Trud i cierpienieTekst

Z serii: Schronienie #6
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

Trud i cierpienie

Przełożył Robert J. Szmidt

Dom Wydawniczy REBIS

W cyklu SCHRONIENIE dotychczas ukazały się:

Jak zwykle dla Sharon

za to, że jest sobą.

Kocham Cię, mała.




MARZEC

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

.I.
Góry Szare
Glacierheart
Republika Siddarmarku

Biała kurtyna unosiła się w czystym mroźnym powietrzu, tańcząc na lodowatym wietrze chłoszczącym grubą pokrywę śnieżną naznaczoną sinymi długimi cieniami szczytów.

Znajdujący się o milę niżej niż najwyższe wierzchołki Wahlys Mahkhom, urodzony i wychowany w Górach Szarych, w przeciwieństwie do naiwnych laików doskonale wiedział, że ta pokrywa nie jest ani tak solidna, ani tak bezpieczna, na jaką wygląda. I właśnie ta wynikająca z doświadczenia wiedza sprawiała, że jego spojrzenie za przydymionymi szkłami gogli śnieżnych było ostre i pełne nienawiści. W odruchu solidarności nawet żołądek Wahlysa zaburczał gniewnie na ten widok. Choć mężczyzna przywykł do zimowych warunków w tych górach i choć miał na sobie podbijaną futrem parkę i ciepłe rękawice, wciąż czuł kąsające zimno zakradające się podstępnie do jego mięśni i kości. Tutaj wystarczył moment nieuwagi, aby człowiek zamarzł na śmierć, nawet gdy pogoda dopisywała, czego tym razem zdecydowanie nie dało się powiedzieć. Zimowa aura wysysała energię z każdej żywej istoty, niewiele się pod tym względem różniąc od demonów Shan-wei, a na domiar złego pożywienia było nawet mniej niż w najgorszych wspomnieniach Wahlysa. Prowincja Glacierheart, znana ze stromych kamienistych zboczy i nieurodzajnych pól, nigdy nie dawała obfitych plonów, jednakże zazwyczaj spichrze zawierały dość, aby w razie potrzeby mógł się w nich poratować myśliwy taki jak Wahlys. Nie tego roku jednak. Tego roku wszystkie spichrze spłonęły – podpalone najpierw przez jedną stronę, a potem przez drugą w odwecie – wszystkie pola zaś przykryła głęboka warstwa śniegu, zupełnie jakby sam Bóg postanowił ukarać na równi winnych i niewinnych. Wahlys Mahkhom wbrew sobie nieraz się zastanawiał, czy tę zimę przeżyje ktokolwiek, kto będzie w stanie przystąpić do siewów, kiedy – i o ile – zejdą śniegi.

Zęby Wahlysa prawie się rozdzwoniły jak kastaniety jakiejś tancerki z nizin, na co mężczyzna prędko poprawił szalik, który udziergała mu przed wielu laty matka. Choć zrobiło mu się cieplej, jego wzrok stał się jeszcze ostrzejszy i chłodniejszy nawet od otaczającego go powietrza. Dotyk szalika bowiem przypomniał mu, dlaczego jego matka już nigdy niczego nie wydzierga.

Uniósł ostrożnie głowę, raz jeszcze rozglądając się wokół badawczo. Jednakże jego towarzysze byli nie mniej od niego zaprawieni w bojach z górami i zimnem i tak jak on schronili się pod białymi baldachimami prześcieradeł, które ze sobą zabrali. Widząc to, Wahlys wyszczerzył z zadowolenia bliskie dzwonienia zęby. Wędrówka w rakietach śnieżnych do miejsca, w którym się znajdowali, była niezwykle wyczerpująca, czemu nie należało się specjalnie dziwić, skoro musieli znacząco ograniczyć racje żywnościowe. Oczywiście wiedzieli, jak to się skończy, któż by jednak zabrał sute zapasy, patrząc w oczy zabiedzonego dziecka, któremu groziła śmierć głodowa. Wahlys Mahkhom nie znał takiego człowieka – przynajmniej na razie – i wolałby nigdy nie poznać.

Umościł się na powrót w swoim zagłębieniu w ziemi, wykorzystując śnieg jako materiał izolacyjny, i podjął obserwację górskiego szlaku wijącego się w dole niczym wąż z przetrąconym kręgosłupem. Wahlys i jego ludzie czekali cierpliwie od półtora dnia, lecz gdyby oczekiwanie miało się jeszcze przeciągnąć, musieliby pewnie porzucić swoje kryjówki i zapomnieć o tym zadaniu. Ta myśl sprawiła, że Wahlysa ogarnął płomień wściekłości walczący o lepsze z lodowatym mrozem otoczenia. Zdołał jednak stłumić rodzący się w nim gniew, doskonale wiedząc, że upartość i gorącokrwistość przyczyniły się do śmierci nazbyt dużej liczby dobrych ludzi – a on nie chciał umrzeć w taki głupi sposób, zwłaszcza że sam powinien jeszcze wysłać na drugi świat niemało osób.

Nie miał pojęcia, jaka jest dokładnie temperatura, chociaż na Schronieniu – za sprawą archaniołów – od dawna były już znane bardzo czułe termometry. Zresztą wcale nie musiał tego wiedzieć. Podobnie jak do niczego nie była mu potrzebna wiedza na temat tego, że znajduje się na wysokości dziewięciu tysięcy stóp nad poziomem morza na planecie o nachyleniu osi o jedenaście stopni większym niż w wypadku Ziemi, o której nigdy nawet nie słyszał. Dość mu było wiedzieć, że wystarczy moment nieuwagi, by…

Urwał myśl w połowie, gdy tylko dostrzegł jakieś poruszenie. Wytężył wzrok i wstrzymał oddech, kiedy ruch się powtórzył. Odległość była spora, a do tego na oflankowanym wysokimi skałami szlaku panował półmrok, lecz tłumiona wściekłość jakimś cudem wyostrzyła mu zmysły, tak że Wahlys postrzegał wszystko jasno i wyraźnie, analizując to, co zobaczył, z chłodem nawet większym niż ten w otaczającym go górskim powietrzu.

Gdzie przedtem spostrzegł tylko ruch, w końcu pojawił się szereg odzianych na biało postaci przedzierających się przez śnieg w rakietach tego samego typu, jakiego używał Wahlys ze swoimi ludźmi. Co najmniej połowa postaci uginała się pod brzemieniem plecaków, nie licząc pół tuzina sań ciągnionych przez śnieżne jaszczury. Wahlysowi na widok sań zalśniły oczy: koniec końców ich informacje okazały się prawdziwe!

Nie musiał szukać wzrokiem swoich towarzyszy zakopanych w śniegu wokół niego ani wypatrywać czujek ukrytych w gąszczu zimozielonych drzew jakieś pół mili dalej przy szlaku. Był świadom, że wszyscy jego ludzie czekają w pogotowiu i że żaden ani na moment nie stracił koncentracji. Ci niecierpliwi i nieostrożni zdążyli do tej pory zginąć, natomiast ci, którzy przeżyli, wzbogacili swoje niemałe doświadczenie tropicieli i myśliwych. I podobnie jak Wahlys mieli zbyt dużo do zrobienia, aby pozwolić sobie na nieopatrzną śmierć.

Żaden mieszkaniec Glacierheart nie dysponował bronią palną używaną na nizinach. Nawet gdyby któregoś było stać na zakup takiej broni, nie miałby z niej większego pożytku, ponieważ proch i kule też kosztowały sporo. Dla tubylców nawet zwykły arbalest o stalowej cięciwie był za drogi – jego koszt równał się dwumiesięcznym poborom przodkowego górnika. Aczkolwiek taki arbalest – gdyby używać go zgodnie z przeznaczeniem – mógł posłużyć wielu pokoleniom strzelców. Wahlys był w posiadaniu jednego egzemplarza, odziedziczonego po ojcu, który z kolei dostał kuszę w spadku po swoim dziadzie. Bełty do niej nie stanowiły problemu, gdyż zmyślny mężczyzna potrafił je robić sam. Wahlys przetoczył się na plecy pod osłoną baldachimu, zdjął wierzchnie rękawice i zaparł łuczysko kuszy o stopy, równocześnie naciągając za pomocą kołowrotu stalową cięciwę dłońmi w samych spodnich rękawiczkach. Nie śpieszył się, bo też nic go nie goniło. Szereg biało odzianych mężczyzn z saniami dotrze tu dopiero za kwadrans. Wahlys wolał przygotować broń na spokojnie, jakkolwiek nieporadne mogłoby się to wydawać komuś z zewnątrz, zamiast ryzykować, że w czystym górskim powietrzu zdradzi swoją pozycję i tym samym ostrzeże wroga przed niebezpieczeństwem.

Gdy uznał, że wystarczy już naciągania, upewnił się, że cięciwa jest zabezpieczona, po czym odpiął kołowrót i przetoczył się z powrotem na brzuch, umieszczając zakończony kanciasto bełt na swoim miejscu. Dopiero wtedy przybrał pozycję strzelecką, przyłożył oko do celownika i zamarł w oczekiwaniu, nie spuszczając wzroku ze szlaku, po którym poruszały się z mozołem postacie w bieli. W piersi czuł chłód nie mniejszy niż ten, który go otaczał.

Przelotnie na powierzchnię jego świadomości wypłynęły myśli, jakie mogły zaprzątać jego głowę zaledwie przed trzema czy czterema miesiącami, kiedy wciąż był tylko zwykłym myśliwym. Przez moment czuł przerażenie na myśl o tym, co niebawem się wydarzy tu wysoko w górach. Jakąś częścią swego jestestwa Wahlys Mahkhom zdawał sobie sprawę – sam będąc mężem i ojcem – że postaci w bieli również mają rodziny, które rozpaczliwie potrzebują żywności wiezionej na saniach ciągnionych przez śnieżne jaszczury, a tamte niczym się nie różnią od rodzin pozostawionych przez niego i jego ludzi w szałasach i chatach naprędce skleconych po tym, jak ich wioska poszła z dymem. Wahlys Mahkhom pamiętał, co to głód i co to choroba, i wiedział, że śmierć zwietrzy osierocone kobiety i dzieci, zanim ten dzień dobiegnie końca. Ale świadomie nie dopuszczał takich myśli do siebie, ponieważ jego pozostała część – większa część – miała ważne zadanie do wykonania.

W końcu szereg postaci w bieli dotarł do miejsca, gdzie rosła samotna sosna będąca idealnym punktem obserwacyjnym. Pod oszronioną i najeżoną igiełkami lodu maską chroniącą twarz Wahlysa zrodził się szeroki uśmiech, który wkrótce zaczął przypominać wyszczerzony pysk jaszczurodrapa. Odczekał jedno uderzenie serca więcej, po czym zwolnił cięciwę, posyłając – złocisty w blasku słońca – śmiercionośny bełt prosto w mroźne zimowe powietrze.

 

.II.
Pałac w Tellesbergu
Królestwo Starego Charisu
Imperium Charisu

Merlin Athrawes siedział u siebie, w milczeniu i z zamkniętymi oczami oglądając obrazy, które tylko on mógł widzieć. Tak naprawdę powinien był „spać”, to jest zażywać odpoczynku nakazanego mu przez cesarza Cayleba, jednakże on od przeszło pięciodnia śledził poczynania grupy Wahlysa Mahkhoma za pomocą SAPK-ów Sowy, która teraz właśnie znów zwróciła jego uwagę na poczynania partyzantki.

Merlin patrzył bezradnie, jak bełty ze świstem mkną ku niczego się niespodziewającym członkom konwoju zaopatrzeniowego.

Gdzie ich ostrożność? – pieklił się w duchu. Przecież obie strony zdążyły już udowodnić, że najlepiej wychodzi im mordowanie się nawzajem.

Postacie w bieli zapomniały o ostrożności i teraz – zamiast dalej konwojować sanie z prowiantem dla swych głodujących rodzin – padały z krzykiem, gdy bełty orały im ciała. Parująca na zimnie krew splamiła śnieg, ludzie wykrzykiwali nerwowo rozkazy i bezużyteczne ostrzeżenia, wystawione na ostrzał jednostki nadaremno starały się znaleźć jakąś kryjówkę na odsłoniętym szlaku bądź zewrzeć szyki w namiastce obrony. Wtedy właśnie posypały się na nich zabójcze bełty nadlatujące z przeciwnej strony wąskiej kotlinki. Ostrzeliwani rzucili się zawracać sanie, bezskutecznie jednak, ponieważ wysłana równocześnie w powietrze salwa trzech bełtów powaliła właśnie śnieżnego jaszczura z ostatniego rzędu zaprzęgu. Zwierzę runęło na ziemię z kwikiem, wierzgając i nadaremnie sięgając pyskiem do ran, zatarasowało wąski szlak. Ledwie poganiacze zdali sobie sprawę z tego, że nikt nie przejdzie obok rzucającego się zwierzęcia, do ataku przystąpiła druga grupa napastników. Ci byli zaczajeni w gąszczu zimozielonych drzew stojących u wyjścia z kotlinki. Wypadli stamtąd uzbrojeni w miecze, topory i oskardy, zalewając ławą zaskoczony i przetrzebiony już konwój.

Wypadki potoczyły się szybko, co było swego rodzaju szczęściem w nieszczęściu. Już od dawna nikt nie brał jeńców – na pewno nie tutaj, w Glacierheart, na granicy z Hildermoss. W tych okrutnych warunkach opieka nad rannymi graniczyła z niemożliwością, więc poharatanymi wrogami nikt się nie przejmował… nawet gdyby jacyś się znaleźli. Tyle dobrego, że banda Wahlysa okazała się mniej brutalna od większości partyzantów tropiących się nawzajem w tym koszmarze, który niegdyś mienił się Republiką Siddarmarku. Siali śmierć, to prawda, lecz zadawali ją szybko i czysto, nie bawiąc się w tortury ani okaleczanie, które stały się normą po obu stronach tego przepełnionego nienawiścią konfliktu rozdzierającego republikę.

I tylko trzech napastników doznało obrażeń, z czego zaledwie jeden ciężkich. Reszta rzuciła się obdzierać trupy zabitych, co robili z zadziwiającą zręcznością. Ranny śnieżny jaszczur został dobity sprawnym poderżnięciem gardła i już pół tuzina partyzantów zajęło jego miejsce w zaprzęgu. Pozostali, zebrawszy plecaki leżących w śniegu martwych mężczyzn, dołączyli do kolumny i wkrótce wszyscy mozolili się na szlaku, rozpędzając sanie do maksymalnej w tych warunkach prędkości.

Zwłoki pozostawione w tyle bardzo szybko zamarzały na mrozie.

Obserwując pośpieszny odjazd napastników, Merlin poczuł się nieswojo, zdał sobie bowiem sprawę, że widok obdartych do naga ofiar nie wywołał w nim spodziewanej odrazy. Było mu przykro i smutno z tego powodu, że kobiety i dzieci nigdy już nie ujrzą synów, mężów, ojców i braci i że same w różnym tempie poddadzą się niedożywieniu i przeraźliwemu chłodowi panującemu w górach zimą. Czuł palący gniew na człowieka, który doprowadził do tego, że podobne widoki były na porządku dziennym nie tylko w tych dzikich górach, lecz także w całej Republice Siddarmarku, odkąd to Miecz Schuelera został przystawiony przez Zhaspahra Clyntahna do gardła republiki. A przy tym wszystkim Merlin nie potrafił zapomnieć, że ciała, na które patrzy dzięki kamerom SAPK-ów, należały do lojalistów Świątyni. Do ludzi, którzy za życia zdążyli zebrać własne krwawe żniwo.

Na dnie wściekłości, którą czuł do religijnych fanatyków chętnie będących bronią w ręku Clyntahna – palących wsie, niszczących plony, masakrujących całe rodziny, gdy zaistniał choć cień podejrzenia, że mogą one sprzyjać reformatorom – na dnie tej wściekłości czaił się gniew na samego siebie. Cayleb i Sharleyan mogli żałować niejednego czynu, którego musieli się dopuścić, w imię oporu stawianego Grupie Czworga, jednakże to nie oni rozpętali religijny kataklizm na skalę planety. Nie, to było dzieło nikogo innego jak Merlina Athrawesa, którego nie dało się nawet nazwać prawdziwym człowiekiem. Albowiem Merlin Athrawes był niczym więcej jak awatarem nieżyjącej od przeszło tysiąca lat kobiety. Istotą pozbawioną choćby kropli krwi w żyłach, odporną na głód i chłód zbierające tej zimy obfite żniwo w górach Republiki Siddarmarku…

Co najgorsze, było to dzieło kogoś, kto doskonale zdawał sobie sprawę z brzydoty i okropieństw wojny religijnej – najstraszliwszej, najpotworniejszej ze wszystkich wojen. Patrząc na sztywniejące zwłoki, Merlin musiał przyznać sam przed sobą, że nie będzie mu nigdy wolno udawać, iż nie wiedział, do czego taka wojna prowadzi. Bo zawsze i wszędzie prowadzi wyłącznie do tego, że w imię wiary i w imię Boga ludzie popełniają najbrutalniejsze, najbardziej barbarzyńskie czyny przeciwko bliźnim, wzajemnie wychwalając własną świątobliwość w trakcie nawet najobrzydliwszych działań. W efekcie mężczyźni tacy jak Wahlys Mahkhom, który zszedł z gór po zakończonej wyprawie łowieckiej tylko po to, by stwierdzić, że jego rodzinna wieś została spalona do gołej ziemi przez siepaczy Clyntahna i że nikt z jego rodziny nie przeżył, odkrywają w sobie pokłady nienawiści równe tym żywionym przez napastników, po czym zwykłą zemstę nazywają wymierzaniem sprawiedliwości. Ironia losu chciała, że nie sposób było winić mężczyzn takich jak Wahlys Mahkhom za to, co robili. Jakiej innej reakcji można oczekiwać po kimś, kto znalazł własną matkę zasiekaną na śmierć i kto pochował trójkę dzieci, z czego najstarsze miało niespełna sześć lat, a w ramionach trzymał zwłoki zgwałconej i zmaltretowanej żony, wypłakując sobie oczy i czując, że złamane serce rozpada się na kawałki, których już nic nigdy nie scali. Właściwie cudem było, że mężczyźni tacy jak Wahlys Mahkhom zadawali wrogowi czystą, szybką śmierć, na co nie było stać niejednego reformatora. Ci wyznawali zasadę oko za oko, ząb za ząb i mówili: „trudno”, gdy wpadła im w ręce jakaś niewinna dusza starająca się tylko przetrwać ciężkie chwile naznaczone chaosem, cierpieniem i rozpaczą.

To wąż połykający własny ogon, skomentował w myślach Merlin. Okrucieństwo to broń obosieczna, a człowiek, któremu zabito rodzinę, mści się niekoniecznie na sprawcach mordu, dopadając tego, kto mu się nawinie pod rękę. To tylko potęguje wzajemną nienawiść i łaknienie zemsty, przez co błędne koło się domyka.

Merlin Athrawes był CZAO, istotą zbudowaną ze stopów i tworzyw sztucznych, z włókien optycznych i elektronów zamiast krwi i kości. Nie podlegał już prawom biochemii obowiązującym resztę ludzkości, był ponad adrenalinę i inne fizjologiczne manifestacje uczuć, takich jak gniew czy strach, wytworzone w czasie trwającej miliony lat ewolucji. A jednak w pewnych wypadkach jego odmienność nie miała najmniejszego znaczenia. Czuł się zwykłym człowiekiem, ilekroć myślał o krzywdach dziejących się na Schronieniu i o własnej niemożności wniknięcia do Świątyni w odległym Syjonie.

Gdybym mógł chociaż zerknąć, co się tam wyprawia, myślał przywiedziony na skraj rozpaczy. Gdybym choć znał ich myśli, ich plany, ich sekretne działania… Nikt nie przewidział w porę tego, co się miało wydarzyć, a przynajmniej nie dość wcześnie, aby uprzedzić o tym Stohnara… który – trzeba mu oddać sprawiedliwość – dowiedział się sporo sam z siebie, bez niczyjej pomocy. Ale powinniśmy byli się domyślić, co się szykuje. Powinniśmy byli przewidzieć, co zrobi ktoś taki jak Clyntahn, zwłaszcza że – Bóg świadkiem! – mieliśmy przedsmak tego, do czego jest zdolny.

Ta jego umiejętność – jego i jego sprzymierzeńców, gwoli ścisłości – pozwalająca im na zrozumienie zależności i wynikających z nich implikacji do pewnego stopnia tylko zwiększała frustrację wynikającą z niemożności dostania się do Syjonu. Byli w posiadaniu większej ilości informacji, niż mogli wykorzystać, szczególnie że musieli chronić innych mieszkańców Schronienia przed wiedzą o tym, skąd te informacje się wzięły, a jednak nie potrafili wejrzeć za zasłonę Świątyni, to jest w jedyne miejsce na całej planecie, które wymagało ich największej uwagi.

Z tym że Merlinowi wcale nie zależało tylko na wejrzeniu za kurtynę – i przynajmniej potrafił to przed sobą samym przyznać. CZAO chciał dostać w swoje łapy Zhaspahra Clyntahna i jego ferajnę choćby na moment i to pragnienie zaczęło się powoli przemieniać w obsesję. W miarę jak ciężka zima stawała się jeszcze cięższa na terenie Republiki Siddarmarku, Merlin Athrawes coraz częściej przywoływał w myślach komandora Peia, który wkroczył do kwatery Langhorne’a z kieszonkową bombą atomową. Merlin wiedział, że mógłby w każdej chwili wnieść do Syjonu wielomegatonową bombę, która unicestwiłaby nie tylko Grupę Czworga, ale też całą Świątynię w jednym wielkim rozbłysku. Liczba ofiar byłaby porażająca, lecz czy na pewno gorsza od oglądania dzień po dniu tego, co działo się w Siddarmarku? Albo od strat, które do tej pory poniósł Charis wraz z sojusznikami? Oraz od tych wszystkich nieszczęść, jakie ich dopiero czekały?…

No i czy nie byłoby warto oczyścić się z winy za rozpoczęcie całej tej sprawy, poświęcając własne życie – o ile można to było nazwać życiem – niczym biblijny Samson, który zginął, przywodząc swych wrogów do upadku?

Och, przestańże wreszcie! – rozkazał sobie w duchu. Dobrze wiedziałeś, że to tylko kwestia czasu, zanim ten szaleniec Clyntahn naśle Inkwizycję na Charis nawet bez twojej interwencji. Chyba nie sądzisz, że by na tym poprzestał, zasmakowawszy krwi? Oczywiście, że by nie poprzestał! Ponosisz być może odpowiedzialność za to, gdzie i kiedy zaczął się rozlew krwi, lecz nie miałeś najmniejszego wpływu na to, co do niego doprowadziło. Bez twojego udziału Clyntahn już dawno by wygrał. Zatem twoja wina nie jest aż tak wielka, jak ci się wydaje.

Była to prawda i Merlin niekiedy – zwłaszcza gdy nie siedział w ciemnej komnacie, przyglądając się masakrze i ledwie panując nad zalewającą go nienawiścią – umiał to przyznać. Podobnie jak wiedział, że Kościół Boga Oczekiwanego po prostu musi zostać unicestwiony, jeśli ludzkość ma dostać drugą szansę w starciu z morderczymi Gbaba. Z tym że prawda – zwłaszcza w takich chwilach – miała gorzki posmak arszeniku i była podlana poczuciem winy.

Dość tego, usłyszał gdzieś z tyłu głowy głos zadziwiająco podobny do głosu Sharleyan Ahrmahk. Dosyć, powiadam. Obejrzałeś to, co chciała pokazać ci Sowa. Nie siedź tam i nie roztrząsaj spraw, na które nie masz najmniejszego wpływu. Szczególnie że Cayleb lubi sprawdzać u Sowy, co robisz nocami, i może cię znowu przyłapać na tym, że nie słuchasz jego poleceń odnośnie do przerwy na sen.

Merlin mimowolnie rozciągnął wargi w uśmiechu. Łagodna fala rozbawienia obmyła płonącą w jego wnętrzu kulę nienawiści, ochładzając nieco jej żar, czemu wydatnie dopomogło wyobrażenie Cayleba w chwili, gdy dowiaduje się o jego przewinieniu. Oczywiście ani Cayleb, ani Sharleyan nie wątpili nawet przez moment, że cesarski gniew spłynąłby po Merlinie jak woda po kaczce, gdyby CZAO postanowił się nim nie przejąć, wszakże nie ta myśl przyświecała Caylebowi w momencie wydawania rozkazu i nie ona wzięłaby górę w chwili, kiedy cesarz wpadłby w iście młodzieńczy szał z powodu sprzeciwienia się jego życzeniom. Przeciwnie, cesarz Cayleb w takiej sytuacji zbeształby Merlina niezwykle barwnie i dosadnie, albowiem był świadom, jak bardzo tenże Merlin czegoś takiego potrzebuje. Gdyż CZAO – czy też seijin – nade wszystko pragnął być traktowany tak, jakby był nadal człowiekiem.

I kto wie – być może Merlin Athrawes w głębi swego jestestwa faktycznie nim był? Może gdyby pominąć kwestie anatomii i fizjologii, całe to zamieszanie z pulsem, oddychaniem i wydalaniem… A może jednak nie? Może istotnie nie miało znaczenia, jak potężną dawką winy obarczy swoje sumienie, i prześwietny Maikel Staynair w tym jednym się mylił? Może Nimue Alban była równie martwa jak Federacja Terrańska, a Merlin Athrawes jest zaledwie jej odległym elektronicznym echem, więc w jego przypadku nie ma mowy o utracie duszy?

 

Były takie chwile, gdy nade wszystko w świecie pragnął być człowiekiem, choćby za cenę wiekuistego potępienia, i inne momenty, gdy perspektywa wiekuistej pustki przystojącej maszynom była mu milsza w świetle tego, co spotykało dzieci głodujące w zasypanych śniegiem górach.

Ojej, masz wyjątkowo parszywy nastrój tej nocy, wiesz? – zapytał sam siebie ostrym tonem. Niewykluczone, że Cayleb jednak wiedział, co robi, nakazując ci branie sobie wolnego od czasu do czasu i odpoczywanie choć przez kilka godzin. Chyba przydałaby ci się poranna wizyta w cesarskiej komnacie dziecięcej, gdzie przytulisz swoją chrześnicę i przypomnisz sobie, o co tak naprawdę toczy się walka.

Wyraz jego twarzy złagodniał, a poczucie winy zmalało na samo wspomnienie roześmianej, wijącej się istotki na jego ręku, zupełnie jakby stanowiła ona boską obietnicę, że przyszłość warta jest każdej ceny, jaką przyjdzie zapłacić.

Bo tak jest, uznał w myślach, równocześnie wydając polecenia, które miały go wprawić w stan czuwania. Jak tylko spojrzysz znów w słodką twarzyczkę księżniczki, uświadomisz sobie, jak bardzo ją kochasz i dla kogo robisz to wszystko.