Gorące serca. Część pierwsza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

– I co my tu mamy? – spytał John policjanta, od którego otrzymał wezwanie.

– Niezły pasztet. – Posterunkowy z westchnieniem wskazał ciało chłopca. – To wygląda na początek kolejnej wojny gangów.

John uklęknął przy ciele i zmrużył oczy. Dokładnie obejrzał tatuaże na rękach i szyi denata. Chłopak otrzymał dwa postrzały w klatkę piersiową.

– No tak – mruknął. Na ramionach chłopaka widniał rysunek łba kobry, taki sam, tylko o wiele mniejszy, był na szyi.

– Wiadomo, kto nosi takie tatuaże – po raz kolejny westchnął posterunkowy.

– Gang Los Serpientes – potwierdził John. – Rekrutują coraz młodszych. Ten chłopak ma dwanaście, góra trzynaście lat. – Zasępił się, bo jego jedenastoletni syn Tonio był przecież niewiele młodszy od ofiary.

Obejrzał rysunek przy głowie chłopaka. Ktoś narysował kredą na chodniku głowę wilka.

– Los Diablos Lobitos – powiedział. – To ostrzeżenie, żeby nie wchodzić im w paradę. Los Lobitos próbują przejąć terytorium Los Serpientes. – Wiedział, że gang Los Lobitos działa również na terytorium szkoły, do której uczęszczał Tonio.

– Czują się coraz mocniejsi, skoro próbują wejść na cudze terytorium – powiedział posterunkowy. – Zabili tego chłopaka, by dać do zrozumienia, że nie zrezygnują. Tak, czeka nas piekło.

– Jakbym nie wiedział. – John oglądał miejsce zbrodni, próbując znaleźć ślad, który doprowadziłby go do sprawcy. – Ten chłopak nie ma płaszcza ani bluzy z kapturem. Dlaczego?

– Też zwróciłem na to uwagę, bo dzisiaj jest zimno jak cholera. Najpierw pomyślałem, że może nie było go stać, ale ma na sobie tyle złota, że mógłby za to kupić porządny płaszcz.

Rzeczywiście, chłopak miał kilka sygnetów, drogi zegarek i kilka grubych łańcuchów. Wszystko było z osiemnastokaratowego złota, czyli musiało kosztować majątek. Wystarczyłoby nie na jeden, a na kilka porządnych płaszczy. John rozpoznał wartość wszystkich przedmiotów na pierwszy rzut oka, jednak nie zamierzał informować o tym posterunkowego. Nie lubił zdradzać informacji na temat swojego prywatnego życia.

– No tak, to ostatnia ofiara Los Diablos Lobitos. O ile dobrze pamiętam, w zeszłym miesiącu aresztowaliście jednego z nich za zamordowanie osiemdziesięciotrzyletniej kobiety. Długo posiedzi za kratkami.

– Ma to jak w banku. Wyciągnął kobietę z domu na opuszczony parking i tam brutalnie zamordował. To porwanie, czyli przestępstwo federalne. Ze względu na charakter zbrodni będą sądzić tego młodocianego łajdaka jak dorosłego. Cieszę się, że FBI przejęło sprawę. Przy okazji agent John Blackhawk, podczas oględzin miejsca zbrodni, nauczył miejscowych gliniarzy kilku bardzo barwnych przekleństw.

– Jego matka jest w wieku ofiary – wyjaśnił John. – Pewnie dlatego puściły mu nerwy.

– Zaraz powinni się zjawić ludzie z dochodzeniówki. – Posterunkowy rozejrzał się niecierpliwie. – Nie lubię tak bezczynnie czekać.

– Nie mamy wyboru. Mogłoby się zdarzyć, że jakiś szczwany adwokat zarzuci nam naruszenie procedur i bez trudu wybroni łajdaka. To co prawda morderca, ale taki biedny i na pewno tatuś za często go okładał pasem.

– Jeśli chcesz znać moje zdanie, to uczciwi obywatele potrzebują ochrony bardziej niż takie śmiecie.

– Ciii… – John mrugnął do niego porozumiewawczo. – Bo zaraz cię aresztują za mowę nienawiści.

– Nienawidzę poprawności politycznej – przyznał posterunkowy.

– Ja też, ale czasu nie da się cofnąć. Trzeba się przystosować. – Zdegustowany potrząsnął głową. – Zapytałem syna, czego uczy się o drugiej wojnie światowej. Ma tak obszerne, a zarazem ogólnikowe materiały, że nie potrafił wymienić nazwiska ani jednego europejskiego generała.

– Filozof Santayana powiedział, że kto nie wyciąga wniosków z przeszłości, jest skazany na jej powtarzanie – zacytował nie do końca poprawnie posterunkowy.

– A ci, którzy jedynie posłusznie wykonują rozkazy, będą cierpieć na równi z tymi, którzy im te rozkazy wydają – skwitował ze śmiechem John. – Nie warto tego roztrząsać, bo nie wiemy, czy jutro nie będzie końca świata. Może w nas uderzyć asteroida albo…

– Dosyć – jęknął posterunkowy. – Wystarczy, że posłucham wiadomości, nie chcę się bardziej dołować.

– A ja już dawno przestałem je oglądać – przyznał John. – Mam wystarczająco dużo stresów w pracy. Trzeba sobie uświadomić, że mówią tylko o tym, co według nich odbiega od normy. Jeżeli pies pogryzł człowieka, to przecież nie warto się tym zajmować. Co innego, gdy człowiek pogryzie psa.

– Tak, rozumiem twój punkt widzenia.

– Już są. – John wstał, gdy zauważył parkującą obok białą furgonetkę.

Z samochodu wysiadła wysoka brunetka o intensywnie niebieskich oczach.

– Ruiz, co za miłe spotkanie. Chyba nie możesz beze mnie żyć – zażartowała na powitanie Alice Mayfield Fowler. – Przecież dopiero co, bo w zeszłym tygodniu, mieliśmy randkę na innym miejscu zbrodni. Musimy z tym skończyć, bo mąż zaczyna być o ciebie zazdrosny.

– Poproś członków gangu, żeby przestali się mordować na ulicach podlegających mojej jurysdykcji, a chętnie pomacham ci na pożegnanie – zaśmiał się John.

– Pomarzyć dobra rzecz. – Włożyła lateksowe rękawiczki, ochraniacze na buty i uklękła przy ciele.

– Kiedy nastąpił zgon? – spytał John.

Alice zbadała powieki, szyję i szczękę denata.

– Wiesz, że nie mogę teraz podać dokładnego czasu. Stężenie pośmiertne następuje od dwóch do sześciu godzin po zgonie, najpierw w miejscach, które właśnie zbadałam, a u niego właśnie się zaczęło.

– Przybliżony czas zgonu pomógłby nam odtworzyć ostatnie godziny życia tego chłopaka – wtrącił posterunkowy.

– Dwa strzały – zauważyła Alice po dokładnych oględzinach ciała. – Egzekucja?

– Tak to wygląda – przyznał John. – Chyba kogoś ostatnio mocno wkurzył. Obejrzałaś tatuaże?

– Los Serpientes – mruknęła i skrzywiła się ze wstrętem. – Zauważyłam też ten rysunek przy głowie denata. Czyli to sprawka Los Diablos Lobitos, gangu młodocianych kretynów.

– Próbują wejść na terytorium Los Serpientes – wyjaśnił John. – Szczerze mówiąc, Los Serpientes to trochę wyższa półka i mniejsze zło. Działają głównie w Houston. Nie są zwolennikami krwawej inicjacji, nie wymagają, by rekrut udowodnił swą wartość, dokonując morderstwa. No i utrzymują porządek w najbiedniejszych dzielnicach, nigdy nie krzywdzą dzieci ani starszych ludzi. W dodatku karzą tych, którzy łamią tę zasadę.

– Gang to gang, Ruiz – odparła Alice nieprzejednanym tonem. – Na litość boską, mamy dwudziesty pierwszy wiek, a na ulicach wciąż toczy się wojna. Dlaczego?

– Właśnie chciałem cię zapytać o to samo. – Roześmiał się ponuro. – Wiesz, żeby opłacić rachunki, rodzice spędzają mnóstwo czasu w pracy. Dzieciaki czują się samotne, a gang to namiastka rodziny. W takiej grupie można liczyć na wsparcie i przyjaźń, a nie każdy ma to w domu.

– Jeżeli kiedykolwiek będę miała dzieci, zabraknie im czasu na wałęsanie się po ulicach – oznajmiła, owijając dłonie denata w torebki. – Mamy ranczo, tam zawsze jest co robić. To nieduży kawałek ziemi jak na teksańskie standardy, nie możemy się równać z tobą czy z Parksem.

– Wasze ranczo jest bardzo ładne. Trzeba przyznać, że Parks ma najlepszą hodowlę byków rasy santa gertrudis.

– A ty masz prawie tyle ziemi co Jason Pendleton.

– Owszem, ale on zbudował wszystko sam, a ja odziedziczyłem ziemię po dziadku – wyjaśnił. – Jedyne, co musiałem zrobić, to pozwolić jego ludziom nadal pracować.

– Pan na włościach – zażartowała.

– Jakie tam włości. Hodowlane ranczo to finansowa studnia bez dna.

– Mnie to mówisz? – Skończyła oględziny ciała i wstała. – Najpierw powódź, a zaraz potem ten cholerny huragan. Nie było czego zbierać, połowa ranczerów z południowego Teksasu musiała kupować paszę.

– Ja się przestawiłem na organiczne uprawy, tak jak Parks, J.D. Langley i Jason Pendleton. Nie stosuję pestycydów ani kupnych nawozów.

– Mój mąż postępuję tak samo. Niedługo nie będę miała w ogródku róż, bo boję się korzystać ze środka owadobójczego w sprayu. – Skrzywiła się komicznie.

– Hoduj takie gatunki, które nie smakują robaczkom – poradził z uśmiechem.

– Chyba będę musiała – westchnęła. – Huragan zniszczył mnóstwo domów. Serce mi się kraje, kiedy patrzę na ludzi, którzy stracili cały dobytek.

– Mnie też – przyznał. – W Jacobsville ledwie starcza miejsca dla miejscowych, którzy po huraganie zostali bez domu. Na szczęście udało nam się zapewnić lokum również starszemu małżeństwu z Houston.

– Parker miał na ranczu pustą chatę. Oddał ją do dyspozycji małżeństwu z wybrzeża. Pracują dla niego i podobno chętnie by zostali na stałe. – Uśmiechnęła się. – Mają szóstkę dzieci, które uwielbiają zajmować się zwierzętami.

– Nienawidzę miast – przyznał John. – No dobra, lubię San Antonio, może dlatego, że tu nie mieszkam.

– Jak się miewa twój syn?

– Tak sobie. Nie lubi tutejszej szkoły.

– To dlaczego nie chodzi do szkoły w Jacobsville?

– Cóż, trochę tam narozrabiał. – Ponownie zwrócił wzrok na ciało leżące na chodniku. Nie dodał, że płaci za szkołę spore czesne. Po pierwsze, była blisko szpitala, w którym pracowała jego kuzynka, a po drugie, przyjmowano tam chłopców sprawiających kłopoty wychowawcze.

Niestety w San Antonio Tonio szybko zaprzyjaźnił się z chłopakiem, który dobrze znał ludzi z gangu Los Diablos Lobitos. To stało się mniej więcej rok temu, zaraz po tym, jak John po raz pierwszy od śmierci żony zaprosił do domu kobietę. Trudno to nawet nazwać randką, po prostu spotkał się z koleżanką z pracy, miłą i bardzo atrakcyjną. Niestety Tonio zareagował bardzo agresywnie i następnego dnia uciekł z domu. Zamieszkał u kolegi, którego przygarnęła pod swój dach siostra trudniąca się prostytucją. Kolega przedstawił Tonia Radowi, przywódcy gangu, a Rado potraktował Tonia jak krewniaka, któremu trzeba pomóc.

 

John odnalazł syna tylko dzięki pomocy jego kolegów szkolnych. Nie wszyscy należeli do gangu, ale większość z nich miała tam znajomych. Niełatwo było przekonać Tonia, że powinien wrócić do domu. John musiał mu przysiąc, że nigdy więcej nie zaprosi do domu żadnej kobiety. Uznał, że to niewielkie poświęcenie i niezbyt wygórowana cena za bezpieczeństwo syna. I tak odczuwał ogromne wyrzuty sumienia, bo spędzał w pracy całe dnie i nie poświęcał jedynakowi dostatecznej uwagi.

Jednak kłopoty z Toniem zaczęły się wcześniej, jeszcze w Jacobsville. Chłopak uderzył jednego z nauczycieli i groziło mu wydalenie ze szkoły. W małej szkole i w takim małym mieście jak Jacobsville sprawa stała się głośna. John nie miał wyboru, musiał przenieść syna do San Antonio, w dodatku do placówki o zaostrzonym rygorze.

Dyrektor nowej szkoły obiecał mieć Tonia na oku, tak samo jak detektyw, któremu podlegał ten teren, zresztą kolega Johna z pracy. Niestety nikt z nich nie miał pojęcia, że David Lopez, najbliższy i właściwie jedyny przyjaciel Tonia, zna tak dobrze przywódcę gangu Los Diablos Lobitos. Z przywódcą gangu była bardzo blisko również siostra Davida. Pech chciał, że Tonio zaprzyjaźnił się właśnie z takim chłopakiem. Szkoła była co prawda katolicka, ale cieszyła się dużą popularnością ze względu na wysoki poziom. Miała też świetną drużynę piłki nożnej, niestety Tonio, chociaż uwielbiał futbol, odmówił gry w drużynie. Prawdopodobnie jedynie dlatego, że zasugerował mu to ojciec. Reagował tak na wszystkie pomysły ojca, był wiecznie niezadowolony, opryskliwy i wyraźnie rozkochany w wizerunku młodocianego buntownika.

W szkole radził sobie nieźle, nie sprawiał problemów, jednak według Johna chłopak lekceważył wszelkie autorytety. John dużo od niego wymagał, to prawda, ale okazywał też synowi wiele miłości. Był zdumiony, że syn zareagował tak gwałtownie, gdy w ich domu pojawiła się kobieta. Gdy John już odnalazł syna, natychmiast zapisał go do psychologia. Niestety sesja okazała się porażką. Tonio po prostu siedział w gabinecie i wpatrywał się w ścianę, nie mówiąc ani słowa. To było smutne i wysoce zniechęcające.

– To jak, będziesz przy autopsji? Nie odpowiedziałeś – odezwała się Alice.

– Co takiego? Przepraszam, błądziłem myślami daleko stąd. Pusta plaża, ciepłe morze, te klimaty – przeprosił John. – Tak, chcę być przy autopsji. Kiedy będzie?

– Poproszę, żeby cię zawiadomili.

– Nie znoszę autopsji, zwłaszcza gdy ofiarami są dzieci.

– Nikt tego nie lubi. Marzę, by dzieci wreszcie przestały zabijać dzieci.

– A ja marzę, by rodzice spędzali mniej czasu w pracy, a więcej ze swoimi pociechami. Świetnie, że tak wielu chce naprawiać świat, jednak powinni zacząć od własnego podwórka – westchnął.

– Ja jeżdżę z moimi na ryby i na biwaki, a co niedziela chodzimy wspólnie na msze – wtrącił posterunkowy. – Na razie nie sprawiają kłopotu.

– No właśnie, ja też jeździłem z synem na ryby, przynajmniej dopóki żyła żona. Po jej śmierci chłopak zaczął alergicznie reagować na propozycję wspólnych wyjazdów.

– To smutne.

– Była dobrą kobietą. Zaczęliśmy się spotykać jeszcze w liceum – westchnął. – No dobra, trzeba wracać do roboty. Czyli zawiadomisz mnie o terminie autopsji?

– Jasne – odparła Alice i skinęła na ekipę. Chwilę później patrzyła, jak jej ludzie pakują ciało denata do czarnego worka i niosą do furgonetki.

Przez resztę dnia John był w podłym nastroju. Był pewien, że Los Serpientes wkrótce zemszczą się za śmierć jednego ze swych członków. Tak, dzieci zabijały dzieci, to wpędziłoby w depresję największego optymistę.

Do Jacobsville wracał już po zmroku. Zastanawiał się, jak sprawić, by syn chciał spędzać z nim więcej czasu. Ostatnio miał kilka dni wolnego, jednak na wszystkie propozycje Tonio reagował wzruszeniem ramion, po czym wracał do swojego pokoju. Cały wolny czas poświęcał grom wideo. Tyle dobrego, że z kolei John traktował gry jak narzędzie wychowawcze. Za każde przewinienie Tonio dostawał tygodniowy zakaz grania, w tym czasie nie wolno mu też było odwiedzać Jake’a, przyjaciela z Comanche Wells. Głównie dlatego, że Jake miał chyba wszystkie gry, jakie kiedykolwiek wyprodukowano.

Gdy John podchodził do drzwi, poczuł smakowity zapach kurczaka w pomarańczach i pieczonych ziemniaków. Adele, jego gospodyni i żona jednego z pracowników, była prawdziwą mistrzynią kulinarną.

– Moje ulubione danie! – krzyknął z holu. Zdjął kożuch, odwiesił kapelusz i ruszył do salonu.

– Co ty nie powiesz – Adele uśmiechnęła się kpiąco.

– Gdzie jest Tonio?

Skrzywiła się i wskazała w kierunku sypialni chłopca. Dom był ogromny. Były tu cztery sypialnie, dwie łazienki, salon, jadalnia, kuchnia, kryty basen, siłownia i pochodzące z początku dwudziestego wieku pokoje dla służby. Ranczo San Benito zostało zbudowane ponad trzysta lat temu. W latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, jeszcze za życia dziadka Johna, przeszło gruntowną modernizację. Po śmierci rodziców w Argentynie, gdzie prowadzili hodowlę koni wyścigowych, to dziadek przejął opiekę nad Johnem. John mieszkał w Argentynie do dziesiątego roku życia. Po tragicznej śmierci rodziców dziadek zabrał go do Ameryki.

Niewielu wiedziało, jak wielkiego bogactwa dorobili się Ruizowie w Argentynie. Olbrzymie ranczo, luksusowy jacht, wielkie stada bydła. Majątkiem zarządzał kuzyn Ruizów, jednak formalnie wszystko należało do Johna. John zagwarantował mu udziały i bezgranicznie mu ufał, od dziecka łączyła ich naprawdę silna więź.

Tonio nie miał pojęcia, że są aż tak bogaci. John podjął decyzję o niewtajemniczaniu syna już w chwili jego narodzin. Nie chciał, by Tonio żył w złotej klatce i by zbytnio wyróżniał się w społeczności, w której wielu rodzinom brakowało środków do życia. Pragnął uzmysłowić synowi, że wartość człowieka nie jest w żaden sposób zależna od grubości portfela.

Uważał, że akurat na tym polu odniósł spory sukces wychowawczy. W Jacobsville chłopiec miał przyjaciół i z biednych, i z lepiej sytuowanych rodzin. Potem, gdy musiał zmienić szkołę, spotykał się jedynie z Jakiem. Taki stan rzeczy martwił Johna. Przy tym wiedział, że w dużej mierze to również jego wina. Gdyby spędzał w pracy mniej czasu, jego stosunki z synem na pewno układałaby się o wiele lepiej. Jednak kochał swoją pracę, oddawał się jej z niekłamaną pasją. Miał poczucie misji, pragnął chronić lokalną społeczność, z którą się identyfikował. Jacht i wystawne życie to nie dla niego, wolał być Strażnikiem Teksasu.

Zapukał do pokoju syna i wszedł do środka. Tonio jak zwykle grał w grę, tym razem w ulubione Destiny 2.

– Kolacja – rzucił John szorstko.

– Oj, tato, jestem właśnie w środku…

– Cholera, Tony, uważaj, co robisz. Pozwoliłeś temu skurw…

– Hej! – krzyknął John.

Na chwilę zapadła cisza. Tonio, czerwony jak burak, zerknął niepewnie na ojca.

– Hej, Tony, chyba powinniśmy skończyć. Na ra… – rozległ się głos z monitora.

Tonio skrzywił się i wyłączył grę.

– Z kim grałeś? – zapytał John ze złością.

Tonio głośno przełknął ślinę. Pyskował nauczycielom, wdawał się w bójki, ale czuł respekt wobec ojca, zwłaszcza gdy John wpadał w złość.

– Z Davidem.

– Co to za chłopak? – spytał John łagodnie, co jednak zabrzmiało o wiele groźniej niż gniewne słowa.

– Mówiłeś coś o kolacji. – Tonio wstał, uśmiechając się przymilnie.

– To na mnie nie działa. Zadałem ci pytanie. Odpowiedz.

– No dobra, to kolega ze szkoły. Gramy razem online. Jest w moim klanie.

– W czym?

– W tej grze są różne klany. Grupy, które grają razem.

– Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

– On chodzi do ósmej klasy. Gramy razem w Destiny.

– Ja czasami przeklinam, ale ty nigdy. – John zmrużył oczy. – Nie chcę, byś się zadawał z dzieciakami, które rzucają mięsem.

Tonio roześmiał się głośno.

– Co cię tak śmieszy?

– Tato, jestem w szkole o zaostrzonym rygorze, ale to nie klasztor.

– Jesteś w tej szkole, bo zaatakowałeś nauczyciela w Jacobsville. Masz szczęście, że szeryf Hayes Carson cię nie zaaresztował. Uratował cię ten nauczyciel, nigdy o tym nie zapominaj.

– Broniłem się, bo on mnie popchnął – oświadczył Tonio, jak zawsze, gdy wracali do tego wydarzenia. Jednak mówiąc to, nie patrzył ojcu w oczy.

– Już to przerabialiśmy – odparł spokojnie John. – Próbował odciągnąć cię od chłopaka, który okładał cię pięściami. Uznałeś, że nauczyciel cię zaatakował, więc uderzyłeś go w brzuch. To napaść.

– To dlaczego nie aresztowali Teddy’ego? To on mnie zaczął bić, ja się broniłem.

– Bójka między uczniami to co innego niż napaść na nauczyciela.

– Nie lubię nowej szkoły.

– I co z tego? Poprzedniej też nie lubiłeś.

– Mój najlepszy przyjaciel, Jake, chodzi do szkoły w Jacobsville. W San Antonio przyjaźnię się tylko z Davidem.

David. Chłopak, który lubi przeklinać. John po raz kolejny zaczął się zastanawiać, czy dobrze zrobił, przenosząc syna do szkoły w San Antonio. Cóż, w zasadzie nie miał innego wyboru.

– Rany, znowu ten bajerancki kurczak – mruknął Tonio, skrzywił się i usiadł do stołu.

– Nie bajerancki, tylko wykwintny – poprawiła go urażonym tonem Adele. – Wiem, że to lubisz.

Tonio ponownie się skrzywił, ale posłał Adele szeroki uśmiech. Uwielbiał gospodynię, a ona dobrze o tym wiedziała.

– No dobra, zjem – zgodził się łaskawie. – Traktujesz mnie jak królika doświadczalnego. Zamierzasz na mnie wypróbować wszystkie przepisy, które znasz?

– A wiesz, to świetny pomysł. – Adele pocałowała Tonia w czubek głowy, skończyła podawać posiłek i zdjęła fartuch. – Zostawcie potem naczynia w zlewie. Wrócę, jak już nakarmię moją trzódkę.

– Dzięki – odparł John, z trudem powstrzymując śmiech.

– Zawsze do usług.

– Tęsknię za mamą – powiedział nagle Tonio.

– Ja też – odparł John.

Z pokoju chłopca rozległ się dźwięk dzwoniącej komórki.

– Nie odbieraj – nakazał John. – Nie korzystamy z komórki przy stole. – Tak poradził mu terapeuta. Dzięki temu przynajmniej rozmawiali podczas posiłków, chociaż nie były to zbyt imponujące konwersację. – Co słychać w szkole?

– Starsze roczniki uwielbiają się nami wysługiwać. – Tonio skrzywił się i gwałtownie wbił widelec w kawałek kurczaka.

– Samo życie, przyzwyczajaj się. Wszędzie obowiązuje hierarchia. Mnie wydaje rozkazy porucznik, który musi słuchać kapitana. Takie jest życie – powtórzył.

– Siostra Davida przyszła do szkoły i wygarnęła chłopakowi, który go prześladował.

– Nie zamierzam ingerować w twoje sprawy, chyba że naprawdę będę musiał. Posłuchaj, synu, musisz sobie radzić sam.

– Jasne. – Tonio był rozżalony, że ojciec nigdy o niego nie walczył, nie wykłócał się z nauczycielami jak inni rodzice. No tak, ale inne dzieciaki miały też mamę. Tymczasem on był tylko z ojcem, który w dodatku spędzał większość czasu w pracy. Dobrze, że przynajmniej udawało im się zamienić kilka słów podczas kolacji, niestety też nie zawsze.

Często bywało tak jak teraz, kiedy odezwał się pager Johna. Wyjął go zza paska, spojrzał na wyświetlacz i bez słowa poszedł po komórkę.

– Ruiz – rzucił, gdy już wybrał numer.

– Tu Alice. Autopsja jest za godzinę. Przyjedziesz?

– Zaraz ruszam.

– Muszę wrócić do miasta – zwrócił się do syna. – Wrócę bardzo późno. Zjedz kolację, odrób lekcje i połóż się wcześnie spać. Adele zaraz tu będzie.

– Dobra.

John szybko się ubrał i pobiegł do samochodu.

Tonio samotnie przeżuwał kolację i rozmyślał o tym, że jego życie to kiepska farsa. Ojciec prawie go nie zauważał. Interesował się synem tylko wówczas, gdy ten coś przeskrobał. Jake, jego najlepszy przyjaciel, grał w szkolnej drużynie piłkarskiej i zapisał się do kółka przyrodniczego. Nie miał czasu, by spotykać się z Toniem nawet podczas weekendów.

Pozostał mu tylko David. Ojciec nie miał pojęcia, że to ten sam chłopak, który w zeszłym roku pomógł mu uciec z domu. David był członkiem gangu Los Diablos Lobitos. Wraz z bratem Harrym mieszkali u siostry Tiny, która była prostytutką. Harry, starszy z braci, zginął trzy lata temu. Krążyła plotka, że zabił go Rado Sanchez, ale David nie chciał o tym gadać. Nigdy.

 

Tonio bał się Sancheza, ale bardzo lubił Tinę. Była ładna i miła, często żartowało z Toniem. Wiedział, jak dziewczyna zarabia na życie. Podobno chciała z tym skończyć, ale Rado jej na to nie pozwolił. Bez przerwy kręcił się przy Tinie, a ona robiła, co jej kazał. Nie chciała narażać Davida na niebezpieczeństwo.

Tonio był zły, że ojca nigdy nie ma w domu i prawie z nim nie rozmawia. Właściwie nawet rzadko go dotykał. Chłopak czuł się bardzo samotny. Nie miał rodzeństwa, nie wyobrażał sobie też, że mógłby zaakceptować jakaś kobietę w roli macochy. Przestał się zupełnie dogadywać z ojcem, gdy niegrzecznie potraktował jego przyjaciółkę.

Ojciec mawiał, że po śmierci najbliższych życie toczy się dalej i trzeba patrzeć w przyszłość, zamiast nieustannie wspominać przeszłość. Kochał Marię, swoją żonę, ale w ich związku brakowało namiętności. Raczej byli parą bardzo dobrych przyjaciół.

Tonio uwielbiał matkę. Zawsze była przy nim, pocieszała go i wspierała. Tuliła, gdy płakał, pomagała rozwiązywać problemy. Często powtarzała, że syn jest jej całym życiem. Pracowała na izbie przyjęć w szpitalu w San Antonio, ale w innym niż kuzynka Rosa. Rosa, kuzynka mamy, była pracownicą administracyjną w szpitalu dziecięcym, a wcześniej pracowała w policji. Tonio lubił Rosę, ale była bardzo młoda, niezamężna i niewiele wiedziała o dzieciach. Była trochę sztywna, ale chyba wszyscy policjanci tacy są, również jego ojciec.

Tonio powoli kończył kolację, ale zatopiony w myślach, nawet nie czuł smaku potraw. Na stole, przykryte plastikową pokrywą, stało też ciasto. Tonio nie tykał słodyczy, ojciec jadał je bardzo rzadko. Żaden z nich nie był wielbicielem deserów. I dobrze, bo ciasto Adele upiekła dla kobiety, która niedawno straciła męża. Zawsze pomagała innym, zupełnie jak mama Tonia.

Wstał od stołu i poszedł do salonu. Na jednej ze ścian wisiał portret mamy, który ojciec zamówił, gdy Tonio skończył roczek. Mama była bardzo ładna. Miała gęste, długie czarne włosy, bardzo ciemne oczy, długie rzęsy i oliwkową karnację. Uśmiechała się zupełnie jak za życia. Na kolanach trzymała małego chłopca o zwichrzonych brązowych włosach i ogromnych ciemnych oczach. Oboje wyglądali jak żywi, wydawało się, że za chwilę zejdą z płótna.

Obraz musiał kosztować fortunę, ale ojciec nigdy nie rozmawiał z synem o finansach. Mimo to Tonio wiedział, że są bogaci. Widział czeki i listy z Argentyny. Raz też wszedł na stronę internetową, którą często odwiedzał ojciec. To była strona olbrzymiego rancza, które oferowało na wynajem i sprzedaż konie wyścigowe.

Kiedy zapytał ojca, po co oglądał konie wyścigowe, ten odparł, że zainteresowała go nazwa rancza, bo brzmiała jak ich nazwisko, czyli Ruiz. Dodał też, że oczywiście nie zamierza kupować żadnego wierzchowca, bo mają ich wystarczająco dużo.

Ta odpowiedź zadowoliła Tonia, który szybko się nudził i nie umiał długo koncentrować się na jednym temacie. Terapeuta to potwierdził i wyjaśnił, na czym polega problem. Ględził i ględził, a Tonio w tym czasie pogrążył się w marzeniach. Ojciec prawdopodobnie postąpił tak samo, bo nigdy z nim na ten temat nie rozmawiał. Właściwie ani razu nie nawiązał do wizyty u terapeuty. Być może uznał, że to on jest przyczyną problemów syna. Zresztą ojciec w ogóle unikał pewnych tematów jak ognia.

Prawdą jest, że to przez pracę ojca Tonio miał kłopoty w szkole w Jacobsville. Starsze dzieciaki mu z tego powodu bardzo dokuczały. Nauczyciele dostrzegli problem, ale nie byli w stanie wszystkiego ogarnąć. Chłopak, z którym Tonio wdał się w bójkę, powiedział, że wszyscy Strażnicy Teksasu to przekupne dupki, a szczególnie Latynosi. Tonio wpadł w furię, złość zupełnie go zaślepiła. Nie wstydził się pochodzenia i nienawidził takich rasistowskich gadek, więc rzucił się na chłopaka z pięściami.

Próbował wszystko wyjaśnić ojcu, ale kiedy zaczęli rozmawiać, zadzwonił telefon i ojciec musiał jechać do pracy. Tak działo się zawsze, gdy Tonio chciał poruszyć z ojcem jakiś poważny temat. Wydaje się, że teraz nie uda im się nawet zjeść nigdy wspólnie posiłku.

Kiedy przyszła Adele, pochwalił kolację. Spojrzała zdziwiona na pełne naczynia, a wtedy dodał, że tata musiał wyjść, a on zjadł za duży lunch. Poszedł do pokoju i włączył grę. Zaraz potem wywołał na Skypie Davida.

– Hej, nie przeklinaj przy moim ojcu, dobra? Jest Strażnikiem Teksasu.

– Wiem – padła zgryźliwa odpowiedź. – Cóż, współczuję. OK, będę ostrożniejszy. No to gdzie skończyliśmy?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?