Pamiętny wywiad

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Diana Palmer
Pamiętny wywiad

Tłumaczenie: Barbara Janowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Akurat tego ranka Danę Meredith z niewyjaśnionych przyczyn ogarnął niepokój. Już po raz trzeci przymierzała się do wymyślenia tytułu i rozpoczęcia artykułu o nowym dyrektorze szkoły. Termin ją gonił, a mimo to skończyło się na bezmyślnym zapełnianiu bazgrołami pustej kartki. Skrzywiła się, patrząc na monitor i klawiaturę komputera, który zastąpił jej ulubioną elektryczną maszynę do pisania, ale także nieodzowne, ale i przyjazne przy tamtym sposobie pracy sterty papieru. Nowe technologie, w tym obcowanie z komputerem i posługiwanie się elektronicznym zapisem tekstu, nie bardzo przypadły jej do gustu.

Po pierwsze, nie odpowiadał Danie uporządkowany, schludny, wręcz nieskazitelny pokój redakcji, sprawiający, że czuła się w nim obco. Poprzednio pracowała w ukazującym się raz w tygodniu magazynie. Odwiedzający redakcję goście chichotali na widok walających się wszędzie papierów, zalegających biurka i stoły, a także ułożonych w stosy po kątach. Dana uśmiechnęła się do siebie, przywołując wspomnienie tętniącej życiem redakcji, panującego w niej gwaru i rozgardiaszu, które jednak nie przeszkadzały w kolejnych czynnościach, zmierzających do wydania następnego numeru. Teksty wychodzące spod pióra dziennikarzy, artykuły, felietony czy reportaże czytała korekta, w przygotowaniu numeru swoją rolę odgrywała również redakcja techniczna i graficy.

Dana szybko odnalazła swoje miejsce w zespole. Była gotowa na każde poświęcenie, byle tylko przyczynić się do wydania kolejnego numeru tygodnika, i to jak najlepszego. Niebagatelne znaczenie miała dla niej świadomość, że otrzymała od losu szansę zdobywania szlifów w zawodzie pod okiem znanego i cenionego fachowca, który był żywą legendą w środowisku. Czas spędzony w tej redakcji dał jej bardzo dużo, zarówno pod względem zdobycia doświadczenia, jak i współpracy ze wspaniałymi ludźmi.

Nigdy nie zrezygnowałaby i nie odeszła z własnej woli. Niestety, śmierć ojca i przewlekła choroba matki nie pozostawiły jej wyboru. Musiała przeprowadzić się z Atlanty do Miami, ponieważ właśnie tu znalazła lepiej płatne zajęcie, i to w swoim zawodzie, oraz bardziej profesjonalny, pozostający na wyższym poziomie dom opieki dla matki. Pani Meredith, całkowicie zależna od lekarzy i pielęgniarek, żyła w swoim świecie, nieświadoma zarówno istnienia córki, jak i otaczającej ją rzeczywistości.

Dana zabiegała o jak najlepszą opiekę dla mamy, nie żałując na to pieniędzy. Oddałaby ostatniego centa, byleby tylko miała ona wszystko, co potrzeba w stanie, w jakim się znalazła. Nie nazywała tego wyrzeczeniem; w swoim czasie pani Meredith była niezwykłą kobietą, kochającą życie i swoich bliskich. Dopiero śmierć męża całkiem ją załamała i sprawiła, że energiczna, radosna kobieta stała się bezradna i zdana na innych.

– Dziewczyno, czy kompletnie ogłuchłaś po przeprowadzonym wywiadzie?!

Wyrwana z zadumy, Dana drgnęła i po chwili odwróciła głowę, napotykając spojrzenie niebieskich oczu ciemnowłosej młodej kobiety, siedzącej przy sąsiednim biurku.

– Wybacz, Phyl, zamyśliłam się. Mówiłaś coś? – zapytała uprzejmie.

– Jack chce cię widzieć – oznajmiła Phyllis i skinęła głową w stronę oszklonego boksu.

– Tak? O co mu może chodzić? – zastanawiała się Dana. – Od tygodnia nie korzystałam z jego telefonu i nie wymalowałam koniczynek na jego samochodzie w dzień świętego Patryka. Nie doniosłam też FBI, że jest niebezpiecznym radykałem, kiedy dwaj agenci kręcili się w holu – zażartowała, podniosła się energicznie i dodała: – Okej, nie mam się czego obawiać. Chyba że… groziłam mu, ale tylko raz, nie więcej, że napuszczę mu do basenu gupików. Ale to się chyba nie liczy​?

– Zejdź mi z oczu! – zawołała afektowanym tonem Phyllis. – Przyprawiasz mnie o mdłości.

– Dziennikarze nie dostają mdłości – zwróciła jej uwagę Dana i pouczyła: – Natomiast nabawiają się wrzodów.

– Nie tylko dziennikarze – zauważyła Phyllis. – Kochanie, po tym świecie chodzą dwa rodzaje ludzi. Są ci, którzy nabawiają się wrzodów, i ci, którzy przyprawiają o wrzody innych. Uznałam, że życie jest za krótkie, by dać się zepchnąć do defensywy. Postanowiłam, że to ja będę je rozdawać.

– Tak ? Co zamierzasz rozdawać? – Do rozmowy wtrącił się sprawozdawca sportowy, który akurat przechodził obok. – Chętnie przyjmę pięć dych. Oddam po wypłacie.

– Przyprawiam o wrzody, a nie rozdaję forsę – wyjaśniła Phyllis.

– Cóż. W takim razie rezygnuję. W zeszłym tygodniu dostałem jeden od Charliego i próbuję go przehandlować Fredowi.

Dana przecisnęła się obok niego, ocierając się plecami o ścianę.

– Byłam normalna – wyznała mu – ale to było kiedyś.

– Dziennikarze, a zwłaszcza reporterzy nie są normalni – orzekła Phyllis. – Zostają reporterami, bo nikt nie dałby im zwyczajnej pracy.

Dana zajrzała do gabinetu, weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi.

– Chciałeś mnie widzieć? – zapytała mężczyznę siedzącego w fotelu, za masywnym biurkiem, na którego blacie panował bałagan.

Jack podniósł wzrok. Stała przed nim Dana Meredith. Zgrabna i ładna młoda kobieta, którą otaczała dająca się wyczuć szczególna aura wrażliwości i niewinności. Niewykluczone, że sprawiały to łagodne brązowe oczy, które nadawały ciepły ton jej twarzy. A może miękkie różowe wargi, skore do rozsyłania uśmiechów? Czy kasztanowe włosy, zebrane na czubku głowy i puszczone luźno? Jack przywołał się do porządku, mówiąc sobie w duchu, że nie jest to stosowna pora na takie rozmyślania. Niemal czuł się jak Rzymianin rzucający chrześcijankę na pożarcie lwu. Niestety, to porównanie było niezwykle trafne.

– Mogę to tylko ująć bez ogródek – rzekł po chwili. – Udasz się do Atlanty lotem o ósmej po to, aby zebrać materiał do artykułu o Devereaux Textile Corporation.

Krew odpłynęła z twarzy Dany. Kolana się pod nią ugięły i ostatnim wysiłkiem omdlewających mięśni poszukała ratunku przed upadkiem na pobliskim krześle. Łapała ustami powietrze niczym ryba wyrzucona z wody na brzeg.

– Do… Atlanty? – szepnęła, robiąc wielkie oczy, z których wyzierał autentyczny strach.

– Nie patrz tak na mnie – rzucił Jack i podniósł zwaliste ciało zza biurka. Odwrócił się do okna i przeczesał palcami rzednące włosy. – Devereaux osobiście poprosił o ciebie – podkreślił i dodał: – Postanowił dać nam wyłączność na publikację materiału dotyczącego najnowszej metody produkcji, ale postawił warunek. Nikt inny, tylko ty masz napisać artykuł na ten temat.

Dana wbiła wzrok w kolana.

– O mój Boże! – szepnęła z lękiem.

– Minęły trzy lata – przypomniał jej Jack.

Skrzyżowała ręce na piersi, jakby ten gest mógł ją obronić przed nieuchronną przyszłością.

– Wolałabym, żebyś mnie wylał – powiedziała drżącym głosem.

– Z ust mi to wyjęłaś. Wóz albo przewóz – odparł kategorycznym tonem Jack. – Cholernie mi przykro, Dano – dodał mniej stanowczo – ale Charliemu bardzo na tym zależy. A to znaczy, że twoja posada w tej redakcji, a przy okazji moja, wisi na włosku. Nikt nie odmawia Charliemu, prawda? Weź się w garść, zapanuj nad nerwami i ruszaj.

Dana zamknęła oczy. „Charliemu bardzo na tym zależy” – powtórzyła w myślach. Życzenia czy polecenia Charliego nie podlegały dyskusji, ponieważ to właśnie on zapewniał gazecie wysoką pozycję i ogólnokrajowy zasięg, a tym samym renomę i dobre wyniki finansowe. Poza tym, gdyby pozwoliła się wyrzucić z pracy, wkrótce zabrakłoby jej pieniędzy na utrzymanie, a co gorsza, na zapewnienie właściwej opieki chorej matce. W dodatku nie było łatwo znaleźć zatrudnienie w obleganym i cieszącym się prestiżem zawodzie.

Obecnie zarabiała dobrze i czuła się dość pewnie w zespole redakcyjnym i nawet wpływowy Adrian Devereaux nie mógł jej już zaszkodzić. Trzy lata temu musiała się dostosować do sytuacji, ale tym razem do tego nie dopuści. Nie pozwoli, aby jego wściekłość pozbawiła ją choć jednej więcej godziny spokoju. Podniosła dumnie głowę.

– Pojadę, chociaż ani trochę mi się to nie podoba – podkreśliła. – Może nigdy nie wybaczę tobie i Charliemu, że mnie do tego zmusiliście, ale pojadę.

– Skorzystaj z okazji i wypocznij tam trochę – dodał półgłosem Jack. – Między nami mówiąc, zmieniłaś się. Od czasu powrotu z północnej Georgii, gdzie zbierałaś materiały do reportażu o tamtejszej powodzi, nie jesteś tą samą osobą. Minęło pół roku, a ty nawet nie zająknęłaś się na temat tego, co się wówczas stało.

Dany uprzytomniła sobie, że to wspomnienie było dla niej znacznie bardziej bolesne niż widok ponurej i groźnej twarzy Adriana Devereaux wówczas, kiedy wyrzucał ją z własnego domu. Skrzywiła się i postanowiła się nad tym nie zastanawiać.

– Nie warto obecnie się nad tym rozwodzić – rzuciła lekceważąco. – Mam to za sobą, podobnie jak i to, czym zawiniłam w stosunku do Adriana Devereaux. On mi zaufał, Jack, a ja zachowując incognito, zatrudniłam się u niego w charakterze osobistej sekretarki. Całymi tygodniami pracowałam u niego i mieszkałam w jego domu jedynie po to, aby napisać reportaż, a on nie miał pojęcia, kim naprawdę jestem. A kiedy w ostatniej chwili zmieniłam zdanie i chciałam się wycofać, okazało się, że jest na to za późno, i historia śmierci jego żony pojawiła się na pierwszej stronie.

– Znam to uczucie – wyznał Jack. – Nie zapominaj, że właśnie ten tekst pozwolił świadkowi wskazać mordercę.

– Ale także o mało nie zniszczył Adriana Devereaux – zauważyła Dana. – W każdym razie pod względem finansowym. Wystarczyło pominięcie jednego słowa – „nie”. Powinno być, że jego interesy nie upadają. A tymczasem w tekście zabrakło „nie” i zdanie znaczyło coś wręcz przeciwnego.

 

– Akcje kolosalnie spadły, a on prawie wszystko stracił. Pamiętam. – Jack pokręcił głową. – Przykra historia, ale przecież się wykaraskał. Co więcej, znowu jest na szczycie, bogatszy niż dawniej. Nie zamierza się z tym kryć.

– I chce, żebym ja to rozgłosiła, opisała jego sukces i traktuje to jako rodzaj zemsty na mnie. Mam się podłożyć, bo Charlie sobie tego życzy.

– Trzy lata to szmat czasu – przypomniał jej Jack. – Poza tym Devereaux doprowadził do tego, że wyrzucono cię z tamtego magazynu. To powinno mu było wystarczyć za odpłatę.

Dana pokręciła głową, patrząc niewidzącym wzrokiem przez okno.

– Nie znasz go. Jest niczym czołg. Nie do pokonania i do zatrzymania. Podczas pobytu w jego domu pojechałam z nim, Lillian i kilkoma jego wspólnikami nad jezioro, by tam spędzić weekend. Przez cztery godziny przyglądałam się, jak chytrze i uparcie podchodzi wyjątkowo grubą zwierzynę. Dopiął celu. Ani przez chwilę nie wątpiłam, że mu się uda. Okazuje się, że na ukaranie mnie czekał trzy lata, czym wcale nie jestem zaskoczona.

– Nie czekałby tak długo, Dano.

– Najpierw musiał odzyskać wpływy i pieniądze – wyjaśniła beznamiętnie. – Zemsta bywa kosztowna. Osobiście nie odebrałam mu majątku, natomiast naruszyłam jego prywatność, a ona była dla niego święta. My, dziennikarze i reporterzy, którzy publikujemy i podpisujemy teksty, przyzwyczailiśmy się do widoku naszych nazwisk na łamach różnych gazet. Dla ludzi spoza branży ma to całkiem inne znaczenie. Devereaux zaufał mi, wpuścił mnie pod swój dach, a ja go zdradziłam. Na taką zemstę poczekałby nawet dłużej.

Jack zmierzył wzrokiem Danę.

– To przeznaczenie. Możesz zaplanować tysiąc ewentualności, a los znajdzie dla ciebie tysiąc pierwszą.

– Czyżbyś usiłował mnie pocieszyć?

Jack uśmiechnął się szeroko.

– Nie – odparł. – Chciałem ci przypomnieć, że bardziej rozsądnie jest pozwolić życiu toczyć się swoim biegiem, niż tracić siły na nieustanne zmagania z losem. Jesteś jeszcze bardzo młoda.

– Co ty powiesz? Mam dwadzieścia dwa lata i sięgam głową ponad stół. – Zirytowana Dana podniosła się z krzesła. – Mam nadzieję, że Charliego stać na samolotowy bilet dla dorosłej osoby.

– Nie tylko, skarbie. Wszystkie twoje wydatki wliczysz w koszty – dodał. – A ja wraz z chłopakami zaopiekuję się twoją mamą, kiedy cię nie będzie.

W środowisku dziennikarskim Dana miewała do czynienia z ludźmi bezczelnymi i nadmiernie pewnymi siebie, a nawet aroganckimi, ale przekonała się, że potrafią oni być niezwykle lojalni oraz oddani, a także służyć wsparciem w razie potrzeby.

– Dzięki – szepnęła wzruszona.

– A teraz wynocha – rzucił Jack i ponownie usiadł za biurkiem. – Powinienem się zająć materiałem na temat morderstwa, do którego doszło na Jackson Street, a co chwila dzwoni do mnie gość, który twierdzi, że jest misjonarzem z Marsa, i prosi, bym posłał fotoreportera do jego portu kosmicznego, aby dokumentować inwazję obcych. Zaraz ponownie zatelefonuje, więc nie mogę się rozczulać ani nad tobą, ani nad sobą. Muszę okazać mu stanowczość, by go spławić.

– Okej. Przyślę ci pocztówkę – odparła Dana, zmierzając do drzwi gabinetu szefa.

– Z maszynami tkackimi? Nie rozśmieszaj mnie.

– Dokąd pędzisz, dziewczyno? – zapytała z uśmiechem Phyllis, widząc, jak Dana chwyta torebkę i zdecydowanym krokiem rusza do wyjścia z redakcji.

– Do Koloseum – odparła Dana, nawet nie zwalniając kroku. – Będę karmiła lwy.

– Co takiego?! – zdumiała się Phyllis, ale zza zamkniętych drzwi nie dobiegła jej odpowiedź.

Pogrążona w niewesołych myślach, Dana nie zwracała uwagi na kolorowy tłum, przemierzający chodniki, nie słyszała klaksonów licznych samochodów, niemal zderzak w zderzak posuwających się jezdnią, nie czuła letniego skwaru. Panowała nad sobą podczas rozmowy z Jackiem, ale teraz przebiegały ją zimne dreszcze. Strach chwycił ją za gardło.

Wprawdzie minęły trzy lata od tamtej sprawy, tak bardzo dla niej nieprzyjemnej, a mimo to towarzyszyło jej wrażenie, jakby to było wczoraj. W krytycznym momencie wściekły Adrian Devereaux wyrzucił ją z domu i zmusił, by zapłakana i zdenerwowana pieszo przemierzyła blisko dwa i pół kilometra do bramy jego posiadłości. Było to w lutym, na ziemi leżał śnieg. Co prawda, niezbyt duża warstwa, bo w przeciwieństwie do Chicago zima w Atlancie nie należy do najsurowszych. Mimo to przemoczyła buty i przemarzła, a co ważniejsze, poczuła się upokorzona.

Wcześniej, wśród rozsypanej zawartości jej torebki, Adrian znalazł jej legitymację prasową. Wyszło na jaw, kim Dana jest i z jakiego powodu zatrudniła się u Adriana. Nadal z łatwością mogła przywołać obraz jego zagniewanej twarzy i złości bijącej ze spojrzenia ciemnych oczu. Tyrada, jaką wówczas wygłosił pod jej adresem, boleśnie ją dotknęła. Wydawało się Danie, że decydując się na ryzykowne zbieranie materiałów do artykułu, przygotowała się na wszystko. Tymczasem emanująca z jego głosu i postawy okrutna pogarda oraz epitety, jakimi ją obrzucił, sprawiły, że nie była w stanie wypowiedzieć choćby słowa na swoją obronę. Była zdruzgotana, ponieważ w tym momencie pojęła, że zaangażowała się emocjonalnie. Przystępując do realizacji pomysłu, nie zakładała takiej możliwości. Chodziło jej wyłącznie o artykuł.

Mijające lata nie osłabiły pamięci ani o tamtych wydarzeniach, ani o Adrianie. Przeciwnie, dodały wspomnieniom mocy, sprawiły, że potrafiła przywołać je z łatwością, i to na tyle wyraziste, że czuła ówczesne emocje, słyszała jego głos, miała przed oczami potężną męską sylwetkę Adriana, gdy siedząc w fotelu przed kominkiem, dyktował jej listy. Pomarańczowe płomienie oświetlały twarz, która promieniowała pewnością siebie, a nawet arogancją, a śmiałe spojrzenie ciemnych oczu ją elektryzowało.

Dana popatrzyła w kierunku, z którego miał nadjechać autobus. Panował duży ruch – chodniki i ulice były zatłoczone. Gorące powietrze było ciężkie od spalin i wszelkich wyziewów miasta. Wokół tłoczyli się ludzie, którzy po zakończeniu pracy chcieli jak najszybciej dostać się do domu, wszystko jedno, czy pieszo, własnym samochodem, czy autobusem. Dom Dany to była Atlanta.

Tęskniła za Atlantą, gdzie urodziła się i wzrastała, spędziła dzieciństwo i dorosła. Śmiała nowoczesna architektura, a obok wciąż obecne w miejskim krajobrazie pozostałości i pamiątki z czasów Konfederacji Południa, która z secesyjnej wojny, toczonej z Unią, wyszła przegrana. Atlanta była klejnotem Południa, elegancją zaspokoiłaby najwybredniejszego arystokratę, a jej rozrywki nie rozczarowałyby nawet libertyna i kosmopolity. Obecnie stolicę Georgii śmiało można by nazwać miastem jaskrawych kontrastów. Dana szczególnie tęskniła do Atlanty nocą, gdy mrok rozświetlały migotliwe neony restauracji, barów i klubów, światła hoteli, kin i teatrów. Jarzyły się kolorowo aż po horyzont, przypominając lśniące klejnoty na tle aksamitnego ciemnego nieba. Westchnęła, wspominając znajomą, zbyt teraz odległą atmosferę rodzinnego miasta.

Podjechał autobus. Wsiadając wraz z innymi ludźmi, czekającymi na przystanku, Dana pomyślała, że dobrze by było znaleźć wolne miejsce. Ku jej zadowoleniu, tak właśnie się stało. Usiadła, a kiedy autobus ruszył z przystanku, zamknęła oczy i popadła w zadumę. Znowu jej myśli nieuchronnie powędrowały ku Adrianowi. Oho, zreflektowała się, pora na Tahiti. Za każdym razem, gdy sprawy nie układały się po jej myśli, kiedy narastały kłopoty, a problemy wydawały się nie do rozwiązania, odgrażała się, że rzuci wszystko i zaszyje się na tropikalnej wyspie, najchętniej na Tahiti. Oczywiście nie mówiła tego na serio. Koledzy i koleżanki z redakcji już dawno odkryli, że jedynie żartuje, i za bardzo się tym nie przejmowali.

Tym razem, pomyślała, chybabym uciekła, gdybym tylko dysponowała odpowiednimi funduszami. Czy naprawdę? A mama? Przecież nie potrafiłabym jej zostawić samej. Nie mogłabym zostawić pracy, zamieszkać na plaży i żywić się bananami. Cóż, pora porzucić marzenia i wrócić do rzeczywistości. Westchnęła i z żalem otworzyła oczy. Zbliżał się jej przystanek. Wysiadając, po raz setny zadała sobie pytanie, dlaczego Adrian zażądał, by do niego przyjechała. Czego od niej chce? Do czego teraz jest mu potrzebna?

Te same pytania powróciły do niej następnego ranka, ledwie otworzyła oczy. Ponownie nie potrafiła na nie odpowiedzieć i w końcu zajęła się przygotowaniami do podróży. Gdy znalazła się na pokładzie rejsowego samolotu udającego się do Atlanty, zajęła swoje miejsce i skierowała wzrok na okno, lecz niczego za nim nie widziała, nadal skupiona na własnych problemach. Ze wszystkich sił chciałaby cofnąć czas i znaleźć sposób, by uniknąć spotkania z Adrianem. Żeby chociaż nie musiała opuszczać samolotu! Tak, jasne, tak samo jak słonie powinny fruwać…

Nie miała wyboru.

Na międzynarodowym lotnisku Hartsfield w Atlancie powitał ją deszcz. Na szczęście nie była to ulewa, a zaledwie lekka mżawka. Dawniej w taką pogodę Dana lubiła oddawać się lekturze ulubionej książki, kładąc się pod koc w swoim pokoju. Lubiła słuchać uderzeń kropli deszczu o szybę, działały na nią uspokajająco. Dziś te krople raczej przypominały łzy i jeszcze bardziej pogorszyły jej samopoczucie.

Trzymając kurczowo torebkę, jakby to było koło ratunkowe, weszła do hali przylotów i spanikowana, rozejrzała się wokół, szukając wśród tłumu kogoś, kto da znać, że właśnie na nią czeka. Jack stwierdził, że ktoś po nią wyjdzie, ale nie powiedział kto. Nagle zesztywniała, strach chwycił ją za gardło. W jednej chwili zrozumiała, dlaczego Jack pominął szczegóły, rozmawiając z nią o wyjeździe do Atlanty. Nie wierzyła własnym oczom, ale to niczego nie zmieniło.

Adrian Devereaux zmierzał ku niej zdecydowanym krokiem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Minione trzy lata pozostawiły na Adrianie swój ślad. Wyglądał starzej. Twarz znaczyły zmarszczki, których nie było wcześniej, gdy Dana go poznała. W gęstych czarnych włosach pojawiły się srebrne nitki, szczególnie w okolicy skroni. Natomiast sylwetka pozostała ta sama, co dawniej. Nadal był postawny i muskularny. Potężna postura wręcz dodawała mu wzrostu. Lubiła na niego patrzeć i najwyraźniej to się nie zmieniło.

Jeszcze mocniej ścisnęła torebkę i ruszyła przed siebie, po czym zatrzymała się dwa kroki przed Adrianem. Zlustrował ją bacznym posępnym spojrzeniem, obejmując nim jej beżową sukienkę na ramiączkach, odsłonięte ręce i dekolt oraz włosy upięte w kok, z którego wymknęło się kilka kosmyków. Wpatrywał się w nią tak długo, aż poczuła przyspieszone bicie serca i miękkość w kolanach.

– Boisz się, Meredith? – odezwał się szorstko, przypominając fałszywe imię, którym posłużyła się trzy lata temu. – Meredith Cane – dodał, wciąż posługując się nieprzyjemnym obcesowym tonem.

Jeszcze mocniej ścisnęła w rękach torebkę, tak że zbielały jej kłykcie.

– Ależ nie, proszę pana – odparła, bo zawsze się tak do niego zwracała.

W tym momencie wróciło do Dany wspomnienie ich pierwszego spotkania.

Stawiła się w domu Adriana Devereaux, udając kandydatkę na osobistą sekretarkę, której, jak się wcześniej dowiedziała, poszukiwał. Chodziło o to, by nie ujawniając, kim naprawdę jest, wkraść się w jego pobliże. Śmiało sobie poczynała, ale było to jej pierwsze poważne dziennikarskie śledztwo i przeprowadzała je z brawurą neofitki.

– Umiesz stenografować? – zapytał, siadając w fotelu i wypełniając go swoją potężną posturą.

Sąsiedni fotel zajęła Dana.

– Oczywiście, proszę pana – odpowiedziała, nie tracąc pewności siebie. – Od przodu, od tyłu, a nawet do góry nogami, jeśli pan sobie tego zażyczy.

– Do góry nogami? – zdziwił się uprzejmie i z wolna przeciągnął wzrokiem po jej smukłej figurze. – Nie bałabyś się pokazać majtek, Meredith?

Mimowolnie się zaczerwieniła, a tymczasem on odchylił głowę i roześmiał się głośno. Odniosła wrażenie, że obok zaryczał lew, ale nie okazała strachu. Gdy już ją zatrudnił, po pewnym czasie zaczął okazywać jej szacunek, bo potrafiła mu się sprzeciwić i trwać przy swoim zdaniu, gdy miała rację.

Być może żywił do mnie coś więcej niż tylko szacunek, pomyślała Dana, wracając z przeszłości do dnia dzisiejszego, ale ich relacja nie przekroczyła granicy subtelnych aluzji, póki nie odkrył, że jest dziennikarką.

– Zeszczuplałaś, Meredith – zauważył Adrian. – Powinienem właściwie powiedzieć, że wychudłaś.

– A pan utył – odcięła się bezlitośnie. – I w dodatku się postarzał.

W chmurnych ciemnych oczach błysnęło rozbawienie.

 

– Jeśli nie pamiętasz, to przypominam, że przekroczyłem czterdziestkę. Dzieli nas osiemnaście lat różnicy.

– Siedemnaście – poprawiła go natychmiast. – W tym miesiącu przypadają moje dwudzieste trzecie urodziny.

– Rozumiem – odparł Adrian i obrzucił Danę przenikliwym spojrzeniem.

– Nie jesteś ciekawa, dlaczego poprosiłem Charliego, żeby przysłał do mnie właśnie ciebie?

Odetchnęła nierówno, mimo że pilnowała się, by nie okazać zdenerwowania.

– Nie muszę o to pytać – odparła cichym głosem.

– Nie musisz, rzeczywiście – przyznał ponuro, patrząc na jej bladą twarz i podkrążone oczy.

– Jack uprzedził mnie, że zamieszkam z panem i Lillian – zmieniła temat i przywołując resztki dumy, wyprostowała się i uniosła głowę. – Zdecydowanie wolałabym hotel.

– Jasne. Tyle że nie masz wyboru. W momencie, kiedy zgodziłaś się do mnie przyjechać, zrezygnowałaś z przywileju wolności, Persefono. – Zamilkł. – Zawsze mi się z nią kojarzyłaś, Meredith, z powodu włosów o kasztanowej barwie i twarzy niewinnej dziewczynki.

Zaczerwieniła się po cebulki włosów.

– Dlaczego po prostu nie wynajął pan zabójcy, żeby mnie zastrzelił? – zapytała.

– Długo na to czekałem – wyjaśnił. – Będę się napawał każdą chwilą. Daj mi kartę pokładową, Frank odbierze twój bagaż.

Podała mu ją jak automat. Kiwnął ręką i zaraz pojawił się młody mężczyzna w uniformie szofera.

– Zdziwiło mnie, że pofatygował się pan po mnie osobiście – przyznała lodowatym tonem Dana, gdy Adrian podał jej ramię.

– Warto było. Żałuj, że nie widziałaś swojej miny.

Przeszli do wyjścia z terminala. W drzwiach Adrian przepuścił Danę przodem i wskazał rolls-royce’a stojącego na podjeździe. Pomógł jej wsiąść, po czym obszedł luksusowe auto i usiadł obok niej na tylnym siedzeniu. W tym momencie zjawił się Frank z bagażem Dany, umieścił go w kufrze i zajął miejsce za kierownicą. Po chwili rolls-royce płynnie ruszył przed siebie.

Adrian odwrócił się twarzą do Dany i powiedział drwiąco:

– Coś takiego. Reporterka. Akurat o to bym cię nie podejrzewał.

Wbiła wzrok w elegancką tapicerkę w kolorze szampana.

– Mogę wyjaśnić dlaczego…

– Obecnie to zbędne. Już wiem wszystko.

Zerknęła na niego niespokojnie. Czy się dowiedział, że wydawca obiecał jej tak wysokie honorarium, że wystarczyłoby na pokrycie operacji matki i specjalistycznej opieki medycznej?

– Kazałem cię śledzić – podjął. – Oddałaś pieniądze mężczyźnie w hotelowej restauracji, ty przeklęta…

– Błagam, to wcale nie tak!

– Milcz! – zażądał kategorycznie. – Nie po to cię tu sprowadziłem, żebyś popisywała się lawirowaniem wśród własnych kłamstw, Meredith.

Nie dał jej okazji wyjaśnić, że wprawdzie przekazała pieniądze adwokatowi zaprzyjaźnionemu z rodziną, ale pochodziły z ubezpieczeniowej polisy ojca. Wszystkie zasoby poszły na spłacenie długów ojca, o których ani ona, ani jej mama nie miały pojęcia, oraz na opłacenie specjalistów, którzy mogliby zniweczyć spustoszenie, jakie seria udarów poczyniła w mózgu jej matki, i przeprowadzkę do Miami. Bardzo wysokie honorarium za reportaż mogłoby korzystnie zmienić sytuację, ale Dana ostatecznie odmówiła przyjęcia czeku. Nie potrafiła i nie chciała wzbogacić się na cudzej krzywdzie.

Chciałaby wyjaśnić tę całą sytuację Adrianowi, lecz miała świadomość, że on nie zechce jej słuchać. Wątpiła, by jej zapewnienia cokolwiek zmieniły, żeby wpłynęły na zmianę jego nastawienia i oceny jej roli w tej sprawie. Dlaczego miałby jej uwierzyć?

W pewnym momencie Adrian położył rękę na oparciu, za plecami Dany.

Na ogorzałej dłoni zalśnił pierścień z rubinem.

– Charlie wspominał, że opiekujesz się kimś w Miami. To ciągle ten sam typ, Meredith? – zapytał złośliwie.

W odpowiedzi Dana posłała mu oburzone spojrzenie.

– Moje prywatne życie to moja sprawa – odparła i dodała z naciskiem – panie Devereaux.

– Oczywiście. Moje życie to też twoja sprawa, prawda? – rzucił. – Zaufałem ci, do cholery!

– Owszem, zdaję sobie z tego sprawę – odparła z żalem.

Byli już niedaleko. Dana wpatrzyła się w widok za oknem. Otwierała się przed nimi aleja obsadzona kwitnącymi drzewami. W perspektywie pojawiła się okazała rezydencja z brunatnego piaskowca, coraz lepiej widoczna, w miarę jak rolls-royce pokonywał kolejne metry. Rezydencję otaczały dęby, sosny i magnolie oraz liczne krzewy i kwiaty.

Lillian powitała ich, stojąc w progu. Dana pamiętała, że gospodyni Adriana uwielbia kwiaty. Właściwie się nie zmieniła. Wciąż była tą chudą i siwą kobietą, którą poznała trzy lata temu. Była pełna energii, ale szorstka w obejściu. Natomiast brązowe oczy ciepło i życzliwie spoglądały na ludzi i świat.

Weszli do rozległego holu, po czym Adrian szybko się oddalił.

Lillian zwróciła się z serdecznym uśmiechem do Dany:

– Postarzałaś się o trzy lata, ale ani trochę nie przytyłaś. Trzeba coś na to poradzić. Jadłaś coś w drodze?

Zdenerwowana Dana zdołała odpowiedzieć słabym uśmiechem. Stała w świetle rzucanym przez kryształowy żyrandol, cała skupiona na wsłuchiwaniu się w odgłosy dobiegające z głębi domu, gdzie zniknął Adrian.

– Tak, dziękuję – odparła po chwili. – W samolocie podano śniadanie.

– Ale na pewno chętnie napijesz się kawy – uznała Lillian i dostrzegając niepokój Dany, dodała cicho: – Nie przejmuj się, to wcale nie tak…

– Lillian! – dobiegł je gromki głos znad schodów, w pobliżu których obie kobiety stały. – Zaparz mi kawę i przynieś babeczkę!

– Tak jest! – zawołała Lillian, poklepała Danę po plecach i szepnęła. – On nie gryzie.

– Przeciwnie! – odparł Adrian, schodząc po schodach do holu. – Kawę, Lillian!

– Idę już, idę, nie musi pan wrzeszczeć…

Dana przeszła za Adrianem do dobrze jej znanego gabinetu pana domu, przytulnego pokoju, urządzonego przez dekoratora pozostającego pod wyraźnym wpływem włoskiego wnętrzarstwa. Wzrok przyciągało olbrzymie dębowe biurko, miękka skórzana sofa i wielki fotel, noszący ślady użytkowania przez dobrze zbudowanego osobnika. Z tym pomieszczeniem sąsiadował pokój biurowy, rodzaj sekretariatu.

Adrian podszedł do kominka i kilka razy dźgnął pogrzebaczem rozżarzone polano, które buchnęło płomieniem, po czym, wciąż stojąc tyłem do Dany, drugą ręką oparł się o ozdobny gzyms. Już po chwili ciepło bijące od ognia przepędziło chłód opuszczonego do niedawna pomieszczenia. W blasku płomieni rubinowy sygnet podkreślał smagłość dłoni, w której Adrian wciąż trzymał pogrzebacz

– Usiądź – rzucił pod adresem Dany, nie oglądając się za siebie.

Zdenerwowana Dana przycupnęła na brzegu sofy. Mięła w palcach torebkę, oczekując na to, co usłyszy.

Adrian odłożył pogrzebacz i odwrócił się do Dany, a następnie bez pośpiechu wyjął z kieszeni spodni paczkę papierosów oraz zapalniczkę. Zapalił papierosa i zaciągnął się dymem. Dopiero wtedy skierował wzrok na twarz Dany.

– Trzy lata – wycedził. – W tym czasie znalazłyby się najwyżej dwa dni, kiedy przez chwilę myślałem o tobie. Dopiero ostatnio, w zeszłym miesiącu, natrafiłem w gazecie na artykuł, obok którego figurowało twoje zdjęcie, i wspomnienia odżyły. Uznałem, że pora znowu się z tobą zobaczyć.

– Po co? – zapytała z przekąsem. – Nie wystarczyło zdjęcie?

– Na to pytanie mógłbym odpowiedzieć tak, że zaczerwieniłabyś się po korzonki włosów. – Adrian uśmiechnął się ponuro. – Chyba że razem z niewinnością utraciłaś poczucie przyzwoitości.

Zamierzała zaprotestować i wyjaśnić mu, że zachowała zarówno niewinność, jak i przyzwoitość, ale musiała się pohamować, bo właśnie do pokoju weszła Lillian. W dłoniach trzymała tacę, zastawioną filiżankami z kawą oraz talerzem z ciastkami, którą postawiła na blacie biurka, i zaraz wyszła. Dana zyskała sposobność do zmiany tematu rozmowy, natomiast Adrian na usadowienie się w fotelu i sięgnięcie po filiżankę z kawą.

– Na jak długo mam tu pozostać? – zapytała zrezygnowana.