Zarzewie wojny

Tekst
Z serii: Saganami #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

HONOR HARRINGTON

Zarzewie wojny

Przełożył Jarosław Kotarski

Dom Wydawniczy REBIS

Tytuł oryginału: Storm from the Shadows Copyright © 2009 by David Weber All rights reserved Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2015 Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa. Redaktor: Anna Poniedziałek Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński Ilustracja na okładce: David Mattingly Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Zarzewie wojny, wyd. I, Poznań 2009) ISBN 978-83-8062-898-4 Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o. ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08 fax: 61 867 37 74 e-mail: rebis@rebis.com.pl www.rebis.com.pl Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

***

Od autora

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ XI

ROZDZIAŁ XII

ROZDZIAŁ XIII

ROZDZIAŁ XIV

ROZDZIAŁ XV

ROZDZIAŁ XVI

ROZDZIAŁ XVII

ROZDZIAŁ XVIII

ROZDZIAŁ XIX

ROZDZIAŁ XX

ROZDZIAŁ XXI

ROZDZIAŁ XXII

ROZDZIAŁ XXIII

ROZDZIAŁ XXIV

ROZDZIAŁ XXV

ROZDZIAŁ XXVI

ROZDZIAŁ XXVII

ROZDZIAŁ XXVIII

ROZDZIAŁ XXIX

ROZDZIAŁ XXX

ROZDZIAŁ XXXI

ROZDZIAŁ XXXII

ROZDZIAŁ XXXIII

ROZDZIAŁ XXXIV

ROZDZIAŁ XXXV

ROZDZIAŁ XXXVI

ROZDZIAŁ XXXVII

ROZDZIAŁ XXXVIII

ROZDZIAŁ XXXIX

ROZDZIAŁ XL

ROZDZIAŁ XLI

ROZDZIAŁ XLII

ROZDZIAŁ XLIII

ROZDZIAŁ XLIV

ROZDZIAŁ XLV

ROZDZIAŁ XLVI

ROZDZIAŁ XLVII

ROZDZIAŁ XLVIII

ROZDZIAŁ XLIX

ROZDZIAŁ L

ROZDZIAŁ LI

ROZDZIAŁ LII

LISTA POSTACI

Cykl Honor Harrington

Zawsze dla Sharon











Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

OD AUTORA


Wielu Czytelników zauważy, że początkowe rozdziały tej powieści opisują z innej perspektywy lub uzupełniają wydarzenia znane już z Cienia Saganami i Za wszelką cenę. Jest to celowy zabieg, który uznałem za niezbędny, i zaraz wyjaśnię dlaczego.

Dawno temu, gdy zaczynałem pisać cykl „Honor Harrington”, nie do końca zdawałem sobie sprawę ze skali projektu, którego realizację rozpocząłem. Od początku wiedziałem, jaką historię chcę opowiedzieć, i zawsze miałem zamiar dotrzeć do wydarzeń, które przedstawia ta książka. Nie miałem natomiast pojęcia, z jak wieloma bohaterami i szczegółami przyjdzie mi się zmagać, w miarę jak obraz stawał się coraz bardziej pełny. I w jak wielką panoramę się on zmieni.

Nieczęsto autor ma szczęście spotkać się z takim odzewem Czytelników, z jakim spotkał się autor cyklu „Honor Harrington”. Czuję z tego tytułu głęboką satysfakcję i wdzięczność. Szybko też zdałem sobie sprawę, że skoro Czytelnicy przyjęli cykl tak entuzjastycznie, jako autor mam w stosunku do nich szczególne zobowiązania wykraczające poza te wynikające z więzi, jaka zwykle tworzy się między autorem a odbiorcami jego dzieł. Jednak przy tak długiej serii (17 powieści i zbiorów opowiadań plus 2 roczniki floty, tej książki nie licząc) byłem czasami zmuszony prowadzić opowieść w sposób, który nie wszystkim Czytelnikom się podobał. Musiałem wówczas pogodzić to, co chciałbym napisać, z wypełnieniem tego specjalnego obowiązku względem Czytelników. Przy cyklu „Honor Harrington” dotarłem do tego punktu dwie książki temu.

 

Niektórzy z moich rozmówców na rozmaitych konwentach pamiętają zapewne, że miałem zamiar uśmiercić Honor w finale Za wszelką cenę, choć wiedziałem, że będzie to posunięcie ryzykowne i rozgniewa znaczną część Czytelników. Tworząc jej życiorys, nie spodziewałem się, że zyska ona tak wielkie przywiązanie Czytelników i że sam tak bardzo ją polubię. Niemniej uparłem się zrealizować pierwotny plan (a moja żona Sharon może zaświadczyć, jak uparty potrafię czasami być).

Nigdy nie ukrywałem, że wzorcem dla postaci Honor Harrington był sir Horatio Nelson, a bitwa o Manticore miała być literackim odpowiednikiem bitwy pod Trafalgarem. Tak jak Nelson, Honor miała zginąć w kulminacyjnym momencie, gdy zwycięstwo było już pewne, a Gwiezdne Królestwo Manticore uratowane, stając się największą bohaterką Royal Manticoran Navy.

Nie miało to jednak oznaczać końca serii. Zamierzałem wprowadzić 25-, 30-letnią przerwę w akcji. Potem pojawiłoby się poważne zagrożenie, a bohaterami stałyby się dzieci Honor – Raoul i Katherine. Niestety (lub „stety” w zależności od punktu widzenia) moje plany zepsuł Eric Flint, tworząc postać Victora Cachata i prosząc o znalezienie wroga, którego agenci wywiadów Królestwa Manticore i Republiki Haven mogliby zwalczać wspólnie, mimo iż między ich państwami toczy się wojna. Zaproponowałem Manpower i wszystko w opowiadaniu pięknie zagrało. Niestety, gdy zdecydowałem się włączyć jego postacie do głównego cyklu, a zwłaszcza gdy obaj zdecydowaliśmy się na napisanie Królowej niewolników, ustalony przeze mnie „rozkład jazdy” uległ przyspieszeniu o 20-30 lat. A to oznaczało, że nie mogę zabić Honor, bo jej dzieci nie zdążą dorosnąć, nim Manpower rzuci wyzwanie Królestwu Manticore.

Przyznaję, że uświadomienie sobie, iż nie mam wyboru, niespecjalnie mnie załamało. I to nie tylko dlatego, że poważnie zmniejszyło szansę poszukiwania mnie przez miłośników Honor wyposażonych w widły, patelnie i podobne argumenty, ale głównie dlatego, że im bardziej zbliżał się czas, by ją uśmiercić, tym mniej mi się ten pomysł podobał.

Spowodowało to problem innej natury – Honor mianowicie miała już zbyt wysoką rangę i stanowisko, by brać udział w rajdach czy innych szarżach śmierci. Potrzebowałem dodatkowych, niższych stopniem bohaterów, którzy mogliby realizować zadania pierwotnie przewidziane dla Raoula i Katherine. Stąd wzięła się powieść Cień Saganami. W pierwszej wersji miała być, podobnie jak Królowa niewolników, początkiem podcyklu. Akcja obu miała dziać się równolegle, ale niezależnie od cyklu głównego, którego bohaterką nadal byłaby Honor. Jeden miał być typowo militarny, drugi wywiadowczy, a oba miały pomóc w zmniejszeniu objętości powieści głównego cyklu poprzez przejęcie części wyjaśnień niezbędnych, by dać pełen obraz sytuacji.

Plan po lekkiej, a potem znaczącej modyfikacji do pewnego stopnia się udał. Pisząc ostatnie dwie powieści, odkryłem, że szybsze połączenie obu podcykli z serią główną pozwoli na większe przyspieszenie wydarzeń i ukazanie ich w znacznie szerszej perspektywie, a równocześnie na skupienie się w poszczególnych powieściach na wybranych aspektach całości. I tak Cień Saganami i obecna powieść opisują wydarzenia dziejące się w Gromadzie Talbott i jej sąsiedztwie, a Królowa niewolników i Torch of Freedom wojnę wywiadów i walkę z niewolnictwem genetycznym. Z kolei następna powieść z głównej serii Mission of Honor splecie wszystkie te wątki i przybliży całą historię do finału (niewymagającego już obecnie zejścia głównej bohaterki).

Tak Torch of Freedom, jak i Mission of Honor zostały już dostarczone do wydawnictwa i trwają przy nich prace redakcyjne, toteż istnieje szansa, że Czytelnicy nie będą skazani na zbyt długie oczekiwanie na ukazanie się kolejnych tomów.

Ubocznym efektem nowego pomysłu jest jednak to, że sceny, które pojawiły się już w jakiejś powieści, mogą pojawić się, choć opisywane z punktu widzenia innej postaci, w którejś z kolejnych. Nie jest to zabieg mający na celu zwiększenie honorarium, lecz pełniejsze przedstawienie bohaterów i ukazanie wydarzeń, które inaczej nie mogłyby zostać szczegółowo opisane. No i co najważniejsze, umożliwiają one dokładne umiejscowienie czasowe wydarzeń względem siebie niezależnie od tego, w jakiej książce zostały opisane.

Jak dotąd pomysł wydaje się sprawdzać, co naturalnie nie oznacza, że będę tak pisał do końca, ani też że nie wydarzy się coś, co skłoni mnie do przyjęcia odmiennej koncepcji, o której w tej chwili nie mam pojęcia, choć nie przewiduję, by tak się stało. Tak więc w najbliższej przyszłości nie powinno być niespodzianek.

Sądzę też, że powinienem ostrzec Was, że w kilku kolejnych powieściach sytuacja bohaterów pozytywnych poważnie się pogorszy.

David Weber

ROZDZIAŁ I


Mów do mnie, John! – zażądała kontradmirał Michelle Henke, gdy obraz na ekranie taktycznym jej fotela uległ drastycznej zmianie.

– Jeszcze nie mamy kompletu danych z okrętu flagowego, ma’am – odparł komandor Oliver Manfredi, złotowłosy szef sztabu 81. Eskadry Krążowników Liniowych.

Stał za fotelem oficera operacyjnego, komandora porucznika Johna Stackpole’a, i znad jego ramienia przyglądał się nowym informacjom pojawiającym się na szczegółowych ekranach sekcji operacyjnej.

– Nie jestem pewien, ale wygląda na to… – Manfredi urwał, zacisnął zęby i odwrócił się do Henke: – Wygląda na to, że szybko się uczą i urządzili nam powtórkę bitwy o Marsh.

Michelle spojrzała na niego i czekała na ciąg dalszy.

– Oliver ma rację, ma’am – odezwał się Stackpole, gdy obraz na ekranie w końcu się ustabilizował. – Tym razem wpadliśmy w zasadzkę.

– Jak jest źle? – spytała zwięźle.

– Wysłali trzy grupy – wyjaśnił Stackpole. – Pierwsza, czyli Bogey 4, jest za nami, druga, Bogey 2, na północ od nas, trzecia, Bogey 3, na południe, a przed nami są siły obrony systemowej, czyli Bogey 1, zgodnie z przydziałem kryptonimów przesłanych z okrętu flagowego. Nasza prędkość względem grupy za rufą to 22 tysiące km/s, ale dzieli nas ledwie 31 milionów kilometrów.

– Rozumiem.

Michelle ponownie skupiła uwagę na ekranie taktycznym fotela skonfigurowanym tak, by ukazywał cały system Solon. Z racji braku miejsca widać na nim było mniej szczegółów niż na ekranach, które miał przed sobą Stackpole, ale te, które mogła dostrzec, potwierdzały jego ocenę. Przeciwnik zastawił dokładnie taką samą pułapkę jak ta, w jaką wpadł w czasie bitwy o Marsh, a na dodatek zrobił to równie skutecznie i w bardziej skomplikowany sposób. Wprawdzie żadna z grup, które właśnie wyszły z nadprzestrzeni, nie była w stanie doścignąć 82. Zespołu Wydzielonego, o ile coś drastycznie nie zmniejszyłoby osiąganego przezeń przyspieszenia, ale nie stanowiło to warunku niezbędnego, by wygrać, rakiety bowiem będące obecnie na wyposażeniu Marynarki Republiki miały maksymalny skuteczny zasięg ponad 60 milionów kilometrów.

Istniała co prawda ewentualność, że w nadprzestrzeni czekała jeszcze jedna grupa wrogich okrętów gotowa wyjść z niej prosto przed dziobami okrętów Royal Manticoran Navy zmierzających ku granicy przejścia w nadprzestrzeń, ale było to mało prawdopodobne, jak uznała po krótkim namyśle. Oznaczałoby bowiem złamanie kardynalnej zasady przestrzeganej przez obecne pokolenie dowódców Marynarki Republiki, a głoszącej, że im bardziej skomplikowany plan, tym szybciej zawiedzie, należy więc planować jak najprostsze posunięcia taktyczne.

Skrzywiła się, przypominając sobie wielokrotne ostrzeżenia Honor, że mają do czynienia z niegłupim i potrafiącym się szybko uczyć przeciwnikiem. Honor jak zwykle miała rację; byłoby znacznie milej, gdyby tym razem się pomyliła…

Henke skrzywiła się ponownie, analizując sytuację, a potem z wdzięcznością uświadomiła sobie, że to nie ona musiała podjąć decyzję. Czuła się z tego powodu trochę winna, bo Honor była jej najlepszą przyjaciółką.

Jedno było oczywiste, i to w niemal bolesny sposób – strategia działań Ósmej Floty przez ostatnie 3,5 miesiąca miała przekonać przeciwnika, by zmienił rozmieszczenie sił i przyjął bardziej defensywną postawę, dając tym samym Sojuszowi czas na dojście do siebie i zwiększenie liczby okrętów. Sądząc po zasadzce, w którą wpadli, strategia się powiodła. Nawet aż za bardzo.

Znacznie prościej było za czasów UB, które dusiło w zarodku jakąkolwiek inicjatywę wśród oficerów floty, niestety czasy te minęły raczej bezpowrotnie i nie było co liczyć na rozstrzeliwanie zbyt niezależnych admirałów. A szczytem złośliwości losu było, że wszyscy w Królestwie Manticore cieszyli się ze śmierci Saint-Justa i zmiany władz w ówczesnej Ludowej Republice Haven. Henke uznała, że była to radość przedwczesna, bo choć obecna kadra dowódcza Marynarki Republiki nie zdobyła jeszcze stosownego doświadczenia, była znacznie groźniejsza od swych poprzedników, gdyż wiedziała, jak osiągnąć zamierzone cele.

– Rozkaz z okrętu flagowego, ma’am – zameldował oficer astronawigacyjny, komandor porucznik Braga. – Kurs 2-9-3 na 0-0-5, przyspieszenie 6 km/s2.

– Rozumiem – powtórzyła i skinęła głową z aprobatą, gdy na ekranie taktycznym pojawiła się strzałka pokazująca nowy kurs.

Honor postanowiła lecieć z maksymalnym przyspieszeniem na południe, oddalając się tym samym od grupy Bogey 2 i utrzymując odległość od Bogey 4. W ten sposób wlatywali co prawda w zasięg rakiet grupy Bogey 1, który jako osłona Arthura i jego przemysłu orbitalnego był pierwotnym celem, ale ugrupowanie to składało się tylko z 2 superdreadnoughtów i 7 krążowników liniowych wspieranych przez niespełna 200 kutrów. Sądząc z sygnatury napędów, okręty liniowe nie były na dodatek jednostkami rakietowymi, toteż w porównaniu z każdą z pozostałych grup złożonych z 6 superdreadnoughtów rakietowych i 2 lotniskowców stanowiła ona najmniejsze zagrożenie. Nawet jeśli miały dużo zasobników holowanych, brakowało im łączy kontroli ognia, by zagrozić obronie antyrakietowej 82. Zespołu Wydzielonego. Ona na miejscu Honor podjęłaby taką samą decyzję.

Zastanawiała się przez moment, czy przeciwnik był w stanie zidentyfikować okręt Honor, i doszła do wniosku, że był – po bitwie o Herę i zalewie informacji w mediach nie powinno to stanowić większego problemu, zwłaszcza że nikt nie starał się tego utrudnić, bo to także stanowiło część strategii. Podobnie jak powierzenie dowództwa Ósmej Floty admirał lady damie Honor Harrington, księżnej i patronce Harrington. Nie chodziło o to, że miała ku temu największe kwalifikacje, ale o propagandową siłę świadomości, że za systematyczne niszczenie przemysłu na zapleczu Republiki Haven odpowiedzialna jest właśnie Salamandra. Zrobiono wszystko, by przeciwnik potraktował zagrożenie poważnie, bo w końcu Honor prześladowała w pewien sposób Republikę od czasu, gdy trafiła na placówkę Basilisk, a ponieważ nie było tajemnicą, na pokładzie jakiego okrętu dowodziła w bitwie o Herę, nie było także problemem porównanie sygnatur energetycznych okrętów z tamtej bitwy i obecnych tutaj. A to oznaczało, że wiedzieli, kogo złapali w pułapkę, co bezwzględnie musiało zwiększyć zapał wszystkich na pokładach wrogich jednostek.

– Plan antyrakietowy Romeo, ma’am – oznajmił Stackpole. – Szyk Charlie.

– Tylko plan obrony antyrakietowej? – zdziwiła się Henke. – Nic o planie ogniowym?

– Ani słowa, ma’am.

– Dziękuję – mruknęła, marszcząc brwi.

Jej krążowniki uzbrojone były w dwustopniowe rakiety Mark 16, co oznaczało, że w zasobnikach mieści ich się więcej, bo były mniejsze, ale także że miały mniejszą siłę rażenia i zasięg niż znajdujące się na wyposażeniu okrętów liniowych rakiety Mark 23. No i było ich znacznie mniej, gdyż w krążownik liniowy, nawet rakietowy, nie dało się upchać tyle zasobników co w superdreadnoughta. Dlatego sensowne było nie marnować ich przy odległości od przeciwnika niegwarantującej celności, ale w tej sytuacji Michelle miałaby ochotę posłać choć parę salw złożonych z rakiet Mark 23 choćby po to, by grupa Bogey 4 nie zrobiła się zbyt bezczelna. Ale to Honor dowodziła, a należało przyznać, że już parokrotnie udało jej się udowodnić, jak dobrym jest taktykiem.

 

Dalsze rozważania przerwał jej meldunek Stackpole’a:

– Odpalenie rakiet. Około 1000-1200, dolecą za siedem minut!


Superdreadnoughty rakietowe każdej z trzech grup, które wyszły z nadprzestrzeni, były w stanie co 12 sekund wypuszczać po sześć zasobników. Każdy zawierał 10 rakiet nieco większych od pierwszej generacji pocisków wieloczłonowych używanych przez Royal Manticoran Navy. Dla systemów kontroli ogniowej odległość była duża, toteż dowódca grupy Bogey 4 postawił na ilość, wiedząc, że na jakość nie ma co liczyć. Dzięki temu istniała szansa, że choć kilka trafi w cel.

Każdy z jego okrętów wypuścił po trzy serie zasobników, co dało łącznie 10. Wszystkie zaprogramowano tak, by odpaliły równocześnie, i ku okrętom Królewskiej Marynarki pomknęło nieco ponad 1000 rakiet.

Choć odległość w chwili odpalenia wynosiła 30 450 tysięcy kilometrów, rakiety do pokonania miały 36 757 440 kilometrów, co przy przyspieszeniu 416 km/s2 dawało im w chwili dotarcia do okrętów 82. Zespołu Wydzielonego prędkość wynoszącą 53 procent prędkości światła.

72 sekundy po pierwszej odpalona została druga taka salwa.

A 72 sekundy później trzecia.

W ciągu nieco ponad 13 minut okręty Marynarki Republiki wystrzeliły 11 salw liczących łącznie prawie 13 tysięcy rakiet.


Jeszcze 3-4 standardowe lata temu każda z tych salw byłaby śmiertelnym zagrożeniem dla tak niewielkiej liczby celów, ale przez ten czas taktyka antyrakietowa RMN uległa olbrzymim zmianom. Ewoluowała zresztą cały czas, adaptując do nowych potrzeb, bo przeciwnik także nie siedział bezczynnie. Zwłaszcza od bitwy o Marsh, która miała miejsce ledwie pół standardowego roku temu, zmiany były poważne. Katany osłony zmieniły pozycje, ale tym razem nie było potrzeby wykorzystania ich antyrakiet, bo wszystkie superdreadnoughty i krążowniki liniowe 82. Zespołu Wydzielonego wyposażono w Keyhole i antyrakiety Mark 31.

Każdy okręt miał dwie boje holowane Keyhole, po jednej z każdej burty. Każda z nich posiadała zaś wystarczającą liczbę łączy telemetrycznych, by kontrolować wszystkie wyrzutnie antyrakiet całego 82. Zespołu Wydzielonego. Ponadto ich użycie pozwalało wszystkim jednostkom obrócić się ekranami ku nadlatującym rakietom bez straty celności obrony antyrakietowej. Każda Keyhole była też bronią radioelektroniczną i miała własne sprzężone działka laserowe do obrony przed rakietami. Na koniec obrót okrętu ustawiał je w pionie i na tyle daleko, by ekran nie przeszkadzał im w śledzeniu wrogich rakiet i naprowadzaniu własnych, co pozwalało na większą szybkostrzelność wyrzutni antyrakiet niż kiedykolwiek dotąd.

Przeciwnik nie wiedział, jak skuteczne są boje, i nie wziął stosownej poprawki. Sądził też, że wyrzutnie antyrakiet zdążą odpalić po 5 salw przeciwko każdej z fal, i to tylko pościgowe, usytuowane na rufach uciekających okrętów, co dawało 10 rakiet na salwę z jednego okrętu. Dlatego plan ogniowy przewidywał, że rakiety będą miały do czynienia z około 200 antyrakietami i tysiącem Viperów wystrzelonych przez Katany.

Michelle Henke nie znała naturalnie założeń tego planu ogniowego, ale była pewna, że przeciwnik nie spodziewał się, iż same okręty odpalą ponad 7 tysięcy antyrakiet.


– To sporo antyrakiet, ma’am – zauważył cicho Manfredi, zatrzymując się koło jej fotela.

W odpowiedzi spojrzała na niego, unosząc pytająco brwi.

– Wiem, że z myślą o tym zwiększono pojemność naszych magazynów amunicyjnych, ale mimo to nie zdołamy długo utrzymać takiego natężenia ognia. No i nie są za darmo – wyjaśnił.

Henke doszła do wniosku, że albo oboje są nienormalnie wręcz pewni siebie, albo są wariatami niemającymi nic lepszego do roboty, jak udowadniać wszystkim wokół, że mają stalowe nerwy. Wyszło jej, że to drugie.

– Tanie nie są – przyznała – ale o wiele tańsze niż nowy okręt, że o naszych skromnych osobach nie wspomnę.

– Racja, ma’am. – Manfredi uśmiechnął się krzywo.

– Poza tym jestem gotowa się założyć – dodała ze złośliwym uśmieszkiem, gdy pierwsza salwa wrogich rakiet została w całości przechwycona i zniszczona – że antyrakieta Mark 31 kosztuje znacznie mniej od rakiety przeciwokrętowej.

Druga salwa podzieliła los pierwszej, jeszcze nim znalazła się w zasięgu sprzężonych działek laserowych.

Tak samo trzecia.

I czwarta.

– Przeciwnik przerwał ogień, ma’am – zameldował Stackpole.

– Co mnie ani trochę nie dziwi – skomentowała Michelle.

Dziwiło ją, że nie zrobił tego wcześniej, choć z drugiej strony rakiety pierwszej salwy potrzebowały siedmiu minut, by znaleźć się w zasięgu antyrakiet, a to pozwoliło na odpalenie sześciu kolejnych. Skuteczność zaś obrony antyrakietowej okazała się większa, niż zakładano, toteż zaskoczony przeciwnik nie zorientował się natychmiast, jak trudno jest trafić w łatwy zdawałoby się cel. Jedynym sposobem sprawdzenia jej skuteczności było użycie dużej liczby rakiet, ale Henke sądziła, że zorientowałaby się szybciej niż po ponad czterech minutach, że tylko marnuje amunicję.

Należało jednak pamiętać, że z każdą kolejną zniszczoną salwą wzrastała wiedza przeciwnika na temat ECM-ów obrony przeciwrakietowej, toteż będzie on miał czas, by przeprogramować odpowiednio rakiety ostatnich fal, a wystarczyło jedno szczęśliwe trafienie, by zniszczyć węzeł napędu alfa, co oznaczało koniec okrętu lub niewolę, bo system znajdował się w fali grawitacyjnej.

– Jak pani sądzi, co teraz zrobią? – spytał Manfredi, gdy siódma fala rakiet podzieliła los poprzedniej.

– Zaczną myśleć – odparła, siadając wygodniej. – Przy tak skutecznej obronie antyrakietowej ja na ich miejscu przygotowałabym naprawdę potężną salwę, bo tylko taka ma szansę przeciążyć naszą obronę, i część z niej musiałaby się przedrzeć.

– Ale nie mają możliwości kontrolowania takiej liczby rakiet – zaprotestował Manfredi.

– Poprawka: uważamy, że nie mają takiej możliwości – Henke nie odrywała wzroku od ekranu taktycznego, z którego właśnie zniknęła dziewiąta fala rakiet. – Osobiście się z tobą zgadzam, ale nie wiemy tego na pewno. Jeśli jednak się nie mylimy, celność tych rakiet nie będzie zbyt duża, bo systemy samonaprowadzania mają słabe. Mimo to skuteczniejsze są rakiety ze słabym namiarem celu, które dotrą w jego pobliże, niż mające doskonałe namiary, ale niemogące przedostać się przez obronę antyrakietową, nieprawdaż?

– Naturalnie. Ujmując rzecz w ten sposób, to ma sens – przyznał szef sztabu, ale słychać było, że jako profesjonalista jest urażony samym pomysłem uciekania się do praktycznie niekierowanego ostrzału.

Świadczyłoby to zresztą dobitnie o poziomie floty, która musiałaby się uciec do takiego właśnie sposobu. Mike już miała mu złośliwie przyciąć, gdy uświadomiła sobie, że takie podejście może być poważnym błędem – sama była przyzwyczajona do pogardliwego oceniania poziomu techniki Marynarki Republiki, a przecież prymitywne rozwiązania techniczne nie musiały być nieskuteczne. A przeciwnik już udowodnił, że też jest tego świadom, i wykazywał sporą pomysłowość. Wiele z odebranych ostatnio lekcji było dla Królewskiej Marynarki bolesne, toteż nadszedł najwyższy czas, by oficerowie tacy jak Oliver czy ona sama przestali być tym zaskoczeni.

– Nie powiedziałam, że to zgrabne posunięcie, ale oficerom floty nie płaci się za estetykę, prawda? – spytała uprzejmiej, niż zamierzała.

– Nie, ma’am.

– Właśnie. – Uśmiechnęła się lekko. – Należy pamiętać, że tym razem to oni mają kij, nie my. I że potrafią nader efektywnie wykorzystać to, czym dysponują, bo pomysłowości im nie brak. Pamiętasz panią admirał Bellefeuille? Bo ja aż za dobrze! I nie widzę powodów, by zakładać, że reszta ich oficerów flagowych będzie głupsza. Niestety.

– Ma pani rację, ma’am. – Manfredi też się uśmiechnął. – Spróbuję następnym razem o tym pamiętać.

– Następnym razem?! Oj, widzę, że optymista z ciebie.

Imperator i Intolerant rozpoczęły stawianie zasobników, ma’am – zameldował Stackpole.

– Wygląda na to, że admirał Harrington doszła do tego samego wniosku co pani – ocenił Manfredi. – Dzięki temu będą mieli zajęcie i ta salwa nie powinna być zbyt duża.

– Może – mruknęła Mike.

Największą wadą zasobników holowanych było to, że mogły zostać zniszczone przez detonację rakiety w pobliżu, gdy znalazły się poza kadłubem. Nie było do tego potrzebne bezpośrednie trafienie i dlatego Manfredi miał rację – lepiej było odpalić już postawione zasobniki, niż ryzykować ich zniszczenie przez wrogie rakiety.

Tyle że przeciwnik miał dość czasu, by postawić ich całkiem sporo, i będzie miał jeszcze kilka dodatkowych minut, nim rakiety wystrzelone przez Honor zbliżą się do jego okrętów.


Dowódca wrogiego ugrupowania nie czekał, aż rakiety odpalone przez 82. Zespół Wydzielony dotrą do jego jednostek – wystrzelił swoje prawie równocześnie. Tyle że podczas gdy okręty Honor wystrzeliły 288 rakiet, te należące do Marynarki Republiki 10 800.

– Cholera! – skomentował prawie spokojnie Manfredi, gdy okazało się, że za każdą wystrzeloną w jego kierunku rakietę przeciwnik zrewanżował się ponad 37. – Zwykle dobrze jest mieć szefa, który potrafi czytać w myślach przeciwnika, ale tym razem naprawdę wolałbym, żeby się pani pomyliła.

– No to jest nas dwoje – poinformowała go Mike, po czym spytała Stackpole’a: – John, to moja wyobraźnia czy ich kontrola ogniowa wygląda na nieco lepszą, niż powinna?

– Obawiam się, że niestety to nie pani wyobraźnia, ma’am. To jedna salwa, ale podzielona na kilka części, i każda jest kierowana dokładniej, niżbym się spodziewał. Gdybym miał zgadywać, postawiłbym na to, że zmieniają rotacyjnie to, którą grupą kierują, przeskakują z częstotliwości na częstotliwość.

– Potrzebowaliby znacznie szerszego pasma niż to, którego dotąd używali – głośno myślał Manfredi.

– Prawdopodobnie. – Henke wzruszyła ramionami. – Ale niekoniecznie. Za mało wiemy, żeby wiedzieć, jak to robią.

– Inaczej ryzykują, że w połowie lotu stracą kontrolę nad wszystkimi – zauważył Manfredi.

– Może – mruknęła Mike, nie mając zamiaru wspominać o pewnym wynalazku dotyczącym kontroli wystrzelonych rakiet dopracowywanym właśnie przez Upiorną Hemphill. – Ale ta salwa jest pięć razy silniejsza od wszystkich poprzednich, więc nawet jeśli stracą kontrolę nad 25-30 procent rakiet, to i tak będzie ona skuteczniejsza od wcześniejszych.

– Zgadza się, ma’am – przyznał Manfredi niechętnie. – Ale…

– Wygląda na to, że tym razem nas wybrali na cel, ma’am – przerwał mu Stackpole.

Henke skinęła głową.


Rakiety wystrzelone przez 82. Zespół Wydzielony dotarły do celu jako pierwsze, a celem tym był wyłącznie jeden okręt: superdreadnought rakietowy Conquete, a z 288 rakiet 48 miało głowice ECM. Połowę stanowiły pociski typu Dragon’s Teeth, które ledwie znalazły się w zasięgu antyrakiet, zmieniły się dla systemów kierowania ogniem obrony przeciwrakietowej w 240 dodatkowych rakiet, ogłupiając antyrakiety, które miały już namiary celów. Stały się naturalnie głównym celem, ale takie właśnie było ich zadanie. Zniszczone zostały wszystkie, ale to pozwoliło 170 innym rakietom przetrwać strefę rażenia antyrakiet. 14 z nich było Dazzlerami i gdy namierzyły je lidary artylerii antyrakietowej, włączyły potężne zagłuszacze, oślepiając systemy naprowadzania sprzężonych działek laserowych.

Rakiety nadlatywały, rozwijając 62 procent prędkości światła, a działka miały zasięg 150 tysięcy kilometrów. Głowice impulsowe rakiet ustawiono na detonację w odległości 40 tysięcy kilometrów od celu, a na pokonanie pozostałych 110 tysięcy potrzebowały ledwie pół sekundy. Czekały na nie tysiące działek na okrętach i kutrach, ale każde zdążyło strzelić tylko jeden raz.

Ze 170 rakiet przetrwało 8.

Dwie detonowały, marnując energię na górnym ekranie Conquete, pozostałe wzdłuż lewej burty, i promienie laserów przebiły osłonę burtową okrętu, który aż się zatoczył pod tą lawiną energii. Zniszczonych zostało: 5 sprzężonych działek laserowych, 2 wyrzutnie antyrakiet, 3 grasery, 3 węzły beta, radar, główna antena szerokopasmowych sensorów i 3 przekaźniki zdalnego sterowania rakietami. Zginęło 51 ludzi, a 18 zostało ciężko rannych.

Dla superdreadnoughta były to niewielkie uszkodzenia i Conquete nadal stawiał zasobniki.


Wygląda, że choć parę razy go trafiliśmy – zameldował Stackpole. – Z tej odległości trudno o szczegóły, ale trafienia wyglądają na potwierdzone.

– To dobrze – skwitowała Mike. – Parę to niewiele, ale któraś mogła wyrządzić większe niż zwykle szkody. Niestety…

– A teraz będziemy mieli odpowiedź – dodał posępnie Manfredi.

A zaraz potem rakiety spotkały się z antyrakietami. 617 rakiet straciło namiary, bo kontrola ogniowa nie mogła poradzić sobie z naprowadzaniem takiej liczby, natomiast 10 183 leciały dalej. Antyrakiety przechwyciły 8711 z nich, a pozostałych 1412 dotarło w zasięg sprzężonych działek laserowych. 200 z nich miało głowice EW, a wszystkie pozostałe słabsze namiary celów niż rakiety wystrzelone przez okręty 82. Zespołu Wydzielonego. Ale było ich znacznie więcej, a działka miały tylko sekundę na ich przechwycenie.