Księga czarownic

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 10

Nadal próbując pozbyć się wrażenia zimna z pleców po spojrzeniu Matthew, otworzyłam drzwi do mieszkania. W środku automatyczna sekretarka powitała mnie migoczącą czerwoną trzynastką. Dodatkowo miałam dziewięć wiadomości w poczcie głosowej na komórce. Wszystkie były od Sarah i odzwierciedlały rosnący niepokój w związku z tym, co szósty zmysł jej podpowiedział, że dzieje się w Oksfordzie.

Nie byłam w stanie stawić czoła moim ciotkom z nadmiernie rozwiniętym darem prorokowania, więc ściszyłam automatyczną sekretarkę, wyłączyłam dzwonki obu telefonów i zmęczona wgramoliłam się do łóżka.

Następnego ranka, kiedy mijałam portiernię, żeby pobiegać, Fred pomachał do mnie stosem karteczek z wiadomościami.

– Później je odbiorę! – zawołałam, a on pokazał mi kciuk, dając znać, że zrozumiał.

Moje stopy uderzały w znajome bite ścieżki biegnące przez pola i bagna na północ od miasta. Ćwiczenie pomogło mi odsunąć poczucie winy, bo nie zadzwoniłam do ciotek, i wspomnienie zimnej twarzy Matthew.

Z powrotem w kolegium odebrałam wiadomości i wyrzuciłam do kosza. A potem odsunęłam nieunikniony telefon do domu, oddając się hołubionym weekendowym rytuałom: gotowaniu jajka, parzeniu herbaty, zbieraniu prania, składaniu stosów papierów, które walały się na każdej możliwej powierzchni. Kiedy już zmarnowałam większość poranka, nie zostało mi nic innego jak zadzwonić do Nowego Jorku. Tam było wcześnie, ale nie istniała taka możliwość, żeby ktoś jeszcze leżał w łóżku.

– Co ty wyprawiasz, Diano? – zapytała ostro Sarah w ramach powitania.

– Dzień dobry. – Zapadłam się w fotel przy niedziałającym kominku i skrzyżowałam stopy koło regału z książkami. To chwilę potrwa.

– To nie jest dobry dzień – odparła cierpko Sarah. – Wychodziłyśmy tu z siebie. Co się dzieje?

Em podniosła słuchawkę drugiego aparatu.

– Cześć, Em – powiedziałam, prostując nogi. To potrwa naprawdę długo.

– Czy ten wampir ci się narzuca? – spytała niespokojnie Em.

– Niezupełnie.

– Wiemy, że spędzałaś czas z wampirami i demonami – wtrąciła się niecierpliwe moja ciotka. – Czyś ty oszalała, czy dzieje się coś naprawdę złego?

– Nie oszalałam i nic złego się nie dzieje. – To ostatnie było kłamstwem, ale zacisnęłam kciuki, mając nadzieję, że się uda.

– Naprawdę myślisz, że nas oszukasz? Nie możesz okłamać drugiej czarownicy! – krzyknęła Sarah. – Gadajże wreszcie.

I cały plan wzięli diabli.

– Daj jej mówić, Sarah – powiedziała Em. – Przecież ufamy Dianie, że podejmie właściwą decyzję, zapomniałaś?

Cisza, jaka wtedy zapadła, kazała mi wierzyć, że ta kwestia pozostała sprawą sporną.

Sarah już nabrała tchu, ale Em nie dopuściła jej do głosu.

– Gdzie byłaś wczoraj wieczorem?

– Na jodze. – Nie zdołam wyślizgać się z tego przesłuchania, ale miałam tę przewagę, że mogłam odpowiadać jak najzwięźlej i ściśle na temat.

– Jodze? – Sarah nie wierzyła własnym uszom. – Dlaczego uprawiasz jogę z tymi bytami? Przecież wiesz, jakie to niebezpieczne zadawać się z demonami i wampirami.

– Zajęcia prowadziła czarownica! – oburzyłam się, widząc przed sobą pogodną, piękną twarz Amiry.

– Te zajęcia jogi to był jego pomysł? – zapytała Em.

– Tak. Odbywały się w domu Clairmonta.

Sarah prychnęła zdegustowana.

– Mówiłam, że to on – mruknęła Em do mojej ciotki. Następne słowa skierowała do mnie. – Widzę wampira, który stoi między tobą a... czymś. Nie jestem pewna czym dokładnie.

– A ja ci powtarzam, Emily Mather, że to bzdura. Wampiry nie chronią czarownic. – Sarah mówiła z niezachwianym przekonaniem.

– Ten chroni – powiedziałam.

– Co?! – zapytały jednocześnie, Sarah z krzykiem.

– Robi to już od kilku dni. – Zagryzłam usta, nie wiedząc, jak im to opowiedzieć, a potem zaryzykowałam. – Coś się wydarzyło w bibliotece. Zamówiłam rękopis i okazało się, że jest zaczarowany.

Zapadła cisza.

– Zaklęta księga. – W głosie Sarah pojawiło się żywe zainteresowanie. – To był grimuar?

Była ekspertem od grimuarów, a jej najcenniejszym przedmiotem posiadania był starodawny tom, przekazywany z pokolenia na pokolenie w rodzinie Bishopów.

– Wątpię. Widoczne były tylko alchemiczne ilustracje.

– Co jeszcze?

Ciotka wiedziała, że to, co widoczne, to dopiero początek w przypadku zaczarowanych ksiąg.

– Ktoś rzucił czar na tekst rękopisu. Widoczne były słabe litery, warstwy na warstwach, poruszające się pod powierzchnią stron.

W Nowym Jorku Sarah odstawiła z głośnym brzękiem kubek z kawą.

– To było przed pojawieniem się Matthew Clairmonta czy po tym?

– Przed – szepnęłam.

– I nie uznałaś, że warto o tym wspomnieć, kiedy powiedziałaś nam o wampirze? – Sarah w ogóle nie starała się ukryć gniewu. – Na boginię, Diano, potrafisz być taka nieodpowiedzialna. W jaki sposób zaklęto księgę? Tylko nie mów mi, że nie wiesz.

– Śmiesznie pachniała. Budziła... niepokój. Początkowo nie potrafiłam jej otworzyć. Położyłam więc na niej dłoń.

Obróciłam rękę, którą trzymałam na kolanach, przypominając sobie odczucie natychmiastowego rozpoznania między nią a manuskryptem, na poły spodziewając się, że zobaczę migotanie, o którym wspomniał Matthew.

– No i? – zapytała Sarah.

– Poczułam mrowienie, potem księga westchnęła i... rozluźniła się. Czułam to poprzez skórę i deszczułki okładki.

– Jak zdołałaś rozproszyć ten czar? Wypowiedziałaś jakieś słowa? O czym myślałaś? – Teraz ciekawość Sarah już w pełni się rozbudziła.

– Nie posłużyłam się żadnymi czarami. Potrzebowałam książki do badań i po prostu położyłam na niej rękę, to wszystko. – Odetchnęłam głęboko. – Kiedy już ją otworzyłam, zrobiłam notatkę, zamknęłam ją i oddałam.

– Oddałaś?! – Rozległ się głośny stukot, kiedy telefon Sarah uderzył o podłogę. Skrzywiłam się i odsunęłam słuchawkę od ucha, ale barwne słowa nadal do mnie dolatywały.

– Diano? – zapytała słabo Em. – Jesteś tam jeszcze?

– Jestem – odpowiedziałam ostro.

– Diano Bishop, gdzie twój rozum? – Głos Sarah był pełen wyrzutu. – Jak mogłaś odesłać przedmiot magiczny, którego w pełni nie rozumiesz?

Ciotka nauczyła mnie rozpoznawać zaczarowane i zaklęte przedmioty oraz co z nimi robić. Unika się dotykania ich albo przesuwania, dopóki nie wiadomo, jak działa ich magia. Zaklęcia mogą być wyrafinowane i zawierać wiele wbudowanych w nie mechanizmów obronnych.

– A co miałam zrobić? – Słyszałam swój obronny ton. – Odmówić wyjścia z biblioteki, dopóki nie zbadam księgi? To był piątkowy wieczór. Chciałam wrócić do domu.

– Co się stało, kiedy ją oddałaś? – zapytała szorstko Sarah.

– Możliwe, że powietrze wydało mi się trochę dziwne – przyznałam. – I możliwe, że biblioteka przez chwilę sprawiała wrażenie, jakby się skurczyła.

– Odesłałaś manuskrypt z powrotem i czar się reaktywował – wyjaśniła Sarah. Znowu zaklęła. – Niewiele czarownic potrafi rzucić zaklęcie, które automatycznie odnowi się po złamaniu. Nie masz do czynienia z amatorami.

– To jest ta energia, która przyciągnęła ich wszystkich do Oksfordu – powiedziałam, nagle to pojmując. – Nie fakt, że otworzyłam manuskrypt, ale odnowienie się czaru. Byty nie są obecne tylko na jodze, Sarah. W Bibliotece Bodlejańskiej otaczają mnie wampiry i demony. Clairmont przyszedł w poniedziałek wieczorem do biblioteki w nadziei, że zobaczy księgę, po tym, jak usłyszał dwie czarownice, które o niej rozmawiały. We wtorek w bibliotece już roiło się od bytów.

– I proszę, znowu to samo – powiedziała z westchnieniem Sarah. – Nim skończy się miesiąc, demony zaczną pojawiać się w Madison w poszukiwaniu ciebie.

– Muszą tam być jakieś czarownice, na których pomoc możesz liczyć. – Em starała się zachować spokój w głosie, ale słyszałam, że się martwi.

– Są tu czarownice – odpowiedziałam niepewnie – ale niezbyt pomocne. Czarodziej w tweedowej marynarce próbował włamać się do mojego umysłu. Udałoby mu się, gdyby nie Matthew.

– Wampir stanął między tobą a czarownikiem? – Em się przeraziła. – Tak się nie robi. Nigdy nie wtrącasz się w sprawy między czarownicami, jeśli nie jesteś jednym z nas.

– Powinnaś się cieszyć! – Może i nie chciałam słuchać kazań Clairmonta ani jeść z nim jeszcze kiedyś śniadania, ale zasłużył sobie na minimum uznania. – Gdyby go tam nie było, nie wiem, co by się stało. Nigdy żadna czarownica czy czarownik nie byli tak... agresywni w kontaktach ze mną.

– Może powinnaś opuścić na jakiś czas Oksford – zasugerowała Em.

– Nie wyjadę, bo w mieście pojawił się niewychowany czarownik.

Em i Sarah zaczęły szeptać między sobą, zasłoniwszy słuchawki rękami.

– To mi się ani odrobinę nie podoba – powiedziała wreszcie moja ciotka tonem sugerującym, że świat się wali. – Zaczarowane księgi? Demony, które cię śledzą? Wampiry zabierające cię na jogę? Czarownicy grożący członkowi rodziny Bishopów? Czarownice nie powinny zwracać na siebie uwagi. Nawet ludzie zorientują się, że coś się kroi.

– Jeśli zostaniesz w Oksfordzie, będziesz musiała bardziej postarać się, żeby nie zwracać na siebie uwagi – poparła ją Em. – Nie ma nic złego w powrocie do domu i poczekaniu, aż sprawy się uspokoją, jeśli sytuacja stanie się niemożliwa. Nie masz już rękopisu. Może stracą zainteresowanie.

Żadna z nas w to nie wierzyła.

– Nie mam zamiaru uciekać.

– I nie będziesz – zaprotestowała Em.

– To byłaby ucieczka.

A ja nie zamierzałam okazać się tchórzem, póki Matthew Clairmont jest w okolicy.

 

– Skarbie, on nie może być przy tobie w każdej minucie dnia – powiedziała ze smutkiem Em, słysząc moje niewypowiedziane myśli.

– No, ja myślę – dodała ponuro Sarah.

– Nie potrzebuję pomocy Matthew Clairmonta. Sama mogę o siebie zadbać.

– Diano, wampir nie chroni ciebie z dobroci serca. Reprezentujesz coś, czego on chce. Musisz się zorientować, co to takiego.

– Może rzeczywiście interesuje się alchemią. Może się nudzi.

– Wampiry się nie nudzą – odparła rzeczowo Sarah. – Nie, kiedy w okolicy jest krew czarownicy.

Nic się nie dało poradzić na uprzedzenia mojej ciotki. Kusiło mnie, żeby powiedzieć jej o zajęciach jogi, gdzie przez ponad godzinę byłam cudownie wolna od strachu przed innymi bytami. Tyle że to nie miało sensu.

– Dość tego – oznajmiłam stanowczo. – Matthew Clairmont nie zbliży się bardziej, a wy nie musicie się martwić, że będę jeszcze majstrować przy zaklętych rękopisach. I nie wyjadę z Oksfordu. Koniec tematu.

– W porządku – powiedziała Sarah – ale niewiele będziemy mogły stąd zdziałać, jeśli coś będzie nie tak.

– Wiem.

– A kiedy następnym razem trafi do twoich rąk coś magicznego, czy będziesz się tego spodziewać, czy nie, zachowaj się jak czarownica, a nie durny człowiek. Nie ignoruj faktów i nie wmawiaj sobie, że coś ci się wydaje. – Umyślna ignorancja i odrzucanie tego, co nadnaturalne, znajdowały się na liście najbardziej obmierzłych ludzkich cech u Sarah. – Podejdź do tego z szacunkiem, a jeśli nie wiesz co robić, poproś o pomoc.

– Obiecuję – odpowiedziałam szybko, chcąc już odłożyć słuchawkę.

Ciotka jednak jeszcze nie skończyła.

– Nigdy nie myślałam, że dożyję dnia, kiedy Bishop będzie polegać na pomocy wampira zamiast na własnej mocy. Moja matka musi przewracać się w grobie. To właśnie wynika z uciekania od tego, kim jesteś. Narobiłaś zamieszania, bo myślałaś, że możesz ignorować własne dziedzictwo. To tak nie działa.

Gorycz Sarah psuła atmosferę w moim pokoju jeszcze długo po tym, jak się rozłączyłam.

Następnego ranka przez pół godziny rozciągałam się, wykonując kolejne pozycje jogi, a potem zrobiłam sobie imbryczek herbaty. Jej waniliowe i kwietne aromaty niosły pociechę. Zawierała też dość kofeiny, żebym nie przysypiała po południu, a mogła się przespać nocą. Kiedy już listki nasiąkły, owinęłam imbryczek w ściereczkę, żeby nie stygł, i postawiłam go przy fotelu przed kominkiem, miejscu zarezerwowanym na głębokie przemyślenia.

Ukojona znajomym zapachem herbaty podciągnęłam kolana do brody i przemyślałam miniony tydzień. Bez względu na to, od czego zaczęłam, łapałam się na tym, że wracam do ostatniej rozmowy z Matthew Clairmontem. Czy moje próby powstrzymania magii przed przesączaniem się do mojego życia i pracy nic nie znaczyły?

Za każdym razem, kiedy grzęzłam w swoich badaniach, wyobrażałam sobie biały stół, lśniący i pusty, a dowody jako kawałki układanki, które trzeba złożyć w całość. Dzięki temu presja nieco malała, a ja czułam się, jakby to wszystko było zabawą.

Teraz wyrzuciłam wszytko z minionego tygodnia na stół – Ashmole’a nr 782, Matthew Clairmonta, wiecznie rozkojarzoną Agathę Wilson, czarownika w tweedzie, własną tendencję do chodzenia z zamkniętymi oczami, byty w Bibliotece Bodlejańskiej, zdjęcie z półki Notes and Queries, zajęcia jogi u Amiry. Obracałam barwne fragmenty, składałam niektóre razem i próbowałam ułożyć obraz, ale było zbyt wiele dziur i nie pojawił żaden wyraźny rysunek.

Czasem podniesienie przypadkowego fragmentu pomagało mi zorientować się, który element badań jest najważniejszy. Położyłam w wyobraźni palce na stole i wylosowałam kawałek układanki, spodziewając się, że zobaczę Ashmole’a nr 782.

A spojrzały na mnie ciemne oczy Matthew Clairmonta.

Dlaczego ten wampir był tak ważny?

Fragmenty mojej układanki zaczęły poruszać się z własnej woli, wirować i kreślić wzory, za szybko, żebym za nimi nadążyła. Uderzyłam w wyobraźni rękoma o stół i układanka przestała tańczyć. Ręce mnie zamrowiły znajomo.

To już nie wyglądało jak zabawa. To przypominało magię. A jeśli tak, to posługiwałam się magią w szkole, w college’u i nawet teraz, tu, w Oksfordzie. Tyle że w moim życiu nie było miejsca na magię i mój umysł zamknął się stanowczo na fakt, że bezwiednie łamałam własne zasady.

* * *

Następnego dnia pojawiłam się w szatni bibliotecznej o tej samej porze co zwykle, wspięłam się po schodach, wyszłam zza węgła w pobliżu stanowiska zwrotów i odbiorów, szykując się na to, że zobaczę wampira.

Nie było go tam.

– Potrzebujesz czegoś? – zapytała z irytacją Miriam, zgrzytając krzesłem o podłogę, gdy wstawała.

– Gdzie jest profesor Clairmont?

– Poluje – odpowiedziała Miriam, patrząc na mnie z niechęcią – w Szkocji.

Poluje. Z trudem przełknęłam ślinę.

– Aha. Kiedy wróci?

– Szczerze mówiąc, nie wiem, doktor Bishop. – Miriam skrzyżowała ręce i wysunęła przed siebie drobną stopę.

– Miałam nadzieję, że zabierze mnie dzisiaj na jogę do Starego Domu – wyjaśniłam słabo, próbując wymyślić jakiś sensowny pretekst, dla którego w ogóle pytam o Matthew.

Miriam odwróciła się i podniosła czarny i puchaty kłębek. Rzuciła nim we mnie, a ja go złapałam, gdy przelatywał obok mojego biodra.

– Zostawiła to pani w jego samochodzie w piątek.

– Dziękuję.

Mój sweter pachniał kwiatami goździka i cynamonem.

– Powinna pani bardziej pilnować swoich rzeczy – mruknęła Miriam. – Jest pani czarownicą, pani doktor. Niech pani sama zadba o siebie i przestanie stawiać Matthew w tej niemożliwej sytuacji.

Odwróciłam się na pięcie bez słowa i poszłam odebrać rękopisy od Seana.

– Wszystko w porządku? – zapytał, przyglądając się Miriam z marsem na czole.

– W najlepszym. – Podałam mu numer swojego zwykłego miejsca, a ponieważ nadal patrzył zatroskany, dodałam też uśmiech.

Jak Miriam śmie zwracać się do mnie w ten sposób? – gotowałam się w myślach, sadowiąc się na swoim miejscu pracy.

Palce mnie świerzbiły, jakby setki insektów pełzały mi pod skórą. Maleńkie iskierki niebiesko-zielonego światła strzelały mi między palcami, kreśląc ogniste tory, gdy odrywały się od konturów mojego ciała. Zacisnęłam dłonie i błyskawicznie na nich usiadłam.

Niedobrze. Jak wszyscy członkowie uniwersytetu złożyłam przysięgę, że nigdy nie wniosę ognia do Biblioteki Bodlejańskiej. Ostatnim razem, kiedy moje palce zachowywały się w taki sposób, miałam trzynaście lat i trzeba było wezwać straż pożarną, żeby gasiła pożar w kuchni.

Kiedy wrażenie palenia osłabło, rozejrzałam się uważnie i westchnęłam z ulgą. Byłam sama w Selden End. Nikt nie widział pokazu fajerwerków. Wyjęłam dłonie spod ud i przyjrzałam im się, szukając dalszych śladów nadnaturalnej aktywności. Błękit już przygasł do srebrzystej szarości, kiedy moc wycofała się z moich palców.

Otworzyłam pierwsze pudełko dopiero, gdy się upewniłam, że go nie podpalę, i udawałam, że nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Mimo to bałam się dotknąć laptopa w obawie, że palcami stopię plastikowe klawisze.

Naturalnie miałam kłopoty z koncentracją i ten sam manuskrypt leżał przede mną aż do pory lunchu. Może herbata mnie uspokoi.

Na początku semestru można spodziewać się jedynie garstki ludzkich czytelników w średniowiecznym skrzydle czytelni diuka Humfreya. Dzisiaj był tylko jeden: starsza kobieta przeglądająca ilustrowany manuskrypt przez szkło powiększające. Tłoczyła się między nieznajomym demonem i jedną z wampirzyc z zeszłego tygodnia. Gillian Chamberlain też przyszła; piorunowała mnie wzrokiem razem z czterema innymi czarownicami, jakbym zawiodła cały nasz rodzaj.

Przeszłam przez salę pośpiesznie i przystanęłam przy biurku Miriam.

– Domyślam się, że masz mnie pilnować w czasie lunchu. Idziesz?

Odłożyła ołówek z przesadną ostrożnością.

– Pani pierwsza.

Znalazła się przede mną, zanim doszłam do schodów na tyłach. Wskazała stopnie po drugiej stronie.

– Idź tamtędy.

– Dlaczego? Co to za różnica?

– Jak wolisz. – Wzruszyła ramionami.

Kiedy pokonałam jeden ciąg schodów, zerknęłam przez okienko w drzwiach wahadłowych, które prowadziły do czytelni na drugim piętrze, i prawie krzyknęłam.

Sala pękała w szwach od bytów.

Podzieliły się na grupy. Przy jednym długim stole siedziały same demony; zwracały na siebie uwagę, bo przed żadnym nie leżała ani jedna książka, otwarta czy zamknięta. Wampiry siedziały przy innym stole, całkowicie nieruchome; nawet nie mrugały. Czarownice sprawiały wrażenie zapracowanych, ale ich zmarszczone czoła zdradzały raczej irytację niż skupienie, bo demony i wampiry zajęły stoły, które znajdowały się bliżej schodów.

– Nic dziwnego, że nie powinniśmy zadawać się ze sobą. Żaden człowiek nie zignoruje czegoś takiego – powiedziała Miriam.

– Co tym razem zrobiłam? – zapytałam szeptem.

– Nic. Nie ma tu Matthew – wyjaśniła rzeczowo.

– Dlaczego tak się go boją?

– Będziesz musiała sama go zapytać. Wampiry nie opowiadają swoich historii. Ale nie martw się – mówiła, odsłaniając ostre, białe zęby – te działają znakomicie, więc nie masz czego się obawiać.

Wepchnęłam ręce do kieszeni i zeszłam po schodach, stukając butami, a potem przepchnęłam się przez tłum turystów na dziedzińcu. W księgarni przełknęłam kanapkę i butelkę wody. Miriam przyciągnęła moje spojrzenie, gdy mijałam ją w drodze do wyjścia. Odłożyła kryminał i ruszyła za mną.

– Diano – powiedziała cicho, kiedy wchodziłyśmy do biblioteki – co ty kombinujesz?

– Nie twoja sprawa – warknęłam.

Miriam westchnęła.

Z powrotem w czytelni diuka Humfreya odnalazłam czarownika w brązowym tweedzie. Miriam obserwowała nas uważnie z centralnego przejścia między stołami, nieruchoma jak posąg.

– To pan tu dowodzi?

Przechylił głowę potwierdzająco.

– Jestem Diana Bishop – powiedziałam, wyciągając rękę.

– Peter Knox. I doskonale wiem, kim pani jest. Córka Rebekki i Stephena. – Delikatnie dotknął moich palców opuszkami. Leżał przed nim dziewiętnastowieczny grimuar, a obok stos publikacji encyklopedycznych.

Jego nazwisko brzmiało znajomo, nie mogłam jednak skojarzyć, skąd je znam, a usłyszenie, jak czarownik wypowiada imiona moich rodziców, było niepokojące. Z trudem przełknęłam ślinę.

– Proszę usunąć swoich... przyjaciół z biblioteki. Pojawią się dzisiaj nowi studenci i nie chcielibyśmy ich przestraszyć.

– Gdybyśmy mogli porozmawiać na spokojnie, doktor Bishop, to jestem pewien, że doszlibyśmy do porozumienia. – Poprawił okulary na nosie.

Im bliżej Knoksa się znajdowałam, tym mocniej wyczuwałam niebezpieczeństwo. Skóra pod paznokciami zaczęła mnie złowróżbnie mrowić.

– Nie musi się mnie pani obawiać – powiedział ze smutkiem. – Co zaś tyczy się tamtego wampira...

– Myśli pan, że znalazłam coś, co należy do czarownic – przerwałam mu. – Już tego nie mam. Jeśli chce pan Ashmole’a nr 782, to na biurku przed panem leżą rewersy.

– Nie rozumie pani złożoności sytuacji.

– Nie i nie chcę nic wiedzieć. Proszę zostawić mnie w spokoju.

– Pod względem fizycznym bardzo przypomina pani matkę. – Knox obrzucił spojrzeniem moja twarz. – Ale widzę, że ma pani w sobie także dużo z uporu Stephena.

Poczułam zwykłą mieszankę zazdrości i irytacji, jaka pojawiała się, gdy któraś czarownica mówiła o moich rodzicach lub historii mojej rodziny, jakby ktoś z nich miał do nich takie samo prawo jak ja.

– Spróbuję – dodał – ale nie panuję nad tymi zwierzętami.

Machnął ręką w kierunku jednej ze Strasznych Sióstr, która obserwowała Knoksa i mnie z zaciekawieniem. Po chwili wahania podeszłam do niej.

– Na pewno słyszałaś naszą rozmowę i musisz wiedzieć, że pilnuje mnie już dwójka wampirów. Możesz zostać, jeśli nie ufasz Matthew i Miriam, ale wyprowadź pozostałych z czytelni.

– Czarownice nie są warte nawet chwili z czasu wampira, ale ty jesteś dzisiaj pełna niespodzianek, Diano Bishop. Nie mogę się doczekać, żeby powiedzieć mojej siostrze Clarissie, co straciła. – Wampirzyca mówiła nieśpiesznie, przeciągając samogłoski w sposób kojarzący się z nienagannym wychowaniem i doskonałym wykształcenie. Uśmiechnęła się i jej zęby zabłysły w przyćmionym świetle średniowiecznego skrzydła. – Rzucić wyzwanie Knoksowi? Takie dziecko jak ty? Będę miała co opowiadać.

Oderwałam wzrok od jej nieskazitelnych rysów i odeszłam, by poszukać znajomej demonicznej twarzy.

 

Demoniczny wielbiciel latte kręcił się w pobliżu komputerów ze słuchawkami na uszach, nucąc pod nosem jakąś niesłyszalną melodię, a koniec kabla wisiał mu luźno w okolicy ud. Kiedy zdjął białe plastikowe słuchawki z uszu, postarałam się dać mu do zrozumienia, jak poważna jest sytuacja.

– Posłuchaj, możecie surfować tu na górze po sieci, ale na dole mamy problem. Nie ma potrzeby, żeby dwa tuziny demonów mnie obserwowały.

Demon prychnął pobłażliwie.

– Wkrótce się dowiesz.

– Nie mogłyby obserwować mnie z większej odległości? Z Sheldonian Theatre? Z pubu White Horse? – Starałam się mu pomóc. – W przeciwnym wypadku ludzcy czytelnicy zaczną zadawać pytania.

– Nie jesteśmy tacy jak ty – odpowiedział z rozmarzeniem.

– Czy to znaczy, że nie możesz pomóc, czy że nie zamierzasz? – Starałam się nie okazywać zniecierpliwienia.

– To jedno i to samo. My też musimy wiedzieć.

To było nie do zniesienia.

– Będę wdzięczna, jeśli w jakikolwiek sposób zmniejszysz tłum w czytelni.

Miriam nadal mnie obserwowała. Udając, że jej nie widzę, wróciłam do biurka.

Pod koniec całkowicie nieproduktywnego dnia ścisnęłam nos, zaklęłam i spakowałam rzeczy.

* * *

Następnego ranka w Bibliotece Bodlejańskiej panował zdecydowanie mniejszy tłok. Miriam pisała coś zaciekle i nie podniosła wzroku, kiedy ją mijałam. Nadal nigdzie nie było śladu Clairmonta. Mimo to wszyscy ewidentnie trzymali się zasad, które wyraźnie, nawet jeśli milcząco, wyznaczył, i trzymali się z dala od Selden End. Gillian siedziała w skrzydle średniowiecznym, pochylona nad swoimi papirusami, nie zbrakło także Strasznych Sióstr i paru demonów. Nie licząc Gillian, która naprawdę pracowała, pozostali całkiem przyzwoicie udawali. A kiedy przed południem po kubku gorącej herbaty zajrzałam przez wahadłowe drzwi do czytelni na drugim piętrze, tylko kilka bytów podniosło wzrok. Wśród nich muzykalny demoniczny wielbiciel kawy. Skinął mi samymi palcami i mrugnął porozumiewawczo.

Wykonałam rozsądną ilość pracy, chociaż nie dość, żeby nadrobić wczorajszy dzień. Zaczęłam od czytania alchemicznych wierszy – najtrudniejszy rodzaj tekstów – które przypisywano Marii, siostrze Mojżesza. „Trzy rzeczy w trzech godzinach” – brzmiał fragment wiersza – „skute są razem w ostateczności”. Znaczenie tych wersów pozostawało tajemnicą, chociaż najprawdopodobniej dotyczyło chemicznego związku srebra, złota i rtęci. Czy Chris zdołałby powtórzyć eksperyment z wiersza? – zastanawiałam się, odnotowując, o jaki proces chemiczny mogło chodzić.

Kiedy przeszłam do następnego wiersza nieznanego autora pod tytułem „Wersy o Potrójnym Ogniu Mądrości”, podobieństwa między jego metaforami a ilustracją, którą widziałam wczoraj, ukazującą podziurawioną kopalniami górę alchemiczną z górnikami wydobywającymi z ziemi drogocenne metale i kamienie, były ewidentne.

W owej Kopalni dwa dawne Kamienie znaleziono

I stąd Starożytni zwali ją Świętą Ziemią,

Ci, którzy znali ich Wartość, Moc i Zasięg

Oraz Naturę, jak z Naturą Ferment tworzyć.

Jeśli bowiem poddać je Fermentacji z Naturalnym Złotem

Lub Srebrem, ujawnią Skarby swe ukryte.

Zdusiłam jęk. Moje badania staną się znacząco trudniejsze, jeśli będę musiała sięgać nie tylko do sztuki i nauki, ale i do poezji.

– To musi być trudne skupić się na pracy naukowej, kiedy wampiry cię obserwują.

Gillian Chamberlain stała obok mnie, a jej piwne oczy skrzyły się tłumioną wrogością.

– Czego chcesz?

– Zwyczajnie okazuję przyjacielską troskę. Jesteśmy siostrami, zapomniałaś?

Jej błyszczące czarne włosy kończyły się nad kołnierzykiem. Ich gładkość sugerowała, że nie ma żadnych kłopotów z elektrycznością statyczną. Musiała regularnie korzystać z mocy. Zadrżałam.

– Nie mam sióstr, Gillian. Jestem jedynaczką.

– I dobrze. Twoja rodzina narobiła już dość kłopotów. Spójrz, co stało się w Salem. To wina Bridget Bishop. – Gillian mówiła zjadliwym tonem.

Znowu to, pomyślałam, zamykając leżący przede mną tom. Jak zawsze Bishopowie okazali się tematem, któremu nie sposób oprzeć się w rozmowie.

– Co ty wygadujesz? – zapytałam ostro. – Bridget Bishop skazano za uprawianie czarów i stracono. Była ofiarą, tak jak pozostali. Sama dobrze to wiesz, jak każda inna czarownica w tej bibliotece.

– Bridget Bishop przyciągnęła uwagę ludzi, najpierw tymi swoimi lalkami, a potem prowokującym strojem i niemoralnym zachowaniem. Ludzka histeria minęłaby, gdyby nie ona.

– Uznano ją za niewinną uprawiania magii – odparłam, jeżąc się.

– W 1680 roku, ale nikt w to nie uwierzył. Nie po tym, jak znaleziono lalki w ścianie jej piwnicy, z powbijanymi szpilkami i oderwanymi głowami. Potem Bridget nie zrobiła nic, żeby chronić inne czarownice przed podejrzeniami. Była taka niezależna. – Gillian zniżyła głos. – To była wada także twojej matki.

– Przestań.

Powietrze wokół nas wydawało się nienaturalnie zimne i przejrzyste.

– Twoi rodzice byli nieprzystępni tak samo jak ty, myśleli, że po ślubie nie potrzebują wsparcia covenu z Cambridge. Przekonali się na własnej skórze, co?

Zamknęłam oczy, ale nie sposób było zablokować obrazu, który przez większość życia próbowałam zapomnieć: moi rodzice leżący martwi pośrodku zakreślonego kredą koła gdzieś w Nigerii, ich ciała połamane i zakrwawione. Ciotka nie zdradziła mi wtedy szczegółów ich śmierci, więc wymknęłam się do biblioteki publicznej, żeby to sprawdzić. Tam po raz pierwszy zobaczyłam zdjęcie i krzykliwy nagłówek, który mu towarzyszył. Potem latami miałam koszmary.

– Coven w Cambridge nie mógł w żaden sposób zapobiec śmierci moich rodziców. Zostali zamordowani na innym kontynencie przez przerażonych ludzi. – Złapałam się podłokietników krzesła, mając nadzieję, że Gillian nie zauważy, jak pobielały mi kostki.

Zaśmiała się nieprzyjemnie.

– To nie byli ludzie, Diano. Gdyby tak było, sprawców już dawno by złapano i ktoś by się nimi zajął. – Przykucnęła i jej twarz znalazła się tuż obok mojej. – Rebecca Bishop i Stephen Proctor mieli sekrety przed innymi czarownicami. Musieliśmy je odkryć. Ich śmierć była niefortunna, ale konieczna. Twój ojciec miał większą moc, niż to sobie wyobrażaliśmy.

– Przestań mówić o mojej rodzinie i moich rodzicach, jakby należeli do ciebie – ostrzegłam ją. – Zostali zabici przez ludzi.

W uszach słyszałam ryk, a otaczające mnie zimno przybierało na sile.

– Jesteś pewna? – szepnęła Gillian, wywołując nowy dreszcz w moich kościach. – Jako czarownica wiedziałabyś, gdybym cię okłamywała.

Zapanowałam nad mimiką, postanawiając, że nie okażę konsternacji. To, co Gillian powiedziała o moich rodzicach, nie mogło być prawdą, a jednak nie rozległ się żaden subtelny alarm, który zwykle towarzyszył kłamstwom między czarownicami – nie pojawiła się żadna iskra gniewu, przytłaczające uczucie pogardy.

– Pomyśl o tym, co przydarzyło się Bridget Bishop i twoim rodzicom, kiedy następnym razem odrzucisz zaproszenia na spotkanie covenu – mruknęła Gillian; jej usta znajdowały się tak blisko mojego ucha, że oddechem musnęła mi skórę. – Czarownica nie powinna mieć tajemnic przed innymi czarownicami. To się źle dla niej kończy.

Wyprostowała się i patrzyła na mnie przez kilka sekund, a mrowienie jej spojrzenia stawało się tym bardziej nieprzyjemne, im dłużej trwało. Wpatrując się uparcie w zamknięty przede mną manuskrypt, odmówiłam spojrzenia jej w oczy.

Kiedy odeszła, temperatura powietrza wróciła do normy. Gdy serce przestało mi walić jak szalone i ucichł ryk w uszach, spakowałam swoje rzeczy drżącymi dłońmi, rozpaczliwie pragnąc wrócić do siebie. Adrenalina krążyła mi w żyłach i nie byłam pewna, jak długo zdołam bronić się przed paniką.

Zdołałam wyjść z biblioteki bez żadnych incydentów i unikając świdrującego spojrzenia Miriam. Jeśli Gillian miała rację, to zawiści innych czarownic musiałam się obawiać, nie ludzkiego strachu. A wspomnienie o ukrytych mocach mojego ojca sprawiło, że jakieś mgliste wspomnienie snuło się po obrzeżach mojego umysłu, ale umykało mi, kiedy próbowałam zatrzymać je w miejscu dostatecznie długo, by zobaczyć wyraźnie.

W New College Fred zawołał mnie z portierni, machając garścią listów. Na wierzchu leżała gruba kremowa koperta z czerpanego papieru.