Nie tylko Honor

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

David Weber

Eric Flint

HONOR HARRINGTON

Nie tylko Honor

Przełożył Jarosław Kotarski

Dom Wydawniczy REBIS

Tytuł oryginału: Changer of Worlds: Worlds of Honor III Copyright © 2001 by David Weber. “Ms. Midshipwoman Harrington” “Changer of Worlds” and “Nightfall” copyright © David Weber. “From the Highlands” copyright © Eric Flint All rights reserved, including the right to reproduce this book or portions thereof in any form Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2017 Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa. Redaktor: Anna Poniedziałek Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński Ilustracja na okładce: © David Mattingly Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Nie tylko Honor, wyd. I, dodruk, Poznań 2017) ISBN 978-83-8062-821-2 Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o. ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08 fax: 61 867 37 74 e-mail: rebis@rebis.com.pl www.rebis.com.pl Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Pani midszypmen Harrington

Zmieniająca światy

Góral

DZIEŃ PIERWSZY

DZIEŃ DRUGI

DZIEŃ TRZECI

DZIEŃ CZWARTY

DZIEŃ PIĄTY

DZIEŃ SZÓSTY

PÓŹNIEJ

Byle do zmroku

Cykl Honor Harrington

DAVID WEBER


Pani midszypmen Harrington

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Wygląda na pańskiego zasmarkańca, panie bosmanmat.

W cichym głosie stojącego na warcie kaprala Royal Manticoran Marine Corps słychać było fałszywe współczucie. Takim głosem marines tradycyjnie informowali członków załóg okrętów Royal Manticoran Navy, że im się portki palą albo też przytrafiło się coś równie miłego. Dlatego bosmanmat Roland Shelton w żaden sposób nie zareagował, przyglądając się byczemu karkowi z wyższością zarezerwowaną dla niższych form życia. Przyszło mu to jednak z pewnym trudem, gdyż spojrzał wpierw w kierunku wskazanym przez podbródek kaprala i dostrzegł obiekt jego uwag.

Z pewnością był to czyjś zasmarkaniec. Jej mundur midszypmena, jak i ciągnięta przez nią szafka były tak nowiutkie i nienagannie świeże, że tylko metek z cenami brakowało. Szafka zresztą wyglądała dziwnie, jakby ktoś przyczepił do niej jakiś pokaźny pakunek, ale to akurat Sheltona nie zaskoczyło. Midszypmeni przeważnie zjawiali się z rozmaitymi nietypowymi bagażami, mając nadzieję, że nie całkiem łamią regulamin i zdołają przemycić je na pokład. Zwykle byli w błędzie, ale na wyjaśnienie tego będzie dość czasu, jeśli okaże się, że ta midszypmen faktycznie ma zamiar wejść na pokład jego okrętu. A wszystko na to wskazywało, bo kierowała się ku korytarzowi prowadzącemu do ciężkiego krążownika War Maiden. Choć mogło to być po prostu wynikiem pomyłki.

Taką miał przynajmniej nadzieję.

Była młoda i wysoka – wyższa od niego. Miała ciemne, króciutko ścięte włosy i trójkątną twarz o ostrych rysach. Pierwsze wrażenie było takie, że składała się ona wyłącznie z nosa i wielkich, migdałowego kształtu oczu. Chwilowo też twarz ta nie wyrażała niczego, za to w oczach płonął blask, na widok którego każdemu doświadczonemu starszemu podoficerowi ciarki powinny przejść po plecach.

Wyglądała na jakieś trzynaście lat. Co oznaczało, że należy do trzeciego pokolenia poddanego prolongowi, i w niczym nie poprawiało pierwszego wrażenia, mimo że poruszała się z gracją atlety i ani razu na nikogo nie wpadła, co było dużą sztuką, gdyż galeria była zatłoczona, a szafka, choć wyposażona w antygrawitator, nie była poręcznym ładunkiem do holowania, co Shelton wiedział z własnego doświadczenia. A ona wyglądała, jakby tańczyła, a nie przepychała się z szafką na holu przez tłum.

Gdyby to było wszystko, bosmanmat prawdopodobnie zaklasyfikowałby ją (prowizorycznie i nieco na wyrost, ma się rozumieć) nieco powyżej przeciętnej, jeśli chodzi o grupę zasmarkańców, z której doświadczeni starsi podoficerowie Królewskiej Marynarki mieli zrobić królewskich oficerów. Niestety, to nie było wszystko, bo na jej ramieniu siedział sobie spokojnie kudłaty i wąsaty treecat rodem ze Sphinksa. Mimo trzydziestu czterech lat standardowych doświadczeń Shelton musiał się bardzo starać, by nie okazać emocji.

Treecat na jego okręcie!

Gorzej: treecat w kabinie midszypmenów! Już sama ta myśl mogła każdego, kto był zwolennikiem ładu, porządku i spokoju (o tradycji nie wspominając), doprowadzić do rozstroju nerwowego. I niezwykle silnej pokusy, by gołymi rękami zadusić zadowolonego z siebie kaprala.

Shelton przez parę sekund żywił jeszcze nadzieję, że to nie na niego spadnie ten dopust boży i że dziewczę po prostu zgubiło drogę. Potem nadzieja ta zwiędła, gdy midszypmen skierowała się prosto ku pilnowanemu przez nich wylotowi korytarza.

Obaj zasalutowali, na co odpowiedziała oddaniem honorów w dziwnie paradny, a równocześnie dojrzały sposób, po czym posłała Sheltonowi błyskawiczne, taksujące spojrzenie i zwróciła się wyłącznie do wartownika:

– Midszypmen Harrington z rozkazem zameldowania się na pokładzie, kapralu.

I podała mu wyjęty z kieszeni kurtki mundurowej chip z logo RMN. Jej sopran był zaskakująco miękki jak na kogoś o tym wzroście, ale w jej tonie nie było śladu wahania czy niepewności. Mimo to bosmanmat, obserwując, jak kapral umieszcza chip w czytniku i sprawdza zapisany tam rozkaz, zastanawiał się, czy ktoś tak młody zdoła nauczyć się, jak należy wydawać rozkazy. Miał pewność, że nawet ślad tych myśli nie odbił się na jego twarzy, ale dziwnym trafem jej treecat przekrzywił łeb i przyjrzał mu się uważnie jasnozielonymi ślepiami, poruszając przy tym wąsami.

– Zgadza się, ma'am – oznajmił Marine, gdy stwierdził, że treść rozkazów, które miał w elektrokarcie, pokrywa się z zapisanymi w chipie, po czym oddał go właścicielce i wskazał Sheltona: – Bosmanmat Shelton, jak sądzę, oczekuje pani.

Oboje zignorowali jego podejrzanie radosny ton. A Honor spojrzała jedynie na bosmanmata i uniosła pytająco brew.

Zaskoczyło go to solidnie, jednak jak spokojną by udawała, widział zbyt wielu zasmarkańców meldujących się na pierwszy w życiu okręt, by dać się zwieść. A najlepszym dowodem tego, że była równie podniecona i spięta oraz pełna marzeń co inni, był ten błysk w oczach. A mimo to w tym momencie, unosząc pytająco brew, była pewna siebie i swego autorytetu. I nie była to poza mająca ukryć strach czy niepewność. Było to zachowanie naturalne i to właśnie ono rozbudziło w nim cień nadziei. Może jednak będą z niej ludzie…

A zaraz potem treecat zastrzygł uszami i Shelton jęknął w duchu z rezygnacją.

– Bosmanmat Shelton, ma'am – zameldował się przepisowo. – Jeśli pozwoli pani za mną, zaprowadzę panią do pierwszego oficera.

– Dziękuję, bosmanmacie – odparła i ruszyła w ślad za nim.

Z treecatem na ramieniu.


Honor Harrington robiła co mogła, by nie okazać podniecenia i radości, pokonując w ślad za bosmanmatem Sheltonem pozbawiony grawitacji korytarz łączący stację kosmiczną z krążownikiem. Nie przyszło jej to łatwo, gdyż właśnie miała osiągnąć to, czego pragnęła przez prawie połowę życia i o co walczyła przez trzy i pół roku standardowego na wyspie Saganami. W żołądku czuła łaskotanie, a na plecach ciarki. Dotarła do końca korytarza, złapała poręcz i wylądowała, dotykając stopami pokładu za grubą linią oznaczającą granicę zasięgu pokładowej grawitacji. Dla niej było to równoznaczne z opuszczeniem obszaru Stacji Kosmicznej Jego Królewskiej Mości Hephaestus i znalezieniem się wreszcie na pokładzie okrętu, na którym miała odbyć pierwszy patrol bojowy: ciężkiego krążownika HMS War Maiden. Nawet powietrze tu inaczej pachniało… przynajmniej dla niej. A wrażenie, że otacza ją coś odmiennego, a za rogiem korytarza czeka coś specjalnego, było zbyt silne, by próbować z nim walczyć.

 

Nimitz miauknął cicho z naganą – jako empata doskonale wiedział, co czuła, ale jako pragmatyk do szpiku kości doskonale rozpoznawał zarówno niebezpieczeństwa związane ze stanem euforii swego człowieka, jak i konieczność stosownego zachowania od samego początku pobytu w nowym miejscu, toteż wolał jej o nich przypomnieć.

Honor uśmiechnęła się lekko i pogłaskała go, prostując się. Przynajmniej nie zrobiła z siebie pośmiewiska tak jak nieszczęśnik z jej roku na ostatnim locie treningowym, który wylądował przed granicą pokładowego systemu przyciągania. Omal nie uśmiechnęła się, przypominając sobie minę oficera dyżurnego pokładu hangarowego jednostki, na której miało to miejsce. Teraz jednakże nie był stosowny czas na wesołość – zasalutowała oficerowi dyżurnemu pokładu hangarowego HMS War Maiden i wyrecytowała:

– Proszę o zezwolenie wejścia na pokład i dołączenia do załogi, ma'am!

Płowowłosa chorąży zmierzyła ją bacznym, taksującym spojrzeniem, zanim odsalutowała i bez słowa wyciągnęła rękę. Honor podała jej chip z rozkazami i chorąży sprawdziła je z zawartymi w pamięci swej elektrokarty, tak jak przed chwilą zrobił to wartownik z korpusu. Potem kiwnęła głową, oddała jej chip i powiedziała:

– Zgody udzielam, midszypmen Harrington.

Jej ton był jak najbardziej przepisowy, lecz czuło się w nim nie tyle wyższość, ile świadomość własnego doświadczenia – w końcu nie dość, że była co najmniej rok standardowy starsza, to miała już za sobą ten sprawdzający patrol, no i była mianowanym oficerem Jego Królewskiej Mości. Spojrzała na Sheltona i odruchowo wyprostowała się – minimalnie, lecz zauważalnie.

– Proszę kontynuować, panie bosmanmat – powiedziała już zupełnie innym tonem.

– Aye, aye, ma'am – potwierdził Shelton i dał znak Honor, by poszła za nim.

I skierował się ku windom.


Komandor porucznik Abner Layson siedział za biurkiem i uważnie studiował rozkazy, nie kryjąc przed sobą, że mogą one stanowić nowy powód bólu głowy. Przed biurkiem siedziała niezwykle sztywno midszypmen Harrington, zajmując jedynie fragment fotela. Dłonie trzymała na kolanach, stopy miała przepisowo rozchylone, a wzrok wbity w ścianę jakieś piętnaście centymetrów nad głową pierwszego oficera. Prawie się zarumieniła, gdy kazał jej usiąść, zabierając się do przeglądania jej papierów, ale zdołała nad sobą zapanować. W ogóle kontrolowała się całkiem dobrze. Jednak lekki ruch koniuszka ogona treecata świadczył, że nie była wcale tak spokojna, na jaką starała się wyglądać. Layson przyznawał natomiast, że własne zewnętrzne objawy zdenerwowania stłumiła błyskawicznie i całkowicie.

Ponownie spojrzał na ekran i czytając oficjalne, suche zdania opinii oraz wyniki z poszczególnych przedmiotów, cały czas zastanawiał się, co też napadło kapitana Bachfischa. I co tak niezwykłego było w siedzącej przed nim dziewczynie, że ten poprosił o przydzielenie jej na pierwszy próbny lot na swój okręt.

To, co najbardziej uderzało na pierwszy rzut oka, to wiek. Była młoda, miała bowiem zaledwie dwadzieścia lat (nie wyglądała na tyle, ale to już była zasługa prolongu). Wiek kandydatów przyjmowanych do akademii nie był ściśle określony, ale większość zjawiała się tam, mając osiemnaście–dziewiętnaście lat standardowych. Ona miała wtedy ledwie siedemnaście, co było tym bardziej zaskakujące, iż nigdzie nie mógł dopatrzyć się śladu koneksji arystokratycznych czy finansowych. Z drugiej strony jej średnia ocen ze wszystkich lat była doskonała. Jeśli nie liczyć matematyki, miała wyłącznie doskonałe i wyśmienite noty. Zwłaszcza z taktyki i symulatorów, co było warte zapamiętania. Choć naturalnie miał przykrą świadomość faktu, że wielu prymusów akademii w praktycznych warunkach służby liniowej okazywało się smętnym rozczarowaniem. Doskonale także spisywała się na testach kinetycznych, choć to przy obecnym stanie techniki pokładowej miało coraz mniejsze znaczenie. Oraz bardzo dobrze szedł jej pilotaż wszystkiego, czego tylko się dało, w tym także lotni. Była aktualną rekordzistką akademii w długości lotu; godne podziwu. Ale mogła też być uparta, a nawet beztroska… o czym świadczyła oficjalna reprymenda za zignorowanie instrumentów w czasie lotu. I nagana za brak dyscypliny w trakcie lotu… i to niejedna… to nie wyglądało obiecująco… choć z drugiej strony wszystkie dostała tego samego dnia…

Zagłębił się w szczegółową część dokumentacji i prychnął, z trudem maskując to atakiem kaszlu. Wszystko było jasne: skoro przeleciała w czasie regat nad jachtem komendanta na wysokości masztów, kładąc wszystkich na pokład, a bardziej nerwowych skłaniając do skoku za burtę, to nie było się czemu dziwić. Hartley musiał mięć o niej naprawdę dobrą opinię, skoro na naganach się skończyło… no tak, jej boczna była siostrzenicą króla, a tej przecież z akademii wylać nie mogli! No, przynajmniej nie za coś takiego, bo za morderstwo z premedytacją to i może…

Komandor porucznik Layson westchnął i odchylił oparcie fotela, masując sobie nasadę nosa i zza zasłony dłoni przyglądając się siedzącej. Niepokoił go treecat. Wiedział, że nie powinien, jako że przepisy w tej kwestii były całkowicie jednoznaczne od czasów rządów królowej Adrienne. Zgodnie z prawem żadnego adoptowanego nie można było odseparować od treecata, a Harrington jakoś przeszła z nim przez akademię, i to nie zostawiając śladu problemów w papierach, więc nawet jeśli jakieś wyniknęły, to nie były poważne. Niestety, okręt to znacznie mniejszy świat niż wyspa, a ona nie była jedynym midszypmenem na pokładzie.

W czasie długiej podróży małe zazdrości i złośliwości mogą urosnąć do rangi poważnych problemów, a tylko jej przysługiwało prawo do zabrania ze sobą zwierzaka. Layson doskonale wiedział, że treecaty nie są zwierzątkami domowymi i że są inteligentne, choć nie wiadomo było dokładnie jak bardzo. Podobnie jak wiedział, że kiedy połączą się empatyczną więzią z człowiekiem, nie można ich oddzielić od adoptowanego na większą odległość bez poważnych konsekwencji dla obu stron. Ale wyglądały niczym pluszowo-futrzane zabawki albo ziemskie koty, a większość obywateli Gwiezdnego Królestwa Manticore wiedziała o nich jeszcze mniej niż on, toteż uniknięcie w tej sytuacji nieporozumień i zazdrości wydawało się mało prawdopodobne. Jego zmartwienie pogłębiała świadomość, że okręt dostał nowego pomocnika oficera taktycznego dzięki niezbadanym wyrokom kadr floty. A pomocnik oficera taktycznego tradycyjnie odpowiedzialny był na każdym okręcie za wyszkolenie i zdyscyplinowanie midszypmenów. Layson co prawda nie miał jeszcze okazji bliżej zapoznać się z nowym oficerem, ale to, czego dotąd się dowiedział, jakoś nie skłaniało do pokładania zaufania w jego możliwościach i umiejętnościach.

Jednak to nie obecność treecata była głównym problemem nurtującym Laysona. Musiał bowiem istnieć powód, dla którego kapitan chciał ją mieć na pokładzie, a on nie był w stanie się go domyślić, choć naprawdę próbował. Taka prośba o przydzielenie kogoś oznaczała zwykle początek gry w protekcję, której z zamiłowaniem oddawali się starsi stopniem oficerowie. Motywy były dwa: albo chęć uzyskania wsparcia kogoś ustosunkowanego poprzez wykonanie pierwszego ruchu wobec jego syna, córki czy bliskiego krewnego, albo też odwzajemnienie podobnej uprzejmości. Tyle, że Harrington była córką wolnych posiadaczy ziemskich z planety Sphinx, a jej koneksje sprowadzały się do znajomości z młodszą córką earla Gold Peak, z którą mieszkała przez ponad dwa lata standardowe w jednym pokoju. Co ciekawsze, nawet gdyby rzeczywiście o to chodziło, Layson nie widział sposobu, w jaki stary mógłby na tym skorzystać, faworyzując Harrington. I to właśnie najbardziej go niepokoiło, bo dobry pierwszy oficer powinien wiedzieć o wszystkim, co mogło mieć wpływ na sprawne funkcjonowanie załogi i okrętu, którym zarządzał w imieniu swego kapitana.

– Wygląda na to, że wszystko jest w porządku, pani midszypmen – powiedział, przestając masować nasadę nosa i prostując oparcie fotela. – Naszym pomocnikiem oficera taktycznego jest porucznik Santino, a więc to on będzie pani bezpośrednim przełożonym. Kiedy skończymy rozmowę, bosmanmat Shelton zaprowadzi panią do kabiny midszypmenów i przyjdzie tam po panią, gdy się pani rozpakuje. Ponieważ jednak mam zwyczaj rozmawiać ze wszystkimi nowymi oficerami meldującymi się na pokładzie, spędzimy z sobą jeszcze trochę czasu. Da mi to okazję poznać panią nieco bliżej i zorientować się, czy będzie pani pasować do reszty załogi.

Zrobił przerwę, więc Honor skinęła głową.

– W takim razie może zacznie pani od powiedzenia mi, pokrótce naturalnie, dlaczego zdecydowała się pani zostać oficerem Royal Manticoran Navy.

– Z kilku powodów, sir – odparła po paru sekundach zastanowienia. – Mój ojciec, nim przeszedł na emeryturę i otworzył prywatną praktykę, był lekarzem okrętowym i do około jedenastego roku życia byłam, jak to się mówi, dzieckiem floty. Zawsze też interesowała mnie historia flot wojennych, i to zaczynając od okresu okrętów pływających Przed Diasporą. Ale najważniejszym powodem jest Republika Haven, sir.

– Doprawdy? – Tym razem Layson nie potrafił ukryć zdziwienia.

– Tak, sir – powiedziała z szacunkiem i najzupełniej poważnie. – Uważam, że wojna z Republiką Haven jest nieunikniona. Nie wybuchnie natychmiast, ale wybuchnie na pewno.

– A pani chce być na miejscu, by załapać się na przygodę i sławę?

– Nie, sir – odparła takim samym tonem jak poprzednio. – Chcę pomóc w obronie Królestwa Manticore. I nie chcę żyć w Republice Haven.

– Rozumiem… – powiedział wolno, przyglądając się jej z namysłem.

Słyszał już podobne stwierdzenia, ale od znacznie starszych stopniem i wiekiem oficerów, nigdy jeszcze od dwudziestoletniego midszypmena. Osobiście się z nią zgadzał. Wiedział też, że jest to powód największej rozbudowy Royal Manticoran Navy w całej jej historii. Jak zresztą i tego, że rocznik, z którym Harrington ukończyła akademię, był o ponad dziesięć procent liczniejszy od poprzedniego. Ale jak sama powiedziała, wojna nie wybuchnie natychmiast… a on nadal nie rozumiał, dlaczego stary chciał ją mieć na pokładzie.

– Cóż, midszypmen Harrington – powiedział w końcu – skoro chce pani pomóc w obronie Gwiezdnego Królestwa, to przybyła pani we właściwe miejsce. I może pani mięć okazję zacząć nieco wcześniej, niż się pani spodziewała, ponieważ dostaliśmy rozkaz udania się na patrol antypiracki do Konfederacji Silesianskiej.

Harrington siadła jeszcze bardziej prosto, choć przed chwilą przysiągłby, że to niemożliwe, a ogon treecata znieruchomiał, dziwnie przypominając znak zapytania.

– Natomiast jeśli nie żywiła pani nadziei na sławę, to lepiej nie zaczynać teraz – dodał. – Jak pani zapewne do znudzenia powtarzano, ten patrol to pani ostateczny egzamin.

Ponownie przerwał, przyglądając się jej z uwagą, a ona ponownie skinęła potakująco głową.

Sytuacja bowiem była taka, że pod wieloma względami do midszypmena stosowało się stare powiedzenie „Ni pies, ni wydra”. Oficjalnie pozostawał kandydatem na oficera tuż przed otrzymaniem patentu. Stopień midszypmena zapewniał mu czasowo miejsce w korpusie oficerskim i stosowne traktowanie, ale nie gwarantował utrzymania tego stanu rzeczy po pierwszym patrolu. Ukończenie nauki w akademii nie oznaczało bowiem rozpoczęcia kariery prowadzącej do objęcia dowództwa własnego okrętu lub do osiągnięcia stopnia flagowego. O tym, czy absolwent zwany midszypmenem otrzyma patent oficerski i przydział liniowy, decydował ten pierwszy patrol. Każda flota potrzebowała wielu oficerów nieliniowych i ktoś, kto udowodnił, że nie nadaje się do służby liniowej, zawsze mógł znaleźć miejsce w administracji, zaopatrzeniu czy stoczni. Chyba, że pokazał, iż jest całkowicie niezdolny do wykonywania obowiązków czy brania na swe barki odpowiedzialności, bo wówczas po zakończeniu patrolu otrzymywał dyplom akademii i formalne pismo, iż Korona jednakowoż nie jest zainteresowana wykorzystaniem go w jakikolwiek sposób w Królewskiej Marynarce.

– Jest tu pani po to, by się uczyć, a zarówno kapitan, jak i ja będziemy starannie oceniali pani osiągnięcia. Jeżeli chce pani kiedykolwiek dowodzić własnym okrętem, doradzam dołożyć starań, by ta ocena była pozytywna. Rozumiemy się?

 

– Tak, sir!

– Doskonale. – Layson uśmiechnął się leciutko. – Zgodnie ze starym powiedzeniem: midszypmen, który przetrwał akademię, jest jak kot – jak by go nie rzucić w tryby służby, spadnie na cztery łapy. Przynajmniej takich midszypmenów próbuje stworzyć akademia i tego spodziewają się wszyscy na okręcie. W pani przypadku jednak, z czego musi pani zdawać sobie sprawę, istnieje dodatkowy czynnik komplikujący. Konkretnie pani towarzysz.

Zrobił przerwę, by sprawdzić, jakie wrażenie wywrą jego słowa.

Nie wywarły żadnego – ta dziewczyna czego jak czego, ale opanowania miała zgoła imponujące zapasy.

– Nie wątpię, że lepiej niż ja zna pani przepisy dotyczące przebywania treecatów na okrętach – podjął Layson tonem jednoznacznie wskazującym, że lepiej byłoby dla niej, gdyby się nie mylił. – I spodziewam się, że będzie ich pani dokładnie przestrzegać. Fakt, że oboje przetrwaliście akademię, pozwala mi mięć nadzieję, że zdołacie to zrobić i tutaj, ale chcę, by była pani świadoma, że to znacznie mniejsze środowisko niż wyspa i że prawo przebywania razem na pokładzie niesie z sobą obowiązek unikania sytuacji, które mogłyby mięć negatywny wpływ na sprawne działanie załogi. Spodziewam się, że to także pani rozumie. I on też.

– Rozumiem, sir – potwierdziła. – I on też.

– Miło mi to słyszeć. W takim razie bosmanmat zaprowadzi panią do kabiny. A ja życzę powodzenia, midszypmen Harrington.

– Dziękuję, sir.

– Może pani odejść.

Honor wstała, zasalutowała i wyszła w ślad za Sheltonem.

A komandor porucznik Layson zagłębił się w lekturze kolejnego dokumentu.


Honor zakończyła słanie koi i przyjrzała się jej krytycznie. Zgodnie z nawykami wpojonymi jej na wyspie Saganami zrobiła to tak, że narożniki były nieskazitelnie proste i równe, a koc tak napięty, że odbiłaby się od niego pięciodolarówka. Potem odczepiła od szafki to, co jechało na niej wierzchem cały czas, uniosła samą szafkę i wsunęła ją w mocowania wystające ze ściany, uśmiechając się przy tym na wspomnienie pewnego kadeta. Chłopak pochodził z Gryphona, z rodziny nie mającej żadnej tradycji służby w RMN, co udowodnił absolutną ignorancją, pytając kiedyś, dlaczego wszystkie szafki osobiste mają takie same wymiary. Otworzyła drzwi, wyłączyła antygrawitator i gdy szafka osiadła nieco pod własnym ciężarem, włączyła elektromagnesy.

A potem mimo płonących na zielono kontrolek potrząsnęła nią solidnie. Widziała, co się przytrafiło komuś, kto zawierzył samym tylko kontrolkom, i nie miała zamiaru powtarzać jego błędu. Zamknęła drzwi i zajęła się drugą, mniejszą szafką. Przytwierdziła ją do ściany na wysokości swojej koi i także potrząsnęła, sprawdzając elektromagnesy. Nimitz przyglądał się temu z uwagą, siedząc na poduszce, i trudno było mu się dziwić. W przeciwieństwie bowiem do szafki będącej standardowym wyposażeniem każdego członka załogi okrętu Royal Manticoran Navy to urządzenie kosztowało siedemnaście tysięcy dolarów, z których zresztą większość zapłacił ojciec. Był to prezent z okazji ukończenia akademii, niezbędny w dalszej karierze zawodowej Honor – samodzielny moduł ratunkowy dla treecata umożliwiający Nimitzowi przeżycie w razie utraty szczelności w wyniku trafienia okrętu lub innych uszkodzeń spowodowanych walką.

Zadowolona, uruchomiła autodiagnostykę i z satysfakcją obserwowała, jak panel kontrolny ożył i po paru sekundach wykazał pełną sprawność wszystkich funkcji i podzespołów. Nimitz skwitował jej stan ducha pełnym aprobaty bleeknięciem. Przełączyła moduł na stan pogotowia i rozejrzała się po kabinie zwanej potocznie gniazdem zasmarkańców. Aż do powrotu bosmanmata Sheltona nie miała nic do roboty, więc mogła sobie pozwolić na marnowanie czasu.

Kabina była zaskakująco przestronna jak na tak stary i mały okręt, dwukrotnie większa od pokoju w akademiku, ale z drugiej strony tamten dzieliła tylko z Michelle Henke, kabina zaś przeznaczona była dla sześciu osób. Jak na razie zasłane były tylko cztery koje, co miałoby swoje plusy i minusy, gdyby tak pozostało w chwili odcumowania.

Siadając na cienko wyściełanym krześle stojącym przy podniszczonym stole, rozważyła, co bardziej by jej odpowiadało. Cztery osoby oznaczały więcej miejsca dla każdej, ale z drugiej strony na czwórkę midszypmenów przypadłyby zadania przewidziane dla sześciorga, a choć w większości były to na siłę wynajdywane zajęcia, część obowiązków była poważna, a wszystkie czasochłonne. Lwią część stanowiły ćwiczenia i szkolenia praktyczne prowadzone przez różnych oficerów, ale midszypmen był mimo wszystko królewskim oficerem (choćby chwilowo), toteż musiał się na coś przydać na pokładzie okrętu Jego Królewskiej Mości.

Wzięła na kolana Nimitza i pogłaskała go wolnymi, długimi ruchami. Miauknął cicho i wtulił głowę w jej brzuch, nadstawiając bezwstydnie grzbiet. Honor powoli odetchnęła z ulgą – poczuła prawdziwą ulgę pierwszy raz od chwili, gdy rano spakowała się i opuściła akademik na wyspie Saganami. I choć wiedziała, że uczucie to jest przedwczesne, a spokój krótkotrwały, postanowiła nie psuć tego momentu martwieniem się o przyszłość.

Przymknęła oczy i odtworzyła w myślach przebieg rozmowy z pierwszym oficerem. Zastępca dowódcy każdego okrętu miał status półboga, jako że dowódca był pierwszym po Bogu. I zwykły midszypmen nie miał prawa kwestionować jego podejścia czy decyzji, czego zresztą nie zamierzała robić. Natomiast w jego zachowaniu i głosie było coś, czego nie potrafiła zrozumieć ani nawet dokładnie określić. I nie była to ciekawość. Wyobraźnia nie płatała jej figlów, nie miała też omamów z racji zdenerwowania. Wiedziała, że o coś mu chodzi. A poza tym uważał obecność Nimitza na pokładzie za co najmniej niepożądaną – podobnie jak bosmanmat Shelton.

Honor westchnęła ciężko i potrząsnęła głową. Nie pierwszy raz spotykała się z takim podejściem, a jednak nadal nie mogła się do niego przyzwyczaić. Znała doskonale przepisy RMN dotyczące treecatów i adoptowanych przez nie ludzi, ale wiedziała też, że większość członków załóg czy oficerów nie ma o nich pojęcia. Trudno było się temu dziwić, gdyż przypadki adopcji zdarzały się rzadko, a treecatów poza Sphinksem prawie nie widywano. W Królewskiej Marynarce, z tego co zdołała się dyskretnie dowiedzieć, było z tuzin adoptowanych, jeżeli brać pod uwagę ludzi w aktywnej służbie. Biorąc pod uwagę liczbę personelu Royal Manticoran Navy, był to ułamek procenta, toteż siłą rzeczy pojawienie się treecata na okręcie zwykle wywoływało zamieszanie.

Zrozumienie powodów tego stanu rzeczy niewiele jednak pomagało. Honor wiedziała z doświadczenia, że większość przełożonych uznałaby obecność Nimitza za potencjalne źródło problemów. Większość ludzi miała mgliste pojęcie o treecatach, a ci bardziej świadomi i tak instynktownie traktowali je jak sprytne zwierzaki. Niewielu z nich zmieniłoby zdanie, nawet mając ku temu okazję. Uprzedzenia były zbyt silne. A to, że treecaty nie potrafiły wydawać artykułowanych dźwięków i że wyglądały jak futrzane maskotki, jedynie pogłębiało mylne wrażenie. I czasami prowadziło do zazdrości lub niechęci.

Naturalnie nikt, kto zobaczył treecata w walce, nie uważał go już za maskotkę, natomiast często zaczynał widzieć w nim zagrożenie, bo nie mieściło mu się w głowie, że „zwierzę” może być groźne, wyłącznie broniąc życia swego lub adoptowanego człowieka – co dla treecata było dokładnie tym samym. Tych ludzi było niewielu, większość natomiast zachowywała się w stosunku do nich tak, jakby były pieskami pokojowymi – ślicznymi, głupimi i jak na złość dla nich niedostępnymi (a też by chcieli mieć w domu takiego).

A od takiego nastawienia był już tylko krok do niechęci wobec kogoś, komu takie stworzenie towarzyszyło. Honor i Nimitz spotkali się z tym parokrotnie nawet w akademii i jedynie fakt, że mieli po swojej stronie przepisy, a Nimitz był urodzonym i pozbawionym skrupułów manipulatorem, pozwolił im wybrnąć z najgorszych opałów. Cóż, skoro udało się tam, to teraz przy większym doświadczeniu też powinno się udać…

Drzwi do kabiny otworzyły się nagle, toteż odruchowo zerwała się z Nimitzem w objęciach i obróciła ku nim. Na korytarzu nad drzwiami paliła się kontrolka oznaczająca, że ktoś przebywa w pomieszczeniu, toteż włażenie bez choćby naciśnięcia dzwonka było nie tylko chamstwem, ale naruszeniem zwyczajów panujących na pokładach wszystkich okrętów RMN. Poza wypadkami alarmu bojowego czy innej sytuacji wyjątkowej przepisy wyraźnie tego zabraniały, toteż zaskoczenie wywołało u niej chwilowy paraliż ośrodka mowy. W progu stał o siedem czy osiem lat standardowych starszy od niej porucznik, którego jeszcze trafnie określał przymiotnik „nabity”, ale niewiele mu brakowało, by przejść do kategorii „gruby”. Był o dwa–trzy centymetry niższy od niej i nawet można by go uznać za przystojnego, jeśli ktoś lubił proste rysy, gdyby nie wyraz oczu, który wywoływał instynktowną niechęć. Przynajmniej u niej. Niechęć tę pogłębiała jego postawa – ujął się pod boki, kołysał na piętach i spoglądał na nią ze złością.

– Nawet zasmarkaniec powinien wiedzieć, że w obecności starszego rangą oficera należy stanąć na baczność, prawda? – warknął pogardliwie.

Honor zarumieniła się przede wszystkim ze złości, słysząc cichutki, ale całkiem jednoznaczny warkot Nimitza. Wiedziała, że treecat nie okaże swych uczuć, bo szybko nauczył się nad nimi panować, obcując ze starszymi od niej stopniem. Uważał to za głupi zwyczaj, czemu niejednokrotnie dawał wyraz, gdy byli sami, ale był skłonny go przestrzegać, skoro dla niej było to aż takie ważne.