. Brian wychyla się za parapet, ale widok na ulicę przesłaniają rozstawione rusztowania. Niedzielne popołudnie, myśli, mężowie mają za dużo wolnego.

Wraca na kanapę, na której wylegują się we czwórkę: Brian z kolegą Alexem i z braćmi Teddym i Philipem. Dochodzą do siebie. Wieczór spędzili w klubie w centrum.

Wreszcie ciepły dzień sierpnia.

Przyjechali na Jersey z Kenii, mieszkanie na piętrze na Victoria Crescent wynajmują od czterech lat. Ślepa, senna ulica. Po prawej dom starców, a dalej już tylko rodziny z dziećmi.

Coś dziwnego w głosie kobiety nie daje im spokoju. Jej krzyk cichnie, wzmaga się i znów cichnie. Później słyszą: „Pomocy!”.

Philip zbiega pierwszy. Na dole potyka się o ludzkie ciało i drętwieje z przerażenia. Kobieta – leży na progu wejścia do ich mieszkania. Jest młoda, ma na sobie niebieskie dżinsy i czerwony T-shirt. Krwawi. Philip podejrzewa, że się przewróciła i zraniła. Podbiega sąsiadka, pani w średnim wieku, którą chłopak widuje czasami w drodze do pracy. Jest pielęgniarką w miejscowym szpitalu, ale dziś ma wolne.

Pochyla się nad leżącą i sprawdza puls.

„Niech ktoś zadzwoni po karetkę”.

Philip jest z całej czwórki najmłodszy. Ma dziewiętnaście lat, najkrócej mieszka w Europie. Jest kucharzem w restauracji w Grouville, wyszkolonym w miejscowym Highlands College. Z rybą w panierce radzi sobie bez zarzutu, ale angielski zna na razie na trzy z plusem.

„Proszę pani, wszystko OK?” – pyta przerażony, ale nie dostaje odpowiedzi.

Dzwoni na policję.

Z mieszkania obok wybiega jeszcze jedna kobieta, w obcisłej czarnej sukience bez rękawów, z plamami krwi na odkrytych ramionach, szyi i jasnych włosach. Po niej pojawia się mężczyzna. Ma w ręku metalowe narzędzie. Bierze zamach i celuje w kobietę.

Wtedy Brian rozgląda się dokoła i chwyta pachołek drogowy, pomarańczowy w białe paski. Uzbrojony rusza w kierunku faceta, wrzeszcząc: „Co, kurwa, robisz?”. Jakby nie widział tego na własne oczy.

Mężczyzna nie zwraca na niego uwagi. Nieśpiesznie zadaje kolejne ciosy.

Brian podbiega do kobiety, a wtedy mężczyzna odwraca się i celuje w niego nożem ociekającym krwią. Mijają dwie sekundy, najgorsze w życiu chłopaka. Ale nożownik rezygnuje z ataku i rusza w kierunku mieszkania. Jest spokojny, niespanikowany. Odchodzi bez słowa.

Philip patrzy, jak idąc ulicą, mężczyzna na oślep dźga samego siebie.

Kobieta upada na ziemię. Próbuje coś powiedzieć, ale brakuje jej sił. Sąsiadka pielęgniarka jest już obok niej. Prosi, by ktoś przyniósł ręczniki – trzeba zatamować krwawienie. Chce uspokoić ranną, powtarza: spokojnie, dasz radę, wszystko będzie w porządku. Ale wie, że nie będzie, bo kobieta ma przekłute jedno płuco i sinieją jej usta.

Słychać już policję na sygnale i pierwszy ambulans.

Brian bezwiednie upuszcza pachołek.

Philipowi trzęsą się ręce.

 

Alex spogląda przez otwarte drzwi, za którymi zniknął napastnik, przez sekundę widzi na podłodze zakrwawione dziecko.

Na Victoria Crescent wjeżdża karetka. Pielęgniarka klęcząca przy kobiecie krzyczy do sanitariuszy: „Weźcie tlen!”. Ma wątpliwości, czy się przyda.

Z kuchennego okna na pierwszym piętrze wygląda w tym samym czasie Alexander Ure. Usłyszał hałasy. Jest wściekły, bo żona Kirsty próbowała uśpić dwuletnią córkę. Ure opiera się o zlew, żeby mieć lepszy widok. Kobieta, którą zna, spod 3A, imigrantka, zachowuje się histerycznie. Biegnie w dziwnym ubraniu, pochlapanym na czerwono.

Ure podchodzi do innego okna – bez kwiatów na parapecie. Kobieta próbuje uciekać, idzie tyłem. Wtedy Alexander rozpoznaje też mężczyznę, jej męża. Zbliża się do niej spokojnie, trzymając w ręku nóż z brązową rączką, chyba długi. Facet ma na sobie czerwony T-shirt i spodenki trzy czwarte, jego białe skarpetki są brudne, pochlapane czymś czerwonym, jest bez butów. Ure łapie telefon, żeby zadzwonić na policję. Nagle sytuacja się komplikuje, bo na scenę wbiega czterech wysokich Kenijczyków. Krzyczą: „zostaw ją”, ale zanim zdążą cokolwiek zrobić, mężczyzna jest już przy kobiecie i zadaje jej cztery ciosy. Kirsty podchodzi do Alexandra i widząc, co się dzieje, zaczyna głośno płakać, otwiera okno i rzuca w mężczyznę przekleństwem. On podnosi głowę, spogląda na nią przez chwilę, po czym spuszcza wzrok i dźgając się w brzuch, zmierza do domu. Nie przykłada się do dźgania, myśli Alexander. Na wszelki wypadek z szafki na narzędzia wyciąga młotek i biegnie sprawdzić, czy drzwi do mieszkania aby na pewno są zamknięte. Ure lubił narzekać, że na Jersey nic się nie dzieje. Teraz nie wierzy w to, co widzi. Chwilę temu grał na playstation, teraz ma przed oczami piekło. Zakrwawione kobiety z obcego kraju, nożownika, czterech czarnych i ryk nadjeżdżających radiowozów. Przez najbliższe miesiące będzie się budził z krzykiem.

Odtworzenie przebiegu wydarzeń sprzed godziny 15.00 na ulicy Victoria Crescent zajmie policji oraz prokuraturze jedenaście miesięcy. Co do przyczyn – pozostaną wątpliwości.

I
Koniec lata
Rano

Wracali z Polski dłużej niż zwykle i to mógł być znak – tak mówił później. Przesiedział za kierownicą dwadzieścia sześć godzin i niechętnie zgadzał się na przystanki.

Najpierw, podczas krótkiego postoju na A4, zatrzasnął w aucie kluczyki, a potem zapomniał zatankować i zignorował migającą kontrolkę. Gdy już we Francji samochód stanął na środku drogi, był wściekły.

Wkurzył się jeszcze bardziej, kiedy mechanik spod Saint-Malo kazał sobie za holowanie zapłacić prawie dwieście euro.

Do tego głosy. Dochodziły – jak twierdził później – z radia. Wydawały mu się dziwne. Nie należały do żadnego piosenkarza.

Mało rozmawiał z Izą. Kinga i Kacper, ich dzieci, spały w fotelikach przykryte kocem.

W portowym Saint-Malo na północnym zachodzie Francji świtało, zaczynał się 14 sierpnia, upalna niedziela, odmiana po deszczowym weekendzie.

Wolałby być w Nowym Sączu.

O 6.00 otworzono bramy portu.

Stanęli w kolejce, wjechali do ładowni. Prom na wyspę Jersey odpłynął o 8.00.

Już na pokładzie Iza z Kingą zasnęły w fotelach, za to Kacper był w nastroju do zabawy. Biegał z jednego piętra na drugie, a Damian za nim krok w krok. Lubił bawić się z synem. Parę razy musiał go brać na ręce i przepraszać pasażerów, których chłopiec niechcący potrącił. Gdy małemu znudziły się wyścigi, ojciec zabrał go do kącika zabaw. Kacper zajął się klockami, na wiszącym na ścianie telewizorze włączono poranne newsy.

BBC w bieżącym serwisie pokazywało relacje z pogrzebów w Norwegii. Trzy tygodnie wcześniej Anders Breivik w szaleńczym rajdzie zamordował i ranił kilkadziesiąt osób: dzieci i nastolatków. Prezenterka przypomniała, że ofiar śmiertelnych było siedemdziesiąt siedem. Sprawca ujawnił, że do czynu pchnął go nieustalony głos, który zwracał uwagę na zalew lewactwa, rasowej nieczystości i zdradę wartości.

Pokazywano zdjęcia spanikowanych nastolatków na wyspie Utøya. Norwegia, a właściwie cała Europa wciąż dochodziła do siebie.

Damianowi trudno było się skupić na oglądaniu, bo Kacper uciekał. W rękach ściskał skarpetkę, najlepszą zabawkę w swoim dwuletnim życiu. Kinga zapytała ojca, czy dostanie fantę. Nie ma mowy, odpowiedział. Za drogo.

Z okien promu widać już było brzegi rajskiej wyspy na kanale La Manche.

Prom kompanii Condor Ferries dobił do portu w Saint Helier, stolicy Jersey, o 8.20 czasu lokalnego. Rzeszowscy zjechali o 8.35 i ruszyli do domu. W centrum miasta świętowali jeszcze najbardziej zaangażowani uczestnicy Battle of Flowers, najstarszego w Europie festynu kwiatowego. Pierwsza impreza, w sierpniu 1902 roku, odbyła się z okazji koronacji Edwarda VII. W czwartek 11 sierpnia 2011 wyspa zamieniła się w karnawałowe miasteczko, ulicami przeciągnęły platformy z kwiatowymi budowlami: okrętami i pałacami. Każdy był efektem starań entuzjastów jednego z dwunastu okręgów, zwanych na wyspie parafiami. W tym roku po raz osiemnasty zwyciężyła parafia Saint Clement z instalacją o nazwie Wonderland – „zapierającą dech w piersiach fantazją o Alicji w Krainie Czarów”. Wybrano Miss Festiwalu i odpalono sztuczne ognie. W strugach deszczu zaczęło się uliczne picie.

Battle of Flowers to jedna z nielicznych okazji, kiedy wyspa ściąga na siebie uwagę światowych mediów. A przynajmniej tych z Wielkiej Brytanii, wyspy matki.

Ani Damian, ani jego rodzina nie widzieli w tych wygłupach niczego interesującego.

Po dziewięciu minutach byli na miejscu, przed wynajmowanym mieszkaniem w północnej części miasta.

Na ulicę Victoria Crescent, wygiętą w łagodny łuk, nie wjeżdżają przypadkowe samochody, ponieważ nie ma z niej wyjazdu – kończy się ceglaną ścianą. Siedem dużych domów z szarego piaskowca łączą schody prowadzące na piętra. Tak budowano długie szeregowce blisko dwieście lat temu – atrakcyjnie i solidnie. Styl późnogregoriański albo wczesnowiktoriański. Przed domami rozciąga się zielony park, do wyłącznej dyspozycji mieszkańców, z huśtawką na gałęzi starego klonu. Kiedyś mieszkali tu wyspiarscy bogacze, dziś biedniejsza klasa średnia, a nawet imigranci na dorobku. Polacy, Portugalczycy i Kenijczycy. Ci z parterów na tyłach mieszkań mają też skromne ogródki, idealne na grilla. Simon Crowcroft, burmistrz Saint Helier zamieszkały przy pobliskiej Clarendon Road, charakteryzował okolicę jako przyjacielską. Dzieci, które w czasie Halloween biegają po domach, by zbierać słodycze, nigdy nie wrócą bez worka cukierków. To, zdaniem burmistrza, najlepsza rekomendacja w dzisiejszych czasach.

Damian, Izabela, Kinga i Kacper weszli do mieszkania z grillowym ogródkiem. Wyciągnęli ze skrzynki pocztowej rachunki, ulotki i zielone druki, które rząd rozesłał mieszkańcom w ramach konsultacji na temat przyszłości publicznej opieki zdrowotnej. Od kilku lat imigranci z Nowej Europy ciągną na Jersey szeroką ławą, populacja wyspy rośnie w tempie nieadekwatnym do budżetu, co zdolniejsi lekarze wyjeżdżają do Wielkiej Brytanii, a służbę zdrowia morduje biurokracja. Konieczny jest nowy szpital i w ogóle gruntowna reforma systemu. Niech się ludzie wypowiedzą. Rodzina Rzeszowskich także została poproszona o zajęcie stanowiska.

Ze względu na wakacje w Polsce na razie nie zajęła.

W mieszkaniu na Victoria Crescent obudził się Marek, tata Izy, budowlaniec. Wyjechał na wyspę pięć lat wcześniej, dorobić do emerytury. Najpierw pomieszkiwał u syna Krzysztofa i jego rodziny, później przeniósł się do Izy. Chętnie pomagał przy wnukach, z zięciem się nie zaprzyjaźnił.

Zjawisko standardowe

Pod koniec lipca Michael Robinson, szef Wydziału Ceł i Imigracji, powtarzał do znudzenia dziennikarzom, że wybrzeża wyspy wymagają wzmocnionych patroli, ponieważ coraz częściej spokój zakłócają nielegalni imigranci. W 2010 roku trzydzieści trzy osoby próbowały prosić o azyl na Jersey, a w ciągu pierwszych miesięcy 2011 roku zatrzymano na morzu siedmiu kolejnych zdesperowanych mężczyzn. W lipcu pewien Jordańczyk wyprawił się z francuskiej plaży na nieodległą wyspę kajakiem – złapano go, zanim dobił do brzegu. Robinson twierdził, że dzięki współpracy policji, straży przybrzeżnej, rybaków i zwykłych obywateli, którzy czujnie obserwują wybrzeże, wszystkich nielegalnych przybyszów odesłano na kontynent – zgodnie z przepisami, według których o azyl prosi się w pierwszym wolnym kraju, do którego się dociera. Niebezpieczeństwo – tym razem – zażegnano.

Ważne, mówił urzędnik, żeby zwracać uwagę na niestandardowe zjawiska, takie jak Jordańczyk w kajaku lub Senegalczyk na plaży, zwłaszcza jeśli nie potrafią po angielsku sprecyzować powodu swojej podróży. Wyspiarze muszą być wyczuleni na intruzów.

Zgodnie z obowiązującym prawem Damiana i jego rodziny nie dotyczyły troski Robinsona. Mieli białą skórę, sprecyzowany cel podróży i już od 1999 roku możliwość legalnego zatrudnienia, choć początkowo tylko w sektorze usług (hotele, restauracje) oraz sektorze zbierania ziemniaków.

Razem z imigrantami z portugalskiej Madery i Kenii stanowili podporę obu. Byli zjawiskiem standardowym oraz trwałym. W 2011 roku stanowili już trzy procent całej populacji wyspy. W sezonie ziemniaczano-hotelowym było ich nawet osiem tysięcy.

O wspaniałych perspektywach dla Polaków na Jersey opowiadała jedynej lokalnej gazecie nauczycielka Monika Pal. Sobotni magazyn „Jersey Evening Post” poświęcił jej całą kolumnę.

Pal mówiła, że dopiero Jersey spełniło jej marzenia o godnym życiu. W Polsce godne życie młodych było prawie niemożliwe, natomiast na wyspie kobieta mogła cieszyć się małym ogródkiem. W Polsce nie spotkałaby tylu ciekawych ludzi różnych narodowości, a teraz może im pokazywać, jak bogata jest polska kultura. Od lutego dzięki wsparciu polonijnej organizacji Polska Macierz z siedzibą w Londynie Monika Pal zaczęła prowadzić sobotnią szkołę dla polskich dzieci oraz dla spragnionych wiedzy o Polsce. Nauczycielka dodała, że w wolnych chwilach tłumaczy też nowo przybywającym rodakom zasady życia na wyspie: „Miejscowi żyją inaczej i mają swoje reguły, czy nam się to podoba, czy nie”.

Zachwycona przedsiębiorczością młodej Polki dziennikarka uzupełniła, że w nadchodzącą niedzielę odbędzie się w Saint Helier Festiwal Polski – druga edycja imprezy, podczas której można poznać daleki kraj od najlepszej strony, jaką jest bigos, golonka, kapuśniak, pierogi, babka, pączki i makowce. Do tego polskie piwo, muzyka ludowa i popularno-discopolowa. Everybody is welcome, nie tylko Polacy. Organizatorzy zapraszają na Weighbridge Place przy porcie, obok popularnego wśród turystów bulodromu, rzut beretem od pomnika Wyzwolenia, odsłoniętego w pięćdziesiątą rocznicę zakończenia nazistowskiej okupacji wyspy. Siedemnaście minut spacerem z Victoria Crescent.

Z Festiwalem Polskim zbiegła się też wizyta konserwatywnego posła brytyjskiego Daniela Kawczynskiego. Ze względu na nazwisko imigranci z Polski uparcie łączyli osobę posła z nadzieją na poprawę wizerunku zarówno wśród okrzepłej klasy średniej, jak i wyższej.

Niestety, niepotrzebnie. Poseł, prywatny sekretarz ministra rolnictwa oraz środowiska i rybołówstwa, szef parlamentarnej Saudi Arabia Group oraz Arab Group przyjechał się spotkać z arabskimi finansistami oraz z rolnikami, którzy chcieliby wysyłać krowy na Wschód.

Sobotni numer „Jersey Evening Post” leżał na stole w kuchni Rzeszowskich.

Damiana i Izy nie interesowało ani pochodzenie posła, ani udział w Festiwalu Polskim. Chcieli się rozpakować i chwilę odpocząć po długiej podróży. Na wczesne popołudnie planowali rodzinnego grilla. Na smażoną kiełbasę zaprosili najbliższą przyjaciółkę Izy.

Była nią Marta de la Haye, jedna z pierwszych Polek, które znalazły męża wśród rodowitych wyspiarzy, pielęgniarka w domu pogodnej starości. Atrakcyjna wysoka brunetka, lat trzydzieści cztery. Jej mąż Craig miał dowieźć na grilla ich pięcioletnią córkę Julkę, która lubiła bawić się z Kingą. Nie mogły się doczekać powakacyjnego spotkania.

Bye, bye

Louise Vieira de Almeida, sąsiadka z Victoria Crescent, słyszała głosy przez otwarte okno łazienki. Akurat myła zęby. Była 9.00. Kobieta i mężczyzna krzyczeli na siebie po polsku.

De Almeida z łatwością rozpoznała sympatyczną parę z mieszkania obok.

 

Mycie i czesanie zajęło jej dziesięć minut. Kiedy wychodziła z łazienki, wciąż słyszała jedno słowo, coś jak „kurwa”. Wybierała się akurat do córki mieszkającej w pobliżu. Pamięta, że przed domem stał zaparkowany czarny ford escort. Siedział w nim starszy siwy pan – Marek. Chciał w ciszy przeczekać awanturę.

Potem głosy ucichły. Niebo się rozjaśniało.

O 12.30 escort ruszył sprzed domu. Izabela, wysoka, szczupła blondynka, i jej ojciec pojechali po Martę. Damian został z dziećmi. Po dwudziestu minutach on także wyszedł z mieszkania, zostawiając Kingę i Kacpra samych. Powie później, że dziwnie się czuł. Coś mu mówiło, że powinien pojeździć po okolicy. Widziano go w Marks & Spencer w Saint Clement, sąsiedniej parafii.

Izabela, Marek i Marta przyjechali na Victoria Crescent kwadrans później.

Tuż po nich zjawił się Craig – wysadził Julkę i odjechał. Miał własne plany na popołudnie, zwłaszcza że się posprzeczał z żoną.

Dziewczynki padły sobie w ramiona na powitanie. Było dużo śmiechu, ale i wrzasków, bo Iza wściekła się na męża za to, że zostawił bez opieki syna – dwa lata, i córkę – lat pięć i pół.

Damian wrócił po kilku minutach. Tłumaczył, że chciał się przejechać, żeby wyluzować. Kolejna awantura wisiała w powietrzu, więc zabrał Kacpra i wyszedł przed dom. Nie chciał się kłócić.

Zobaczył Kirsty Ure, sąsiadkę spod 4A. Na jej „dzień dobry” odpowiedział „hello”. Zapytała, czy miło spędzili wakacje w Polsce. O tak, bardzo miło. Wyglądał już na zrelaksowanego.

Córka Kirsty przywitała się z Kacprem, którego znała z zabaw w parku. Byli w tym samym wieku. „Bye, bye” – rzuciła Kirsty i poszła z córką po gazety.

Josh Cullinane zmierzał do matki, mieszkającej na końcu ulicy. Z Damianem, który sprawiał wrażenie szczęśliwego, skinęli sobie głowami i wymienili uśmiechy.

O 13.50 Kirsty Ure zasiadała do lektury gazety. Z okien swojego mieszkania zobaczyła Rzeszowskich w ich niewielkim ogródku na tyłach budynku. Kacper zjeżdżał na zjeżdżalni i chciał, żeby wszyscy na niego patrzyli. Julia i Kinga biegały boso po trawie, a Iza z Martą siedziały przy plastikowym stole. Piły wino. Kirsty wyczuła dym.

Damian rozkładał mięso na gorącym grillu.