Sercem, ciałem i dusząTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Diana Palmer

Sercem, ciałem i duszą

Tłumaczenie: Ewelina Grychtoł

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2020

Tytuł oryginału: Dark Surrender

Pierwsze wydanie: Dell Publishing Company, 1983

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

© 1983 by Diana Palmer

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gwiazdy Romansu są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5577-6

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Maggie Sterline kochała jesień. Zapach palonych liści i drewna kojarzył się jej z indiańskimi legendami, które opowiadano przy obozowym ognisku, a ona słuchała z wypiekami na twarzy. Oczywiście liście w południowej Georgii w niczym nie przypominały liści z północy stanu, gdzie góry wznosiły czerwonozłote wierzchołki ku szafirowemu jesiennemu niebu. Ale było też wiele podobieństw. Niegdyś Indianie żyli również tutaj, w lasach otaczających Defiance, i wciąż znajdowano groty strzał i fragmenty ceramiki. Ich obute w mokasyny stopy zostawiły niezaprzeczalny ślad w lokalnej historii.

Maggie bardzo lubiła nazwę miasteczka. Defiance swym znaczeniem sugerowało, że w tym miejscu „niemożliwe” może przemienić się w „możliwe”. Jeśli pewnego dnia drogi jej i Saxona Tremayne’a znów się skrzyżują, taka metamorfoza bardzo jej się przyda.

Zadrżała na samą myśl o tym groźnym i władczym właścicielu zakładu tekstylnego w Karolinie Południowej. To prawda, świetnie się bawiła przez tych kilka tygodni, kiedy zbierała materiały do artykułu na jego temat, niestety zlekceważyła fakt, że w tym samym czasie ktoś inny pracował nad tekstem o fabryce, w której stwierdzono przypadki bawełnianej pylicy płuc. Gdyby tylko zainteresowała się tym bliżej!

Usiadła na brzegu zawalonego papierami biurka. Była przeciętnie ładną, za to bardzo zgrabną dwudziestosześcioletnią brunetką o jędrnych piersiach, wąskiej talii i smukłych długich nogach. W kraciastej szarej spódnicy, białej bluzce i dzianinowej kamizelce wyglądała modnie, ale nie wyzywająco. Jej pracodawca, Ernie Wilson, twierdził, że styl panny Sterline jest wizytówką firmy. Właściciel „The Defiant Banner” był przyjacielem rodziny i niekiedy wydawał się Maggie bardziej wujkiem niż szefem.

Kiedy wymizerowana i wystraszona przyszła na rozmowę o pracę, bez wahania ją zatrudnił, nie zadając żadnych pytań. Jak zwykle zresztą, bo Ernie Wilson tylko w wyjątkowych sytuacjach zadawał pytania. Maggie niejeden raz się przekonała, że ze swoją znajomością ludzkich charakterów nie musiał tego robić.

Desperacko potrzebowała pracy. Chodziło nie tyle o pieniądze, co o ucieczkę przed wściekłym producentem tekstyliów, który oskarżył ją o zniesławienie. Gdy artykuł demaskujący negatywny wpływ produkcji na zdrowie pracowników ujrzał światło dzienne, natychmiast posypały się pozwy od związków zawodowych i organizacji ekologicznych. W rzeczywistości modernizacja, która miała zlikwidować problem, była na etapie wdrażania już w chwili publikacji artykułu, ale nie padło ani jedno słowo na ten temat.

Niestety z tekstu jednoznacznie wynikało, że Saxon Tremayne jest zaślepionym żądzą zysku kapitalistą, który nie liczy się z podstawowymi zasadami bezpieczeństwa, no i zrobiło się gorąco. Saxon Tremayne uznał mianowicie, że ta naciągana historyjka wyszła spod ręki Maggie, i nie dał jej szansy na przedstawienie swojej wersji zdarzeń. W tej sytuacji gdyby pozostała w Jarrettsville, gdzie połowa mieszkańców pracowała w jego fabryce, sama by się prosiła o kłopoty.

Nie chciała opuszczać miasteczka. Była niewinna i gdyby tylko wściekły biznesmen dał jej taką szansę, łatwo by mu to udowodniła, ale w dniu, w którym ukazał się artykuł, Saxon Tremayne nie był w nastroju do wysłuchiwania wyjaśnień. Gdy do niego zadzwoniła i zaczęła obronną mowę, w której zamierzała udowodnić, że zaszła pomyłka, przerwał jej tak zimnym tonem, jakby jego głos dobywał się z arktycznych czeluści. Saxon Tremayne znany był z tego, że nigdy się nie unosił ani nie krzyczał, ale ta mrożąca krew w żyłach bezwzględność była jeszcze gorsza niż najdziksze wrzaski.

Najtragiczniejsze w tym wszystkim było to, że Maggie zdążyła się nim zauroczyć. Gdyby mieli więcej czasu, być może zainteresowałby się nią na bardziej prywatnym gruncie. Był przyjazny i chętny do współpracy, nieraz też żartowali i przekomarzali się na granicy flirtu, lecz tylko na granicy, bo ani razu nie dotknął Maggie i nie okazał takiego zainteresowania jej osobą, które wykraczałoby poza zawodowe kontakty.

Ludzie mówili, że wciąż się nie pozbierał po jakiejś miłosnej tragedii, ale przy Maggie nigdy o tym nie wspomniał. Zastanawiała się, czy w ogóle jest zdolny do głębszych uczuć. Wydawał się samotnikiem, którego bardziej obchodził biznes niż rodzina. Była zresztą nieliczna, Saxon Tremayne miał tylko macochę, przybranego brata i kilku rozsianych po świecie kuzynów, których słabo znał.

Ktoś wyrwał ją z zadumy, pytając wesoło:

– Znowu bujasz w obłokach?

Otworzyła oczy i napotkała roziskrzone spojrzenie swojej koleżanki Eve.

– Przepraszam – mruknęła, rumieniąc się. – Myślałam nad artykułem…

– Tym o zbiórce na nowy ekwipunek, którą organizuje ochotnicza straż pożarna? Jasne. To aż taka tajemnica? Wstydzisz się do niej przyznać? No dobra, gadaj, kto wpadł ci w oko.

Maggie uśmiechnęła się tajemniczo.

– Wielka i groźna istota o oczach krwiożerczego tygrysa – odparła, tylko trochę przesadzając. – A tak naprawdę zastanawiałam się, z którym z kandydatów do rady miasta najpierw przeprowadzić wywiad. – Westchnęła, a w jej oczach pojawiły się złe błyski. – Cała ta heca z wyborami zajmie mi dwa tygodnie. Zdjęcia, wywiady, te same puste obietnice, tylko zdania trochę inaczej skonstruowane… Nie chcę już wysłuchiwać ludzi, którzy twierdzą, że miasto ich potrzebuje! Niestety w tych wyborach mamy koszmarny wybór, czyli go nie mamy, prawda? – nakręcała się coraz bardziej. – Gdyby tym ludziom naprawdę zależało na mieszkańcach i mieli odrobinę samokrytycyzmu, żaden z nich nie odważyłby się kandydować!

– No już, już. – Eve poklepała ją po ramieniu. – Moja rada: po prostu musisz się przyzwyczaić.

– Mam się przyzwyczaić? Nie da się, po prostu się nie da. Oni w ogóle nie odpowiadają na moje pytania, tylko częstują mnie kwiecistymi ogólnikami. Wszyscy co do jednego!

– Wiesz, kto wygrywa wybory? Ten, kto poza absolutnie koniecznym minimum niczego nie mówi o sobie. To najważniejszy klucz do sukcesu. Im mniej wyborcy wiedzą o kandydacie, tym tłumniej na niego głosują.

Maggie z rozpaczą spojrzała w sufit.

– Tata mnie ostrzegał, że nie powinnam iść na studia w Karolinie Południowej. To był mój największy błąd. Powinnam zostać w Defiance i zająć się polityką.

– Tu też możesz, naprawdę! – zawołała Eve. – Kandyduj, błagam, kandyduj! Dwa głosy masz zapewnione, swój i mój, a resztę jakoś się doskłada.

– Dzięki za zaufanie. – Maggie przeciągnęła się. – Wiesz, na kogo chciałabym zagłosować? Na Thomasa Jeffersona.

– Ja też, ale on nie żyje.

– Tylko to mnie powstrzymuje. – Maggie przeczesała palcami włosy. – Chyba już czas, żebym ruszyła w teren i zrobiła zdjęcie olbrzymiej kapusty wyhodowanej przez Jake’a Hendersona. Ale może mamy jakieś inne plany na dziś?

– Chyba nie. – Eve spojrzała na kalendarz wiszący na ścianie. – Dopiero jutro czeka nas rozdanie nagród studenckich.

– Dzięki. – Maggie chwyciła torebkę i zawiesiła na szyi aparat. – Zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebować.

– A wiesz, chętnie się z tobą zabiorę – odparła Eve, nieznacznie podnosząc głos. – Przyda mi się odrobina przerwy. Nikt nie zauważa, że haruję jak wół!

Wysoki siwowłosy mężczyzna z brzuszkiem wyłonił się z sąsiedniego pomieszczenia, trzymając nożyczki i korektę szpaltową.

– Panno Johns, jeśli nie masz nic do roboty, to zapraszam, pomożesz mi wklejać. Zrobiłem dwie z czternastu stron, gdy ty plotkujesz z panną Wielką Reporterką!

Na co Maggie oświadczyła z godnością:

– Nie jestem taka jak wy, małomiasteczkowe dziennikarzyny. Zamierzam zgarnąć Pulitzera za artykuł o dwunastokilogramowej kapuście pana Hendersona.

Ernie Wilson rzucił jej spojrzenie, jakiego zwykle używał we wtorki, kiedy przygotowywali tekst dla drukarni, a które wyrażało coś pomiędzy rozpaczą, desperacją i powolnym wpadaniem w alkoholizm.

 

– Na razie – rzuciła Maggie, mrugnęła do Eve i wybiegła z redakcji.

Kiedy wróciła do domu, profesor Anthony Sterline siedział na kanapie w salonie i czytał popołudniową gazetę.

– Jestem! – zawołała Maggie.

– Najwyższy czas – odparł sucho papa. – Spóźniłaś się godzinę. Oczywiście nie spodziewałem się ciebie wcześniej, skoro jest wtorek.

– Spędziłam cały dzień na nogach, przygotowując gazetę do druku. – Usiadła obok ojca na kanapie i westchnęła ciężko, przymykając oczy. – Gdyby tylko obiad zrobił się sam…

– No to wyobraź sobie, że twoje życzenie się spełniło. Lisa jest w domu.

Otworzyła oczy.

– Już? Myślałam, że wróci później.

– Jej lot został odwołany, więc zamieniła się z jedną ze stewardes, dzięki czemu wcześniej wróciła do domu. Aha, tak przy okazji, zaręczyła się.

– Zaręczyła się? Nie wiedziałam nawet, że ma chłopaka!

– Randy Steele. Nie mówiła ci o nim? Mieszka w Jarrettsville. Podobno pochodzi z zamożnej rodziny.

Steele, Steele… To nazwisko zabrzmiało jej znajomo, ale nie miała pojęcia, skąd. Natomiast jeśli chodzi o Jarrettsville, to świetnie pamiętała to miasteczko.

– Maggie! – krzyknęła Lisa od progu i podbiegła, by uściskać siostrę.

Już na pierwszy rzut oka siostry bardzo się między sobą różniły. Jasnowłosa Lisa miała ostre rysy, czarnowłosa Maggie łagodne. Lisa była drobna, Maggie wysoka i choć też szczupła, to jej sylwetkę można by nazwać posągową. Łączył je tylko przepiękny szmaragdowy kolor oczu, który otrzymały w darze od ojca.

Zaczęły mówić jedna przez drugą, z zapałem wymieniając się nowinami.

– Tata mówił, że się zaręczyłaś! – zawołała Maggie.

– Stary plotkarz! – Lisa pokazała mu język. – Chciałam ją zaskoczyć. Jest wspaniały – dodała, znów zwracając się do Maggie. – Wysoki, seksowny, no i bogaty, chociaż nie dlatego przyjęłam oświadczyny. Jestem tak bardzo zakochana, że to aż boli. Nigdy bym nie pomyślała, że przytrafi mi się coś takiego, zwłaszcza że jesteśmy parą dopiero od miesiąca.

– Kiedy ślub?

– Niestety trochę to skomplikowane – odparła Lisa. – Randy nie chce ustalić daty, póki nie rozwiąże problemów rodzinnych. W ten weekend mam do niego przylecieć, by poznać jego matkę i brata. Chciałabym, żebyś poleciała ze mną. Będę potrzebować wsparcia.

– Wsparcia? – spytała Maggie podejrzliwie, bo cała ta historia brzmiała coraz dziwniej.

Lisa już nie była promienna, tylko głęboko zatroskana.

– Brat Randy’ego stracił wzrok – wyznała cicho, siadając w fotelu. – W rodzinnej rezydencji w Jarrettsville mieszkają tylko on i jego matka, więc Randy zamartwia się, że kiedy się ożeni, cała odpowiedzialność spadnie na nią.

– To mądre i ludzkie podejście – stwierdził z aprobatą papa. – Czy jego brat jest całkowicie zdany na cudzą opiekę?

– Z tego, co usłyszałam od Randy’ego, przypomina tygrysa zamkniętego w klatce – odparła Lisa. – Przed wypadkiem był rzutkim biznesmenem i żył w pełnym biegu, a teraz nie potrafi pogodzić się z myślą, że te dni należą do przeszłości. – Lisa spuściła wzrok. – Randy mówił, że od wypadku ani razu nie wyszedł z domu. Nie chce nauczyć się alfabetu Braille’a, nie chce kupić psa przewodnika, w ogóle nic nie robi, żeby przystosować się do sytuacji.

Profesor Sterline przeczesał dłonią siwe włosy.

– Może potrzebuje trochę czasu, by sobie to wszystko ułożyć w głowie? Miałem kiedyś studenta, któremu zdarzyło się podobne nieszczęście, ale gdy zaakceptował fakt, że nigdy nie odzyska wzroku, dość dobrze odnalazł się w nowej rzeczywistości.

– Nie rozumiesz, tato – powiedziała łagodnie Lisa. – Hawk jest niewidomy od ośmiu miesięcy.

– Hawk? Dziwne imię.

– To przezwisko, tak mówi na niego Randy. W każdym razie to nie zdarzyło się wczoraj czy przedwczoraj, tylko osiem miesięcy temu, i w tym czasie już sześć pielęgniarek zrezygnowało z pracy. Randy mówi, że Hawk po prostu jest nie do zniesienia.

– Lew z cierniem w łapie… – Maggie poczuła dziwną więź z nieznanym mężczyzną, którego spotkało tak straszne nieszczęście. Na dodatek zdarzyło się to w tym samym czasie, gdy ona przeżywała najtrudniejsze chwile w swym życiu. – Potrzebuje pomocnej dłoni, która z głębokiej toni wyciągnie go na powierzchnię.

– To co, dobrze sobie radzisz z wędką? – zażartowała Lisa, po czym już z powagą spytała: – Pojedziesz ze mną, prawda?

– Nie wiem, czy moje ubezpieczenie pokrywa rany zadane przez lwie pazury. – Maggie też próbowała żartować, i równie szybko spoważniała. – Mam złe wspomnienia z Jarrettsville – dodała cicho.

– Nie wiedziałam, że kiedyś tam byłaś. Co się sta…

– Jaka jest jego matka? – wpadła siostrze w słowo, by zmienić temat.

– Jeszcze jej nie poznałam, ale wiem od Randy’ego, że to bardzo cierpliwa i łagodna kobieta – odparła z uśmiechem Lisa. – Mówił mi też, że dom stoi u podnóża Pasma Błękitnego w Appalachach i jest otoczony dębami. W czasie wojny secesyjnej była tam plantacja.

– Ciekawe, doprawdy ciekawe. – Oczy ojca rozbłysły. – A skoro mowa o wojnach w Karolinie Południowej, to mogę wam opowiedzieć pewną ciekawą historię…

Córki w milczeniu wysłuchały wykładu. Maggie zdążyła już zatęsknić za takimi wieczorami. Odkąd się wyprowadziła, odwiedzała dom rodzinny tylko wtedy, kiedy siostra wracała z podróży i mogli spotkać się wszyscy we troje.

Tej nocy długo nie zmrużyła oka, myśląc o Saxonie Tremaynie. Nie chciała wracać do Karoliny Południowej, chyba że powód byłby naprawdę istotny. I taki właśnie był, przecież nie mogła odmówić siostrze w tak delikatnej i ważnej sprawie. Poza tym skoro Saxon przez tych osiem miesięcy nie wytoczył armat, by w akcie zemsty zmieść ją z powierzchni ziemi, to być może już zapomniał o tej całej nieszczęsnej aferze, a także o niej samej na dokładkę?

Zapomniał?

Niby tak byłoby najlepiej, ale zarazem w głębi ducha czuła się rozczarowana. Nieważne, w jakich okolicznościach, ale pragnęła znowu ujrzeć jego bursztynowe oczy i szeroką twarz Rzymianina. Był potężnie zbudowanym mężczyzną, który roztaczał wokół siebie charyzmatyczną aurę człowieka sukcesu i przywódcy. Pragnęła usłyszeć jego głos, który bywał zarówno władczy i rozkazujący, jak i miękki niczym aksamit. Nie było dnia, żeby za nim nie tęskniła i nie zastanawiała się, czy nie tyle zapomniał, co wybaczył jej domniemaną zdradę. Gdyby tylko mogła się wytłumaczyć!

Jeśli nie tyle zapomniał, powtórzyła w duchu, co po prostu ochłonął, to może zdołam przemówić mu do rozsądku? – rozmarzyła się na moment.

Ale jeśli zapomniał, to wyjdzie na jaw, że była dla niego tylko pyłkiem, który na moment podrażnił jego wzrok, a potem znikł bez śladu.

Natomiast jeśli wciąż jest na nią wściekły, to próba kontaktu może okazać się brzemienna w skutkach. Gdyby tylko wiedział, gdzie ona pracuje, bez mrugnięcia okiem wykupiłby gazetę tylko po to, żeby ją zwolnić. Mógł też zemścić się w inny i jeszcze gorszy sposób.

Obróciła się na brzuch i skryła twarz w poduszce. Może tak było lepiej. Ostatecznie jak skończyłby się dla niej romans z milionerem? Nawet gdyby wzbudziła jego zainteresowanie, najwyżej by się z nią przespał i żegnaj, koteczku. Nie należał do facetów, którzy preferują stałe związki, i bez reszty skupiał się na biznesie.

Gdyby sama potrafiła o nim zapomnieć!

Cóż, tak to u niej wygląda i sytuacja jest nie do pozazdroszczenia, ale jeśli poleci z Lisą, przynajmniej zajmie myśli czymś innym. Intrygował ją tajemniczy brat Randy’ego. Jakie to straszne, gdy człowiek w jednej chwili traci tak wiele. Ciekawe, czy przebije się przez warstwę goryczy i bólu, i zdoła jakoś pomóc zranionemu lwu odzyskać spokój…

Z tą myślą odpłynęła w sen.

ROZDZIAŁ DRUGI

Randolph Steele był tak przystojny, jak opisywała go Lisa: wysoki, szczupły, z ciemnymi włosami i oliwkową karnacją. Miał żywiołowy temperament i rozsadzała go energia, a gdy tylko poznali się na lotnisku, Maggie zyskała pewność, że jest bez pamięci zakochany w jej siostrze.

Z czułością pocałował Lisę na powitanie i popatrzył na nią z uwielbieniem. Dopiero potem z miłym uśmiechem zwrócił się do Maggie:

– Musisz być tą starszą siostrą, o której Lisa tyle mi mówiła. Jak pewnie się domyśliłaś, jestem jej narzeczonym.

– Nie przeczę, że po waszym gorącym powitaniu taka myśl zaświtała mi w głowie – odparła wesoło i uścisnęła jego wyciągniętą dłoń. – Miło cię poznać.

– Moja siostra jest dziennikarką! – zawołała entuzjastycznie Lisa.

– Cicho – skarciła ją Maggie. – Wiesz, że nie lubię rozmawiać o mojej pracy.

– Twoja tajemnica jest u mnie bezpieczna – odparł Randy i poprowadził je w stronę parkingu. – Ale mówiąc poważnie, lepiej nie wspominaj o tym przy Hawku. Nie znosi dziennikarzy.

– Co, jakiś reporter wystraszył waszą matkę, kiedy była z nim w ciąży? – zapytała Maggie.

– Na pewno nie moją. Hawk i ja jesteśmy przybranymi braćmi. Jego ojciec nie tylko ożenił się z moją matką, ale również mnie przygarnął. Posiadłość Steele Manor należy do mojej matki, ale to Hawk zajmuje się finansami rodziny. Mama jest kochana, ale nieco lekkomyślna i nie ma głowy do finansów.

– Twój brat musi być bardzo inteligentny – zauważyła Lisa.

– Jest geniuszem – sprecyzował Randy.

Zatrzymał się obok bordowego lincolna i wrzucił walizki do bagażnika, po czym wsiedli do środka.

– Czym się zajmuje? – zapytała Lisa.

– Jest biznesmenem. To znaczy był. Kiedy jego ojciec zmarł, przejął rodzinne interesy i aż do wypadku całkowicie im się poświęcał. – Włączył silnik i ruszyli w stronę Greenville.

Maggie, która dotąd tylko raz była w tym mieście, z ciekawością oglądała zróżnicowaną architekturę, wielkie centrum handlowe i nietypowe uliczne znaki. A w tle mogła podziwiać odległe wzniesienia Pasma Błękitnego.

– Jaką branżą zajmuje się twoja rodzina? – spytała po chwili milczenia.

– Tekstylia – odparł Randy.

– Co za zbieg okoliczności! – zaszczebiotała Lisa. – Maggie dla gazety, w której już nie pracuje, pisała artykuły na ten temat…

– Ucisz się, moja droga – przerwała jej Maggie. – Inaczej zakleję ci usta. Randy na pewno wolałby słuchać o tobie, nie o mnie.

Poza tym jeśli jego rodzina zajmowała się tekstyliami, to na pewno znał lub przynajmniej słyszał o Saxonie Tremaynie. A gdyby rzeczony Saxon Tremayne dowiedział się, że panna Sterline zjawiła się w mieście, to mogłoby się to dla rzeczonej panny bardzo źle skończyć!

– Jesteś zbyt skromna – perorowała Lisa. – Dlaczego nie chcesz, by ludzie wiedzieli, że piszesz? Poza tym Randy należy do rodziny… no, prawie – dodała ciszej.

– Bardzo prawie. – Mocniej uścisnął jej dłoń. – Musimy tylko wymyślić, jak rozwiązać problemy z Hawkiem. Nie mogę dopuścić do tego, by mama sama z nim została, bo to byłoby okrutne wobec niej. Hawk zawsze miał gorący temperament, ale po wypadku stał się dzikusem. Jedna z pielęgniarek uciekła z domu o trzeciej nad ranem w samej piżamie! Zatrzymała ją policja i musieliśmy się długo tłumaczyć. Hawk przyszedł do niej w nocy po zastrzyk na ból głowy, ale ona była pewna, że ma całkiem inne zamiary… – Zaśmiał się krótko. – W każdym razie mama tak bardzo się zawstydziła, że następnego dnia nie miała odwagi spojrzeć w oczy koleżankom z klubu ogrodniczego, szybko wróciła do domu i prawie w ogóle przestała wychodzić.

Maggie pomyślała, że pani Steele przypomina wróbla, który został wrzucony do klatki z jastrzębiem. Dla kobiety o delikatnej konstrukcji psychicznej opiekowanie się cholerycznym i przeżywającym traumę pasierbem musi być bardzo trudne.

– Może powinieneś zatrudnić wojskową pielęgniarkę? – zażartowała Lisa.

– To nie jest śmieszne. Już to zrobiliśmy – odparł Randy. – Zatrudniliśmy emerytowaną panią porucznik, szefową pielęgniarek podczas misji na Bliskim Wschodzie. Wytrzymała tylko tydzień, ale kiedy poznasz Hawka, zrozumiesz, że aż tydzień.

– Jest szansa na to, żeby przywrócić mu wzrok? Jakaś nowatorska kuracja albo leczenie operacyjne? – zapytała Maggie.

– Nie, raczej nie, a on nawet nie chce o tym rozmawiać.

– Jak to się stało?

– Hawk odsłużył dwie tury w Wietnamie. Nigdy nie chybiał, stąd wzięło się jego przezwisko. Jak na ironię, nie tam stracił wzrok. Dostał w głowę odłamkiem, który zarósł i przez długie lata w niczym mu nie przeszkadzał. Dopiero osiem miesięcy temu w wyniku wypadku drogowego odłamek przesunął się i zaczął uciskać nerw wzrokowy. Jedyna nadzieja w tym, że kiedyś znów się przesunie. – Randy westchnął. – Gdyby Hawk nie był w tak wielkim stresie, do tej kraksy pewnie by nie doszło. Był świetnym kierowcą i doskonale nad sobą panował, niestety przechodził ciężki okres. Miejscowa gazeta strasznie go obsmarowała i zrobiła z niego kapitalistę krwiopijcę, w wyniku czego pracownicy fabryki zaczęli strajkować. Hawk śpieszył się na naradę kryzysową, padał deszcz, samochód wpadł w poślizg. – Wzruszył ramionami. – Oczywiście problem sam się rozwiązał, kiedy okazało się, że cała sprawa została absurdalnie rozdmuchana. Burza w szklance wody, jak to mówią, lub też kompletnie nieodpowiedzialne dziennikarstwo.

 

Maggie zesztywniała.

– Zabawne – skomentowała Lisa. – Moja siostra też opublikowała artykuł o fabryce tekstyliów, prawda? Tata o tym wspominał…

– Niemożliwe, żeby Maggie napisała coś takiego. – Randy zdecydowanie pokręcił głową. – To był stek bzdur, a Hawk prawie dostał zawału, kiedy przeczytał te ociekające jadem wypociny. Trudno pojąć, jakim cudem kolegium redakcyjne dopuściło taki chłam do druku, ale stało się. Z tego co pamiętam, dwóch reporterów z hukiem wyleciało z roboty, ale ta, która najbardziej zawiniła, tchórzliwie uciekła i zatarła za sobą ślady. Hawk odgrażał się, że jeśli dostanie ją w swoje ręce, to najpierw zafunduje jej dobrze przemyślany zestaw tortur, a dopiero potem ją ukrzyżuje.

Maggie ledwie mogła oddychać. Po prostu znalazła się w koszmarze.

– Jak naprawdę nazywa się twój przybrany brat? – szepnęła.

– Saxon Tremayne.

Ogarnęła ją tak wielka panika, że w pierwszym odruchu chciała wyskoczyć z samochodu i albo zginąć na miejscu, albo wrócić na piechotę do Defiance, ale lincoln już wspinał się krętą brukowaną drogą do wiktoriańskiej rezydencji Steele Manor. Otaczały ją rozległe ogrody, które wiosną musiały robić niesamowite wrażenie, tym bardziej że projektując je, zachowano rosnące tu od wieków wspaniałe dęby.

– Twoja matka… nie nazywa się Steele? – spytała słabym głosem Maggie.

– Nie, Tremayne, po drugim mężu i ojcu Hawka – potwierdził Randy, nie zdając sobie sprawy, co przeżywa jego przyszła szwagierka. – Ja zachowałem nazwisko po moim tacie. Co myślisz o twoim przyszłym domu, kochanie? – dodał, zwracając do Lisy, która również nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji.

– Jest przepiękny – odparła z rozmarzeniem, podziwiając drewniany front rezydencji, długą werandę z białymi meblami oraz starannie przystrzyżone drzewa i krzewy.

– Miałem nadzieję, że ci się spodoba.

Drzwi otworzyła im śliczna jasnowłosa pokojówka.

– Matka jest w domu, Grace? – zapytał Randy z uprzejmym uśmiechem.

– Pani Tremayne jest w salonie, proszę pana – odparła pokojówka, a na widok Lisy uwieszonej na jego ramieniu w jej oczach pojawił się żal.

– Dziękuję. – Randy zaprowadził je do przestronnego pokoju urządzonego w stylu kolonialnym, z zasłonami w kolorze szampana i kamiennym kominkiem, w którym buzował ogień.

Maggie rozglądała się nerwowo, usiłując wymyślić jakąś wymówkę, żeby wrócić do domu. Nie mogła tu zostać.

Z fotela przed kominkiem podniosła się Sandra Tremayne, drobna szczupła kobieta z farbowanymi blond włosami i oczami szarymi jak zimowe niebo. Maggie poczuła ulotną woń perfum, równie delikatnych jak jej błękitna sukienka, do której włożyła sznur pereł.

– Ty musisz być Lisą – powiedziała, uśmiechając się do przyszłej synowej.

– Tak, to ja. – Lisa odwzajemniła uśmiech. – Randy tyle mi o pani opowiadał, a ja nie mogłam się doczekać, kiedy się wreszcie poznamy. Przepiękny dom!

– Też go lubię, zwłaszcza wiosną. – Spojrzała na starszą z sióstr. – A ty jesteś Maggie, prawda? Witaj w Steele Manor.

– Miło mi panią poznać. – Maggie uściskała jej dłoń.

– Strasznie mi się dłużyło to czekanie na was – dodała Sandra. – Wasze pokoje są już gotowe i…

– Nie mogę zostać – wypaliła Maggie, ignorując osłupiałe spojrzenie Lisy. – Właśnie mi się przypomniało, że muszę jutro zrobić reportaż. Może uda mi się jeszcze dziś wrócić – niemal zawołała z rosnącą paniką. – Randy, odwieziesz mnie na lotnisko? Albo nie, zadzwonię po taksówkę… Naprawdę bardzo przepraszam. – Musiała uciec, zanim Saxon dowie się, że tu jest, zanim…

– Nie wierzę, że chcesz już wracać, skoro dopiero przyjechałaś – głębokim głosem odezwał się jakiś mężczyzna, który siedział w jednym z przysuniętych do kominka foteli.

Maggie słyszała ten głos w snach. Tęskniła za nim, bała się go, cierpiała na jego wspomnienie. A teraz spełnił się jej najgorszy koszmar. Uciekła, ale los złapał ją w sidła i rzucił prosto w łapy Saxona. Było za późno na ucieczkę.

Saxon powoli wstał, ukazując swą potężną sylwetkę. Wciąż był tak samo imponujący i onieśmielający, jak go zapamiętała, tylko trochę bledszy, a włosom przydałby się fryzjer.

Jedną ręką chwycił się oparcia fotela i zwrócił się twarzą w stronę, z której dobiegały głosy. Nie miał laski ani ciemnych okularów, nie wyglądał na osobę niepełnosprawną. Blizny nosił w sercu, tak jak Maggie, która powiedziała niepewnie:

– Dzień dobry, panie Tremayne. – Żałowała, że inaczej niż on, nie ma się o co oprzeć.

– Podejdź tutaj – powiedział bez zbędnych wstępów.

Maggie oblizała suche wargi i ostrożnie podeszła do fotela, a pozostali bacznie ją obserwowali.

– Chyba nie boisz się ślepca? – Saxon zaśmiał się gorzko.

– Proszę… – błagalnie szepnęła Maggie.

– Saxon… – zaczęła nerwowo jego macocha.

– Naprawdę nie zorientowaliście się? – Uniósł głos. – Choć tyle razy przeklinałem cholerną Maggie żurnalistkę, a czasami używałem jej nazwiska. Cholerna Sterline żurnalistka!

Randy cicho zagwizdał i rzucił Maggie współczujące spojrzenie.

– To prawda, coś mi świtało w głowie, ale nie dotarło do mnie, że Hawk wykrzykuje twoje nazwisko, Liso. Z tym że chodziło mu o twoją siostrę. – Przyciągnął do siebie narzeczoną. – Mamy przechlapane, kochanie.

– Biedna Maggie – szepnęła Lisa. – Gdybym tylko wiedziała, na pewno bym jej tu nie przywiozła, ale nawet słowem nie wspomniała o tej aferze z twoim bratem.

– Tak jak ja nie zorientowałem się z waszym nazwiskiem, tak samo ona nie wiedziała, że Hawk to Saxon. Bo niby skąd miałaby wiedzieć? – podsumował Randy. – Zawsze nazywam go Hawk, nigdy nie używam prawdziwego imienia i nazwiska, więc jak mogłaby cokolwiek skojarzyć? Co za fatalny zbieg okoliczności!

– Przyjechała pani z wizytą, panno Sterline? – jadowitym tonem spytał Hawk. – Mam nadzieję, że spakowała pani dużo ubrań, bo zostanie pani z nami na dłużej.

– Naprawdę? – odparła niepewnie, choć zgodnie ze swoim charakterem powinna stanowczo zaoponować. Jednak w Saxonie było coś takiego, co zmusiło ją do posłuszeństwa.

– Maggie, wyczuwam, że jesteś zdenerwowana, ale nie panikuj, nieporozumienie zostało wyjaśnione, a ja mam ważniejsze rzeczy na głowie niż obdzieranie cię ze skóry i zniszczenie twojego ślicznego ciałka. Usiądź wygodnie na krześle, a pozostali… Randy, mamo, Liso, zamknijcie za sobą drzwi. – Nie była to prośba, lecz rozkaz, na mocy którego wymieniona trójka czym prędzej opuściła salon.

Gdy zostali sami, Saxon odchylił się na fotelu, a Maggie przycupnęła naprzeciwko, z obawą mu się przyglądając. Nie mogła nie zauważyć, że złote prążki na czarnej marynarce kolorystycznie współgrają z bursztynowymi oczami, a ubranie idealnie przylega do szerokiej piersi, płaskiego brzucha i umięśnionych ud. Saxon już przekroczył czterdziestkę, ale jedyną oznaką wieku były srebrne pasma na skroniach.

– Co za ironia – odezwał się po chwili. – Twoja siostra i mój przybrany brat.

– Chcesz ich zmusić, żeby się rozstali? – zapytała cicho Maggie.

– To zależy od ciebie, słońce – powiedział tonem, który bardzo się jej nie spodobał. – Randy do dwudziestych piątych urodzin nie może samodzielnie pobrać choćby centa z rodzinnego majątku, czyli zostały mu jeszcze dwa lata. Myślisz, że tyle wytrzymają?

– To byłoby okrutne…

– Jestem okrutny – odparł beznamiętnie. – Doprowadzili do tego tacy ludzie jak ty. Dlaczego przyjechałaś?

– Nie wiedziałam, że tu jesteś.

– Jak rozumiem, nie wiedziałaś, co łączy Steele’ów i Tremayne’ów. Nie dziwię się, bo nie pamiętam, żebym ci o tym wspominał. – Spochmurniał jeszcze bardziej. – Pewnie też nie wiesz, że byłem tobą zafascynowany. Wystarczyło jedno twoje spojrzenie i zapragnąłem ciebie.

Z wrażenia Maggie zamarła na moment. Nie miała pojęcia, że żywił do niej jakiekolwiek uczucia.