Jesienne niebo

Tekst
Z serii: Pensjonat Bluebell #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Ty­tuł ory­gi­nału:

Au­tumn Skies (Blu­ebell Inn Ro­mance #3)

Au­tor:

De­nise Hun­ter

Tłu­ma­cze­nie z ję­zyka an­giel­skiego:

Jo­anna Ole­jar­czyk

Re­dak­cja:

Na­ta­lia Chro­bak-Le­cho­szest

Bry­gida No­wak

Ko­rekta:

Do­mi­nika Wilk

Skład i opra­co­wa­nie gra­ficzne:

Ali­cja Ma­linka

ISBN 978-83-66977-136

© 2020 by De­nise Hun­ter by Tho­mas Nel­son, Har­per­Col­lins Chri­stian Pu­bli­shing Inc.

© 2021 for the Po­lish edi­tion by Dre­ams Wy­daw­nic­two

Dre­ams Wy­daw­nic­two Li­dia Miś-No­wak

ul. Unii Lu­bel­skiej 6A, 35-016 Rze­szów

www.dre­am­swy­daw­nic­two.pl

Rze­szów 2021, wy­da­nie I

Zdję­cia na okładce: Mag­da­lena Wa­si­czek / Tre­vil­lion Ima­ges,

Tim Hill / Pi­xa­bay.com

Wek­tory: dgim-stu­dio / Fre­epik.com, fre­epik / Fre­epik.com

Druk: Abe­dik SA

Książkę wy­dru­ko­wano na pa­pie­rze Ecco book cream 2.0 70g

do­star­czo­nym przez An­ta­lis Po­land Sp. z o. o.

Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana,

prze­cho­wy­wana jako źró­dło da­nych, prze­ka­zy­wana w ja­kiej­kol­wiek me­cha­nicz­nej,

elek­tro­nicz­nej lub in­nej for­mie za­pisu bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

[no image in epub file]

BIURO TE­RE­NOWE SE­CRET SE­RVICE

CHAR­LOTTE, KA­RO­LINA PÓŁ­NOCNA

Czy­ta­nie lu­dzi było czę­ścią pracy Wy­atta Jen­ningsa, a wy­raz twa­rzy jego szefa ra­czej nie za­po­wia­dał do­brych wia­do­mo­ści. Wy­att zmu­sił się, by sie­dzieć spo­koj­nie, gdy agent do­wo­dzący opadł swym spo­rym cię­ża­rem ciała na krze­sło za sfa­ty­go­wa­nym biur­kiem.

Był po czter­dzie­stce, a jego apa­ry­cja agenta spe­cjal­nego i bar­czy­sta po­stura pa­so­wały do rze­czo­wego, po­waż­nego uspo­so­bie­nia. Wy­att czuł się przy nim nie­by­wale onie­śmie­lony. Ja­rze­niówki od­bi­jały się od jego ły­siny i jesz­cze bar­dziej wy­ostrzały pra­wie czarne oczy. Po­prze­kła­dał ja­kieś pa­piery, za­ci­ska­jąc usta w pro­stą li­nię. Czy pod tą lo­do­watą fa­sadą kryła się ja­kaś ła­god­ność?

– Co się z tobą dzieje, Jen­nings? – chro­pawy głos Burke’a za­dud­nił w nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu. Skrzy­żo­wał umięś­nione przed­ra­miona i oparł je o blat. – Mów.

Co się działo? Mnó­stwo rze­czy, je­śli miał być szczery. Ale wy­da­wało mu się, że od­wa­lił ka­wał do­brej ro­boty, ukry­wa­jąc swoje pro­blemy przed so­ko­lim wzro­kiem prze­ło­żo­nego.

Od­chrząk­nął.

– Obe­rwa­łem kulkę, bro­niąc se­na­tora Edwardsa, sir.

– Bred­nie. Nie ze mną te nu­mery. Od czte­rech lat je­stem twoim sze­fem i ni­gdy nie mia­łem z tobą pro­ble­mów. Pierw­szy zgła­sza­łeś się na ochot­nika do każ­dego za­da­nia. Pra­co­wa­łeś nie­zmor­do­wa­nie, jak ja­kiś ro­bot, bez słowa skargi. A te­raz to.

– Co ta­kiego, sir? – Wy­att pa­trzył na niego, mimo że serce wa­liło mu o że­bra.

– Nie je­stem ślepy, Jen­nings. Przez ostat­nie kilka ty­go­dni opu­ści­łeś się w pracy. Od czasu wy­padku. Je­steś roz­ko­ja­rzony, masz krótki lont przy współ­pra­cow­ni­kach, od­pły­wasz my­ślami pod­czas wy­ko­ny­wa­nia za­dań. – Szef przy­gwoź­dził go spoj­rze­niem. – A wczo­raj za­sta­łem cię śpią­cego przy biurku.

Wy­att z tru­dem za­cho­wał ka­mienną twarz. To nie była na­wet po­łowa tego, co działo się w jego wnę­trzu. Za­wsze był eks­per­tem w ra­dze­niu so­bie z emo­cjami, ale nie­po­kój i roz­draż­nie­nie, które na­ra­stały w nim od czasu strze­la­niny, za­częły żyć wła­snym ży­ciem.

– Prze­pra­szam, sir. To się wię­cej nie po­wtó­rzy.

– Masz ra­cję, nie po­wtó­rzy się. Ostat­nie za­da­nie dało ci tro­chę w kość. Wi­dzia­łem już po­dobne rze­czy.

– Zo­sta­łem po­strze­lony, sir. – Nie wie­dział, co jesz­cze po­wie­dzieć. Zro­biłby to jesz­cze raz, rzu­ciłby się na li­nię strzału, żeby ura­to­wać czło­wieka, któ­remu miał za­pew­nić bez­pie­czeń­stwo. To była jego praca, jego po­wo­ła­nie, i był w tym do­bry.

– Po­wierz­chowna rana. To nie ona tak mnie mar­twi. Po­trze­bu­jesz tro­chę czasu, żeby ze­brać się do kupy. Mam na my­śli urlop.

Przed oczami Wy­atta za­tań­czyły białe plamki z braku snu i de­spe­ra­cji.

– Z ca­łym sza­cun­kiem, sir, nie po­trze­buję urlopu. Mam wzo­rowe akta w służ­bie Se­cret Se­rvice.

– Do­kład­nie. I niech tak zo­sta­nie.

– Nic mi nie bę­dzie. Po­trze­buję tylko po­rząd­nie się wy­spać.

– Nie wąt­pię. Py­ta­nie tylko, czemu ci się to nie udaje? Wiem, że aspi­ru­jesz do cze­goś więk­szego, i chciał­bym zo­ba­czyć, jak to osią­gasz.

To prawda, że sta­rał się o po­sadę w służ­bie ochrony pre­zy­denta, ale urlop nie przy­bli­żyłby go do tego celu. Wy­att otwo­rzył usta, sta­ra­jąc się zna­leźć ja­kieś wy­tłu­ma­cze­nie dla swo­jego za­cho­wa­nia w ostat­nim cza­sie. Ja­kąś wy­mówkę, dzięki któ­rej Burke cof­nąłby swoją de­cy­zję.

– Zo­sta­wiam cię z tym, Jen­nings. Po tym, jak wy­ko­na­łeś za­da­nie z Edward­sem, ci na gó­rze mają na cie­bie oko. – Spoj­rzał na niego wy­mow­nie. – Nie­długo awan­su­jesz.

Wy­att wy­pro­sto­wał się na krze­śle.

– Do służby ochrony pre­zy­denta, sir?

Burke kiw­nął zde­cy­do­wa­nie głową.

– Nie chcesz tego schrza­nić.

– Nie, sir.

– Cztery ty­go­dnie – rzekł sta­now­czo szef.

– Cztery ty­go­dnie, sir!

– Na po­czą­tek. Po­tem oce­nimy. Zro­bimy te­sty psy­cho­lo­giczne. – Burke pa­trzył na niego tym swoim wzro­kiem, dzięki któ­remu zy­skał ksywkę, któ­rej nikt przy nim nie uży­wał. – Su­ge­ruję, że­byś mą­drze wy­ko­rzy­stał ten czas. Przy­da­łaby ci się te­ra­pia. Mamy od tego od­po­wied­nich lu­dzi. – Prze­wer­to­wał ja­kieś pa­piery i od­su­nął się od biurka. – Do wy­ko­na­nia na­tych­miast, Jen­nings.

Wy­att miał jesz­cze tyle do po­wie­dze­nia, ale szko­le­nia w aka­de­mii na­uczyły go, że nie ma sensu dys­ku­to­wać. Czy mu się to po­do­bało, czy nie, do­stał czte­ro­ty­go­dniowy urlop. A na­wet po tym cza­sie nie bę­dzie miał gwa­ran­cji, że przyjmą go z po­wro­tem do pracy. Te­sty psy­cho­lo­giczne. Na samą myśl po­czuł żółć w prze­łyku. Cho­ciaż po nich na­resz­cie zo­sta­nie po­wo­łany i zdo­bę­dzie to, na co tak długo pra­co­wał.

Wy­att nie miał po­ję­cia, do­kąd na ten czas po­je­dzie ani co bę­dzie ro­bił. Szko­lił się do służby w Se­cret Se­rvice, od­kąd za­czął stu­dio­wać są­dow­nic­two karne na Uni­wer­sy­te­cie Nor­the­astern, a na­wet wcze­śniej – od czasu szkoły śred­niej Har­grave Mi­li­tary Aca­demy. Nie pa­mię­tał na­wet, kim był Wy­att Jen­nings poza Se­cret Se­rvice.

Wkrótce miał się tego do­wie­dzieć.

– Mo­żesz już iść, Jen­nings. – Burke zmarsz­czył brwi.

Wy­att znowu od­pły­nął my­ślami. Z ocią­ga­niem pod­niósł się z krze­sła i po­wie­dział je­dyne, co mógł:

– Tak jest, sir.


Zna­joma droga wiła się po gó­rach Pa­sma Błę­kit­nego i wzdłuż li­nii brze­go­wej je­ziora Blu­ebell. Słońce od­bi­jało się od ta­fli wody, aż Wy­att mu­siał zmru­żyć oczy, mimo że miał oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

Po­trze­bo­wał za­le­d­wie dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin, by zdać so­bie sprawę, że naj­le­piej bę­dzie po­trak­to­wać swój pro­blem jak ze­wnętrzne za­gro­że­nie. Se­cret Se­rvice było dla niego ca­łym świa­tem, wszyst­kim, czego pra­gnął, więc mu­siał jak naj­szyb­ciej wziąć się w garść. Po­mo­głoby mu w tym kilka prze­spa­nych nocy, ale kosz­mary nie od­pusz­czały.

Po­nie­waż nie miał w zwy­czaju uze­wnętrz­niać się przed nie­zna­jo­mymi, spa­ko­wał torbę, wsiadł do swo­jego audi i wy­ru­szył do miej­sca, w któ­rym za­częły się jego pro­blemy. Chyba po­wi­nien był za­re­zer­wo­wać ho­tel – o ile w tej oko­licy w ogóle było coś ta­kiego – ale był już wrze­sień, se­zon tu­ry­styczny się skoń­czył, więc po­wi­nien gdzieś zna­leźć noc­leg.

Droga skrę­ciła w lewo i mi­nął znak parku sta­no­wego, który na po­czątku lat dzie­więć­dzie­sią­tych usta­no­wił jego oj­ciec. Za­nim Wy­att zra­ził się do tego miej­sca, czę­sto wę­dro­wał i bi­wa­ko­wał w tych gę­stych igla­stych la­sach, peł­nych noc­nych od­gło­sów. Miał wiele wspa­nia­łych wspo­mnień. Blu­ebell za­wsze było dla niego do­mem i czuł się tu le­piej niż w Ra­le­igh.

Po kilku ko­lej­nych za­krę­tach opu­ścił gó­rzy­sty te­ren i wje­chał do mia­sta. Nie­wiele się tu zmie­niło. Ktoś otwo­rzył ka­wiar­nię w daw­nej re­mi­zie i po­wstało kilka no­wych skle­pów. Pa­mię­tał, jak cho­dził tymi uli­cami, bie­gał po lody do baru mlecz­nego, ło­wił z tatą ryby na molo w parku Paw­leya. Nie przy­po­mi­nał so­bie rów­nych rzę­dów drzew ro­sną­cych przy dro­dze ani ich ko­lo­ro­wych li­ści, ale ostat­nio spę­dził tu wa­ka­cje, gdy miał dwa­na­ście lat.

Na samą myśl o tam­tym le­cie jego od­dech zro­bił się szyb­szy i płyt­szy. Wy­att wy­tarł dłoń w dżinsy. Z przy­zwy­cza­je­nia od­su­nął od sie­bie to wspo­mnie­nie. Bę­dzie mu­siał prze­stać to ro­bić. Od czasu strze­la­niny to już nie dzia­łało. Wszystko, co wy­pie­rał w ciągu dnia, wy­pły­wało na po­wierzch­nię w chwili, gdy za­sy­piał i sta­wał się cał­kiem bez­bronny.

 

Za­bu­czał mu te­le­fon. To Ethan. Wy­att ode­brał przez Blue­to­oth.

– Cześć, stary, co tam?

– Wy­je­cha­łeś z Char­lotte? Je­steś na urlo­pie? Co się stało?

– Wierz mi, to nie była moja de­cy­zja. Burke we­zwał mnie wczo­raj do swo­jego ga­bi­netu.

– I mu­szę się o tym do­wia­dy­wać od Drew­sky’ego?

Ethan był naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Wy­atta od czasu dwu­dzie­sto­ośmio­ty­go­dnio­wego in­ten­syw­nego szko­le­nia. Ta­kie wspólne do­świad­cze­nie z pie­kła ro­dem mu­siało skoń­czyć się przy­jaź­nią na całe ży­cie.

– Sorry, mo­głem za­dzwo­nić. – Wy­att je­chał przez mia­sto. O mało nie wspo­mniał o awan­sie, ale ugryzł się w ję­zyk. – Jak ci po­szło ostat­nie za­da­nie? – Ethan zo­stał tym­cza­sowo przy­dzie­lony do ochrony pa­pieża pod­czas wi­zyty w USA.

– Bez przy­gód. Trzy­masz się? Nie chcę cię mar­twić, ale po biu­rze krążą plotki, że tra­cisz ro­zum.

– Mam tylko tro­chę pro­ble­mów ze snem, to wszystko. Po pro­stu po­trze­buję prze­ła­mać ru­tynę. Wy­lu­zuj. Roz­pra­wię się z tym i wrócę, za­nim się obej­rzysz.

Ethan wie­dział, że le­piej nie pro­po­no­wać mu środ­ków na­sen­nych. Męż­czyźni, któ­rych szko­lono do stanu cią­głej go­to­wo­ści, nie bra­liby cze­goś, przez co ro­bi­liby się bez­bronni. Przy­naj­mniej nie Wy­att.

– Gdzie wy­je­cha­łeś?

– Nie­da­leko, do Blu­ebell. To ta­kie małe mia­steczko nad je­zio­rem w gó­rach Pa­sma Błę­kit­nego.

– Brzmi uro­kli­wie.

– W dzie­ciń­stwie spę­dza­łem tu wa­ka­cje z ro­dzi­cami.

– Aha. Czy tata gu­ber­na­tor na­dal tam jeź­dzi?

– Już nie. Cały rok spę­dza w Ra­le­igh.

Obaj zra­zili się do Blu­ebell po trau­mie tam­tego lata.

– Może wła­śnie tego ci po­trzeba, odro­biny wy­tchnie­nia. Wróć wy­po­częty. Od dawna za ciężko ha­ro­wa­łeś. A tamta strze­la­nina…

– Do tego nas szkolą.

– Ja­sne, ale nie­wielu agen­tów ob­rywa kulkę. Spi­sa­łeś się, Jen­nings.

– Dzięki. – Za­krę­cił le­wym bar­kiem. Ból był do­kucz­liwy, ale nie­groźny.

Do­je­chał już pra­wie na drugi ko­niec mia­sta, kiedy jego oczom uka­zał się dom, który kie­dyś był let­nią re­zy­den­cją jego ro­dziny. Był tak wielki i biały, jak za­pa­mię­tał, z sze­roką we­randą i schlud­nie utrzy­ma­nym traw­ni­kiem.

Do­strzegł tylko jedną róż­nicę: znak z na­pi­sem: „Pen­sjo­nat Blu­ebell”. Wy­att przez kilka se­kund pa­trzył na te słowa, po czym za­par­ko­wał na jed­nym z uko­śnych miejsc przed bu­dyn­kiem.

– Słu­chaj, Ethan, mu­szę już koń­czyć. Za­dzwo­nię za kilka dni.

Roz­łą­czył się, nie­zdolny ode­rwać oczu od zna­jo­mego wi­doku. Wy­glą­dało na to, że uda mu się zo­ba­czyć wnę­trze daw­nej let­niej re­zy­den­cji. Ale czy na­prawdę chciał sta­wiać czoła wspo­mnie­niom, które ten dom mógł w nim obu­dzić?


ROZDZIAŁ DRUGI

[no image in epub file]

Czy to spo­tka­nie kie­dyś się skoń­czy? Grace Ben­nett stłu­miła ziew­nię­cie, gdy jej brat Levi przy­nu­dzał o fi­nan­sach pen­sjo­natu. Na­gle za­bu­czał te­le­fon sie­dzą­cej obok Molly. Sio­stra scho­wała ko­smyk ciem­nych wło­sów za ucho i zer­k­nęła na ekran. To pew­nie jej mąż, Adam. Po­brali się w czerwcu, wpro­wa­dzili do jego pięk­nego domu nad je­zio­rem i byli prak­tycz­nie nie­roz­łączni.

Ro­dzeń­stwo ze­brało się w bi­blio­tece pen­sjo­natu jak za­zwy­czaj na spo­tka­nie pod ty­tu­łem „Śmierć przez liczby”. Ostat­nimi czasy nie mar­twili się już tak bar­dzo o pie­nią­dze, ale Grace nie prze­pa­dała za ar­ku­szami kal­ku­la­cyj­nymi. Po­słusz­nie pod­po­rząd­ko­wy­wała się więc bratu, który ro­bił swoje.

– I to by było na tyle. – Levi spoj­rzał na sio­stry swo­imi nie­bie­skimi oczami. – A te­raz zejdź­cie na chwilę z ob­ło­ków na zie­mię, bo mu­simy omó­wić przy­szłość pen­sjo­natu.

Otwo­rzyli to miej­sce cztery lata temu po na­głej śmierci ro­dzi­ców, któ­rzy za­pra­gnęli, by na eme­ry­tu­rze prze­kształ­cić swój za­byt­kowy dom w pen­sjo­nat. Ro­dzeń­stwo po­łą­czyło siły, aby speł­nić to ma­rze­nie. W tam­tym cza­sie Grace za­czy­nała trze­cią klasę li­ceum, Molly koń­czyła stu­dia ho­te­lar­skie, a Levi zgod­nie ze zdo­by­tym wy­kształ­ce­niem pra­co­wał w fir­mie bu­dow­la­nej w De­nver. Śmierć ro­dzi­ców wszystko zmie­niła.

– Co masz na my­śli? – spy­tała Molly.

– Cho­dzi mi o to, że już czas wy­sta­wić go na sprze­daż.

Taki był plan od sa­mego po­czątku. Po za­strzyku go­tówki, który otrzy­mali dwa lata temu, pro­wa­dze­nie pen­sjo­natu stało się ła­twiej­sze. Mieli te­raz re­stau­ra­cję z peł­nym menu – ku wiel­kiemu za­do­wo­le­niu Molly – i za­trud­nili do po­mocy kilka osób na część etatu.

Molly od­chrząk­nęła.

– My­ślisz, że jest na tyle ren­towny, że bę­dzie atrak­cyjny dla po­ten­cjal­nych kup­ców?

– Tak są­dzę. – Levi za­czął oma­wiać fi­nanse, ale prze­rwał, kiedy zdał so­bie sprawę, że znowu traci uwagę sióstr. – Te­raz jest na­prawdę do­bry mo­ment. Co my­śli­cie?

Grace uśmiech­nęła się zło­śli­wie.

– Ktoś tę­skni za swoją go­łą­beczką.

Na­rze­czoną Le­viego była po­pu­larna ak­torka Mia Emer­son – Grace na­dal nie miała po­ję­cia, jak mu się to udało – z którą był zwią­zany od dwóch lat.

– Do­sko­nale to ro­zu­miem – po­wie­działa Molly. – I my­ślę, że wy­sta­wie­nie te­raz pen­sjo­natu na sprze­daż ma sens.

– A co z moją firmą? – Rok temu, w wieku dwu­dzie­stu lat, Grace otwo­rzyła wła­sny biz­nes pod szyl­dem Blue Ridge Out­fit­ters. Pro­wa­dziła go w pen­sjo­na­cie, a sprzęt trzy­mała w szo­pie za do­mem.

Levi roz­ło­żył ręce.

– Od po­czątku wie­dzia­łaś, że kie­dyś bę­dziesz mu­siała się prze­nieść.

– Ale jesz­cze nie stać mnie na czynsz. Cią­gle bu­duję ka­pi­tał. – Poza tym wy­po­ży­cza­niem sprzętu zaj­mo­wał się ten, kto aku­rat sie­dział w re­cep­cji. We wła­snym lo­kalu mu­sia­łaby za­trud­nić do­dat­kową ob­sługę.

– Pen­sjo­nat sprzeda się pew­nie do­piero na wio­snę przy­szłego roku, a może na­wet la­tem. I wszy­scy do­brze na tym wyj­dziemy.

– Ra­cja.

Dzia­łal­ność Grace co prawda przy­no­siła już zy­ski, ale to dla­tego, że miała nie­malże ze­rowe koszty stałe. Za­ro­bione pie­nią­dze wy­da­wała na za­kup sprzętu: ka­ja­ków, na­mio­tów, sprzętu wspi­nacz­ko­wego, pad­dle­bo­ar­dów i ro­we­rów. Nie były ta­nie, ale wpływy ze sprze­daży pen­sjo­natu sta­no­wi­łyby po­rządną po­duszkę fi­nan­sową.

– Je­śli obie się zga­dza­cie – rzekł Levi – to po­pro­szę Pa­melę Ble­eker, żeby przy­szła i zro­biła wy­cenę, a po­tem wy­sta­wiła go w ser­wi­sach nie­ru­cho­mo­ści.

Molly zmarsz­czyła brwi.

– Czemu nie mo­żemy sprze­dać go sami i za­osz­czę­dzić na ho­no­ra­rium po­śred­nika?

– To bę­dzie nas kosz­to­wać mnó­stwo czasu i wy­siłku, bo in­te­re­suje nas ry­nek o za­sięgu ogól­no­kra­jo­wym, albo cho­ciaż re­gio­nal­nym – od­parł Levi.

– Grace prze­cież świet­nie so­bie ra­dzi z In­ter­ne­tem, a ja zajmę się opro­wa­dza­niem klien­tów. – Molly za­mru­gała te­atral­nie. – Po­dobno mam nie­sa­mo­wite umie­jęt­no­ści spo­łeczne.

Levi wy­wró­cił oczami.

– Bę­dzie­cie tylko we dwie. Ja mam dość ro­boty przy or­ga­ni­za­cji we­sela.

Ślub miał się od­być w pen­sjo­na­cie za nie­całe trzy ty­go­dnie, a Mia była w trak­cie zdjęć w LA, więc Levi nie miał wy­boru i mu­siał wziąć obo­wiązki or­ga­ni­za­cyjne na sie­bie.

Molly spoj­rzała na Grace.

– Damy radę, co nie, sio­strzyczko?

– Ja­sne. Wcho­dzę w to.

Roz­legł się dzwo­nek przy fron­to­wych drzwiach.

– Odłóżmy to na po­tem. Przej­mij stery. – Levi ski­nął na Grace, wstał i ze­brał pa­piery. – Mam coś do za­ła­twie­nia.

Molly też się pod­nio­sła, zwra­ca­jąc się do sio­stry:

– Będę pie­lić grządki za do­mem, je­śli­byś mnie po­trze­bo­wała, ale spró­buj nie.

Ro­dzeń­stwo wy­szło tyl­nymi drzwiami, a Grace prze­szła przez hol. Nie mieli te­raz wiel­kiego ob­ło­że­nia, bo był śro­dek ty­go­dnia poza se­zo­nem. Wła­ści­wie to za­jęte były tylko trzy po­koje… Na wi­dok męż­czy­zny sto­ją­cego w lobby my­śli na­gle ule­ciały jej z głowy. Cho­ciaż szła ci­cho, on po­pa­trzył na nią, gdy tylko zna­la­zła się w jego polu wi­dze­nia.

Jej uwagę zwró­cił nie tylko jego wy­gląd – cho­ciaż fa­cet był bar­dzo przy­stojny – ale bi­jąca od niego ja­kaś prze­dziwna prze­ni­kli­wość.

– Wi­tam, je­stem Grace, jedna z wła­ści­cie­lek. – Za­drżał jej głos. Wsu­nęła się za ladę, która sta­no­wiła mile wi­dziany bu­for. – W czym mogę po­móc?

– Prze­jeż­dża­łem obok i zo­ba­czy­łem wasz szyld. Szu­kam miej­sca na noc­leg.

Miał ni­ski, przy­jem­nie dud­niący głos. Na oko był po trzy­dzie­stce. Przyj­rzała mu się uważ­niej i zmie­niła zda­nie. Po dwu­dzie­stce, ale pew­ność sie­bie spra­wiała, że wy­glą­dał na star­szego.

– My­ślę, że będę mo­gła po­móc. – Grace otwo­rzyła od­po­wied­nie okno w kom­pu­te­rze.

– Chyba jest tro­chę za wcze­śnie, żeby się za­mel­do­wać?

– Po­koje są już wy­sprzą­tane, więc to nie pro­blem. Jak długo chciałby pan zo­stać?

– Jesz­cze nie wiem. Na kilka dni, może na kilka ty­go­dni, je­śli jest taka moż­li­wość.

Sta­rała się nie dać po so­bie po­znać, jak na nią dzia­łał, ale było to trudne, kiedy mie­rzył ją nie­prze­nik­nio­nym spoj­rze­niem. Na­gle zdała so­bie sprawę, że ma włosy upięte w nie­dbały ku­cyk i twarz świeżo po pe­elingu.

– Mamy wolny po­kój, z wy­jąt­kiem week­endu trze­ciego paź­dzier­nika. Wtedy od­bę­dzie się tu­taj pry­watne we­sele.

– Coś wy­my­ślę, o ile zo­stanę tak długo.

– Do­sko­nale. – Po­dała mu ceny noc­le­gów w ty­go­dniu i w week­endy.

– W po­rządku.

Grace przy­jęła jego kartę i do­ku­ment toż­sa­mo­ści. Wy­att Jen­nings – faj­nie się na­zywa.

Sta­rała się pa­trzeć na ekran, ale jej palce wy­jąt­kowo nie­zdar­nie stu­kały w kla­wia­turę. Serce też wy­ko­ny­wało dzi­waczne po­drygi i czuła się tak nie­zręcz­nie, że pro­siła w my­ślach, by Wy­att Jen­nings ogra­ni­czył swój po­byt do kilku dni.

Stał sztywno kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów od lady, z rę­kami wzdłuż ciała i szarą torbą spor­tową u stóp. Miał na so­bie co­dzienne ubra­nia, jed­nak wy­pra­so­wane i schludne, bez żad­nych za­gnie­ceń. Czarny T-shirt scho­wany w spodnie le­żał na nim jak druga skóra, a krót­kie rę­kawy przy­le­gały do im­po­nu­ją­cych ra­mion. Spod jed­nego z rę­kaw­ków wy­sta­wał ta­tuaż.

Nie gap się tak.

– Co pana tu spro­wa­dza? – spy­tała, żeby za­gaić roz­mowę.

Prze­cze­sał dło­nią krót­kie, pra­wie czarne włosy.

– Chcia­łem tro­chę od­po­cząć.

Cze­kała chwilę, aż roz­wi­nie myśl, ale tego nie zro­bił. Gdyby na jej miej­scu była Molly, pew­nie cią­gnę­łaby go za ję­zyk, aż do­wie­dzia­łaby się, skąd po­cho­dził, czy był żo­naty i jaki miał nu­mer po­lisy ubez­pie­cze­nio­wej. Ale Grace nie była taka jak Molly.

– To fak­tycz­nie wspa­niałe miej­sce na od­po­czy­nek, zwłasz­cza o tej po­rze roku. Po­goda na­dal jest ładna, a na szla­kach i je­zio­rze nie ma już aż tylu tu­ry­stów.

Pi­sała da­lej, my­ląc kla­wi­sze, co chwilę ka­su­jąc i po­pra­wia­jąc błędy. Za­uwa­żyła, że męż­czy­zna ro­zej­rzał się po lobby i za­trzy­mał wzrok na sa­lo­nie. Miała prze­czu­cie, że gdyby go po­pro­siła, by za­mknął oczy i opo­wie­dział jej o szcze­gó­łach tych po­miesz­czeń, zro­biłby to le­piej niż ona.

– Do­brze, pa­nie Jen­nings – po­wie­działa, gdy skoń­czyła. – Wszystko go­towe.

– Pro­szę mó­wić mi po imie­niu. Wy­att.

Kiedy spoj­rzał jej w oczy z pełną uwagą, po­czuła, jak ula­tuje z niej całe po­wie­trze. Jego brą­zowe oczy były głę­boko osa­dzone pod parą bar­dzo mę­skich brwi. Nie marsz­czył ich, ale też się nie uśmie­chał. Za­sta­na­wiała się, jak mógłby wtedy wy­glą­dać. Z uśmie­chem, nie ze zmarsz­czo­nymi brwiami. Wie­działa już, że nie chcia­łaby wi­dzieć go w złym hu­mo­rze.

Prze­su­nęła klucz po la­dzie.

– Do­brze, Wy­att. Je­stem Grace, jedna z wła­ści­cie­lek. Już to chyba mó­wi­łam. – Prze­rwała, ale męż­czy­zna tylko scho­wał klucz do tyl­nej kie­szeni, więc cią­gnęła da­lej. – Po­zwól, że cię opro­wa­dzę, a po­tem po­każę ci po­kój. Mo­żesz zo­sta­wić torbę za ladą, je­śli chcesz.

 

Nie wy­glą­dał na ko­goś, komu pa­suje ob­chód z prze­wod­ni­kiem – zresztą w ogóle nie wy­glą­dał na typ fa­ceta no­cu­ją­cego w pen­sjo­na­tach – ale mimo wszystko ru­szył za nią przez hol.

– Pen­sjo­nat Blu­ebell wy­bu­do­wano w ty­siąc dzie­więć­set pią­tym roku i był to pierw­szy tego typu obiekt w mie­ście. Li­czył dzie­sięć po­koi. Z po­czątku słu­żył jako po­stój dy­li­żan­sów, a po­tem przez wiele lat mie­ściła się tu­taj poczta, aż w sie­dem­dzie­sią­tym ósmym roku bu­dy­nek sprze­dano i gu­ber­na­tor za­mie­nił go w swoją let­nią re­zy­den­cję. – Już chciała po­wie­dzieć Wy­at­towi, że ma ta­kie samo na­zwi­sko jak gu­ber­na­tor, jed­nak stwier­dziła, że to nic nie­zna­cząca bła­hostka, która pew­nie go na­wet nie za­in­te­re­suje. – Moi ro­dzice ku­pili tę po­sia­dłość, kiedy ja i moje ro­dzeń­stwo by­li­śmy mali, dla­tego mie­li­śmy przy­jem­ność w nim do­ra­stać.

W prze­ci­wień­stwie do Le­viego i Molly nie wspo­mi­nała o śmierci ro­dzi­ców i pra­gnie­niu speł­nie­nia ich ma­rze­nia. Nie chciała wzbu­dzać li­to­ści.

Ściany ko­ry­ta­rza wy­da­wały się na nią na­pie­rać, a po­wie­trze nie­malże wi­bro­wało od obec­no­ści Wy­atta. Z ulgą po­wi­tała otwartą prze­strzeń bi­blio­teki.

– Pro­wa­dzę ten pen­sjo­nat z bra­tem i sio­strą, mam rów­nież wy­po­ży­czal­nię sprzętu tu­ry­stycz­nego, którą zaj­muję się w wol­nym cza­sie.

Po­słał jej prze­cią­głe spoj­rze­nie, które po­czuła aż w pal­cach u stóp. Spu­ściła wzrok na spor­tową torbę, którą niósł ze sobą.

– Ekhm… To oczy­wi­ście jest na­sza bi­blio­teka. Mo­żesz z niej ko­rzy­stać i po­ży­czać książki. Po­zwól, że po­każę ci re­stau­ra­cję.

Po­słała mu uśmiech – nie­odwza­jem­niony – i mi­nęła go, kie­ru­jąc się z po­wro­tem do holu. Owio­nął ją mę­ski za­pach i bez­wied­nie wzięła głę­boki wdech. Wska­zała na tylne drzwi.

– Tam­tędy można wyjść nad je­zioro. Mamy małą łódkę do wy­po­ży­cze­nia i molo z ła­weczką, z któ­rej można ob­ser­wo­wać za­chód słońca. – Nie wy­glą­dał na ko­goś, kto lubi za­chody słońca. – Nie wiem, czy znasz tu­tej­sze atrak­cje przy­rod­ni­cze, ale w lobby znaj­dziesz ulotki, a w re­cep­cji pra­wie za­wsze ktoś jest. Chęt­nie coś do­ra­dzimy, wska­żemy drogę… Co­kol­wiek po­trze­bu­jesz. – Kiedy prze­szli przez lobby, wska­zała na pa­terę ze szklaną po­krywką sto­jącą na la­dzie. – Na­sza ku­charka, panna Della, sły­nie ze swo­ich wy­pie­ków. Każ­dego po­po­łu­dnia znaj­dziesz tu­taj dar­mowe cia­steczka. – Przy­po­mniała so­bie o jego do­sko­na­łej syl­wetce i do­dała: – Oraz świeże owoce.

Prze­szli przez sa­lon i sta­nęła przed drzwiami fran­cu­skimi pro­wa­dzą­cymi do re­stau­ra­cji. Wy­att w mil­cze­niu omiótł po­miesz­cze­nie wzro­kiem. Grace wró­ciła do lobby.

– Śnia­da­nie jest wli­czone w cenę po­koju, ale mamy też menu obia­dowe i ko­la­cyjne, które może się przy­dać. Wiele re­stau­ra­cji w oko­licy jest za­mknię­tych w ty­go­dniu albo w desz­czowe dni lub… no wiesz, jak wła­ści­ciel ma zły hu­mor.

Bar­dzo pro­fe­sjo­nal­nie, Grace. Skrzy­wiła się.

– Chodźmy na górę, po­każę ci po­kój. – Kiedy skrę­ciła na pię­tro, przy­sta­nęła, żeby się upew­nić, że Wy­att na­dal jej to­wa­rzy­szy. – Masz ja­kieś py­ta­nia?

– Jest tu si­łow­nia?

– Nie, lecz mamy umowę z Jim’s Gym. Pod­czas po­bytu u nas mo­żesz z niej ko­rzy­stać. W mie­ście jest też stu­dio tańca.

Uniósł brwi i po­słał jej dłu­gie, spo­kojne spoj­rze­nie.

No do­bra, ta­niec od­pada.

– Na dole jest ulotka ze szcze­gó­łami.

Ru­szyła da­lej po scho­dach, po­tem przez ko­ry­tarz i za­trzy­mała się przed pierw­szymi drzwiami po le­wej, ukry­tymi w nie­wiel­kiej wnęce, pro­wa­dzą­cymi do po­koju nu­mer sie­dem. Wska­zała na drzwi z pro­fe­sjo­nal­nym uśmie­chem.

– To tu­taj.

Prze­śli­znął się obok, nie­malże ocie­ra­jąc się o nią w cia­snej prze­strzeni. Jej uśmiech zbladł i za­bra­kło jej tchu.

– Pro­szę, daj mi znać, je­śli będę mo­gła w czymś po­móc.

Ski­nął głową.

Grace zro­biła w tył zwrot, wal­cząc z dziw­nym im­pul­sem, który ka­zał jak naj­prę­dzej się od­da­lić.