Wyzwolona

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wszystkim dzielnym kobietom i mężczyznom pracującym w organach ścigania na terenie całych Stanów Zjednoczonych i narażającym każdego dnia własne życie, by nas chronić. I wszystkim, którzy z honorem i poświęceniem pełnią służbę wojskową poza granicami naszego kraju.

Dziękuję Wam z całego serca.

Drodzy Czytelnicy!

Zapewne zauważyliście, jak wielkim szacunkiem i podziwem darzę strażników Teksasu, czyli funkcjonariuszy należących do jednego z organów Departamentu Bezpieczeństwa Publicznego Stanów Zjednoczonych. Często pojawiają się oni w moich książkach, a teraz jeden z nich został nawet głównym bohaterem mojej najnowszej powieści zatytułowanej Wyzwolona. To Colter Banks, którego możecie pamiętać z innych napisanych przeze mnie historii. Pracuje w wydziale zajmującym się nierozwiązanymi sprawami sprzed lat razem ze swoją słodką, choć nieco ekscentryczną sekretarką Clancey. Mam nadzieję, że ją polubicie – choć on za nią nie przepada.

Książkę tę dedykuję dzielnym kobietom i mężczyznom pracującym jako funkcjonariusze w różnych organach ścigania oraz służącym w amerykańskiej armii. Mój prapradziadek w pierwszej połowie dwudziestego wieku był szeryfem federalnym, a najlepszy przyjaciel mojego męża jest emerytowanym detektywem z wydziału zabójstw w biurze szeryfa i nadal pracuje tam w ramach wolontariatu. Jako nastolatka grywałam w pokera na drobniaki z moją najlepszą przyjaciółką i kolegą jej ojca, który był porucznikiem w wydziale policji w Atlancie. Z kolei szesnaście lat temu, gdy pracowałam jeszcze jako reporterka, spędzałam dużo czasu w towarzystwie stróżów prawa, pisząc o tym, co działo się w mojej okolicy i sąsiednich hrabstwach. Te doświadczenia sprawiły, że darzę pracowników tych służb wielkim szacunkiem.

Szczególne miejsce w moim sercu zajmują funkcjonariusze wydziałów policji w Cornelii i Clarkesville, a także z biura szeryfa w hrabstwie Habersham. We wszystkich tych jednostkach działających w północno-wschodniej części stanu Georgia nadal służą lub niegdyś służyli moi odważni przyjaciele i przyjaciółki.

Inni moi bliscy krewni i znajomi pełnią służbę w amerykańskiej armii. To szczególnie ciężka i obfitująca w traumatyczne przeżycia praca, ale ci nieustraszeni bohaterowie nie poddają się w obliczu tych trudności, reprezentując nas na całym świecie. Dziewczyny i chłopaki, przyjmijcie moje gorące podziękowania!

Mam nadzieję, że spodoba Wam się ta książka i będziecie z niej równie zadowoleni jak ja.

Ściskam Was mocno i pamiętajcie: jestem Waszą największą fanką!


Rozdział 1

– Takiego pisma to nawet lekarz by nie odczytał – mruknęła Clancey, próbując rozszyfrować notatkę na marginesie skserowanej kartoteki.

– Co tam znowu mamroczesz? – zapytał Colter Banks, który stał właśnie w drzwiach.

Colter, strażnik Teksasu odpowiedzialny za stare, nierozwiązane sprawy w oddziale Departamentu Bezpieczeństwa Publicznego w San Antonio, był jej szefem. Wysoki, z szerokimi ramionami, wąskimi biodrami i długimi umięśnionymi nogami, wyglądał niesamowicie. Miał ciemnobrązowe włosy i bezdenne czarne oczy, którymi bacznie jej się przyglądał.

Podniosła głowę, a na jej owalnej twarzy malowała się niechęć. Odgarnęła z czoła kosmyk ciemnych falowanych włosów, wlepiła w szefa bladoszare oczy i pomachała przed nim kartką.

– Nie mogę tego odczytać.

– Jak chcesz, możesz złożyć wypowiedzenie… – zasugerował z nadzieją.

– Nie ma takiej opcji. Nie znalazłam żadnej innej pracy, a muszę coś jeść – odburknęła.

Wziął od niej akta i zaczął ze zmarszczonym czołem studiować notatkę przy jednym z zarzutów.

– Ha! – wykrzyknęła Clancey.

– Co za „ha”? – spytał, spoglądając na nią.

– Ty też nie wiesz, co tam naskrobałeś – zatriumfowała.

– Jasne, że wiem. – Podniósł brodę. – Sam to napisałem.

– No więc?

Znowu wlepił wzrok w kartkę. Musiał to rozgryźć, bo inaczej Clancey będzie się z niego nabijać do końca życia, ale kiedy próbował odcyfrować własne bazgroły, zadzwonił telefon.

– Muszę odebrać. – Z ulgą odrzucił kartkę na jej biurko.

– Ale masz wymówkę – odpowiedziała cicho.

Zerknął na nią i wyciągnął komórkę z pokrowca.

– Banks. – Słuchał przez chwilę z coraz poważniejszą miną. Spojrzał na Clancey, którą wciąż machała mu przed nosem aktami. Obrócił się do niej tyłem i powiedział: – Tak, nie ma sprawy. Wstąpię tam po drodze do domu. Do zobaczenia. – Włożył telefon do pokrowca i spojrzał wymownie na zegarek. – Muszę się spotkać z zastępcą prokuratora okręgowego w tej sprawie sprzed pięciu lat, nad którą pracuję. Podobno Morris Duffy, który jest podejrzewany o udział w zaginięciu Reeda, ma szansę na skrócenie wyroku o rok za dobre sprawowanie. Czyli może wyjść już niedługo. – Nie zauważył, że jego asystentka dziwnie na niego spojrzała i wyraźnie czymś się zmartwiła. – To mógłby być przełom, którego tak potrzebujemy. – Znowu rzucił okiem na zegarek. – Lepiej od razu pójdę. I tak niedługo kończymy służbę.

Clancey odzyskała panowanie nad sobą, zanim zerknął na nią.

– Nadal mi nie powiedziałeś, co tu nagryzmoliłeś – twardo nalegała, wskazując kartkę, a gdy rzucił jej gniewne spojrzenie, stwierdziła zadziornie: – To nie moja wina, że nie umiesz pisać. Twój nauczyciel kaligrafii pewnie odprowadził cię w ostatni dzień szkoły pod same drzwi autobusu, rozsypując radośnie confetti.

– Mam normalny charakter pisma! – Jeszcze bardziej spiorunował ją wzrokiem.

– No to co tu jest napisane? – nie dawała za wygraną.

– Popatrzę na to, jak będę miał chwilę, i potem ci powiem – odparł nonszalancko.

– Ha! Nie masz pojęcia, co tam napisałeś! – Uśmiechnęła się szeroko.

– Gdyby mi zależało, tobym to odczytał.

– Jak mam przepisać raport, skoro nie wiem, co tu napisałeś? – zapytała rezolutnie.

– Jak się tym zainteresują, to powiem, że miałaś napad demencji – odparł z poważną miną.

– Mam dwadzieścia trzy lata, a nie osiemdziesiąt! – odfuknęła.

– Tak? Myślałem, że dwadzieścia dwa.

– Tyle to miałam, jak zaczęłam tu pracować, ale wyobraź sobie, że w listopadzie to się nagle zmieniło. Nie wiem, czy wiesz, że wiek zmienia się co roku, a nie zostaje taki sam do końca życia.

Pominął tę sarkastyczną uwagę milczeniem. Założył biały kapelusz, nasuwając go bardziej na jedną brew, i powiedział:

– Gdyby ktoś dzwonił, to powiedz, że wracam dopiero jutro.

– Jak ktoś będzie miał do ciebie sprawę, to nie do mnie zadzwoni, prawda?

– Rozejrzyj się dobrze, to zobaczysz telefon stacjonarny. To ten antyk przyczepiony do ściany.

– No i dobrze, a ja mam swoją komórkę.

– Pewnie taką z przyciskami? – zapytał z sarkastycznym uśmiechem.

Spiorunowała go wzrokiem.

– Kupię sobie supersmartfona , jak tylko spłacę raty za jacht – odparła z przekąsem.

Odwrócił się, zanim zauważyła uśmiech na jego twarzy, i powiedział:

– No dobrze, Nasturcjo. Dobranoc.

– Nie jestem żadną Nasturcją!

– Skoro tak mówisz – mruknął, wychodząc. – Założę się o swoją odznakę, że nawet nie wiesz, co to jest nasturcja.

– Właśnie że wiem! – zawołała za nim, ale gdy zniknął jej z oczu, wyciągnęła z szuflady kieszonkowy słownik i sprawdziła to słowo.

Nasturcja to kwiat. Aha! Czyli może jednak nie nienawidził jej aż tak bardzo, jak jej się wydawało. Ironia losu, pomyślała. Jej pełne imię także oznaczało kwiatek. Stwierdziła, że pewnie nawet nie zwrócił na nie uwagi, czytając jej CV. W końcu to nie on, a przedstawiciel Departamentu Bezpieczeństwa przyjął ją do pracy.

Spojrzała na kartkę z wciąż nieodgadnionymi dopiskami i włożyła ją do szuflady, obiecując sobie, że następnego dnia przyciśnie szefa, żeby znowu spróbował jej z tym pomóc.

Tymczasem skupiła się na przepisywaniu raportów, które była w stanie odczytać.

Martwiła się o tę starą sprawę, nad którą pracował Banks. Nie wiedział, że zaginiony Dalton Reed był jej dziadkiem, a ona nie zamierzała mu o tym mówić. Nie miała ochoty rozmawiać z tym gburem o swoich prywatnych sprawach. Przyrodni brat Clancey, Morris Duffy, odsiadywał wyrok, ale i tak mógł zaszkodzić jej albo – co gorsza – jej młodszemu bratu, Tadowi. Groził, że to zrobi, jak go zamykali, i kazał jej siedzieć cicho. Miał na wolności kolegów, więc nawet zza krat mógł skrzywdzić Tada. Dlatego potraktowała jego groźbę poważnie i nic nikomu nie mówiła.

Zawsze podejrzewała Morrisa o zabójstwo dziadka, choć ciała nigdy nie odnaleziono. Jej dziadek cenił punktualność i jeśli umówił się z kimś na szóstą, przychodził na miejsce już o piątej czterdzieści pięć. Na pewno nie zostawiłby rodziny i pracy bez słowa wyjaśnienia. Chyba że ktoś go zabił.

Dalton Reed był kiedyś zastępcą szeryfa, ale nawet na emeryturze przychodził na posterunek w ramach wolontariatu. Potrafił pięknie grać na gitarze. Clancey schowała ją, kiedy Morris mieszkał u nich w domu, z obawy że ją sprzeda. W końcu nieraz wspominał, ile mógłby na niej zarobić. Chciał też położyć łapę na zabytkowym pistolecie dziadka, był to colt kaliber .45, i równie zabytkowej ręcznie robionej kaburze. Co ciekawe, broń i pokrowiec zniknęły w tym samym czasie co dziadek. Clancey początkowo myślała, że Morris mógł je sprzedać, ale te przedmioty miały wartość kolekcjonerską i wiele osób w San Antonio, w tym policjanci i pracownicy biura szeryfa, wiedzieli, do kogo należą. Morris nie byłby chyba na tyle nieostrożny, żeby wystawić je na sprzedaż.

 

Clancey kochała dziadka. Był jedyną dobrą osobą w tej nieszczęsnej rodzinie. Jej ojczym Ben hołubił Morrisa, który był jego synem z pierwszego małżeństwa, jak jakiegoś geniusza. Chronił go, pomagał mu za każdym razem, gdy wpadał w tarapaty, i nie przyjmował do wiadomości, że jego syn mógł zrobić coś złego. W oczach ojca młodszy syn, Tad, nie mógł się równać z Morrisem, więc zajmowała się nim jego przyrodnia siostra. Clancey pokochała go, gdy tylko się urodził. Ich matka, Diane, zmarła niedługo po narodzinach Tada, i od tego czasu Clancey opiekowała się nim razem z dziadkiem, dopóki on też nie zniknął z ich życia.

Tego dnia, gdy Dalton nie wrócił do domu, Tad miał dopiero trzy lata. Kilka dni wcześniej Morris zaatakował chłopca w przypływie wściekłości, bo jego płacz przeszkadzał mu w grze na konsoli. Okładał brata, nie zwracając uwagi na jego wrzaski. Kiedy zaniepokojona Clancey wpadła do pokoju, zobaczyła, jak rozjuszony Morris sięga po metalową szuflę do kominka. Wziął zamach i jednym uderzeniem zmiótł dziecko z kanapy. Clancey krzyknęła przerażona i rzuciła się chłopcu na ratunek, więc Morris zajął się nią. W efekcie miała złamane dwa żebra.

Ta brutalna napaść nadal prześladowała ją w koszmarach. Poza złamanymi żebrami miała wiele siniaków i ran na twarzy i rękach, a także naderwany mięsień na plecach. To przez ten ostatni uraz trafiła na izbę przyjęć. Gdy Ben wrócił z pracy, skrzywił się na widok obrażeń Clancey i niechętnie zadzwonił po karetkę. Mimo wszystko zauważył, że tego typu uraz może zagrażać jej życiu.

Clancey błagała ojczyma, żeby pozwolił jej zabrać na pogotowie także Tada, ale Ben odmówił.

– Małemu nic nie będzie – stwierdził z przekąsem.

Jego zdaniem dziecko miało tylko kilka siniaków. Naćpany Morris patrzył na ojca z szaleństwem w oczach, wmawiając mu, że Clancey i Tad przepychali się na kanapie i po prostu z niej spadli, a Ben mu uwierzył.

Clancey z przerażeniem myślała o tym, co mogło się stać małemu Tadowi. Chłopiec wciąż krzyczał, bo jeden z ciosów trafił go w głowę. Clancey nie chciała wyznać prawdy ze strachu przed Morrisem, ale lekarz z izby przyjęć szybko zorientował się, że padła ofiarą brutalnego pobicia i wyciągnął z niej całą historię. Gdy przyznała, że martwi się o młodszego brata, który także został pobity, lekarz zadzwonił na policję.

Clancey nie chciała kłopotów, ale doświadczony policjant nie dawał za wygraną. Odwiózł ją do domu i wypytał o całe zajście. Nalegał, by zobaczyć Tada, który też był ranny i potrzebował pomocy. Zadzwonił po pogotowie i natychmiast aresztował Morrisa, który zataczał się i obrzucał wyzwiskami wszystkich, łącznie z roztrzęsionym Benem. Wrzaski i bluzgi Morrisa zaniepokoiły sąsiadów, chyba połowa mieszkańców osiedla powychodziła z domów. Ben błagał Clancey, by powiedziała policji, że Morris jest niewinny, ale bezskutecznie. Opowiedziała mu, jak jego starszy syn zaatakował Tada, gdy malec przeszkadzał mu w grze, i jak ją pobił, gdy się wtrąciła.

Ben utrzymywał, że Morris nigdy nie skrzywdziłby dziecka. Mały poobijał się, bo spadł z kanapy podczas zabawy z siostrą. Policjant zapytał, czy nie zdziwił go kształt siniaków na ciele chłopca, który pasował do brzegu metalowej szufli do kominka. Dodał też, że Clancey nie złamałaby żeber podczas zabawy. Gdy Morris został zabrany na komisariat, śledczy wszedł do domu, by przesłuchać wszystkich jego mieszkańców. Wprawdzie zastraszona przez ojczyma Clancey starała się mówić jak najmniej, jednak jej dziadek okazał się istną kopalnią informacji na temat ostatnich poczynań Morrisa. Jego zdaniem nie tylko zażywał narkotyki, ale także je sprzedawał, by zarobić na drogą konsolę i gry. Ben wpadł w szał, gdy to usłyszał, ale policjant nakazał mu spokój i kontynuował wywiad. Gdy przyjechała karetka, Ben wsiadł do niej z Tadem, cały czas narzekając na koszty, na jakie został narażony.

Sympatyczny policjant zapewnił Clancey, że wszystko będzie dobrze. Morris trafi do więzienia i już nigdy nie zaszkodzi jej ani Tadowi. Spisała swoją wersję wydarzeń i podpisała zeznania, dziadek także to zrobił, a Ben miał pójść w ich ślady po powrocie ze szpitala. Dalton wziął recepty wnuczki i zapłacił za leki z własnej kieszeni, bo dobrze wiedzieli, że jej ojczym nie wydałby na nie ani centa, ponieważ zeznawała przeciwko jego starszemu synowi.

Tymczasem Morris wyszedł za kaucją i w domu miał oczekiwać na rozprawę, która mogła się odbyć dopiero za kilka miesięcy. Ben próbował zastawić dom, by wynająć dla syna jak najlepszego prawnika, ale ponieważ Dalton Reed był współwłaścicielem posesji, nie mógł tego zrobić, dopóki sprawa zaginięcia Daltona nie została rozwiązana. Ben obwiniał o wszystko Clancey, a na jej młodszego brata zwracał uwagę tylko wtedy, gdy było to naprawdę konieczne.

Tad został na noc w szpitalu. Lekarze stwierdzili u niego lekkie wstrząśnienie mózgu i zatrzymali na obserwacji. Clancey czuwała przy nim razem ze swoim ówczesnym szefem, Calem Hollisterem, detektywem z posterunku w dzielnicy, gdzie mieszkała.

Cal był jednym z najmilszych mężczyzn, jakich znała, ale nic do niego nie czuła. On zaś lubił Clancey, choć był zamkniętym w sobie wdowcem i nie oglądał się za kobietami. Na wieść o tym, co zrobił Morris, obiecał jej, że porozmawia z Darrellem Tarleyem, który zajmował się tą sprawą jako zastępca prokuratora okręgowego. Chciał zadbać o to, by Morris Duffy nie wykręcił się od stawianych mu zarzutów. A były one poważne. Ponieważ przy pobiciu używał ciężkiego narzędzia, groził mu wyrok kilku lat więzienia. Clancey liczyła na to, że wymiar sprawiedliwości pomoże jej pozbyć się tego okrutnego człowieka z ich życia, ale jednocześnie miała z tego powodu wyrzuty sumienia.

Nadal mieszkała w domu, który jej matka zostawiła po śmierci Benowi i Daltonowi, lecz ciężko to znosiła. Stres z tym związany sprawiał, że gorzej radziła sobie w pracy, ale Hollister, świadomy jej sytuacji, przymykał na to oko. Choć fizycznie też czuła się gorzej, ojczym i przyrodni brat nic sobie z tego nie robili, traktowali ją jak powietrze i prawie w ogóle z nią nie rozmawiali.

Odkąd skończyła liceum, pracowała jako urzędniczka w jednym z posterunków policji w San Antonio. Hollister był tam szefem wydziału do spraw brutalnych przestępstw. Clancey miała do pracy tak blisko, że zawsze chodziła tam na piechotę.

Przynajmniej Ben zrozumiał wreszcie, że Morris naprawdę mógł zrobić krzywdę młodszemu bratu. Wpadał we wściekłość za każdym razem, gdy Tad przeszkadzał mu w grze. Darł się na chłopca, a ten płakał przez to jeszcze głośniej. Clancey przerażały groźby Morrisa, który był wyczulony na najcichsze nawet dźwięki, kiedy grał w ulubione strzelanki. Gdy tylko coś mu nie poszło w grze, obrzucał brata wyzwiskami. Ben nie chciał, by Morris wpakował się przez to w jeszcze gorsze tarapaty, wynajął więc opiekunkę, miłą starszą panią o niewygórowanych oczekiwaniach finansowych, która zajmowała się Tadem w ciągu dnia i pilnowała, by chłopiec był cicho.

Morris nie pracował, co niesamowicie działało Clancey na nerwy. Sama chodziła do pracy sześć dni w tygodniu, a zarabiała mniej niż jej ojczym. Nie miała jednak odwagi komentować tej sytuacji, bo Morris znowu mógłby ją pobić. A jemu najwyraźniej spodobała się rola damskiego boksera. Gdy nikt ich nie słyszał, zagroził Clancey, że jeśli rozprawa nie pójdzie po jego myśli, to będzie miała problem.

Kilka dni po tym, jak Morris został wypuszczony z aresztu za kaucją, dziadek Clancey nie wrócił z pracy do domu. Ben i Morris nie mieli za wiele do powiedzenia na ten temat. W rozmowie z detektywem stwierdzili, że w dzień zaginięcia ostatni raz widzieli Daltona podczas śniadania.

Jednak od tamtego dnia Morris zaczął się dziwnie zachowywać. Jakby czegoś się bał, miał przekrwione oczy i gadał do siebie bez ładu i składu. Zastanawiała się, czy ma jakieś problemy psychiczne, które ukrywa przed nią razem z ojcem. Po raz kolejny żałowała, że jej mama wyszła za Bena.

Z drugiej strony gdyby nie zostali parą, nie byłoby Tada, a Clancey kochała go bardziej niż kogokolwiek na świecie, nie licząc dziadka. Nie mogła pogodzić się z tym, że policja nadal go nie odnalazła. Musiało stać się coś strasznego, bo jej dziadek był tak punktualny, że na podstawie jego rutynowych działań można by nastawić zegarek. Nigdy nie spóźniał się do pracy i zawsze wracał do domu na czas. Kiedy detektywi odłożyli sprawę na bok z powodu braku postępów w śledztwie, serce łamało jej się z żalu. Powiedzieli Benowi, że prawdopodobnie ktoś się przyczynił do zaginięcia Daltona, ale nie mieli świadków, by to potwierdzić. Zwróciła uwagę na Morrisa, kiedy o tym usłyszał. Miał naprawdę dziwną minę.

Ben starał się za wszelką cenę wybronić syna. Twierdził, że Morris pokłócił się tego dnia z kolegą i na pewno nie chciał zrobić krzywdy rodzeństwu. Clancey wiedziała swoje, ale ojczym zawsze usprawiedliwiał jej przyrodniego brata, bo kochał go bezgranicznie.

Morris też miał siostrze coś do powiedzenia. Ostrzegł ją, by nigdy mu nie przeszkadzała, gdy gra na komputerze, i by pilnowała Tada.

– Następnym razem spotka cię coś dużo gorszego – wieszczył.

I rzucił jej spojrzenie, które nawet po latach przyprawiało ją o mdłości. Patrzył na nią tak, jakby wiedział, jak wygląda bez ubrania. Wyszła bez słowa z założonymi rękami, by zasłonić klatkę piersiową. Potem przyłapała go jeszcze kilka razy, jak się jej przyglądał.

Zanim zniknął, dziadek powiedział Clancey, że Morris zadawał się z nieciekawym towarzystwem i prawdopodobnie zażywał narkotyki. Nie chciał, by ona i Tad mieli kontakt z jego kolegami, którzy czasami przychodzili do domu, gdy Clancey była w pracy. Popołudniami często wychodził, by dowiedzieć się czegoś o nowych znajomych Morrisa. Znalazł mężczyznę, który potwierdził jego przypuszczenia, że Morris ma problem z narkotykami. Wiedział też, kto jest jego dilerem. Następnego dnia po rozmowie z Clancey miał się spotkać z tym człowiekiem po pracy, by wyciągnąć od niego nazwiska osób zamieszanych w tę sprawę.

To właśnie tego dnia Dalton nie wrócił do domu. Szukali go, ale bez skutku. Gdy ostatecznie uświadomili sobie, że już nigdy go nie zobaczą, Clancey zaczęła histerycznie płakać. Tad także się rozpłakał, ale Morris i Ben siedzieli cicho, jakby w ogóle się tym nie przejęli. Clancey patrzyła na nich podejrzliwie, bo nigdy nie przepadali za dziadkiem. Była pewna, że przynajmniej Morris wie coś więcej o jego zaginięciu.

Postawiono mu poważne zarzuty, ponieważ poza pobiciem rodzeństwa został oskarżony także o napaść na policjanta, który próbował zakuć go w kajdanki. Krzyczał, że został wrobiony i tak naprawdę jest niewinny. Ostatecznie miał tylko obrońcę z urzędu. Był zaangażowany w sprawę Morrisa, brakowało mu jednak doświadczenia na sali sądowej. Ben żałował, że nie miał pieniędzy, by załatwić synowi porządnego prawnika, który pomógłby mu wykręcić się od wszystkich zarzutów.

Amerykański wymiar sprawiedliwości działa dość wolno, więc sąd wydał wyrok dopiero po roku. Morris został uznany za winnego napaści i pobicia Clancey i Tada. Wyrok dotyczył także napaści na oficera policji i stawiania oporu przy aresztowaniu. W sumie został skazany na karę sześciu lat więzienia, głównie dzięki zeznaniom Clancey, która niechętnie zgodziła się opowiedzieć o tym, co spotkało ją i jej młodszego brata. Jednym z dowodów w sprawie były zdjęcia rodzeństwa zrobione zaraz po zdarzeniu.

Ben bardzo ciężko przeżył proces syna. Pracował jako woźny w małej lokalnej firmie i nie zarabiał najlepiej, więc nie miał pieniędzy, by odwiedzać go w więzieniu odległym o kilkaset kilometrów. W rezultacie stał się jeszcze bardziej zgorzkniały.

Zmarł nagle niedługo po procesie, kiedy Clancey miała dziewiętnaście lat. To był nieszczęśliwy wypadek: poszedł do jakiegoś mieszkania niedaleko ich domu, by porozmawiać z mężczyzną, który miał ponoć informację o podejrzanych kolegach jego syna. Powiedział Clancey, że tego dnia, gdy ją pobił, Morris był pod wpływem narkotyków i zamierza dowiedzieć się, od kogo je kupił. Skoro nie mógł wydostać syna z więzienia, to przynajmniej chciał pociągnąć do odpowiedzialności jego dilera.

Kiedy wracał na parking, gdzie zostawił auto, został potrącony przez pędzący samochód. Wprawdzie świadek zdarzenia zapamiętał kilka szczegółów pojazdu, ale sprawy nie rozwiązano, ponieważ kierowca zbiegł z miejsca wypadku. Ben został pochowany, a wśród żałobników byli tylko Clancey i jej młodszy brat. Morris nie dostał przepustki, ponieważ więzienie od miejsca pochówku było bardzo daleko.

 

Clancey wyjaśniła mu w liście, co spotkało jego tatę, przekazując jednocześnie szczere wyrazy współczucia. Morris przesłał jej w odpowiedzi zwięzłą notkę, w której podziękował za ten miły gest, a ona zastanawiała się, czy odwyk pomógł mu stać się trochę lepszym człowiekiem. Zaskoczyła ją ta odpowiedź. Czyżby rzucił narkotyki i zaczął żałować tego, co zrobił? Gdy powiedziała o tym szefowi, Cal sprowadził ją na ziemię. Jego zdaniem ludzie tak łatwo się nie zmieniali.

Clancey bała się Morrisa, nawet gdy siedział w więzieniu. Co prawda do czasu, aż wyjdzie na wolność, miała pełną kontrolę nad rodzinnym majątkiem – przejęła nieoficjalnie to, co należało do dziadka, kiedy ten zaginął – jednak nadal nie mogła zapomnieć o tragicznym zdarzeniu z przeszłości. Jej lekarz powiedział, że powinna iść na terapię.

– Pójdę do psychologa, jak tylko spłacę limuzynę – odparła, a on zaśmiał się z jej żartu, ale jednocześnie rzucił jej smutne spojrzenie.

Dopóki jej przyrodni brat przebywał w więzieniu, po śmierci Bena to Clancey stała się głową rodziny. Mieszkała razem z Tadem w domu ojczyma, który oficjalnie należał teraz do Morrisa. Dziadek wciąż był współwłaścicielem, ponieważ nadal nie został uznany za zmarłego, a Clancey obawiała się, że będzie musiała mieszkać z bratem, gdy ten skończy odsiadywać wyrok. Morris zawsze zadawał się z ludźmi, którzy mieli zatargi z prawem. Nigdy nie potrafił utrzymać żadnej pracy, więc nawet jeśli miał pieniądze, to uczciwie na nie nie zapracował. Po wyjściu z więzienia na pewno nadal będzie się zadawał z typami zamieszanymi w nielegalne interesy. Nie chciała, by Tad miał kontakt z takimi ludźmi.

Martwiła się też o własne bezpieczeństwo. Morris patrzył na nią pożądliwie, więc nie będzie mogła z nim mieszkać pod jednym dachem. Jeśli brał narkotyki, a podejrzewała, że kiedy ją pobił, był pod ich wpływem, to prawdopodobnie był zdolny do jeszcze brutalniejszych czynów. Ze względu na jego podejrzane zachowanie po zaginięciu Daltona była niemal pewna, że miał coś wspólnego z jego śmiercią. Nigdy nie chciał o tym rozmawiać i unikał jej wzroku, kiedy zastanawiała się, co mogło spotkać dziadka.

Na myśl o tym, że przyrodni brat miał wyjść na wolność i zamieszkać razem z nią, paraliżował ją strach. Więzienie zmienia ludzi. Na pewno nauczył się tam niejednego na temat prowadzenia nielegalnych interesów. I poznał ludzi jeszcze gorszych niż ci, z którymi zadawał się wcześniej. Mimo listu otrzymanego po śmierci Bena, wątpiła w to, czy Morris naprawdę się zmienił, bo więźniowie często udawali skruchę, by wyjść za dobre sprawowanie. Hollister powiedział jej o tym, wyczuwając jej obawy. Obiecał bronić ją i Tada przed Morrisem, kiedy ten skończy odsiadywać wyrok. A on potrafił być twardy. Jego przeszłość owiana była tajemnicą i nawet jako detektyw miał równie groźnych kolegów jak przyrodni brat Clancey. Mimo to był jej najlepszym przyjacielem. Z jego pomocą dostała prawo opieki nad małym Tadem, dzięki czemu nie został oddany do adopcji. Hollister dał jej także niewielką podwyżkę, by było ją stać na utrzymanie domu. Kiedy rok temu dostał awans na kapitana i został przeniesiony na posterunek w centrum miasta, bardzo to przeżyła. Oczywiście cieszyła się z jego sukcesu, jednak nie mogła zmienić pracy – nie miała samochodu, a problemy z płucami nie pozwalały jej chodzić na tak długie dystanse. Hollister zaproponował, że będzie ją woził do pracy, ale wystarczająco już jej pomógł. Kiedy usłyszała o stanowisku u strażnika Teksasu w wydziale nierozwiązanych spraw, złożyła tam CV. Zaskoczyło ją, że została zatrudniona zaraz po rozmowie z porucznikiem odpowiedzialnym za rekrutację. Od tamtego czasu minął prawie rok.

Praca była dobrze płatna i Clancey dostawała te same dodatkowe świadczenia co u Hollistera. Najważniejsze, że płacili jej za ubezpieczenie. Nadal mogła też chodzić do biura piechotą. Jednak mimo upływu czasu myśl o Morrisie wciąż przepełniała ją lękiem, a teraz jeszcze Banks powiedział, że ma niedługo wyjść z więzienia. Co to znaczy „niedługo”? I gdzie ona i Tad się podzieją, gdy ich przyrodni brat wyjdzie na wolność? Czy się na niej zemści? W końcu to jej zeznania były głównym dowodem w sprawie. Nie czuła się bezpieczna.

Ale pocieszała się, że kiedy Morris zostanie zwolniony, adwokaci poradzą jej, co powinna zrobić, a jemu przydzielą kuratora, który będzie odwiedzał go regularnie i bez zapowiedzi, by upewnić się, czy znowu czegoś nie przeskrobał. Wszystko to nie brzmiało najgorzej, ale jednak Morris i tak mógł dać się we znaki Clancey i Tadowi, gdyby mieszkali wszyscy razem. Co prawda miała już dwadzieścia trzy lata, a jej brat rósł jak na drożdżach, ale Morris wciąż stanowił dla nich zagrożenie, zwłaszcza gdyby pobyt w więzieniu wcale nie zmienił go na lepsze i gdyby po powrocie znów zaczął się zadawać ze starymi znajomymi.

Na samo wspomnienie przeszedł ją dreszcz. Morris wiedział, jak bardzo kochała Tada, i mógłby zrobić mu krzywdę, by się na niej zemścić. Zdawała sobie z tego sprawę.

Dlatego bez przerwy myślała o tym, co się stanie, gdy jej przyrodni brat wyjdzie z więzienia. Odsiadywał sześcioletni wyrok, ale kilka tygodni temu prawnik, który znał jego obrońcę z urzędu, powiedział jej, że podobno Morris był wzorowym więźniem, dzięki czemu mógłby wyjść na wolność wcześniej. Banks właśnie potwierdził tę plotkę.

Jednym z jej pomysłów na to, gdzie mogłaby znaleźć nowy dom dla siebie i Tada, było zaciągnięcie się do wojska. Na początek dostałaby zaliczkę, dzięki czemu byłoby ich stać na nowe ubrania. Co więcej, mieliby gdzie zamieszkać i nie musieliby dzielić domu z Morrisem. Przysługiwałaby im też darmowa opieka medyczna i ubezpieczenie. Pytanie tylko, czy zostałaby przyjęta do armii. W końcu miała problemy zdrowotne i choć nigdy o nich nie mówiła, lekarz od razu by się wszystkiego domyślił. Może udałoby jej się jakoś załatwić tę kwestię, zanim spróbuje zaciągnąć się do wojska?

Jasne, pomyślała ponuro, tak jak załatwiłam nam lepsze mieszkanie i nowe ubrania dla Tada, żeby nie musiał stroić się w lumpeksie. Prawie całą wypłatę wydawała na czynsz, media, leki i jedzenie. Niemal wszystko, co nosili, mieli po kimś. Cieszyła się, że nie chodzą nadzy i bosi. Gdyby tylko nie musiała przez to nosić o rozmiar za małych lub za dużych butów albo podwijać za długich spodni. Na szczęście na Tada łatwiej można było znaleźć pasujące ubrania.

Ale chłopak rósł jak na drożdżach. Już teraz był dość wysoki, a z każdym dniem zdawał się rosnąć jeszcze bardziej, więc nie mógł nosić tych samych ubrań tak długo jak ona. A do tego miał w szkole problemy, z którymi Clancey nie potrafiła mu pomóc.

Czasami myślała, że nie jest dla niego wymarzoną matką zastępczą. Kochała go i robiła wszystko, by go uszczęśliwić, ale co jakiś czas wdawał się w bójki, a ona nie rozumiała dlaczego. Nie chciał z nią rozmawiać o tym, co mu leżało na sercu. Uśmiechał się tylko promiennie, tak, jak najbardziej lubiła, i mówił:

– Skoro ty nie zwalasz na mnie swoich problemów, to ja też nie będę cię zamęczał moimi.

Mimo to martwiła się o niego, więc poprosiła Cala Hollistera, by ich odwiedził i porozmawiał z Tadem. Nie miała pojęcia, o czym rozmawiali, ale niedługo potem chłopiec przestał bić się z kolegami i zaczął przynosić lepsze oceny. A ona pomyślała, że Hollister chyba go zaczarował.

Tad wiedział, rzecz jasna, o sytuacji Morrisa. Miał tylko trzy lata, kiedy on i jego siostra zostali pobici, ale pamiętał całe zajście i bał się przyrodniego brata tak samo jak Clancey. I też ze strachem myślał o tym, co będzie, gdy Morris wyjdzie z więzienia.

– Na razie nie musimy się tym przejmować – pocieszyła się Clancey.

Poza tym miała nadzieję, że gdy już zbierze się na odwagę i pogada o tym z Banksem, to może uda im się znaleźć jakieś rozwiązanie. Gdyby tylko jej tak nie onieśmielał! Od czasu do czasu bywał nawet miły, ale była pewna, że tak naprawdę jej nie znosi. Nie wiedziała tylko dlaczego. Od pierwszego dnia był do niej negatywnie nastawiony i kilkakrotnie próbował ją przenieść do innego biura. Niestety nie było takiej opcji, ponieważ była jedyną osobą, która zgłosiła się do tej pracy, i nie mógł znaleźć nikogo (czytaj: żadnego faceta), kto mógłby ją zastąpić. Innymi słowy, był na nią skazany.