Księga życia

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ten rękaw pochodzi z twojej sukni ślubnej. – Matthew dotknął kruchego materiału, przesunął palcem po wyhaftowanym rogu obfitości, tradycyjnym symbolu dobrobytu. – Nigdy nie zapomnę twojego widoku, kiedy schodziłaś do wsi ze wzgórza. Płonęły pochodnie, dzieci torowały drogę przez śnieg. – Jego uśmiech był pełen miłości, dumy i zadowolenia.

– Po weselu wielu mężczyzn z wioski zapowiedziało starania o rękę madame de Clermont, gdyby pan się nią znudził – powiedział ze śmiechem Alain.

– Dziękuję, że przechowałeś dla mnie te pamiątki. – Spojrzałam na biurko. – Aż za łatwo byłoby myśleć, że wszystko to sobie wyobraziłam, że tak naprawdę nigdy nie przenieśliśmy się do roku tysiąc pięćset dziewięćdziesiątego. Teraz tamten czas wydaje się bardziej realny.

– Sieur Philippe przewidział, że może pani tak się czuć. Niestety jeszcze dwie sprawy wymagają pani uwagi, madame de Clermont. – Alain podał mi księgę rachunkową.

– Co to jest?

Zmarszczyłam brwi i wzięłam księgę do ręki. Była dużo cieńsza niż te w gabinecie Matthew z finansowymi sprawozdaniami Zakonu Rycerzy Świętego Łazarza.

– Pani rachunki, madame.

– Myślałam, że moimi finansami zajmuje się Hamish. – Zostawił mi stosy dokumentów do podpisu.

– Pan Osborne przejął od milord sprawy pani intercyzy. To są fundusze, która pani dostała od sieur Philippe’a.

Uwaga Alaina przez chwilę skupiała się na moim czole, gdzie Philippe zostawił ślad swojej krwi, kiedy uznawał mnie za swoją córkę.

Zaciekawiona złamałam pieczęć i przewróciłam okładkę. Małą książkę rachunkową co jakiś czas ponownie oprawiano, kiedy zaczynało brakować stron. Pierwsze wpisy na grubym szesnastowiecznym papierze pochodziły z roku 1591. Jeden dotyczył posagu, który dał mi Philippe, kiedy poślubiłam Matthew: 20 000 weneckich złotych monet i 30 000 srebrnych talarów. Kolejne inwestycje – wraz z odsetkami oraz zyskami z zakupionych domów i ziem – były skrupulatnie zapisywane zgrabnym pismem Alaina. Zajrzałam na koniec księgi. Ostatniego wpisu, na lśniącym białym papierze, dokonano 4 lipca 2010 roku, w dniu, kiedy przyjechaliśmy do Sept-Tours. Oczy wyszły mi na wierzch, gdy zobaczyłam kwotę w kolumnie aktywów.

– Przykro mi, że nie ma tego więcej – pośpiesznie rzekł Alain, mylnie biorąc moją reakcję za rozczarowanie. – Inwestowałem pani pieniądze jak swoje własne, ale bardziej lukratywne, czyli bardziej ryzykowne transakcje wymagałyby zgody sieur Baldwina, a on oczywiście nie mógł się dowiedzieć o pani istnieniu.

– To więcej, niż potrafiłabym sobie wyobrazić, Alainie.

Matthew przekazał mi dużą część majątku, kiedy podpisywał intercyzę, ale ta suma była ogromna. Philippe chciał, żebym miała finansową niezależność podobnie jak reszta kobiet z rodu de Clermont. I jak dowiedziałam się dziś rano, mój teść dopiął swego, żywy czy martwy. Odłożyłam książkę rachunkową.

– Dziękuję.

– To była dla mnie przyjemność – powiedział Alain z ukłonem i wyjął coś z kieszeni. – I na koniec sieur Philippe polecił mi dać pani to.

Alain wręczył mi kopertę z taniego, cienkiego papieru. Było na niej wypisane moje nazwisko. Kiepski klej dawno wysechł, ale lakowa pieczęć nadal się trzymała. W czarno-czerwonym wosku zatopiono starą monetę – specjalny sygnał Philippe’a.

– Sieur Philippe pracował nad tym listem ponad godzinę. Kiedy skończył, kazał mi go przeczytać, by się upewnić, że zawarł w nim wszystko, co chciał.

– Kiedy? – zapytał Matthew ochryple.

– W dniu, kiedy umarł. – Na twarzy Alaina odmalował się wyraz udręki.

Drżące pismo należało do kogoś zbyt starego albo chorego, żeby mógł utrzymać pióro w ręce. Było to żywe przypomnienie tego, jak cierpiał Philippe. Dotknęłam swojego imienia. Kiedy dotarłam do jego końca, przesunęłam palcem po papierze, żeby litery się rozpadły. Na kopercie najpierw pojawiła się czarna kałuża, a po chwili atrament ułożył się w twarz mężczyzny, nadal piękną, choć naznaczoną bólem. W miejscu płowych oczu iskrzących inteligencją i humorem ziały głębokie, puste oczodoły.

– Nie powiedzieliście mi, że naziści go oślepili.

Wiedziałam, że mój teść był torturowany, ale nie miałam pojęcia, że jego oprawcy wyrządzili mu taką krzywdę. Przyjrzałam się uważniej twarzy Philippe’a. Na szczęście w moim imieniu nie było dość liter, żeby dało się narysować szczegółowy portret. Dotknęłam policzka teścia i obraz zniknął. Na kopercie została po nim atramentowa plama. Pstryknęłam palcami i kleks uniósł się, tworząc małe czarne tornado. Kiedy przestało wirować, litery opadły z powrotem na właściwe miejsca.

– Sieur Philippe często rozmawiał z panią o swoich zmartwieniach, madame de Clermont, kiedy ból był nieznośny – mówił dalej Alain.

– Rozmawiał z nią? – powtórzył w osłupieniu Matthew.

– Prawie codziennie – odparł sługa, kiwając głową. – Kazał mi odsyłać wszystkich z tej części château, żeby nikt nie podsłuchał. Madame de Clermont dawała sieur Philippe’owi ukojenie, kiedy nikt inny tego nie potrafił.

Odwróciłam kopertę i dotknęłam starego srebrnego pieniążka.

– Philippe oczekiwał, że monety zostaną mu zwrócone. Osobiście. Jak mogę to zrobić, skoro on nie żyje?

– Może odpowiedź jest w środku – podsunął Matthew.

Wydłubałam monetę z wosku. Potem ostrożnie wyjęłam z koperty kruchą kartkę. Papier trzeszczał złowieszczo, kiedy go rozkładałam.

W nosie załaskotał mnie słaby zapach towarzyszący Philippe’owi: wawrzynu, fig i rozmarynu.

Spojrzałam na list i podziękowałam w duchu za swoje doświadczenie w odszyfrowywaniu trudnego pisma. Zaczęłam czytać na głos:

Diano,

Nie pozwól, żeby duchy przeszłości skradły Ci radość w przyszłości.

Dziękuję, że trzymałaś mnie za rękę.

Możesz już ją puścić.

Twój ojciec z krwi i przysięgi,

Philippe

P.S. Moneta jest dla przewoźnika. Powiedz Matthew, że zobaczymy się po drugiej stronie.

Zadławiłam się ostatnimi słowami. Ich echo rozbrzmiało w cichym pokoju.

– Więc Philippe spodziewa się, że zwrócę mu monetę. – Będzie czekał na brzegu Styksu, aż łódź Charona przewiezie mnie przez rzekę. Może jest z nim Emily. I moi rodzice również. Zamknęłam oczy, żeby odciąć się od bolesnych obrazów.

– Co on miał na myśli, pisząc: „Dziękuję, że trzymałaś mnie za rękę”? – spytał Matthew.

– Obiecałam mu, że nie będzie sam w mrocznych czasach. Że będę przy nim. – W moich oczach wezbrały łzy. – Jak to możliwe, że tego nie pamiętam?

– Nie wiem, ukochana. Ale jakoś udało ci się dotrzymać obietnicy. – Matthew nachylił się i mnie pocałował. Spojrzał ponad moim ramieniem. – A Philippe zadbał o to, żeby jak zwykle mieć ostatnie słowo.

– Co masz na myśli? – Wytarłam mokre policzki.

– Zostawił dowód na piśmie, że z własnej woli i z radością uznał cię za swoją córkę. – Matthew dotknął kartki długim, białym palcem.

– Właśnie dlatego sieur Philippe chciał, żeby madame de Clermont dostała ten list jak najszybciej – powiedział Alain.

– Nie rozumiem. – Spojrzałam na męża.

– Dzięki tym klejnotom, twojemu posagowi i listowi jego dzieci – ani nawet Kongregacja – nie będą mogły twierdzić, że Philippe został zmuszony do złożenia przysięgi krwi – wyjaśnił Matthew.

– Sieur Philippe dobrze znał swoje dzieci. Często przewidywał przyszłość równie łatwo jak czarownik. – Alain pokiwał głową. – Zostawię panią wspomnieniom.

– Dziękuje, Alainie. – Matthew zaczekał, aż ucichną kroki sługi, i spojrzał na mnie z troską. – Wszystko w porządku, mon coeur?

– Oczywiście – mruknęłam, patrząc na biurko. Leżała na nim rozrzucona przeszłość, a wyraźnej przyszłości nie było widać.

– Idę na górę się przebrać – oznajmił Matthew. – Niedługo wrócę. Wtedy będziemy mogli zejść na śniadanie.

– Nie śpiesz się – powiedziałam, siląc się na uśmiech, miałam nadzieję, że szczery.

Gdy Matthew wyszedł, sięgnęłam po złoty grot, który Philippe dał mi z okazji ślubu. Jego ciężar dodawał otuchy, metal ogrzał się szybko pod moim dotykiem. Przełożyłam łańcuszek przez głowę. Grot zawisł nad moimi piersiami. Jego brzegi były zbyt miękkie i wygładzone, żeby zadrapać skórę.

Poczułam, że w kieszeni dżinsów coś się rusza. Wyjęłam z niej kłąb jedwabnych nici. Sznurki tkaczki przywędrowały ze mną z przeszłości i w przeciwieństwie do rękawa sukni ślubnej czy wyblakłego jedwabiu, którym owinięto moje listy, były świeże i lśniące. Oplatały się i tańczyły wokół moich nadgarstków i siebie nawzajem niczym kolorowe węże, łącząc się w nowe barwy, a następnie rozdzielając z powrotem na osobne pasma. Wijąc się po moich ramionach, wplotły się we włosy, jakby czegoś szukały. Schowałam je do kieszeni.

Podobno byłam tkaczką. Nie wiedziałam jednak, czy kiedykolwiek zrozumiem splątaną sieć, którą utkał Philippe de Clermont, kiedy przysięgą krwi uczynił mnie swoją córką.

Rozdział 4

Zamierzałeś w ogóle mi powiedzieć, że jesteś zabójcą w rodzie de Clermontów? – spytałam, sięgając po sok grejpfrutowy.

Matthew spojrzał na mnie nad kuchennym stołem, na którym Marthe zostawiła mi śniadanie. Przemycił do środka Hectora i Fallona i teraz psy z zainteresowaniem śledziły naszą rozmowę… i mój posiłek.

– I o związku Fernanda z twoim bratem Hugh? Zostałam wychowana przez dwie kobiety. Nie ukrywałeś przede mną tej informacji z obawy, że mogłabym tego nie akceptować.

Hector i Fallon spojrzały na swojego pana, czekając na odpowiedź. Kiedy się jej nie doczekały, przeniosły wzrok na mnie.

– Verin wydaje się miła – stwierdziłam, próbując sprowokować męża.

– Miła? – Matthew uniósł brew.

– No cóż, nie licząc tego, że była uzbrojona w nóż. – Byłam zadowolona, że moja strategia się sprawdziła.

– Noże – poprawił mnie Matthew. – Jeden miała w bucie, drugi przy pasie i trzeci w staniku.

– Czy Verin była skautką? – Teraz z kolei ja uniosłam brwi.

 

Zanim mąż zdążył odpowiedzieć, do kuchni wpadł Gallowglass, wir błękitu i czerni, a za nim Fernando. Matthew wstał. Kiedy psy poszły w jego ślady, pokazał im podłogę, a one natychmiast go posłuchały.

– Dokończ śniadanie, a potem idź na wieżę – powiedział Matthew, zanim wyszedł z kuchni. – Zabierz ze sobą psy. I nie schodź na dół, póki po ciebie nie przyjdę.

– Co się dzieje? – zapytałam gospodynię w nagle opustoszałym pomieszczeniu.

– Baldwin jest w domu. – Marthe nic więcej nie dodała, jakby taka odpowiedź powinna mi w zupełności wystarczyć.

– Marcus. – Przypomniałam sobie, że Baldwin wrócił, żeby zobaczyć się z synem Matthew. Zerwałam się od stołu, psy wstały z podłogi. – Gdzie on jest?

– W gabinecie Philippe’a. – Marthe zmarszczyła brwi. – Nie sądzę, żeby Matthew chciał tam panią widzieć. Może dojść do rozlewu krwi.

– To całe moje życie. – Mówiąc to, patrzyłam przez ramię i w rezultacie wpadłam na Verin. Towarzyszył jej starszy dżentelmen, wysoki i chudy, o łagodnych oczach. Próbowałam ich wyminąć. – Przepraszam.

– Dokąd idziesz? – zapytała szwagierka, tarasując mi drogę.

– Do gabinetu Philippe’a.

– Matthew kazał ci iść na wieżę. – Verin zmrużyła oczy. – Jest twoim partnerem, a ty masz go słuchać jak przystało na żonę wampira. – Jej akcent był niemiecki… ale nie czysto niemiecki, może austriacki, szwajcarski… Albo pochodził ze wszystkich trzech języków.

– Jaka dla was szkoda, że jestem czarownicą. – Wyciągnęłam rękę do mężczyzny, którzy przysłuchiwał się naszej rozmowie z ledwo maskowanym rozbawieniem. – Diana Bishop.

– Ernst Neumann. Jestem mężem Verin. – Akcent Ernsta wskazywał na pochodzenie z okolic Berlina. – Dlaczego nie chcesz puścić Diany, Schatz? Dzięki temu też będziesz mogła tam pójść. Wiem, jak nie lubisz tracić dobrej kłótni. Ja zaczekam w salonie.

– Dobry pomysł, kochanie. Nie mogą mnie winić, że czarownica uciekła z kuchni. – Verin spojrzała na męża ze szczerym podziwem i go pocałowała. Choć wyglądała jak jego wnuczka, było oczywiste, że ona i Ernst są bardzo w sobie zakochani.

– Czasami je miewam – przyznał mąż z wesołymi iskierkami w oczach. – Ale zanim Diana ucieknie, a ty pobiegniesz za nią, powiedz mi, czy mam wziąć nóż, czy pistolet, na wypadek gdyby jeden z twoich braci wpadł w szał?

Verin się zastanowiła.

– Myślę, że wystarczyłby tasak Marthe. Gerberta kiedyś spowolnił, a jego skóra jest dużo grubsza niż Baldwina czy Matthew.

– Wziął pan tasak na Gerberta? – Coraz bardziej lubiłam męża Verin.

– To byłaby przesada – stwierdził Ernst, lekko różowiejąc z zakłopotania.

– Boję się, że Phoebe próbuje dyplomacji – wtrąciła Verin, kierując mnie w stronę bijatyki. – To nigdy nie działa na Baldwina. Musimy iść.

– Jeśli Ernst bierze nóż, ja biorę psy. – Pstryknęłam palcami na Hectora i Fallona i ruszyłam szybkim krokiem, a psy pobiegły za mną, powarkując i machając ogonami, jakby świetnie się bawiły.

Podest drugiego piętra, który prowadził do rodzinnych apartamentów, był pełen gapiów, kiedy tam dotarłyśmy z Verin. Stali na nim Nathaniel, Sophie z Margaret na rękach, Hamish w jedwabnym szlafroku w kratę, z tylko jedną połową twarzy ogoloną, i Sarah, którą chyba obudziły hałasy. Ysabeau miała znudzoną minę, jakby takie rzeczy działy się przez cały czas.

– Wszyscy do salonu – powiedziałam, ciągnąc Sarah w kierunku schodów. – Ernst tam do ciebie dołączy.

– Nie wiem, co tak poruszyło Marcusa. – Hamish ręcznikiem wytarł z brody krem do golenia. – Baldwin go wezwał i z początku wszystko wydawało się w porządku. Potem zaczęli na siebie wrzeszczeć.

Mały pokój, którego Philippe używał jako gabinetu, był pełen wampirów i testosteronu. Matthew, Fernando i Gallowglass przepychali się, walcząc o lepszą pozycję. Baldwin siedział na krześle windsorskim i odchylony razem z nim do tyłu, trzymał skrzyżowane nogi na biurku. Marcus opierał się o drugą stronę biurka, czerwony na twarzy. Jego partnerka Phoebe Taylor – bo młoda kobieta stojąca obok była tą, którą niejasno pamiętałam z pierwszego dnia po naszym powrocie, próbowała załagodzić spór między głową rodu de Clermont i wielkim mistrzem Zakonu Rycerzy Świętego Łazarza.

– Ta dziwna zbieranina czarownic i demonów, które tu sprowadziliście, musi natychmiast stąd zniknąć – oświadczył Baldwin, bez powodzenia starając się pohamować gniew. Tylne nogi krzesła opadły z hukiem na podłogę.

– Sept-Tours należy do Rycerzy Świętego Łazarza! – krzyknął Marcus. – Ja jestem wielkim mistrzem, a nie ty. Ja mówię, co tu może się dziać!

– Daj spokój, Marcusie. – Matthew wziął syna za łokieć.

– Jeśli nie zrobicie dokładnie tego, co każę, nie będzie żadnych Rycerzy Świętego Łazarza! – Baldwin wstał, tak że oba wampiry znalazły się twarzą w twarz.

– Przestań mi grozić, Baldwinie – powiedział Marcus. – Nie jesteś moim ojcem ani panem.

– Nie, ale jestem głową tej rodziny. – Baldwin rąbnął pięścią w biurko. – Posłuchasz mnie, Marcusie, albo poniesiesz konsekwencje swojego nieposłuszeństwa.

– Dlaczego wy dwaj nie możecie usiąść i porozmawiać rozsądnie? – Phoebe odważnie podjęła wysiłek, żeby rozdzielić dwa wampiry.

Baldwin warknął na nią ostrzegawczo, a Marcus skoczył mu do gardła.

Matthew chwycił Phoebe i odciągnął ją na bok. Dziewczyna drżała, choć bardziej z gniewu niż ze strachu. Fernando złapał Marcusa i przyszpilił jego ramiona do boków. Gallowglass zacisnął dłoń na ramieniu Baldwina.

– Nie rzucaj mu wyzwania – ostrzegł Fernando, kiedy Marcus próbował się uwolnić. – Chyba że jesteś gotowy wyjść z tego domu i nigdy nie wrócić.

Po dłuższej chwili wampir skinął głową. Gonçalves go puścił, ale został w pobliżu.

– Te groźby są absurdalne – stwierdził Marcus trochę bardziej opanowanym tonem. – Zakon Rycerzy Świętego Łazarza i Kongregacja od lat chodzą ze sobą do łóżka. My doglądamy ich spraw finansowych, nie wspominając o pomocy w zaprowadzaniu porządku wśród wampirów. Z pewnością…

– Z pewnością Kongregacja nie zaryzykuje zemsty rodu de Clermont? Nie pogwałci azylu, którym zawsze było Sept-Tours? – Baldwin pokręcił głową. – Oni już to zrobili, Marcusie. Kongregacja tym razem się nie bawi. Od lat szukała powodu, żeby rozwiązać Zakon Rycerzy Świętego Łazarza.

– Robią to teraz, bo oficjalnie oskarżyłem Petera Knoksa o śmierć Emily? – zapytał Marcus.

– Tylko częściowo. Kongregacja nie mogła znieść twojego uporu w sprawie anulowania przymierza. – Baldwin cisnął mu zwój pergaminu. Trzy pieczęcie zakołysały się lekko na to brutalne traktowanie. – Rozważyliśmy twoją prośbę… ponownie. Została odrzucona. Ponownie.

To jedno słowo „my” wyjaśniło pewną tajemnicę. Odkąd w dwunastym wieku utworzono Kongregację i podpisano przymierze, wśród trzech wampirów zasiadających przy stole narad zawsze był jakiś de Clermont. Do tej pory nie znałam jego tożsamości. Teraz okazało się, że jest nim brat Mattthew.

– Szkoda, że wampir wmieszał się w spór dwojga czarowników – ciągnął Baldwin. – Żądanie odszkodowania za śmierć Emily Mather było głupie, Marcusie, ale dalsze podważanie przymierza niewybaczalnie naiwne.

– Co się stało? – zapytał Matthew. Przekazał Phoebe pod moją opiekę, choć jego spojrzenie mówiło, że nie cieszy go mój widok.

– Marcus i inni uczestnicy jego małej rebelii wezwali w kwietniu do unieważnienia przymierza. Twój syn ogłosił, że rodzina Bishopów znajduje się pod bezpośrednią ochroną Rycerzy Świętego Łazarza, stąd zaangażowanie zakonu.

Matthew ostro spojrzał na Marcusa. Nie wiedziałam, czy chce ucałować syna za jego wysiłki, by chronić rodzinę, czy skarcić go za zbytni optymizm.

– W maju… cóż, sam wiesz, co wydarzyło się w maju – mówił dalej Baldwin. – Marcus określił śmierć Emily jako wrogi akt członków Kongregacji, mający na celu wywołanie otwartego konfliktu między bytami. Uznał, że Kongregacja zechce ponownie rozważyć jego wcześniejszą prośbę o anulowanie przymierza w zamian za rozejm z Zakonem Rycerzy Świętego Łazarza.

– Była to całkiem rozsądna prośba. – Marcus rozwinął dokument i przebiegł go wzrokiem.

– Rozsądna czy nie, za wnioskiem były dwa głosy, siedem przeciw – relacjonował Baldwin. – Nigdy nie doprowadzaj do głosowania, którego wyniku nie możesz z góry przewidzieć, Marcusie. Do tej pory powinieneś odkryć tę niemiłą prawdę na temat demokracji.

– To niemożliwe, bo oznacza, że tylko ty i matka Nathaniela głosowaliście za moją propozycją – stwierdził oszołomiony Matthew. Agatha Wilson była jedną z trójki demonów wśród członków Kongregacji.

– Inny demon poparł Agathę – powiedział zimno Baldwin.

– Ty głosowałeś przeciw? – Marcus najwyraźniej liczył na poparcie rodziny.

Na podstawie swoich nielicznych kontaktów z Baldwinem mogłabym powiedzieć synowi mojego męża, że niepotrzebnie łudził się nadzieją.

– Zobaczmy. – Matthew wyrwał pergamin z ręki Marcusa, wzrokiem domagając się wyjaśnień od brata.

– Nie miałem wyboru – oświadczył Baldwin. – Wiesz, jakich szkód narobił twój syn? Od tej pory będzie się szeptać o tym, jak młody parweniusz z podrzędnej gałęzi rodu de Clermont próbował zakwestionować tysiącletnią tradycję.

– Podrzędnej? – Wstrząsnęła mną zniewaga, której Baldwin dopuścił się wobec Ysabeau.

Jednakże moja teściowa w ogóle nie wydawała się poruszona. Jeśli już, to wyglądała na jeszcze bardziej znudzoną. Przypatrywała się idealnie wypielęgnowanym długim paznokciom.

– Za daleko się posuwasz, Baldwinie – warknął Gallowglass. – Nie było cię tutaj, kiedy w maju przyjechali dwaj zbuntowani członkowie Kongregacji i zabili Emily…

– Gerbert i Knox nie są zbuntowani! – Baldwin podniósł głos. – Należą do dwóch trzecich większości.

– Nic mnie to nie obchodzi – odezwał się z kamienną twarzą Marcus. – Nakazywanie czarownikom, wampirom i demonom, żeby trzymali się osobno, nie ma już sensu… jeśli w ogóle kiedykolwiek miało. Rozwiązanie przymierza jest właściwą rzeczą.

– A od kiedy to ma znaczenie? – Baldwin wydawał się znużony.

– Tu jest mowa, że Peter Knox został potępiony – stwierdził Matthew, podnosząc wzrok znad dokumentu.

– Co więcej, zmuszono go do rezygnacji. Gerbert i Satu argumentowali, że został sprowokowany do działania przeciwko Emily, ale Kongregacja nie mogła zaprzeczyć, że odegrał pewną rolę w śmierci czarownicy. – Baldwin usiadł z powrotem za biurkiem ojca. Choć był mężczyzną słusznej postury, nie wydawał się godny, żeby zajmować miejsce Philippe’a.

– A więc to Knox zabił moją ciocię. – Wzbierały we mnie gniew i moc.

– On twierdzi, że tylko pytał ją o miejsce pobytu Matthew i o to, gdzie znajduje się manuskrypt z Biblioteki Bodlejańskiej, ponoć święty tekst, który wampiry nazywają Księgą Życia – wyjaśnił Baldwin. – Knox mówił, że Emily się zdenerwowała, kiedy odkrył, że córka Wilsonów jest czarownicą, choć jej rodzice są oboje demonami. O jej atak serca obwinia stres.

– Emily była zdrowa jak koń – oświadczyłam.

– A jaką cenę Knox zapłaci za zabicie członka rodziny mojej żony? – zapytał spokojnie Matthew, kładąc dłoń na moim ramieniu.

– Knox został na zawsze wykluczony z Kongregacji – odparł Baldwin. – Marcus przynajmniej w tej kwestii postawił na swoim, ale nie jestem pewien, czy tego nie pożałujemy.

Bracia wymienili długie spojrzenia. Najwyraźniej coś ważnego przegapiłam.

– Kto zajmie jego miejsce? – zapytał Matthew.

– Za wcześnie, żeby na to odpowiedzieć. Czarownice upierają się przy kimś ze Szkocji, na tej podstawie, że Knox nie dokończył kadencji. Janet Gowdie jest oczywiście za stara, zatem stawiam pieniądze na któreś z McNivenów, może Kate. Albo Jenny Horne.

– Szkoci płodzą potężne czarownice – stwierdził Gallowglass – a Gowdie, Horne’owie i McNivenowie są najbardziej szanowanymi rodzinami na północy.

– Może nie być tak łatwo nimi sterować jak Knoksem – zauważył Baldwin. – I jedno jest jasne: czarownice są zdeterminowane, żeby dostać Księgę Życia.

– Zawsze chciały ją mieć – powiedział Matthew.

– Nie tak bardzo jak teraz. Knox znalazł w Pradze pewien list. Podobno jest w nim dowód, że macie albo mieliście księgę o pochodzeniu… czy też oryginalną księgę czarów, jeśli wolicie jego wersję – wyjaśnił Baldwin. – Powiedziałem Kongregacji, że to jedynie fantazja czarowników spragnionych władzy, ale mi nie uwierzyli. Nakazali pełne śledztwo.

Istniało wiele legend o treści starej księgi, obecnie ukrytej w oksfordzkiej Bibliotece Bodlejańskiej pod nazwą: Manuskrypt Ashmole’a nr 782. Czarownice uważały, że są w niej pierwsze zaklęcia, wampiry, że opowiada ona historię ich stworzenia, a demony uważały, że zawiera tajemnice o ich gatunku. Ja miałam ten rękopis zbyt krótko, by rozstrzygnąć, która z tych wersji – jeśli w ogóle którakolwiek – jest prawdziwa. Jednak Matthew, Gallowglass i ja wiedzieliśmy, że cokolwiek znajdowało się w Księdze Życia, bladło w porównaniu z informacjami genetycznymi zamkniętymi między jej okładkami. Książkę bowiem zrobiono ze szczątków niegdyś żywych istot: pergamin ze skóry, atrament z krwi, klej z kości, a stronice zszyto włosami.

 

– Knox powiedział, że Księga Życia została zniszczona przez demona, Edwarda Kelleya, który w szesnastowiecznej Pradze usunął z niej trzy strony. Twierdzi, że ty wiesz, gdzie są te kartki, Matthew. – Baldwin popatrzył na brata z nieskrywaną ciekawością. – Czy to prawda?

– Nie – odparł Matthew szczerze, patrząc mu w oczy.

Jak wiele innych odpowiedzi mojego męża ta również była tylko w części prawdziwa. Mattthew nie wiedział, gdzie znajdują się dwie z brakujących stron Księgi Życia. Ale trzecia leżała bezpiecznie schowana w zamykanej szufladzie jego biurka.

– Dzięki Bogu. – Odpowiedź zadowoliła Baldwina. – Przysiągłem na duszę Philippe’a, że takie oskarżenie nie może być prawdą.

Gallowglass popatrzył na Fernanda beznamiętnym wzrokiem. Matthew wyjrzał przez okno. Ysabeau, która potrafiła wyczuć kłamstwo równie łatwo jak każda czarownica, spojrzała na mnie, mrużąc oczy.

– Kongregacja uwierzyła ci na słowo? – zapytał Matthew.

– Niezupełnie – przyznał z ociąganiem Baldwin.

– Jakie jeszcze inne oświadczenia złożyłeś, wężu? – spytała leniwie Ysabeau. – Syczysz tak ładnie, Baldwinie, ale gdzieś tam jest żądło.

– Obiecałem, że Marcus i Rycerze Świętego Łazarza nadal będą stać na straży przymierza. – Baldwin zrobił pauzę. – Potem Kongregacja wybrała bezstronną delegację w składzie jeden czarownik, jeden wampir i poleciła im sprawdzenie Sept-Tours od góry do dołu. Mają się upewnić, że w jego murach nie ma żadnych czarownic, demonów, a także choćby skrawka z Księgi Życia. Gerbert i Satu Järvinen będą tutaj za tydzień.

Cisza, która zapadła po tych słowach, była ogłuszająca. Po chwili przerwał ją Baldwin.

– Skąd miałem wiedzieć, że są tu Diana i Matthew? Ale to nieważne. Delegacja nie znajdzie ani jednej nieprawidłowości w czasie swojej wizyty. To oznacza, że Diana też musi wyjechać.

– Co jeszcze? – zapytał Matthew.

– Czy opuszczenie przyjaciół i rodzin nie wystarczy? – odezwał się Marcus.

Phoebe objęła go w pasie gestem pocieszenia.

– Twój wuj zawsze najpierw przekazuje dobre wiadomości, Marcusie – wyjaśnił Fernando. – A skoro perspektywa wizyty Gerberta jest dobrą wiadomością, zła musi być bardzo zła.

– Kongregacja chce zabezpieczenia. – Matthew zaklął. – Czegoś, co zmusi de Clermontów i Zakon Rycerzy Świętego Łazarza do dobrego zachowania.

– Nie czegoś, tylko kogoś – beznamiętnie sprostował Baldwin.

– Kogo? – zapytałam.

– Mnie oczywiście – rzuciła beztroskim tonem Ysabeau.

– Wykluczone! – Matthew z przerażeniem spojrzał na Baldwina.

– Obawiam się, że tak. Zaproponowałem im najpierw Verin, ale odmówili.

Siostra Matthew wyglądała na lekko urażoną.

– Kongregacja może być małostkowa, ale jej członkowie nie są głupcami – powiedziała Ysabeau. – Nikt nie potrafiłby utrzymać Verin jako zakładniczki dłużej niż dwadzieścia cztery godziny.

– Czarownicy stwierdzili, że to musi być ktoś, kto mógłby wywabić Matthew z ukrycia – wyjaśnił Baldwin. – Verin nie uznano za skuteczny bodziec.

– Ostatnim razem, kiedy byłam przetrzymywana wbrew mojej woli, ty mnie więziłeś, Baldwinie – przypomniała słodkim głosem Ysabeau. – Czy znowu wyświadczysz mi ten zaszczyt?

– Nie tym razem. Knox i Järvinen chcieli przewieźć cię w Wenecji, żeby Kongregacja mogła mieć na ciebie oko, ale ja się sprzeciwiłem.

– Dlaczego Wenecja? – Wiedziałam, że Baldwin stamtąd przyjechał, ale nie rozumiałam, dlaczego Kongregacja wybrała akurat to miejsce.

– Wenecja jest kwaterą główną Kongregacji od piętnastego wieku, kiedy to wypędzono nas z Konstantynopola – wyjaśnił Matthew. – Nic w tym mieście nie dzieje się bez wiedzy Kongregacji. A Wenecja to dom dziesiątków istot od dawna związanych z radą, łącznie z klanem Domenica.

– Odpychające zbiorowisko niewdzięczników i pochlebców. – Ysabeau lekko się wzdrygnęła. – Cieszę się, że już tam nie jeżdżę. Nawet bez klanu Domenica Wenecja jest nie do zniesienia o tej porze roku. Tylu turystów. A komary są niemożliwe.

Myśl o tym, co krew wampira mogłaby zrobić z populacją komarów, była głęboko niepokojąca.

– Twoja wygoda nie była główną troską Kongregacji, Ysabeau. – Baldwin spojrzał na nią posępnie.

– Więc dokąd pojadę? – zapytała moja teściowa.

– Po wyrażeniu stosownej niechęci ze względu na długoletnią przyjaźń z naszą rodziną Gerbert łaskawie zgodził się przyjąć cię w swoim domu. Kongregacja nie mogła mu odmówić. To chyba nie będzie problem, prawda?

Ysabeau wzruszyła ramionami w typowo galijskim geście.

– Dla mnie nie.

– Gerbertowi nie można ufać. – Matthew gniewnie spojrzał na brata. – Chryste, Baldwinie. On stał bezczynnie i patrzył, jak Knox odprawia swoje czary nad Emily!

– Mam nadzieję, że Gerber nie zmienił rzeźnika – powiedziała Ysabeau, jakby jej syn w ogóle się nie odezwał. – Marthe będzie oczywiście musiała jechać ze mną. Dopilnujesz tego, Baldwinie.

– Nigdzie nie pojedziesz – rzekł Matthew. – Ja sam się zgłoszę.

– Nie, synu – ucięła Ysabeau, zanim zdążyłam się odezwać. – Jak wiesz, Gerbert i ja już wcześniej to robiliśmy. Wrócę niedługo… najdalej za kilka miesięcy.

– A dlaczego to w ogóle jest konieczne? – spytał Marcus. – Kiedy Kongregacja sprawdzi Sept-Tours i nie znajdzie niczego niedozwolonego, powinna zostawić nas w spokoju.

– Kongregacja musi mieć zakładnika, by zademonstrować przewagę nad de Clermontami. – Phoebe wykazała się trzeźwym oglądem sytuacji.

– Ależ, grand-mère, to powinienem być ja, a nie ty. – Twarz Marcusa zdradzała konsternację. – To wszystko moja wina.

– Może jestem twoją babcią, ale nie taką starą i kruchą, jak myślisz – oświadczyła Ysabeau z nutą chłodu w głosie. – Moja krew, choć gorsza, nie cofa się przed obowiązkami.

– Z pewnością jest jakieś inne wyjście – zaprotestowałam.

– Nie, Diano. Wszyscy mamy swoje role w tej rodzinie: Baldwin nas terroryzuje. Marcus kieruje zakonem. Matthew pilnuje ciebie, a ty moich wnuków. Jeśli chodzi o mnie, czuję ożywienie na myśl, że znowu zostanę pojmana dla okupu.

* * *

Gdy już pomogliśmy Baldwinowi i Marcusowi osiągnąć stan kruchej równowagi, wróciliśmy do naszych pokojów po drugiej stronie château. Gdy tylko znaleźliśmy się u siebie, Matthew włączył system nagłaśniający. Pokój zalały misterne tony Bacha. Muzyka utrudniała innym wampirom obecnym w domu podsłuchiwanie naszych rozmów, więc zwykle coś grało w tle.

– Dobrze, że wiemy o Ashmole’u nr 782 więcej niż Knox – powiedziałam cicho. – Kiedy zabiorę książkę z Biblioteki Bodlejańskiej, Kongregacja będzie musiała przestać słać z Wenecji ultimata i zacząć rozmawiać z nami bezpośrednio. Wtedy postaramy się, żeby Knox odpowiedział za śmierć Emily.

Matthew przyglądał mi się przez chwilę w milczeniu, po czym nalał sobie wina i wypił je jednym haustem. Zaproponował mi wodę, ale pokręciłam głową. O tej porze tęskniłam tylko za herbatą. Jednakże Marcus nalegał, żebym w ciąży unikała kofeiny, a ziołowe napary były marną namiastką.

– Co wiesz o rodowodach wampirów z Kongregacji? – Usiadłam na kanapie.

– Niewiele.

Matthew nalał sobie drugi kieliszek wina. Zmarszczyłam brwi. Wprawdzie wampir mógł się wprawić w stan upojenia alkoholowego tylko w jeden sposób: pijąc krew zamroczonego człowieka, ale takie zachowanie było u mojego męża niezwykłe.

– Czy Kongregacja przechowuje również genealogie czarownic i demonów? – Chciałam czymś zaprzątnąć jego uwagę.

– Nie wiem. Sprawy czarownic i demonów nigdy mnie nie interesowały. – Matthew przeszedł przez pokój i stanął przed kominkiem.

– To nie ma znaczenia – powiedziałam rzeczowym tonem. – Naszym priorytetem jest Ashmole nr 782. Będę musiała pojechać do Oksfordu najszybciej jak to możliwe.

– I co wtedy zrobisz, ma lionne?

– Wymyślę sposób, jak go stamtąd zabrać. – Myślałam przez chwilę o warunkach, które mój ojciec wplótł w zaklęcie wiążące książkę z biblioteką. – Tata zadbał o to, żeby rękopis do mnie trafił, jeśli będę go potrzebowała. Nasza obecna sytuacja z pewnością się kwalifikuje.

– Zatem twoim priorytetem jest bezpieczeństwo Ashmole’a nr 782 – stwierdził Matthew z niebezpieczną łagodnością w głosie.